Przejdź do głównej zawartości

Jostein Flo: Roberto Carlos pytał mnie, dlaczego nie gram w koszykówkę

Jostein Flo, reprezentant Norwegii w piłce nożnej w latach 1987-2000, grał w kadrze "Wikingów" przeciwko Polsce w eliminacjach do Mistrzostw Świata w USA w 1994 roku.  
 

Jostein Flo był czołowym zawodnikiem Norwegów w latach 90. Strzelił gola w meczu z Polską we wrześniu 1993 roku w Oslo. Tu jako dyrektor sportowy Stromgodset IF Drammen. Fot. www.godset. 

Norwegia słynie głównie ze sportów zimowych. Przed laty podziwiałem waszych biegaczy narciarskich - Bjoerna Dahlie, Vegaarda Ulvanga, narciarza alpejskiego Kjetila Andre Aamodta, skoczka narciarskiego Espena Bredesena czy łyżwiarza szybkiego Johana Olava Kosa. Jako piłkarze jeszcze 30 lat temu byliście dla mnie, jako kibice, anonimowi. Dlaczego pan w młodości postawił na futbol, a nie na inne, popularniejsze w pana kraju dyscypliny sportu?

- W młodości uprawiałem lekkoatletykę, konkretnie skok wzwyż. Myślę, że do piłki nożnej przekonałem się głównie z tego względu, że grali w nią również moi bracia (Jostein ma ich czterech - przyp. autor). Zresztą, tworzyliśmy wspólnie taki mały, rodzinny team, my - jako bracia oraz kuzyn. Tak to się zaczęło.
Do czasów pana młodości jeszcze pozwolę sobie wrócić, natomiast teraz przypomnijmy początek lat 90., który dla piłkarskiej reprezentacji Norwegii był niezwykle udany. Eliminacje do Mistrzostw Świata w USA przeszliście jak burza, całkowicie niespodziewanie zdominowaliście “polską” grupę.
- To był najlepszy turniej kwalifikacyjny w historii norweskiego futbolu, nie tylko w tamtych latach. Trafiliśmy do bardzo silnej grupy, z Anglią, Holandią, Polska także była trudnym przeciwnikiem, choć końcówkę eliminacji mieliście nieudaną.
Wielką zasługę w tym, że wygraliście grupę miał z pewnością ówczesny trener waszej reprezentacji, słynny Egil Roger Olsen. Jak pan go wspomina?
- Można powiedzieć, że był odważnym trenerem, który nie bał się nowości taktycznych. To właśnie on był autorem naszego systemu gry w ustawieniu 1-4-5-1, z jednym wysuniętym napastnikiem. W tamtych latach praktycznie nikt tak nie grał, oprócz Irlandii pod wodzą jej trenera Jackie Charltona. Ja także byłem ważnym punktem w naszej taktyce. Owszem, inni, również w Norwegii, krytykowali nas za to, że nie gramy widowiskowo, że główną rolę odgrywa siła fizyczna, że mało w tym finezji, ale przecież najważniejsze było to, że taka taktyka okazywała się skuteczna, efektywna i szczególnie przekonali się o tym nasi rywale w eliminacjach do Mistrzostw Świata w USA.
Wiosną 1993 roku pokonaliście u siebie Anglię 2:0. Co ciekawe, cztery dni wcześniej my zremisowaliśmy z Wyspiarzami 1:1, ci w Oslo wyraźnie odczuwali trudy meczu w Chorzowie. Wygrana z Anglikami znacznie przybliżyła was wtedy do awansu, odwrotnie było w przypadku Polski. Jak pan wspomina potyczkę z podopiecznymi Grahama Taylora?
- Dobrze ją pamiętam, myślę, że nasi kibice również. W ogóle angielski futbol w tamtym okresie był w Norwegii niesamowicie popularny, telewizja transmitowała mecze Premier League, więc dla kibiców przyjazd angielskich piłkarzy do Oslo był wielkim wydarzeniem. Ja najwięcej pojedynków stoczyłem wówczas z angielskim obrońcą Garym Palisterem, nie miał ze mną łatwego życia (śmiech). Zresztą, Anglicy byli kolejnym rywalem, który nie potrafił poradzić sobie z naszym systemem gry. To było dla nas bardzo ważne zwycięstwo.
Zapewne dobrze pamięta pan datę 22 września 1993 roku. Tym razem w Oslo podejmowaliście Polskę. W 54 minucie zdobył pan dla Norwegii jedynego w tym meczu i jak się później okazało, zwycięskiego gola. Takich momentów z pewnością się nie zapomina.

- Dobrze pamiętam tę sytuację. Wykonywaliśmy rzut rożny, najszybciej doskoczyłem do podskakującej w polskim polu karnym piłki i uderzyłem do bramki. Wykorzystałem pasywną postawę obrońców rywala (tę sytuację można obejrzeć na filmie poniżej - przyp. autora). Powiem tak, w swojej karierze strzelałem wiele bramek, ale myślę, że tę cenię sobie najbardziej. Padła w spotkaniu o wysoką stawkę, to była trafienie na wagę naszego awansu do finałów Mistrzostw Świata.
Jak pan wspomina samo spotkanie? Było bardzo dramatyczne, oba zespoły kończyły je w dziesiątkę po czerwonych kartkach dla Romana Szewczyka i norweskiego bramkarza Erika Thorstvedta.
- Polska drużyna zaprezentowała się wówczas bardzo dobrze, była naprawdę groźna, a nam dopisało szczęście no i byliśmy skuteczni. Ten pojedynek różnił się od wielu poprzednich, jakie rozgrywaliśmy w tamtych eliminacjach. Szczęście też jest w takich momentach bardzo potrzebne. Wtedy pozostawało nam tylko zwyciężyć Polskę i już mogliśmy cieszyć się z awansu. Mieliśmy to szczęście, ale byliśmy też konsekwentni w swojej grze.
Jak świętowaliście ten awans? Z pewnością było to wielkie wydarzenie w Norwegii?
- O tak! Ulice Oslo po meczu były pełne kibiców, my jechaliśmy na czele korowodu i świętowaliśmy razem z naszymi fanami, najwięcej osób pojawiło się w centrum miasta. Takiej fety jeszcze w historii naszej piłki nożnej do tamtej pory nie było. To niesamowite przeżycie, świętować awans przed własną publicznością. Minęło już tyle lat, ale nadal pamiętam tę znakomitą atmosferę, jaką stworzyli kibice. Zresztą, świętowała cała Norwegia.
Trzy tygodnie później w Poznaniu pokonaliście naszą drużynę 3:0, pan również strzelił wtedy bramkę.
- Tak, zwycięstwo w Polsce przyszło nam łatwiej niż u siebie. Wtedy jednak graliśmy już z mniejszą presją, cel, czyli awans do Mistrzostw Świata, już wcześniej osiągnęliśmy. Dzięki zwycięstwie w rewanżu przypieczętowaliśmy swój sukces. Atmosfera w naszej drużynie była znakomita…
… u nas wprost przeciwnie. Kilka miesięcy później pojechaliście na upragnione mistrzostwa do USA. Jako debiutant trafiliście do grupy z Włochami, Irlandią oraz Meksykiem. Do fazy pucharowej nie udało wam się jednak awansować.
- Odnieśliśmy jedno zwycięstwo, z Meksykiem 1:0, przegraliśmy z Włochami 0:1 i potem zremisowaliśmy bezbramkowo z Irlandią. Duże znaczenie miała niestety porażką z Italią. To był zespół gwiazd, w dodatku prezentujący całkiem inny styl gry od naszego. Na dodatek nie potrafiliśmy go pokonać, mimo, że Włosi grali w osłabieniu po czerwonej kartce. Najbardziej zbliżony styl i poziom do nas prezentowali Irlandczycy, bardziej nastawiony na walkę fizyczną, futbol siłowy. Niestety, remis z nimi nic nam nie dał. Historyczny udział w mistrzostwach zakończyliśmy w grupie.
Dobra passa norweskiego futbolu trwała jednak dalej. Cztery lata później, we Francji, zakwalifikowaliście się już do fazy pucharowej mistrzostw świata. Jak pan wspomina tamten turniej? Trzeba dodać, że znów na waszej drodze stanęli Włosi, znów przegraliście z nimi 0:1, tyle, że w 1/8 finału.
- Pod względem sportowym był to na pewno lepszy turniej dla naszej reprezentacji niż ten w USA. Z mistrzostw we Francji najbardziej pamiętam pojedynek w grupie z Brazylią. Wygraliśmy w końcówce 2:1, choć przegrywaliśmy 0:1. Pokazaliśmy charakter, walczyliśmy do końca z zespołem, który bronił tytułu mistrza świata sprzed czterech lat. To była drużyna z wieloma gwiazdami w składzie, ale zaskoczyliśmy ich. Pamiętam taką ciekawą sytuację, już po meczu. Brazylijski obrońca Roberto Carlos zapytał mnie, czemu gram w piłkę nożną, a nie koszykówkę (śmiech). Chodziło mu o mój wzrost (Jostein Flo mierzy 192 centymetry - przyp. autor). To był też bardzo udany mecz dla mojego najmłodszego brata Tore Andre Flo, który zdobył dla nas gola na 1:1. Ta wygrana z mistrzami świata też przeszła do historii norweskiej piłki nożnej.
Zagraliście jeszcze w Mistrzostwach Europy w Belgii i Holandii w 2000 roku, a następnie przyszło wam walczyć o awans do światowego czempionatu w Korei i Japonii ponownie z Polską, choć już bez pana w składzie. Tym razem my byliśmy lepsi, wygraliśmy 3:2 w Oslo i 3:0 w Chorzowie, także świętując swój awans. Pana reprezentacja znalazła się w kryzysie i tak naprawdę przez dwadzieścia lat nie może się z niego wydźwignąć. Dlaczego?
- Myślę, że dla mojego pokolenia lata 90. były najbardziej udane w historii, mieliśmy wtedy najlepszą drużynę w dziejach Norwegii i bardzo dobrego szkoleniowca. To wszystko razem funkcjonowało. Później nie brakowało też świetnych zawodników, jak napastnicy: John Carew, Ole Gunnar Solskjaer czy mój młodszy brat Tore Andre, ale niestety, reszta kadrowiczów prezentowała już niższy poziom. I to było widać po wynikach, które niestety, od mistrzostw w 1998 roku były już coraz słabsze. 

Z Polską ponieśliśmy dwie porażki, ale nie była to wtedy żadna sensacja. Po prostu w tamtych eliminacjach mieliście lepszy zespół od naszego i zasłużenie awansowaliście.


Jostein Flo (rocznik 1964) urodził się na farmie o nazwie Flo, w młodości trenował skok wzwyż, zaś piłkarską karierę zaczynał nieopodal tej wioski, w miejscowości Stryn. Potem występował w innych norweskich klubach - Molde FK, Songdal IL, belgijskim SK Lierse i angielskim Sheffield United. Na boisku występował najczęściej jako napastnik lub prawoskrzydłowy. Piłkarską karierę zakończył jako zawodnik norweskiego klubu Stromsgodset IF. Obecnie właśnie w nim pełni funkcję dyrektora sportowego. W reprezentacji Norwegii zadebiutował w 1987 roku (rozegrał wtedy dwa mecze w narodowych barwach), zaś potem grał w niej w latach 1992-2000, wystąpił w kadrze w 53 spotkaniach i strzelił 11 goli. Grał w Mistrzostwach Świata w USA (1994), Francji (1998) oraz Mistrzostwach Europy w Belgii i Holandii (2000). Jeden z najlepszych norweskich piłkarzy w historii. Imponował też warunkami fizycznymi (192 centymetry wzrostu). Ma trzech braci, wszyscy również grali w piłkę nożną. Najmłodszym z rodzeństwa, ale również bardzo znanym i rozpoznawalnym jest Tore Andre Flo (rocznik 1974), również były reprezentant Norwegii i zawodnik między innymi londyńskiej Chelsea.



Cały, obszerny wywiad z Josteinem Flo można przeczytać w mojej książce - ebooku "Na biało-czerwonym szlaku", link do niej znajdziecie na stronie głównej bloga. Czy pojawi się ona w wersji drukowanej w księgarniach? Możesz dołożyć do tego swoją cegiełkę. Jak wesprzeć mój projekt? Szczegóły znajdziecie tutaj WSPIERAM TO. Książka "Na biało-czerwonym szlaku" 

ROZMAWIAŁ PIOTR STAŃCZAK 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dawne piłkarskie gwiazdy zagrają dla chorego Tymusia w Grodzisku Mazowieckim

PIŁKA NOŻNA. Trwa już odliczanie do charytatywnego turnieju na rzecz chorego Tymusia, który odbędzie się 27 stycznia 2024 roku w Grodzisku Mazowieckim koło Warszawy. Wystąpi między innymi Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. 

Euro 2024. Pierwszy trener Kacpra Urbańskiego zapewnia: jeszcze będzie o nim głośno! (WIDEO)

PIŁKA NOŻNA. Przed nami finały Mistrzostw Europy 2024 w Niemczech. W kadrze reprezentacji Polski znalazł się niespełna 20-letni Kacper Urbański, wychowanek Lechii Gdańsk, obecnie zawodnik włoskiego klubu FC Bologna. Młodego piłkarza wspomina jego pierwszy trener - Grzegorz Grzegorczyk z Akademii Piłkarskiej Lechii Gdańsk. 

Ryszard Staniek ciężko chory! Medalista olimpijski z Barcelony potrzebuje pomocy

PIŁKA NOŻNA. Ryszard Staniek, były piłkarz reprezentacji Polski oraz m.in. Górnika Zabrze i Legii Warszawa, uczestnik Ligi Mistrzów, jest ciężko chory. Ruszyła zbiórka pieniędzy na jego leczenie, rehabilitację oraz zakup samochodu. Liczy się każda złotówka!