Przejdź do głównej zawartości

Tomasz Łapiński o finale olimpijskim: gdy na Camp Nou objęliśmy prowadzenie, zapadła cisza "jak makiem zasiał"

Tomasz Łapiński w latach 90. należał do czołowych polskich obrońców. Z młodzieżową reprezentacją kraju wywalczył srebrny medal olimpijski, z Widzewem Łódź występował w Lidze Mistrzów. Dlaczego nigdy nie zagrał w zagranicznym klubie? 
Tomasz Łapiński przez większą część kariery związany był z łódzkim Widzewem. Foto www.widzew.com
 
 
Zaczniemy od filmu. W "Piłkarskim pokerze" jest scena, kiedy Bolo Łącznik przyjeżdża do Białegostoku, pyta taksówkarza o Łapińskiego... 
- (śmiech)... a ten odpowiada "o którego chodzi panie, bo u nas Łapińskich jak psów". 
To ja zapytam - pan "z tych Łapińskich"? 
- Ja też Łapiński (śmiech). To już bardzo słynny tekst, zresztą, przewijał się w szatniach bardzo często. 
To proszę opowiedzieć o swojej rodzinie. 
- Ona posiada piłkarskie tradycje. Mój ojciec w Pogoni Łapy był jednocześnie moim trenerem w czasach juniorskich i potem w trzeciej lidze. Mój starszy brat Marek także był piłkarzem, jako młody chłopak dwukrotnie był powoływany na zgrupowania kadry narodowej do lat 18. Potem już przestał zajmować się futbolem, ale zapowiadał się na niezłego zawodnika. Te rodzinne nadzieje spełniłem ostatecznie ja. 
Od początku grał pan w obronie? 
- Właśnie nie. Zaczynałem jako napastnik, w czasach juniorskich strzelałem nawet sporo bramek. W seniorskiej drużynie Pogoni Łapy grałem już jako defensywny pomocnik, zresztą taka też była moja pozycja na boisku, kiedy przechodziłem do Widzewa. Całą młodość piłkarską spędziłem w środku pomocy. Dopiero później cofnięto mnie do defensywy.  
Kiedy trafił pan do młodzieżowej reprezentacji, którą Janusz Wójcik szykował na olimpiadę w Barcelonie? 
- Zacząłem występować w niej w 1987 roku, zanim jeszcze trafiłem do Widzewa Łódź. Najpierw w reprezentacji młodzieżowej moim trenerem był Mieczysław Broniszewski, potem trafiłem do grupy Janusza Wójcika. Ten szkoleniowiec wówczas prowadził jeszcze Jagiellonię Białystok. Ja pochodziłem z Łap na Podlasiu, byłem wychowankiem miejscowej Pogoni. Wójcik mnie znał, zresztą, zanim doszło do mojego transferu do Łodzi, interesowała się mną właśnie Jagiellonia. Wójcik potem przejął po Broniszewskim kadrę do lat 18, później powstała Fundacja Olimpijska, która pomagała drużynie. Oczywiście skład zespołu później nieco się zmieniał, ale jakby bazą do budowy zespołu na igrzyska była właśnie reprezentacja ówczesnych osiemnastolatków. 
Eliminacje do igrzysk przeszliście właściwie jak burza, zostawiając w pokonanym polu Anglię, Irlandię, Turcję. Coś zacięło się nieco później, na początku 1992 roku, kiedy przegraliście 0:5 z Danią na wyjeździe. Właściwie to była taka najbardziej dotkliwa porażka w historii tamtej młodzieżowej reprezentacji. Co się stało? Do turnieju w Barcelonie awansowaliśmy, ale trochę jakby "kuchennymi drzwiami". 
- Tak się mówi o tych "drzwiach", ale naprawdę ten awans do igrzysk zawdzięczamy znakomitej postawie w eliminacjach, kiedy w grupie nie straciliśmy punktu. Porażka na wyjeździe z Duńczykami miała miejsce jeszcze w marcu, a dla nas był to niewygodny termin. Praktycznie wszyscy graliśmy w klubach w kraju, pojechaliśmy na tamto spotkanie właściwie nie będąc jeszcze w rytmie meczowym, ligowym. Wiele spraw złożyło się na tę porażkę. Duńczycy rozjechali nas niemiłosiernie. W trakcie gry kontuzji doznał nasz podstawowy bramkarz Alek Kłak. Potrafili wykorzystać nasze słabe momenty. Słabo wyglądaliśmy, aczkolwiek nie wiem, czy też trochę sami ich nie zlekceważyliśmy. 
Pewnie gdzieś wydawało się, że skoro pokonaliśmy Angoli i wygraliśmy grupę eliminacyjną, to w następnych etapach młodzieżowych mistrzostw Europy, które były jednocześnie kwalifikacjami do igrzysk, będziemy dalej wszystkich tłuc. Piłka nożna bywa jednak karcąca, szybko sprowadza na ziemię kogoś, kto wychodzi na boisko z takim nastawieniem. 
Paradoksalnie ta porażka chyba wam wtedy pomogła. 
- I to bardzo! Na pewno musieliśmy wyciągnąć wnioski z tej porażki, co też uczyniliśmy. Duńczycy też pojechali na te same igrzyska, a jednak nie przebili się do strefy medalowej. 
W którym momencie turnieju olimpijskiego zrozumieliście, że medal jest w zasięgu. Trudno powiedzieć, czy po pierwszym meczu z Kuwejtem w grupie, który wygraliście 2:0, ale raczej było to spotkanie bez większej historii. 
- Nie znaczy to, że poszło gładko. W mojej pamięci ten mecz zapisał się jako trudny, szczególnie na początku mieliśmy z nimi sporo problemów. Oczywiście mieliśmy też okazję wygrać wyżej, rzutu karnego nie wykorzystał bowiem Mirek Waligóra. 
Zwycięski mecz z Włochami 3:0 był chyba decydujący. Takiego zdania był na przykład pana reprezentacyjny kolega Ryszard Staniek. 
- Tak, to był przełomowy mecz. Pozwolił nam uwierzyć w naszą siłę. Proszę bowiem zauważyć do działo się wcześniej. Wygrywamy pewnie eliminacje, pokonując Anglię, Irlandię i potem to 0:5 z Duńczykami. Ktoś mógłby zapytać - to jak w końcu jest ta kadra, która "prawdziwa", ta z eliminacji czy jednak z tego meczu, który wysoko przegraliśmy. Kiedy drużyna dostaje pięć bramek, to zawsze sprawia, że pewność siebie w drużynie jest zachwiana. Mecz z Włochami pokazał, że prawdziwa ekipa to ta, która kilka miesięcy wcześniej wygrała grupę w eliminacjach. Skoro pokonaliśmy silnych, faworyzowanych Włochów 3:0, a na dobrą sprawę mogliśmy zwyciężyć w jeszcze większych rozmiarach, to sami w to uwierzyliśmy, że możemy bić się z każdym. Zwyciężyliśmy nie jakichś anonimowych graczy z Włoch, ale już mocnych piłkarzy, aspirujących do miana gwiazd, które już błyszczały na boiskach Serie A. Zresztą, weźmy przykład Marka Koźmińskiego. To, że bardzo dobrze spisał się w tym meczu na olimpiadzie, miało duże znaczenie dla jego późniejszego transferu do Włoch. 
Na pewno wrażenie robi zwycięstwo 6:1 na Australią w półfinale. Wbrew temu, co sugeruje wynik, ten mecz, przynajmniej w pierwszej połowie, do łatwych nie należał. 
- Właśnie, jeśli sugerowalibyśmy się tylko wynikiem, to można powiedzieć, że wygraliśmy z "ogórkami". Tymczasem ten zespół przecież awansował do igrzysk, trafił do półfinału, to już coś znaczyło. Ten mecz pokazał natomiast, co znaczą indywidualności, jak potrafią przechylić szalę zwycięstwa na korzyść swojej drużyny. Pamiętamy przecież, jaki popis gry dali "Józek" z "Kowalem". Australia wcale nie zamierzała się okopywać, grała z nami tak zwaną otwartą piłkę, co było dla nas wodą na młyn. 
Kilka dni później gracie z Hiszpanią, gospodarzami igrzysk, na słynnym Camp Nou w Barcelonie. Stawką jest złoty medal olimpijski. Co się czuje w takim momencie? Jak w ogóle wyglądały te ostatnie godziny przed meczem? 
- Wiedzieliśmy, że dla nas sukcesem jest już sam występ w tym finale, na pewno ciążyła na nas mniejsza presja niż na gospodarzach, którzy grali ładną, techniczną piłkę. Na nich zwrócone były oczy hiszpańskich kibiców. Nastawiliśmy się na walkę, nie mieliśmy nic do stracenia. Z drugiej strony zdawaliśmy sobie sprawę, jaka jest stawka pojedynku. Umówmy się, nie każdy w życiu staje przed szansą zdobycia złotego medalu olimpijskiego. 
Mecz mógł się podobać, nastroje zmieniały się jak w kalejdoskopie. Które momenty finału, przegranego 2:3, zapamiętał pan najbardziej? 
- Do dziś wspominam ciszę, jaka zapadła na stadionie, kiedy objęliśmy prowadzenie 1:0. Jeszcze chwilę wcześniej krzyczeliśmy do siebie, bo w tym tumulcie ledwie się słyszeliśmy, stojąc blisko siebie. A tu nagle cisza jak makiem zasiał. 
Potem wydawało się, że w drugiej połowie Hiszpanie przejmują kontrolę na boisku, strzelili dwa gole, to znów wyrównaliśmy na 2:2. Straciliśmy trzecią bramkę w ostatniej minucie. Cóż, chyba byliśmy myślami w dogrywce, moment dekoncentracji wystarczył do tego, żebyśmy stracili złoty medal. 
To były pańskie jedyne igrzyska olimpijskie w życiu. Jak pan je wspomina? 
- Kiedy na początku igrzysk przyjeżdżaliśmy do wioski olimpijskiej, to wtedy tętniła ona życiem, przebywało w niej mnóstwo sportowców z różnych państw, nawet słynni koszykarze z NBA, choć akurat nie wszyscy z nich mieszkali w wiosce. Z kolei przed samym finałem było już pusto, miałem wrażenie, że przebywaliśmy tam sami. Powiedziałbym - puste, wymarłe miasteczko. 
Po igrzyskach słynne hasło "zmieniamy szyld i jedziemy" dalej w rzeczywistości, w pierwszej reprezentacji Polski, nie doczekało się spełnienia. Nie zrobiliście większych karier w dorosłej piłce, choć większość wyjechała zagranicę, część grała później w Lidze Mistrzów. Dlaczego? 
- Byłbym daleki od generalizowania, że nam, olimpijczykom, nie powiodło się w dorosłej piłce. Każdy poszedł taką ścieżką kariery, jaką sobie obrał i jaka była mu pisana. Oczywiście to takie pobożne życzenie, aby dwudziestu zawodników grających na igrzyskach, nagle, po zmianie tego szyldu, stało się piłkarzami na miarę obecnego Roberta Lewandowskiego. To są jednostki w skali świata. Największy czynnik, który kształtuje piłkarza, to siła, poziom ligi, sposób trenowania. Nikt mi nie powie, że grając jedenaście spotkań z przeciętnymi drużynami zespół staje się lepszy niż gdyby mierzył się z mocnymi i nawet ponosił porażki. Charaktery kształtują się przy wyzwaniu, nie przy trwaniu bez nadmiernej mobilizacji. Gdy zbierzemy to wszystko do kupy, to zobaczymy, dlaczego te nasze kariery tak różnie się potoczyły. Gdybyśmy taki sukces odnieśli w dzisiejszych realiach rynku transferowego, to w Polsce tuż po olimpiadzie nie ujrzelibyśmy żywego ducha, większość medalistów wyjechałaby od razu. Tymczasem wtedy do klubów zagranicznych przeniosło się kilku chłopaków i to w różnych odstępach czasu. Część niedługo po igrzyskach, reszta później, inni jeszcze przez wiele lat grali w kraju. 
Pan był jednym z nielicznych ze swojego pokolenia, którzy nie wyjechali do zagranicznych klubów. Dlaczego? Nie wierzę, że nie miał pan dobrych ofert. 
- W moim przypadku było jeszcze inaczej. Ofert nie brakowało, w pewnym okresie czasu mogłem wybierać w nich niczym przysłowiowych ulęgałkach, szczególnie po występach z Widzewem w Lidze Mistrzów. Główną przeszkodą dla mnie były jednak obawy przed lataniem samolotem. Swego czasu, wracając z pierwszą reprezentacją Polski samolotem z Paragwaju, przeżyliśmy ciężkie chwile, maszyna wpadła w turbulencje w powietrzu, otarliśmy się o tragedię... Ci, którzy wtedy przebywali na pokładzie, dobrze pamiętają ten moment. To w człowieku zostaje, w psychice. 
Wspominał pan już o Lidze Mistrzów. Co było największą siłą tamtego Widzewa, tego z połowy lat dziewięćdziesiątych? 
- Nie ma jednej przyczyny, jednego czynnika, wiele rzeczy trzeba zebrać do kupy. Mieliśmy skuteczny styl gry, trener Franciszek Smuda zebrał silną kadrę, w której występowało wielu reprezentantów kraju. Kiedy wywalczyliśmy mistrzostwo Polski, to skład został jeszcze bardziej wzmocniony, nie osłabiony. Efekty były widoczne. Trudno uniknąć porównań do obecnego mistrza Polski Lecha Poznań, który przegrywa wysoko z rywalem z Azerbejdżanu w eliminacjach. My w grupie zremisowaliśmy u siebie i na wyjeździe nieznacznie przegraliśmy z późniejszym triumfatorem Ligi Mistrzów, Borussią Dortmund (2:2 i 1:2 - przyp. autora). Gdybyśmy posiadali więcej doświadczenia z gry na tym szczeblu, nasze losy jako drużyny mogły potoczyć się inaczej. Jedyny mecz, jaki wyraźnie przegraliśmy, to ten z czołową ekipą Europy Atletico Madryt 1:4 u siebie, kiedy mieliśmy trochę problemów kadrowych. 
Nie byłoby tych spotkań, gdyby nie wcześniejszy zwycięski dwumecz w eliminacjach z Broendby Kopenhaga. Swego czasu, rozmawiając z Kimem Vilfortem, legendą tego zespołu, dowiedziałem się od niego, że w czasie rewanżu Duńczycy, prowadząc 3:0, zlekceważyli Widzew, sądząc, że jest już po meczu. Ostatecznie wygrali 3:2, ale ten wynik dawał awans mistrzom Polski. 
W końcówce to my lepiej wytrzymaliśmy trudy tego meczu pod względem fizycznym. Oni wtedy "umierali" na boisku, a my czuliśmy, że mamy jeszcze dużo sił. Graliśmy otwartą piłkę. Ostatnio nawet oglądałem ten mecz i momentami łapałem się za głowę, bo wyglądało czasem tak, jakbym to ja był jedynym człowiekiem w obronie, a reszta ruszyła do przodu. 
To pokazuje też sposób gry, charakterystyczny dla drużyn Franka Smudy, który stawiał na to, aby boczni obrońcy grali też ofensywnie. Graliśmy odważnie, odkrywaliśmy się. z drugiej strony w końcówce pierwszej połowy straciliśmy dwa gole, a wcześniej świetną okazję strzelecką miał Marek Citko, kiedy nieudanie próbował przelobować bramkarza Broendby. Te dwie stracone bramki trochę rozmontowały nasze szeregi, zaczęło się wariactwo. 
To, co udało się Widzewowi, nie było dane pierwszej reprezentacji Polski, która w latach 90. ani razu nie zdołała awansować do wielkiego turnieju, kolejne eliminacje kończyły się przykrymi rozczarowaniami. Co pan szczególnie zapamiętał z tego okresu? 
- Najbardziej szkoda tych eliminacji z 1995 roku, kiedy walczyliśmy za kadencji trenera Henryka Apostela o finały mistrzostw Europy. Stworzyliśmy ciekawy zespół, niemniej wszystko skończyło się aferą w meczu na Słowacji, czerwonymi kartkami Romka Koseckiego i Piotrka Świerczewskiego. Szkoda, bo ten zespół miał potencjał, ale w kilku momentach coś nam się posypało. 
Do dziś kibice i wielu dziennikarzy wspomina, że była to kadra "imprezowa". 
- Wie pan, o każdej kadrze możemy powiedzieć, że jest imprezowa. Mieliśmy przecież już podobne historie, zawieszenie Artura Boruca po meczu na Ukrainie, później też za kadencji trenera Adama Nawałki. To jest tak, że gdy na zgrupowaniu spotyka się dwudziestu kilku facetów, to zawsze znajdą okazję... Grunt, żeby nie wpływało to na wyniki sportowe, przygotowania. 
Po zakończeniu piłkarskiej kariery zajął się pan między innymi pisaniem książek. "Szmata" to dzieło, które przedstawia fikcyjną postać, aczkolwiek związaną z piłka nożną. Czym pan jeszcze się zajmuje?
- Jestem ekspertem piłkarskim w Polsacie, komentuję mecze pierwszej ligi, analizuję Ligę Mistrzów. Co do książki - teraz przygotowuję drugą, nie będzie to już fikcja literacka, ale publikacja oparta na faktach zbiór kilkunastu tekstów. Wszystko powinno ukazać się pod koniec tego roku. Pracuję też nad książką, która nie jest związana z tematyką sportową.
To stanie się w czasie przybliżonym do mundialu w Katarze. Jak pan oceni szansę naszej reprezentacji w tych mistrzostwach? Nie bez znaczenia będzie chyba sama pora rozgrywania tej imprezy. 
- No właśnie, dla mnie to jest takie dziwne, nietypowe. Mam nadzieję, że w przyszłości wszystko wróci do normalnych terminów - czerwiec, lipiec. Ta zmiana daty to jednak nie jest najlepszy pomysł. Co do naszej reprezentacji - wbrew pozorom jestem optymistą, pomimo tych ostatnich wyników w Lidze Narodów. Nie mam w sobie jakiejś paniki, że po tym, co zobaczyliśmy w czerwcu, to czeka nas katastrofa. Dużym problemem jest sam czas, trener Czesław Michniewicz nie będzie go miał zbyt wiele, aby przygotować drużynę do mistrzostw. To jednak mankament, z którym mierzy się większość selekcjonerów. 
ROZMAWIAŁ PIOTR STAŃCZAK 

Tomasz Łapiński (rocznik 1969) jest wychowankiem Pogoni Łapy. Występował także w Widzewie Łódź, Legii Warszawa, Piotrcovii Piotrków Trybunalski. W młodości grał jako napastnik, potem defensywny pomocnik, w seniorskiej karierze jako środkowy obrońca. Z reprezentacją olimpijską zdobył srebrny medal w igrzyskach olimpijskich w Barcelonie w 1992 roku. Z Widzewem Łódź walczył w Lidze Mistrzów (w sezonie 1996-97), jego zespół zakończył udział w tych rozgrywkach w fazie grupowej. W pierwszej reprezentacji Polski występował w latach 1992-99, wystąpił w 36 meczach, nie zdobył bramki. Jako szkoleniowiec pracował w Widzewie Łódź - był tymczasowym trenerem oraz asystentem pierwszego. 
 
 Tomasz Łapiński wspomina mecze Widzewa Łódź z Legią Warszawa.

 
POLECAM
 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dawne piłkarskie gwiazdy zagrają dla chorego Tymusia w Grodzisku Mazowieckim

PIŁKA NOŻNA. Trwa już odliczanie do charytatywnego turnieju na rzecz chorego Tymusia, który odbędzie się 27 stycznia 2024 roku w Grodzisku Mazowieckim koło Warszawy. Wystąpi między innymi Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. 

Euro 2024. Pierwszy trener Kacpra Urbańskiego zapewnia: jeszcze będzie o nim głośno! (WIDEO)

PIŁKA NOŻNA. Przed nami finały Mistrzostw Europy 2024 w Niemczech. W kadrze reprezentacji Polski znalazł się niespełna 20-letni Kacper Urbański, wychowanek Lechii Gdańsk, obecnie zawodnik włoskiego klubu FC Bologna. Młodego piłkarza wspomina jego pierwszy trener - Grzegorz Grzegorczyk z Akademii Piłkarskiej Lechii Gdańsk. 

Ryszard Staniek ciężko chory! Medalista olimpijski z Barcelony potrzebuje pomocy

PIŁKA NOŻNA. Ryszard Staniek, były piłkarz reprezentacji Polski oraz m.in. Górnika Zabrze i Legii Warszawa, uczestnik Ligi Mistrzów, jest ciężko chory. Ruszyła zbiórka pieniędzy na jego leczenie, rehabilitację oraz zakup samochodu. Liczy się każda złotówka!