Przejdź do głównej zawartości

Tomasz Wałdoch wspomina pięknego gola i prorocze słowa Roberta Warzychy

Tomasz Wałdoch to reprezentant Polski w latach 1991-2002, uczestnik finałów Mistrzostw Świata w 2002 w Korei i Japonii, srebrny medalista olimpijski z Barcelony. 
Tomasz Wałdoch wywalczył z reprezentacją olimpijską srebro na igrzyskach w Barcelonie, z dorosłą kadrą grał na mundialu w Korei. 
Dziś szkoli młodzież w Schalke 04 Gelsenkirchen. Fot. Prywatne
 
 
W reprezentacji Polski występował pan w sumie przez jedenaście lat, miał pan okazję pracować z różnymi selekcjonerami. Cofnijmy się w czasie - zanim pojechał pan na igrzyska do Barcelony, już od niespełna roku występował w pierwszej reprezentacji pod wodzą Andrzeja Strejlaua. Co pan zapamiętał z debiutu w 1991 roku.  
- Graliśmy towarzysko ze Szwecją w Gdyni, a więc blisko mojego rodzinnego miasta. Ja urodziłem się w Gdańsku. Lepszego debiutu nie mogłem sobie wtedy wymarzyć. Pokonaliśmy bardzo silny zespół 2:0 po golach Wojtka Kowalczyka i Mirka Trzeciaka. Na trybunach zasiadła spora część mojej rodziny, wielu znajomych. Tak to się zaczęło.
Już wtedy był pan trzonem defensywy reprezentacji olimpijskiej.
- Tak, natomiast część z nas, wyróżniających się wtedy graczy już wcześniej miała okazję zadebiutować w pierwszej drużynie. Ja również byłem w tym gronie.
Rok po meczu ze Szwecją o panu i kolegach z olimpijskiej usłyszało jeszcze więcej kibiców. Srebrny medal olimpijski przeszedł do historii naszego futbolu. Jak pan dziś go wspomina, już z perspektywy 30 lat?
- Te wspomnienia często wracają. Przegraliśmy w finale po bardzo zaciętym pojedynku z gospodarzami, Hiszpanami 2:3. O ile dobrze pamiętam, nasz przeciwnik w swoich poprzednich meczach w tym turnieju nie stracił ani jednej bramki. Trzonem tamtej ekipy był Pep Guardiola, dziś przecież słynny trener. To, że dopiero my strzelaliśmy im gole, w meczu finałowym na Camp Nou, świadczy o tym, że tworzyliśmy naprawdę zgraną paczkę. Z drugiej strony, stało się tak dlatego, że budowa naszej drużyny na igrzyska zaczęła się właściwie już trzy lata wcześniej. Co ciekawe, w tym czasie nie było w naszej kadrze jakichś wielkich roszad, oczywiście dochodzili nowi gracze, ale oni znakomicie wkomponowali się do składu. Przykładem jest właśnie Kowalczyk, który do nas dołączył rok przed olimpiadą. 
W ogóle mieliśmy stworzone znakomite warunki do przygotowań. Niektórzy nawet mówili po cichu, że rywalizujemy już z pierwszą reprezentacją. Tak absolutnie nie było. Specjalnie do tego powołana fundacja olimpijska zapewniała nam zagraniczne zgrupowania, na przykład w Dubaju (Zjednoczone Emiraty Arabskie - przyp. autor), rozgrywaliśmy tam wiele meczów towarzyskich. 
Mieliśmy zapewnione stypendia. Pod względem typowo organizacyjnym wiele zespołów w tamtym czasie mogło nam zazdrościć. Cieszy oczywiście fakt, że zwieńczeniem tej całej, 3-letniej pracy był medal olimpijski. Cóż, szkoda, że finał z Hiszpanią potoczył się tak a nie inaczej.
Tuż przed olimpiadą nie było jednak tak wesoło…
- Zgadza się. W eliminacjach do młodzieżowych Mistrzostw Europy dotkliwie przegraliśmy z Danią 0:5. Wtedy nasz udział w olimpiadzie stanął pod znakiem zapytania. Cztery najlepsze europejskie zespoły miał zagrać na igrzyskach. W tym gronie była Szkocja, ale ona nie mogła tam wystąpić, bo nie wystawiała swojej drużyny olimpijskiej. I tak my, trochę kuchennymi drzwiami, awansowaliśmy do turnieju.
Po igrzyskach większość z was zagrała w pierwszej reprezentacji, ale wasze losy, powiedzmy to tak, potoczyły się bardzo różnie.
- Tak, u niektórych ten rozwój piłkarski jakby się zatrzymał albo nie potoczył w takim kierunku, w jakim mogli oczekiwać. Dla mnie ten olimpijski etap to była odskocznia do tej wielkiej, dorosłej piłki, choć wtedy występowałem już w pierwszej lidze (odpowiednik dzisiejszej ekstraklasy - przyp. autor) w Górniku Zabrze, grałem już w pierwszej reprezentacji. W ogóle niesamowity był sam udział w olimpiadzie. Popatrzmy zresztą na to z perspektywy czasu i zapytajmy, w jakich grach zespołowych na igrzyskach przez ostatnich trzydzieści lat zdobyliśmy medal? Czas biegnie nieubłaganie, ale czuję, jakby to było wczoraj - atmosfera wioski olimpijskiej, spotkanie sław sportu z całego świata, nawet gdzieś na stołówce.
Niedługo po olimpiadzie, we wrześniu 1992 roku zdobył pan pięknego gola w meczu eliminacji do Mistrzostw Świata z Turcją w Poznaniu. I zwycięskiego, bowiem nasza reprezentacja wygrała 1:0.
- W sumie zdobyłem dla reprezentacji dwa gole (drugiego w 1995 roku, w towarzyskim spotkaniu z Litwą, wygranym 4:1 - przyp. autor). W ogóle to mój występ w Poznaniu stał wtedy pod wielkim znakiem zapytania. Nie pamiętam dobrze, czy stało się to na zgrupowaniu, czy w ostatnim meczu ligowym, ale doznałem kontuzji, skręciłem staw skokowy, więc przeciwko Turcji musiałem zagrać ze specjalnym stabilizatorem. Lekarz oraz masażyści reprezentacji robili wszystko, abym mógł wystąpić w tym meczu, do tego jeszcze brałem tabletki przeciwbólowe. Właściwie do ostatniej chwili ważyło się, czy wyjdę na boisko. Udało się! 
Kiedy już po ostatnim rozruchu przed meczem okazało się, że jednak wystąpię, Robert Warzycha powiedział, tak trochę żartobliwie - o, jak Tomek gra, to o wynik jestem spokojny. No i po meczu przyznał, że miał rację, choć pewnie nie mówił tego tak do końca serio. Z drugiej jednak strony fakty były takie, że przecież mój gol zapewnił drużynie zwycięstwo. 
Kto wie, może Robert, który był wtedy jednym z czołowych i bardziej doświadczonych zawodników naszej reprezentacji, chciał mnie, młodego, bardziej podbudować w tej trudnej sytuacji.
Eliminacje zaczęły się dla obiecująco, w końcówce było fatalnie. Warto zapamiętać z tamtego okresu dwa spotkania z faworytami naszej grupy - remis 2:2 z Holandią w Rotterdamie i 1:1 z Anglią w Chorzowie. Szczególnie ten pierwszy wynik przed pierwszym gwizdkiem mogliśmy wziąć “z pocałowaniem ręki”, wszak mierzyliśmy się z wielkimi gwiazdami na ich terenie. Tymczasem już po 20 minutach prowadziliśmy 2:0…
- Mecze z Holandią nigdy do łatwych nie należały, natomiast mogły się zawsze podobać kibicom, bo ten zespół grał futbol ofensywny, atrakcyjny dla oka. Dla przeciwników Holendrów zawsze było to jednak wyzwanie, jak stawić im czoła. Rzeczywiście, wtedy szybko objęliśmy prowadzenie, skończyło się remisem. Jeszcze w końcówce mogliśmy przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść (strzał Włodzimierza Smolarka obronił Stanley Menzo - przyp. autor). Ten remis z silnym rywalem należało jednak cenić. Takie pojedynki jak z Holendrami, Anglikami, człowiek zapamięta do końca życia, o których może zawsze opowiadać. To niesamowite wrażenie grać przeciwko takim drużynom.
Występował w reprezentacji pod wodzą kilku selekcjonerów - był Strejlau, potem Apostel, Piechniczek, ponownie Wójcik, wreszcie Engel. Aż do kadencji tego ostatniego przeżywaliśmy kolejne przegrane eliminacje, rozgoryczenia, były zawiedzione nadzieje. Czego nam brakowało, aby awansować do Mistrzostw Świata czy Europy?
- Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. W eliminacjach zawsze trafialiśmy na markowe zespoły, prawie non stop na Anglików… Bywało tak, że po drodze gubiliśmy punkty, potem nie byliśmy w stanie odrobić tego w starciach z renomowanymi przeciwnikami. W takich momentach decydowała klasa zespołu, poszczególnych zawodników. Naprawdę blisko awansu byliśmy w 1999 roku. W ostatnim spotkaniu ze Szwedami wystarczył nam remis, a przegraliśmy 0:2. Gdybyśmy wywalczyli ten punkt, pewnie pojechalibyśmy w następnym roku na Mistrzostwa Europy. Stało się inaczej, gdzieś zabrakło nam, jako drużynie, jakości w tych decydujących momentach a może piłkarskiego szczęścia. Moim marzeniem było zawsze wyjechać z pierwszą reprezentacją na wielką imprezę. Przez lata przeżywałem, podobnie jak koledzy, zawód. Wreszcie się udało!
Można powiedzieć, że za kadencji trenera Engela, “zagrało” to wszystko, co wcześniej okazywało się nie do osiągnięcia. Mieliśmy wreszcie w miarę stabilny skład, wypracowany system gry, szczęście dopisywało, którego w poprzednim dziesięcioleciu jednak nie mieliśmy.
- W końcu zagraliśmy w wielkiej imprezie. Zebrała się grupa ciekawych zawodników, mieszanka rutyniarzy z debiutantami. We wcześniejszych latach wielu zawodników indywidualnie wcale nie było gorszych od tych, którzy zagrali za kadencji trenera Engela, nawet znalazłoby się wielu lepszych. Kiedy ja rozpoczynałem grę w reprezentacji, to jej filarami byli: Robert Warzycha, Janek Urban, Janek Furtok czy Józek Wandzik, jeszcze wielu innych. Indywidualnie byli nawet lepsi od wielu piłkarzy, którzy pojechali na mundial do Korei. Z drugiej strony my tworzyliśmy zgraną drużyną, jakiej wcześniej nie udało się stworzyć. Nie wiem dlaczego, może była to kwestia mentalności. Trenerowi Engelowi udało się stworzyć ciekawą ekipę, która rosła w siłę z każdym kolejnym meczem w eliminacjach. Początki tej reprezentacji pod jego wodzą też nie były różowe. Apogeum było zakończenie eliminacji, jako pierwszy zespół z Europy awansowaliśmy wtedy do Mistrzostw Świata.
Apogeum eliminacji i… możliwości tamtej drużyny, jak się potem okazało. Niestety, mundial w Korei nam nie wyszedł.
- Teraz możemy po 20 latach mówić o błędach w przygotowaniach do mistrzostw, być może zbyt wielkim obciążeniu w czasie zgrupowań przed wyjazdem do Korei. Może za późno w naszej grze pojawiła się ta świeżość, bo dopiero w ostatnim spotkaniu przeciwko USA, które wygraliśmy 3:1. 
To bardzo złożony problem, kiedy zapytamy dziś, dlaczego tak się stało. Faktem jest, że jako reprezentacja jechaliśmy na wielką, piłkarską imprezę po raz pierwszy od szesnastu lat i też brakowało nam turniejowego doświadczenia. To wszystko miało znaczenie. Osobiście mogę powiedzieć tak - samo uczestnictwo w tej imprezie jest ważne. Oczywiście nie rozpatruję tego w kategoriach sukcesu sportowego, bo tego nie było. Zebrałem inne doświadczenie, cenne i przydatne na kolejne lata. Ja po tym turnieju już pożegnałem się z reprezentacją, do dziś jednak jej kibicuję i śledzę wyniki.
W ostatnich latach zniknął pan jednak polskim kibicom z pola widzenia. Czym pan się obecnie zajmuje?
- Mieszkam w Niemczech. Z polską piłką nie tracę kontaktu. Pracowałem w sztabie szkoleniowym naszej reprezentacji przed Euro 2012, potem byłem dyrektorem sportowym Górnika Zabrze. Z tej drugiej funkcji zrezygnowałem jednak po dziesięciu miesiącach, ze względów osobistych. Moja rodzina mieszka w Niemczech, rozłąka z żoną, dziećmi dawała o sobie znać, postanowiłem wrócić. Przez pewien czas szukałem pracy, dostałem propozycję pracy trenerskiej w szkółce młodzieżowej Schalke 04 Gelsenkirchen, klubie, w którym przez lata występowałem w Bundeslidze. Pracowałem z kilkoma drużynami młodzieżowymi, byłem asystentem trenera drużyny do lat 23. Realizowałem też projekt współpracy klubu z jedną ze szkół. Cały czas jestem w strukturach klubowych Schalke. Doświadczenie, które zdobyłem jako piłkarz, chcę przekazywać kolejnym pokoleniom. Z tym klubem jestem związany, nie szukam niczego innego, moja rodzina czuje się tu dobrze. Nie należę do tego typu ludzi, którzy na siłę chcą pchać się do mediów. 
ROZMAWIAŁ PIOTR STAŃCZAK

Tomasz Wałdoch (rocznik 1971) jest wychowankiem Stoczniowca Gdańsk. Jako piłkarz występował także Górniku Zabrze, niemieckim VFL Bochum, najwięcej czasu spędził natomiast w klubie Schalke 04 Gelsenkirchen w Bundeslidze. Przez krótki czas grał też w Jagielloni Białystok. W pierwszej reprezentacji Polski rozegrał 74 mecze, strzelił dwie bramki. Z reprezentacją olimpijską zdobył srebrny medal na igrzyskach w Barcelonie, które odbyły się w 1992 roku. Z kolei z dorosłą kadrą wystąpił w Mistrzostwach Świata w Korei i Japonii w 2002 roku. Po zakończeniu kariery zawodniczej pracował jako trener, w 2009 roku był asystentem Franciszka Smudy, selekcjonera pierwszej reprezentacji. Piastował też stanowisko dyrektora sportowego Górnika Zabrze. Dziś zajmuje się szkoleniem dzieci i młodzieży w Schalke. Mieszka z rodziną w Niemczech. 
 
Tomasz Wałdoch zdobywa zwycięską bramkę w meczu z Turcją w 1992 roku.
 

Ten oraz więcej podobnych wywiadów można przeczytać także w mojej książce - ebooku "Na biało-czerwonym szlaku", link do niej znajdziecie na stronie głównej bloga. Czy pojawi się ona w wersji drukowanej w księgarniach? Możesz dołożyć do tego swoją cegiełkę. Jak wesprzeć mój projekt? Szczegóły znajdziecie tutaj WSPIERAM TO. Książka "Na biało-czerwonym szlaku" 

POLECAM

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dawne gwiazdy futbolu uświetnią 100-lecie Klubu Sportowego Warka. Będzie wielka feta

PIŁKA NOŻNA. Klub Sportowy Warka obchodzi 100-lecie istnienia. Wielka impreza jubileuszowa odbędzie się w sobotę 24 czerwca. Wśród uczestników jest Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. Jej mecz z oldbojami Warki komentować będzie Dariusz Szpakowski. 

Dawne piłkarskie gwiazdy zagrają dla chorego Tymusia w Grodzisku Mazowieckim

PIŁKA NOŻNA. Trwa już odliczanie do charytatywnego turnieju na rzecz chorego Tymusia, który odbędzie się 27 stycznia 2024 roku w Grodzisku Mazowieckim koło Warszawy. Wystąpi między innymi Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. 

Polska - San Marino 1:0. Zamiast pogromu był wstyd! Bacciocchi: to my po meczu dawaliśmy autografy

PIŁKA NOŻNA. 28 kwietnia minie dokładnie 30 lat od sławetnego meczu Polska - San Marino w eliminacjach do Mistrzostw Świata w USA. Tamto spotkanie, które biało-czerwoni wygrali 1:0 pokazało, że żadnego przeciwnika nie wolno lekceważyć przed pierwszym gwizdkiem. Choć brzmi banalnie, to nasi piłkarze boleśnie o tym się przekonali...