Przejdź do głównej zawartości

Piotr Czachowski: piłkarzy Sampdorii "obcinaliśmy" wzrokiem jak komornik szafę. Oni myśleli, że nas... połkną

Piotr Czachowski, obrońca piłkarskiej reprezentacji Polski w latach 1989-93, z Legią Warszawa grał w półfinale Pucharu Zdobywców Pucharów. Jak wspomina te historyczne już potyczki? 
Piotr Czachowski dotarł z Legią do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów, był obrońcą reprezentacji, grał w lidze włoskiej. Teraz szkoli dzieci w Akademii Inter Łazy. Fot. Facebook/Akademia INTER Łazy
 

Zadebiutował pan w pierwszej reprezentacji Polski już pod wodzą trenera Andrzeja Strejlaua, wystąpił pan w towarzyskim meczu ze Związkiem Radzieckim, który zakończył się remisem 1:1. Co pan zapamiętał z tamtego pojedynku?
- Tak, wtedy występowałem w Stali Mielec. W ogóle warto wspomnieć, że pierwsze powołanie do pierwszej reprezentacji dostałem rok wcześniej, jeszcze od trenera Wojciecha Łazarka. Polska grała towarzysko z reprezentacją NRD (Niemieckiej Republiki Demokratycznej - przyp. autor) w Cottbus, ale ja nie wtedy nie pojawiłem się na boisku. Wygraliśmy wtedy 2:1. Dopiero trener Andrzej Strejlau dał mi szansę występu. Spotkanie z ZSRR (Związkiem Socjalistycznych Republik Radzieckich - przyp. autor) odbywało się w Lubinie. Miałem wtedy niespełna 23 lata i to było dla mnie wielkie przeżycie, sama ta otoczka meczu, zgrupowanie, to wywołało dreszczyk emocji. Pierwszym trenerem był Strejlau, drugim Lesław Ćmikiewicz, natomiast bramkarzami opiekował się wówczas Jan Tomaszewski. To był przełom lat 80 i 90., coraz więcej kadrowiczów występowało już w różnych zagranicznych klubach. Zawodnicy z polskiej ligi, tak jak ja, także chcieli pokazać się z jak najlepszej strony, aby poprzez dobrą grę w kadrze czy europejskich pucharach, zasłużyć na zagraniczny transfer. Graliśmy na starym, ale na tamte czasy nowoczesnym stadionie Zagłębia Lubin, zwany przez niektórych “dożynkowym”. Mógł pomieścić około 40 tysięcy kibiców, na meczu ze Związkiem Radzieckim pojawiło się około trzydzieści tysięcy osób. Zremisowaliśmy z silną ekipą 1:1 (0:1), gola dla nas zdobył Darek Wdowczyk.
Tygodnik “Piłka nożna” przyznał panu dwa lata później tytuł Piłkarza Roku 1991 w Polsce. W ogóle rozpoczął się on dla pana od mocnego uderzenia. Już jako piłkarz Legii Warszawa, razem ze stołeczną drużyną zmierzył się pan w marcu z włoską Sampdorią Genua w ćwierćfinale Pucharu Zdobywców Pucharów (tych rozgrywek obecnie już nie ma - przyp. autor). Chyba nikt, oprócz zagorzałych kibiców, szczerze nie dawał legionistom większych szans w starciu z naszpikowanym gwiazdami rywalem.
- Gianluca Vialli, Paolo Mancini, Attilio Lombardo, jeszcze Gianluca Pagliuca w bramce, Pietro Vierchowod i jeszcze wielu innych… W tym samym roku zdobyli zresztą mistrzostwo Włoch. W ogóle muszę najpierw wspomnieć, że z tą włoską piłką nożną miałem do czynienia już dużo wcześniej. Kiedy występowałem w reprezentacji Polski do lat szesnastu, a prowadzili ją wówczas Janusz Wójcik i Władysław Stachurski, na pierwszy zagraniczny wyjazd także udaliśmy się do Italii. Pierwszy mecz w europejskich pucharach także zagrałem przeciwko włoskiej drużynie, właśnie Sampdorią Genua. Pierwszy zagraniczny transfer także miałem do klubu z Włoch, do Udinese. W telewizji Eleven Sports także komentuję mecze Serie A.
Dwumecz Legii z Sampdorią przeszedł do historii polskiego futbolu. Pan był w centrum wydarzeń. Jak pan je wspomina?
- W Polsce upadła komuna, były to początki nowej Rzeczpospolitej, nikomu nie było łatwo, piłkarzom również, stadiony w większości świeciły jednak pustkami. Tymczasem zdarzyło się coś, czego żaden polski zespół, dodajmy, z polskimi piłkarzami, bez obcokrajowców w składzie, nie dokonał od ponad trzydziestu lat i pewnie jeszcze długo nie dokona. W lidze nam się nie układało, tuż przed pierwszym meczem pucharowym z Sampdorią przegraliśmy z Górnikiem Zabrze 0:1 po kapitalnym golu nieżyjącego już dziś Piotrka Jegora. Pamiętam, że mecz z włoską drużyną na starym stadionie przy ulicy Łazienkowskiej rozegraliśmy w obecności 12 tysięcy kibiców, otoczka była niesamowita, ale my mieliśmy swoje problemy kadrowe, do dyspozycji czternastu zawodników. Tymczasem podejmowaliśmy gwiazdy światowego formatu, lidera włoskiej Serie A! 
Proszę mi wierzyć, wrażenie na nas wywarli już w momencie, gdy wysiadali z autokaru przed stadionem, wszyscy w jednakowych, beżowych płaszczach, elegancko ubrani od stóp do głów, a my? Jeden w dżinsach, drugi w jakiejś kurtce... 
Potem my schodziliśmy do szatni z przedmeczowego rozruchu, a oni właśnie wychodzili oglądać płytę boiska. Wtedy z ciekawością “obcinaliśmy” ich wzrokiem jak komornik szafę. Z drugiej strony zmobilizowaliśmy się mocniej, przecież to byli tylko ludzie. Może lepiej grali w piłkę, ale pucharowe mecze mają to do siebie, że niekiedy rządzą się swoimi prawami. Gdy wychodziliśmy na boisko w Warszawie, czuliśmy, że jakby trochę nas lekceważą, byli zbyt pewni siebie i to się na nich zemściło. Tymczasem wygraliśmy przy Łazienkowskiej 1:0 po bramce Darka Czykiera. My naprzeciwko ich umiejętności wykazaliśmy serce do gry, skuteczną taktykę, no i mieliśmy Wojtka Kowalczyka! W pierwszym meczu zastąpił akurat Andrzeja Łatkę, który doznał kontuzji. Proszę sobie teraz wyobrazić, jak to wszystko musiało się poukładać. Przecież gdyby Andrzej był zdrowy, pewnie 19-letni Wojtek nie zaistniałby wtedy w tych meczach z Sampdorią.
Na rewanż do Genui jechaliście z cenną zaliczką, ale jednak wygrana 1:0 w pierwszym meczu nie załatwiała sprawy awansu do półfinału.  
- Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że oni, aby awansować, musieliby strzelić nam przynajmniej dwa gole, nie tracąc żadnego. Dodatkową motywacją była premia, 10 tysięcy dolarów do podziału za wygranie tego dwumeczu. To były wówczas kosmiczne pieniądze. Przed rewanżem byliśmy jeszcze bardziej zmobilizowani. Pamiętam, że na przedmeczowym rozruchu w Genui, wymieniałem podania z innym obrońcą Legii, Arkiem Gmurem. Po pewnym czasie mówię do niego “Patrz, niby lekko kopiemy tę piłkę, a ona sunie po tej murawie jakby dokładniej” (śmiech). Wydawało się, że jest tam jakby inne powietrze, tak naprawdę to my byliśmy niesamowicie zmotywowani, widać było, że każdy z nas czuł już dreszczyk emocji. I w trakcie spotkania szybko objęliśmy prowadzenie. Jacek Cyzio popisał się znakomitym podaniem do “Kowala”, ten ośmieszył włoską defensywę, dał nam prowadzenie. Tuż po przerwie podwyższył na 2:0 i już byliśmy bardzo blisko upragnionego celu. Byliśmy coraz bardziej pewni w swoich poczynaniach, choć Sampdoria przecież nie rezygnowała, doprowadziła do remisu 2:2. Ten wynik dał awans naszemu zespołowi. Pamiętam, że po końcowym gwizdku gospodarze byli podrażnieni faktem, że odpadli w starciu z drużyną środka tabeli polskiej ligi, nie chcieli nawet wymieniać się z nami koszulkami na pamiątkę. Zapowiadali, że w rewanżu nas “połkną”, kwestia tylko, ile bramek dostaniemy… Jeszcze raz powtórzę, puchary rządzą się swoimi prawami, to jest tylko dwumecz. Wie pan, gdybyśmy grali na przykład dziesięć innych meczów z tą Sampdorią, to podejrzewam, że zwyciężylibyśmy może jeden raz, dwukrotnie zremisowali i ponieśli siedem porażek. Wtedy jednak mieliśmy ten zespół bardzo dokładnie rozpracowany, trenerzy obserwowali jego spotkania, wiedzieliśmy, czego i po kim możemy się spodziewać, jakie mocne strony posiada a jakie popełnia błędy dany zawodnik. To wszystko mieliśmy w głowie, a jeszcze wykonaliśmy na boisku. Mieliśmy ogromną satysfakcję i wysokie premie. Podejrzewam, że jeśli wtedy oczekiwalibyśmy nie 10 a 15 tysięcy dolarów za awans, to też zarząd zgodziłby się na taką kwotę. Większość działaczy chyba do końca nie wierzyła, że możemy pokonać Sampdorię.
W półfinale Pucharu Zdobywców Pucharów angielski, słynny Manchester United już was nie zlekceważył. Jak wyglądało to zderzenie z brytyjskim futbolem?
- W meczu w Warszawie, paradoksalnie wszystko układało się po naszej myśli do momentu, kiedy strzeliliśmy bramkę na 1:0 w 40 minucie. Miałem zresztą swój udział przy tym golu Jacka Cyzio. Tak się wtedy cieszyliśmy, że zapomnieliśmy o obronie swojej bramki i Manchester szybko wyrównał. Straciliśmy koncentrację, byliśmy w euforii, na trybunach mnóstwo kibiców, bodaj 18 tysięcy osób, w tym cała moja rodzina… Niestety, potem czerwoną kartkę dostał Marek Jóźwiak (zatrzymał rękami rywala, gdy ten wychodził na czystą pozycję strzelecką - przyp. autor). Graliśmy w osłabieniu, mając w kadrze ledwie 14 zawodników. Nie mieliśmy argumentów. 
Pamiętam, że gdy wychodziliśmy na płytę boiska, naprzeciwko mnie stał legendarny Walijczyk Mark Hughes. Spojrzałem na niego, proszę pana! Moje dwa uda były jak jedno jego! Do dziś trzymam koszulkę Hughesa z tego spotkania, z numerem 10. Był silny fizycznie, trudno było go przepchnąć, zabrać mu piłkę. 
W ogóle Anglicy zupełnie inaczej podeszli do tego spotkania niż Włosi z Sampdorii. Możemy być szczęśliwi, że skończyło się wtedy tylko na porażce 1:3. W rewanżu było już lepiej, zremisowaliśmy 1:1. Walczyliśmy też o premie, poza tym wielu z nas zdawało sobie sprawę z tego, że na takim stadionie jak Old Trafford może już nigdy nie zagrać. Rozegraliśmy dobre spotkanie, może oprócz pierwszych trzydziestu minut, gdzie Manchester, z tym niesamowitym Lee Sharpem, zepchnął nas do defensywy. Odpadliśmy, ale fajnie byłoby, jeśli dziś moglibyśmy oglądać takie spotkania i polskie zespoły w półfinałach europejskich pucharów. Z większością Polaków w składzie, aby pokazały, że są w stanie powalczyć z potęgami.
Z potęgami przyszło panu rywalizować także w reprezentacji Polski. Takie pojedynki jak z Anglikami czy Holendrami w najlepszym razie kończyły się remisami po walce. Rozmawiałem z trenerem Strejlauem o spotkaniach z Holandią w Rotterdamie (2:2) oraz Anglią w Poznaniu i Chorzowie (dwukrotnie padł remis 1:1). Czego brakowało reprezentacji, aby pokonać ówczesne gwiazdy?
- W Holandii zmierzyliśmy się ze światowymi gwiazdami, z których większość w tamtych latach występowała w AC Milan bądź innych klubach włoskiej Serie A. Wspaniała drużyna, a my mieliśmy w kadrze jeszcze wtedy Włodka Smolarka. On występował wówczas w Utrechcie w Holandii i znakomicie znał od podszewki tamtejszy futbol. Zresztą, do dziś osobiście chwalę się tym, że zagrałem w reprezentacji z Włodkiem, to dla mnie była wielka sprawa. I właśnie w końcówce tamtego spotkania w Rotterdamie, jak to się w żargonie mówi, gdyby lepiej przyłożył nogę przy stanie 2:2, to dałby nam zwycięstwo (śmiech). Doznałem w tamtym pojedynku potwornej kontuzji, w starciu z rywalem, który strzelił nam dwa gole (Peter van Vossen - przyp. autor). Pod koniec pierwszej części meczu zerwałem wszystkie więzadła w stawie skokowym. Miałem potem olbrzymie problemy ze zdrowiem, leczyłem tę nogę przez ponad trzy miesiące, do gry w barwach Udinese wróciłem pod koniec stycznia 1993 roku. Byłem zdruzgotany, ale z drugiej strony reprezentacja to reprezentacja, grając w biało-czerwonych barwach z orzełkiem na piersi człowiek dawał z siebie wszystko. 
Tak myśleliśmy, skoro nasi starsi koledzy w 1974 i 1982 roku zajmowali trzecie miejsce w Mistrzostwach Świata, to czemu my nie mielibyśmy do takiego turnieju awansować. Prawda okazywała się bolesna. 
W eliminacjach do mundialu w USA trafiliśmy na Holandię, Anglię i niesamowicie silną ekipę Norwegii. Po ostatnich pięciu porażkach jesienią 1993 roku, można tak powiedzieć, jako drużyna posypaliśmy się w drobny mak. Nadzieja była jeszcze wcześniej, w spotkaniu z Anglią. Niestety, padł tylko remis 1:1. Tylko…
Anglicy prześladowali nas w latach 90., zresztą w XXI wieku również. Nie mogliśmy znaleźć sposobu, aby choć raz ich pokonać…
- W Chorzowie straciliśmy gola na 1:1 w 84 minucie. Dwa lata wcześniej, kiedy z kolei biliśmy się z nimi o awans do Mistrzostw Europy w Szwecji, w Poznaniu padł identyczny wynik. Kiedy Anglicy do nas przyjeżdżali, to mogliśmy toczyć z nimi walkę jak równy z równym, co zresztą pokazała także obecna reprezentacja. Sama nazwa, marka zespołu już działa na ciebie mobilizująco. W ogóle to przeciwko Anglikom w Polsce grałem trzy razy, bo jeszcze w 1989 roku w Chorzowie (w eliminacjach do Mistrzostw Świata we Włoszech - przyp. autor), wtedy zremisowaliśmy 0:0, Rysiek Tarasiewicz w ostatniej minucie trafił w poprzeczkę. W 1993 roku mieliśmy chyba jeszcze lepsze sytuacje strzeleckie. Marek Leśniak stanął wtedy przed dwoma świetnymi okazjami, czemu jednak ich nie wykorzystał, to dziś wie chyba tylko on sam. Kilka dni później, grając już w swoim klubie w Bundeslidze (SG Wattenscheid - przyp. autor) strzelił trzy gole Bayernowi Monachium. Nie wiem, chyba Anglicy mieli jakiś sposób, aby, mimo kłopotów, jednak u nas nie przegrywać (śmiech). Proszę sobie przypomnieć, w 1991 roku, przy stanie 1:0 dla nas sędzia powinien podyktować dla Polski ewidentny rzut karny po faulu na Janku Furtoku. Nic takiego się nie stało, arbiter jakby nie chciał tego ujrzeć. Nie wiem, może liczyło się to, że lepiej pod względem medialnym mieć w Mistrzostwach Europy Anglików niż Polaków… Długo na ten temat wówczas rozmawialiśmy, ale cóż nam wówczas pozostało. Mimo wszystko do dziś wspominam właśnie te potyczki z Anglikami, czy również na przykład towarzyskie spotkania z Belgią w 1990 a następnie z Holendrami w Eindhoven w 1991 roku, oba kończyły się remisami 1:1.
Właściwie w tej sytuacji powtórzę poprzednie pytanie - czemu nie potrafiliśmy z nimi wygrywać?
- Zawsze czegoś brakowało, nawet jeśli momentami byliśmy lepsi na boisku. Brakowało szczęścia, przysłowiowego farta a i w starciach ze słabszymi rywalami w eliminacjach nie zawsze wiodło się najlepiej, bo wtedy mieliśmy problemy z koncentracją.  
Czym pan obecnie się zajmuje?
- Przez dwadzieścia lat pracowałem w KS Piaseczno, teraz z synem prowadzę szkółkę piłkarską dla dzieci w wieku od 6 do 13 lat w Akademii Piłki Nożnej Inter Łazy. Komentuję też mecze ligi włoskiej w Eleven Sports. Czasem spotykam się na różnych meczach z dawnymi kolegami z reprezentacji, zawsze chętnie wspominam, to co za mną, ale też interesuję się naszą obecną reprezentacją. 
Wie pan, często rozmawiam z Romkiem Koseckim i tak mówimy o warunkach, boiskach, jakie mają stworzone dzisiejsi kadrowicze, a jakie trzydzieści lat temu mieliśmy my. Zazdroszczę im, przyznam to szczerze. 
My przed arcyważnym meczem z Anglią w Chorzowie musieliśmy toczyć batalię z ówczesnym prezesem PZPN Marianem Dziurowiczem o stroje, aby w końcu wyjść na spotkanie w dresach Adidasa z orzełkiem naszytym w miejscu logo HSV Hamburg. Należę do pokolenia zawodników, którzy urodzili się chyba nie w tym właściwym czasie (śmiech). 
ROZMAWIAŁ PIOTR STAŃCZAK

Piotr Czachowski (rocznik 1966), jest wychowankiem Okęcia Warszawa. Występował także Stali Mielec, Legii Warszawa, Zagłębiu Lubin, włoskim Udinese Calcio (w Serie A), szkockim FC Dundee, ŁKS Łódź, Aluminium Konin, KS Piaseczno, UKS Łady. W 1991 roku z Legią Warszawa awansował do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów. Był bocznym obrońcą. Po zakończeniu piłkarskiej kariery, w klubie z Piaseczna pracował jako trener różnych grup wiekowych, obecnie szkoli dzieci i młodzież w Akademii Piłki Nożnej Inter Łazy. W pierwszej reprezentacji Polski występował w latach 1989-93. Rozegrał w niej 45 meczów, strzelił jednego gola. 
 
 
Skrót meczu Polska - ZSRR w Lubinie z udziałem Piotra Czachowskiego. 
 
Skrót meczu Legia - Manchester United w Warszawie. Gol Jacka Cyzio.
 

 
Ten oraz więcej podobnych wywiadów można przeczytać także w mojej książce - ebooku "Na biało-czerwonym szlaku", link do niej znajdziecie na stronie głównej bloga. Czy pojawi się ona w wersji drukowanej w księgarniach? Możesz dołożyć do tego swoją cegiełkę. Jak wesprzeć mój projekt? Szczegóły znajdziecie tutaj WSPIERAM TO. Książka "Na biało-czerwonym szlaku"

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dawne gwiazdy futbolu uświetnią 100-lecie Klubu Sportowego Warka. Będzie wielka feta

PIŁKA NOŻNA. Klub Sportowy Warka obchodzi 100-lecie istnienia. Wielka impreza jubileuszowa odbędzie się w sobotę 24 czerwca. Wśród uczestników jest Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. Jej mecz z oldbojami Warki komentować będzie Dariusz Szpakowski. 

Dawne piłkarskie gwiazdy zagrają dla chorego Tymusia w Grodzisku Mazowieckim

PIŁKA NOŻNA. Trwa już odliczanie do charytatywnego turnieju na rzecz chorego Tymusia, który odbędzie się 27 stycznia 2024 roku w Grodzisku Mazowieckim koło Warszawy. Wystąpi między innymi Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. 

Polska - San Marino 1:0. Zamiast pogromu był wstyd! Bacciocchi: to my po meczu dawaliśmy autografy

PIŁKA NOŻNA. 28 kwietnia minie dokładnie 30 lat od sławetnego meczu Polska - San Marino w eliminacjach do Mistrzostw Świata w USA. Tamto spotkanie, które biało-czerwoni wygrali 1:0 pokazało, że żadnego przeciwnika nie wolno lekceważyć przed pierwszym gwizdkiem. Choć brzmi banalnie, to nasi piłkarze boleśnie o tym się przekonali...