Przejdź do głównej zawartości

Abelardo: po meczu z Polską świętowaliśmy olimpijskie złoto, trener też musiał zatańczyć!

Abelardo Fernandez Antuna był filarem olimpijskiej reprezentacji Hiszpanii, która trzydzieści lat temu pokonała Polskę 3:2 w finale igrzysk w Barcelonie. To właśnie on dał nadzieję gospodarzom, zdobywając w tym spotkaniu wyrównującego gola. Jak dziś wspomina pamiętną bitwę na Camp Nou? 
Abelardo Fernandez Antuna jest wychowankiem Sportingu Gijon, obecnie także trenerem tej drużyny. Archiwum Realu Sporting Gijon
 
 
W pierwszej reprezentacji Hiszpanii zadebiutował pan w 1991 roku, przed Igrzyskami Olimpijskimi w Barcelonie. W tym czasie w waszej kadrze grali między innymi słynny González Michel, Emilio Butrageno, Andoni Zubizaretta. Jak pan czuł się w tym doborowym towarzystwie? Kto był pana idolem?
- Czułem się bardzo dobrze w pierwszej reprezentacji, bo starsi koledzy bardzo dobrze mnie przyjęli, nie miałem problemu z aklimatyzacją. Byłem bardzo młodym zawodnikiem, miałem 21 lat, a oni traktowali mnie jak równego sobie kolegę z drużyny. Nasz trener Vicente Miera i jego współpracownicy umiejętnie budowali zespół, łącząc rutynę z młodością. Nie miałem w tym zespole żadnych idoli, chociaż zwracałem na starszych kolegów szczególną uwagę, ponieważ byli bardzo dobrzy. Moim idolem zawsze był Quini (właściwie Enrique Castro Gonzalez, reprezentant Hiszpanii w latach 70. i na początku 80. - przyp. autora).  
Z jakimi nadziejami przystępowaliście jako gospodarze do turnieju olimpijskiego? Jak wyglądały twoje przygotowania do igrzysk?
- Chcieliśmy wygrać złoty medal. Wiedzieliśmy, że to nie będzie łatwe, ale taki był cel. Przygotowania rozpoczęły się dwa lata wcześniej, od kilku meczów, w których trener układał szkielet zespołu już z myślą o igrzyskach olimpijskich. Spotykaliśmy się na zgrupowaniach, odliczaliśmy z niecierpliwością czas do tej imprezy, choć on nam się mocno dłużył. Stworzyliśmy natomiast wspaniałą grupę ludzi i dobrze się dogadywaliśmy. To był niezapomniany okres.
Wasza droga do finału była w sumie łatwa, wygrywaliście mecze nie tracąc bramek. W finale musieliście zmierzyć się z Polską. Co wiedzieliście o naszej reprezentacji, która okazała się niespodzianką turnieju, choćby dlatego, że wcześniej wygrała w grupie z Włochami 3:0.
- Do czasu finału niewiele wiedzieliśmy o polskich rywalach, przed pojedynkiem o złoty medal oglądaliśmy ich mecze z Australią i właśnie z Włochami. Wygraliście swoją grupę eliminacyjną, mieliście dobrych zawodników, najbardziej pamiętam Kowalczyka, który później grał w Betisie Sewilla.
8 sierpnia 1992 roku sto tysięcy kibiców zasiadło na Camp Nou w Barcelonie. To był gorący wieczór, w trakcie którego mieliśmy poznać złotych medalistów turnieju piłkarskiego. W jakich nastrojach wychodziliście wtedy na boisko? Dla wielu z was był to prawdopodobnie pierwszy tak ważny mecz o stawkę.
- To była najważniejsza batalia, w jakiej kiedykolwiek wcześniej braliśmy udział. Oczywiście mieliśmy już na koncie inne ważne mecze, ale ten finał był jednak kluczowy, nie sposób porównać go z innymi spotkaniami. W czasie meczu czułem zdenerwowanie, emocje, presję. Wszyscy wiedzieliśmy, że gramy o mistrzostwo olimpijskie.
W 44. minucie straciliście bramkę, Wojciech Kowalczyk dał Polsce prowadzenie. Chwilę potem zeszliście do szatni i co było dalej? Jak motywowaliście się przed drugą połową?
- Wszyscy rozpoczęliśmy przerwę z poczuciem, że w ogóle nie graliśmy dobrze. Pierwsza połowa była dość kiepska w naszym wykonaniu. Myślę, że ten finał, mimo iż ostatecznie w nim zwyciężyliśmy, był jednym ze słabszych meczów, które rozegraliśmy jako olimpijska drużyna. Być może właśnie z powodu nerwów, które wtedy nam towarzyszyły. Nie pamiętam dokładnie, co w szatni powiedział nam trener, ale poprawiliśmy kilka rzeczy w naszej grze i w drugiej połowie byliśmy lepsi.
Po godzinie gry nadal przegrywaliście 0:1. Potem wyrównaliście po pańskim celnym strzale głową. Kibice hiszpańscy na stadionie oszaleli. Co pan wtedy poczuł? To, że odzyskujecie kontrolę nad meczem?
- Przede wszystkim to była ogromna radość. Pep Guardiola wykonał rzut wolny z boku boiska, dośrodkował w pole karne, wbiegłem odważnie i uderzyłem piłkę głową w długi róg. W tym momencie było 1:1, a do końca zostało jeszcze dużo czasu, aby odmienić losy spotkania. 
Ważne dla nas było, aby jak najszybciej strzelić kolejnego gola, ponieważ Polacy mieli dwóch bardzo szybkich napastników i byli groźni w kontratakach.
W 90. minucie na tablicy wyników widniał remis 2:2, zanosiło się na dogrywkę i dopiero wtedy Kiko Narvaez zdobył dla waszej drużyny trzecią bramkę dla Hiszpanii. Co najbardziej zapamiętał pan z tego spotkania?
- Zostały mi w pamięci trzy wyjątkowe chwile: mój gol, bramka Kiko w ostatniej minucie i ceremonia medalowa. Stanąć na najwyższym stopniu podium i usłyszeć hymn swojego kraju - to wszystko było bardzo emocjonujące.
Jak świętowaliście złoty medal? Opowie pan, w jaki sposób koledzy z drużyny i fani w Gijón powitali pana w macierzystym klubie?  
- Z przyjemnością. Po meczu finałowym wszyscy udaliśmy się na kolację z trenerem. Tam już zmusiliśmy go do tego, aby zatańczył na cześć naszej ekipy i złotego medalu. Nie było łatwo go do tego namówić, ponieważ na co dzień był bardzo poważną osobą (śmiech). Wielu z nas zostało w wiosce olimpijskiej do następnego dnia, do ceremonii zamknięcia igrzysk. Kiedy razem z Javierem Manjarinem, kolegą z drużyny olimpijskiej i zarazem z klubu, dołączyliśmy do reszty ekipy ze Sportingu, mieliśmy bardzo sympatyczne powitanie.   
Wielu kibiców na świecie nie docenia takich osiągnięć jak złoty medal olimpijski, wywalczony przez młodzieżowców. Wiadomo, że dorosła, seniorska piłka nożna to całkiem inny poziom, ale myślę, że akurat dla większości z was, złotych medalistów z Barcelony, ten sukces na olimpiadzie pomógł wypromować się, trafić do lepszych klubów. Jakie jest pańskie zdanie? 
- Dla wszystkich zawodników naszej drużyny było to bardzo ważne przeżycie w karierze. Wszyscy gracze tego pokolenia wystąpili w Primera Division, a większość z nich miała udane kariery. 
To była świetna drużyna ze świetnym trenerem. Stworzyliśmy fantastyczną grupę ludzi, zawsze będziemy to pamiętać. Mieszkaliśmy razem przez wiele dni i nawiązaliśmy przyjaźnie na lata.
Trudno będzie panu odpowiedzieć na to pytanie, biorąc pod uwagę historię reprezentacji narodowej, która dwukrotnie zdobyła mistrzostwo Europy i raz mistrzostwo świata. Grał pan wiele lat w pierwszej reprezentacji Hiszpanii, która w latach 90. i na początku XXI wieku miała wiele gwiazd futbolu. Dlaczego jednak wtedy nie zdobyliście żadnego tytułu? Kibice z całego świata mówili, że Hiszpania gra wspaniale jak nigdy i przegrywa jak zawsze. Jaki był problem, którego wasi młodsi koledzy z reprezentacji nie mieli już w latach 2008-12?
- Drużyny, które wygrały dwa mistrzostwa Europy i mistrzostwo świata prezentowały po prostu lepszą piłkę niż ta reprezentacja, w której ja występowałem i zdobywałem doświadczenie. Czasem o tym, że odpadaliśmy decydowały szczegóły. W 1994 roku, podczas mistrzostw świata w USA, w meczu przeciwko Włochom Tasotti uderzył łokciem Luisa Enrique w polu karnym rywala, ale sędzia nie podyktował dla nas "jedenastki". Przegraliśmy 1:2, świetną szansę na zdobycie gola w tym samym spotkaniu miał Julio Salinas, gdyby ją wykorzystał, ten mecz mógł ułożyć się dla nas całkowicie inaczej, a był to przecież już ćwierćfinał mundialu. W Mistrzostwach Europy w Anglii w 1996 roku przegraliśmy z gospodarzami, także w ćwierćfinale, tym razem w rzutach karnych. Wcześniej sędzia nie uznał nam moim zdaniem prawidłowo zdobytego gola. Brakowało nam szczęścia w wielu takich momentach, a to jest potrzebne, aby wygrać wielką imprezę.
Na zakończenie zapytam o Mistrzostwa Świata w Katarze. Jak pana zdaniem będą wyglądały? Przede wszystkim już sam termin rozgrywania turnieju (listopad i grudzień) jest nietypowy dla piłkarzy i kibiców, szczególnie tych z Europy.
- Myślę że to będzie inny, bardzo otwarty turniej. Nie ma jednego lub dwóch wyraźnych faworytów, ale pięć lub sześć drużyn, które mogą wygrać mistrzostwo świata. Rywalizacja będzie ciekawa. 
Czy to prawda, że ​​Luisa Enrique, obecnego trenera reprezentacji Hiszpanii, zna pan od dzieciństwa?
- Zgadza się, znamy się odkąd mieliśmy dziewięć lat. Spotykaliśmy się, grając w drużynach młodzieżowych Sportingu Gijon, potem w FC Barcelona i wreszcie w reprezentacji Hiszpanii. Mieszkaliśmy także w tej samej okolicy. 
ROZMAWIAŁ PIOTR STAŃCZAK 
 
Abelardo Fernandez Antuna (rocznik 1970) pochodzi z Gijon. W pierwszej drużynie tamtejszego Sportingu występował w latach 1989-94. Był obrońcą. Potem reprezentował FC Barcelona oraz Deportivo Alaves. W młodzieżowej reprezentacji Hiszpanii U-20 i U-21 grał w latach 1990-92, zwieńczeniem tego okresu w karierze był dla niego złoty medal igrzysk olimpijskich w Barcelonie. W pierwszej reprezentacji Hiszpanii grał od 1991 do 2001 roku, zaliczył 54 spotkania i strzelił trzy bramki. Z dorosłą kadrą wystąpił w finałach mistrzostw świata w USA (1994) i Francji (1998) oraz mistrzostw Europy w Anglii (1996) i Belgii oraz Holandii (2000). Jako trener prowadził Sporting Gijon (pierwszy i drugi zespół), Candas CF, CD Tuilla, Deportivo Alaves, RCD Espanyol Barcelona, obecnie jest szkoleniowcem pierwszej drużyny Sportingu Gijon. 
 
Skrót meczu finałowego Hiszpania - Polska w finale igrzysk olimpijskich w Barcelonie w 1992 roku.
 
 
 
POLECAM: 
 
 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dawne gwiazdy futbolu uświetnią 100-lecie Klubu Sportowego Warka. Będzie wielka feta

PIŁKA NOŻNA. Klub Sportowy Warka obchodzi 100-lecie istnienia. Wielka impreza jubileuszowa odbędzie się w sobotę 24 czerwca. Wśród uczestników jest Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. Jej mecz z oldbojami Warki komentować będzie Dariusz Szpakowski. 

Dawne piłkarskie gwiazdy zagrają dla chorego Tymusia w Grodzisku Mazowieckim

PIŁKA NOŻNA. Trwa już odliczanie do charytatywnego turnieju na rzecz chorego Tymusia, który odbędzie się 27 stycznia 2024 roku w Grodzisku Mazowieckim koło Warszawy. Wystąpi między innymi Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. 

Polska - San Marino 1:0. Zamiast pogromu był wstyd! Bacciocchi: to my po meczu dawaliśmy autografy

PIŁKA NOŻNA. 28 kwietnia minie dokładnie 30 lat od sławetnego meczu Polska - San Marino w eliminacjach do Mistrzostw Świata w USA. Tamto spotkanie, które biało-czerwoni wygrali 1:0 pokazało, że żadnego przeciwnika nie wolno lekceważyć przed pierwszym gwizdkiem. Choć brzmi banalnie, to nasi piłkarze boleśnie o tym się przekonali...