Przejdź do głównej zawartości

Andrzej Juskowiak: na boisku świetnie uzupełnialiśmy się z "Kowalem". Nasi przeciwnicy mieli problemy

Trzydzieści lat temu, 24 lipca 1992 roku Andrzej Juskowiak rozpoczął swój marsz po tytuł króla strzelców turnieju piłkarskiego podczas Igrzysk Olimpijskich w Barcelonie. Jak dziś wspomina tamtą imprezę i najważniejsze pojedynki?  
Andrzej Juskowiak trzydzieści lat temu sięgnął po tytuł króla strzelców turnieju olimpijskiego w Barcelonie. Fot. Facebook/TPS Winogrady

 
Był pan najskuteczniejszym zawodnikiem reprezentacji olimpijskiej w czasie eliminacji do igrzysk. W grupie wygraliście z Anglią, Irlandią,Turcją, wczesną wiosną 1992 roku coś się nagle zacięło. Zaczniemy rozmowę od mało przyjemnej historii - porażki 0:5 z Danią w Aalborgu. Skąd tak słaby występ drużyny, która wcześniej podążała jak burza?
- Czuliśmy zmęczenie po intensywnych, przedmeczowych treningach. W trakcie meczu kontuzji doznał nasz etatowy bramkarz Alek Kłak. Poza tym mierzyliśmy się z drużyną ze Skandynawii, a tamtejsze zespoły, nazwijmy to tak, nigdy za bardzo nam nie "leżały". Popełnialiśmy także proste błędy, które Duńczycy bezlitośnie wykorzystywali. Wszystko co złe, akurat w tym spotkaniu nam się przytrafiło. To, że wygraliśmy wszystkie mecze w grupie eliminacyjnej, dało nam dużo pewności siebie. Może trochę za dużo, za bardzo byliśmy przekonani, że z Danią spokojnie sobie poradzimy. Nie powiem, że solidność przeciwnika nas zaskoczyła, niemniej jednak nie potrafiliśmy się przełamać. To był najsłabszy mecz w historii tej olimpijskiej reprezentacji. Wynik, nawet jeśli wydaje się zbyt wysoki, poszedł jednak w świat. Byliśmy na siebie wściekli po tej porażce. 
Na szczęście na igrzyska ostatecznie awansowaliśmy. Pan tuż przed turniejem przeszedł już z Lecha Poznań do portugalskiego Sportingu Lizbona. Transfer właściwie zbiegł się w czasie z olimpiadą. 
- Jadąc na igrzyska miałem już podpisany kontrakt ze Sportingiem. W maju brałem udział w meczu charytatywnym w Paryżu. Lizbończycy zmierzyli się tam z angielską Aston Villą. Wygrali 3:0, ja strzeliłem wówczas dwa gole. Po tym spotkaniu zapadły już najważniejsze decyzje, byłem przekonany, że Sporting to dla mnie dobry adres. 
Przed igrzyskami gościłem w Lizbonie, przeszedłem niezbędne badania. Z jednej strony było to korzystne, bo wiedziałem już, gdzie będę grał i w trakcie turnieju nie musiałem zaprzątać sobie głowy sprawami transferowymi. 
Wtedy w trakcie olimpiady nie byłbym na to przygotowany, a całe zamieszanie mogło sprawić, że być może nie zostałbym królem strzelców. Mając natomiast podpisany kontrakt mogłem skoncentrować się na tym co na boisku. Skorzystałem na tym zarówno ja, jak też reprezentacja olimpijska. 
Marsz po tytuł najlepszego strzelca rozpoczął pan w spotkaniu z Kuwejtem, na otwarcie turnieju wygraliście 2:0, pan dwukrotnie trafił do siatki. To był mecz bez większej historii, ale zapewne liczyło się to, aby zainkasować komplet punktów na inaugurację. 
- Ogólnie w tamtym okresie byłem w bardzo dobrej formie, strzelałem bramki, oprócz tego meczu w Danii, który wysoko przegraliśmy. Dla mnie to spotkanie z Kuwejtem było więc potwierdzeniem formy, nie było tak, że wypłynąłem dopiero na początku turnieju i że wtedy miałem przebłysk formy. Oczywiście początek takiej imprezy zawsze jest ważny. Dobrze się stało, że w pierwszym meczu trafiliśmy akurat na najsłabszy zespół w grupie. 
W drugim pokonaliście Włochów 3:0, po tym sensacyjnym zwycięstwie nad faworytem perspektywa walki o medale stała się całkiem realna. Pan znów otworzył wtedy wynik, zdobywając pięknego gola na 1:0 już na początku meczu
- Włosi byli młodzieżowym mistrzem Europy w naszej kategorii wiekowej. Zdawaliśmy sobie sprawę z kim się mierzymy, byliśmy mega skoncentrowani, zdeterminowani do tego, aby osiągnąć jak najlepszy rezultat. Mecz bardzo dobrze nam się ułożył, po akcji Marka Koźmińskiego trafiłem do siatki Włochów. Nawet ta akcja pokazywała nasz charakter i styl gry. Potrafiliśmy szybko przejść z obrony do ataku, nawet, jeśli w danym momencie byliśmy akurat głęboko cofnięci. Mieliśmy zawodników, którzy potrafili szybko wyprowadzić piłkę, a nie tylko kopnąć ją trzydzieści metrów dalej. Boczni obrońcy grali ofensywnie, z lewej strony Koźmiński, z prawej Darek Adamczuk. Włosi spodziewali się chyba łatwej przeprawy, natomiast z minuty na minutę ich sytuacja była coraz trudniejsza. Tak, jak najgorszym meczem w historii tamtej reprezentacji olimpijskiej była porażka z Danią, tam najlepszym to starcie z Włochami. Do takiego wniosku dojdziemy, jeśli popatrzymy na jakość przeciwnika i możliwości, jakimi dysponowali. Rozegraliśmy niemalże idealne spotkanie pod wieloma względami. 
Bardzo dobrze prezentowaliśmy się w ofensywie, skutecznie w obronie, pod względem taktycznym. W żadnym momencie nie pozwoliliśmy się sprowokować, a na tym także Włochom zależało. W końcu to im puszczały nerwy, bo nie mogli sobie dać z nami rady. Pierwszy zdobyty gol utwierdził nas w przekonaniu, że możemy powalczyć z nimi o zwycięstwo. Na pewno był to więc dla nas przełomowy pojedynek, ale potwierdził też, że wróciliśmy na właściwe tory. 
Inne słynne spotkanie w waszym wykonaniu to półfinałowe zwycięstwo nad Australią. Początek wcale nie wskazywał jednak na to, że zakończy się 6:1 dla Polski. Jak pan je wspomina? 
- To, że Australia awansowała do igrzysk i znalazła się w półfinale, miało już swoją wymowę. Dla nas też był to egzotyczny przeciwnik, po którym nie do końca było wiadomo, czego można się spodziewać. Wykazaliśmy się jednak bardzo dużą determinacją. Przede wszystkim świetnie spisaliśmy się w ofensywie. Byliśmy zabójczo skuteczni. Zresztą, kibice hiszpańscy, którzy oglądali ten mecz, nagradzali kolejne nasze akcje brawami. Na pewno rozmiary tego zwycięstwa, nasza postawa, mogły robić wrażenie. 
Spotkanie z Australią było także kulminacją możliwości duetu napastników - pana oraz Wojciecha Kowalczyka. Warto dodać, że "Kowal" do reprezentacji olimpijskiej dołączył nieco później, a mimo to rozumieliście się znakomicie. Z czego to wynikało? 
- Obaj byliśmy szybkimi zawodnikami, świetnie sprawdzaliśmy się w stylu gry całego zespołu, który bardzo dobrze czuł się w kontrataku. "Kowal" tym różnił się ode mnie, że częściej dryblował i zapędzał się gdzieś w boczne sektory boiska, potem schodził do środka, dośrodkowywał. Na boisku świetnie się uzupełnialiśmy, bez jakichś wielkich przygotowań potrafiliśmy wzajemnie znaleźć się pod bramką przeciwnika, wymieniać podania. 
Kiedy byliśmy ustawieni dalej od reszty kolegów, to czuliśmy się naturalnie na siebie skazani. Jeden drugiego wspierał w akcjach dwójkowych. Wiedzieliśmy, czego możemy się po sobie spodziewać, jakie zagrania w danej sytuacji, ja na przykład wbiegałem w pole karne rywala i "Kowal" wiedział, gdzie i w którym momencie zagrać mi piłkę, a nie dryblować czy wycofywać piłkę do innego z kolegów. 
To był nasz duży atut, nasza przewaga, a przeciwnik miał duże problemy, czego przykładem był właśnie ten mecz z Australią. Rzeczywiście, mogło to wyglądać z boku tak, że nie wiadomo jak długo czas ze sobą gramy i trenujemy, ale decydująca była raczej umiejętność postrzegania przestrzeni, siebie wzajemnie na boisku. Poza tym sporo graliśmy ze sobą w okresie przygotowawczym, więc rozumieliśmy się coraz lepiej. 
Finał olimpijski przeciwko Hiszpanii na Camp Nou był dramatyczny, sytuacja na boisku zmieniała się jak w kalejdoskopie, nastroje również. Przegraliśmy 2:3 po golu straconym w ostatniej minucie. Pan zapewne odczuwał duży niedosyt z tego powodu, że w najważniejszym spotkaniu turnieju nie udało się strzelić gola.  
- Znaliśmy swoją wartość, ale wiedzieliśmy też z kim gramy. Hiszpanie aż do meczu finałowego z nami nie stracili bramki. Nie powiem, że nas to deprymowało, ale wiedzieliśmy, że będzie trudno strzelić im gola, tymczasem wbiliśmy im dwa po ładnych akcjach. Oczywiście jest niedosyt, szczególnie gdy prowadzisz 1:0. Warto jednak przypomnieć, że walczyliśmy z zespołem wybitnym jak na tamte czasy. Przeciwnik potrafił wykorzystać każdy nasz błąd, a my trochę ich popełniliśmy. Wynikały one jednak również i z presji, jaką wywierał na nas, naporu z ich strony. Czasem trzeba było podjąć walkę wręcz. Graliśmy jak równy z równym, ja nie strzeliłem bramki w tym spotkaniu, choć miałem dobrą sytuację. Po dośrodkowaniu strzeliłem głową, ale niecelnie, minimalnie obok słupka. Szkoda, bo byliśmy blisko złotego medalu, a przecież na same igrzyska nie jechaliśmy w roli faworyta. Kibice w Barcelonie też nas docenili.  
Wasza postawa na olimpiadzie wzbudziła duży podziw i nadzieje. Po powrocie z Hiszpanii na lotnisku padają hasła "Zmieniamy szyld i jedziemy dalej". Większość z was zagrała w pierwszej reprezentacji Polski, część debiutowała w niej nawet przed igrzyskami. Czemu to nie zaskoczyło i w dorosłej reprezentacji nie osiągnęliście sukcesu, nie kwalifikując się nawet do finałów mistrzostw świata czy Europy? 
- Wielu z nas na igrzyskach miało już 22 czy 23 lata, więc generalnie byliśmy już dorosłymi piłkarzami, ale każdy z nas miał różny okres wchodzenia do tej pierwszej reprezentacji. Każdy miał swoją ścieżkę rozwoju, rozjechaliśmy się też po Europie, terminy meczów kadry też nie były tak skoordynowane jak obecnie, więc różnie to wyglądało z naszymi przyjazdami na spotkania reprezentacji. Łatwo powiedzieć "zmieniamy szyld i jedziemy dalej", ale te słowa pewnie nie do końca zostały dobrze odebrane. Wielu bardzo dobrych zawodników występowało wówczas w pierwszej reprezentacji i nagle mogło poczuć się urażonych. Sukces olimpijski to jedno, ale piłka seniorska różni się od młodzieżowej. Nie wiem, może to hasło było zbyt odważne, a może zabrakło spokojnej analizy, jak to wszystko spożytkować. 
W swojej piłkarskiej karierze miał pan wielu trenerów. Co wyróżniało Janusza Wójcika spośród pozostałych. To szkoleniowiec wokół którego też powstało wiele barwnych opowieści, legend. Jak pan go wspomina? 
- Najdłużej z trenerem Wójcikiem miałem okazję współpracować właśnie w młodzieżówce. Potrafił nas bardzo dobrze zmotywować i nie mam na myśli tylko samych odpraw przedmeczowych. Zresztą, one miały taki skutek, że wychodziliśmy na boisko i byliśmy bardzo "naładowani". Nie mieliśmy kompleksów wobec żadnego przeciwnika. Nawet przed finałem z Hiszpanią dawał nam do zrozumienia, że to zespół w naszym zasięgu i na pewno strzelimy im przynajmniej jednego gola. Co się stało - zdobyliśmy dwa. To nastawienie - optymizm i ta agresja sprawdzały się znakomicie. Każdy chciał grać w tej drużynie i dawać z siebie wszystko. Komplet zwycięstw w eliminacjach miał przecież duże znaczenie ku temu, że na igrzyska w ogóle pojechaliśmy. Kto wie, czy pod wodzą innego trenera byłoby to możliwe, a nie skończyłoby się na przykład na nic nie dających remisach. Druga sprawa to otoczka wokół reprezentacji, warunki jakie mieliśmy stworzone dzięki Fundacji Olimpijskiej. 
Jeździliśmy na zagraniczne zgrupowania, tournee, nawet w Malezji. Trenowaliśmy w bardzo dobrych warunkach. W tamtym czasie ta otoczka naprawdę robiła różnicę. Byliśmy na przykład bardzo szczęśliwi, kiedy dostaliśmy nowe dresy, buty Adidasa, czyli coś nieosiągalnego dla większości zawodników w polskiej lidze.
Najlepszy okres w pierwszej reprezentacji zanotował pan za kadencji Henryka Apostela, w sezonie 1994-95 strzelał pan znów gole jak na zawołanie. Szczególnie szkoda chyba meczu z Francją na Parc de Princess, padł remis 1:1, pan zdobył bramkę na 1:0, notabene po podaniu Kowalczyka. Francuzi wyrównali w samej końcówce. Wielka szkoda, bo wygrana w Paryżu mogła nas wówczas przybliżyć do awans na Euro'96. Nie udało się... 
- Przed meczem na Parc de Princess byliśmy skazani na porażkę. Francuzi mieli wtedy znakomity zespół, praktycznie pozbawiony słabych punktów. Potrafiliśmy strzelić bramkę, ale też w wielu momentach broniliśmy się bardzo głęboko, czasami szczęśliwie, ale skutecznie i z dużą determinacją. Andrzej Woźniak kapitalnie interweniował w naszej bramce. Co do gola, którego strzeliłem - zaskoczyliśmy Francuzów szybką wymianą podań, nie byli na to przygotowani. Ja nawet nie miałem czasu, aby w tej sytuacji coś innego zrobić. Wiedziałem, że dłuższy bieg z piłką, kolejne jej posunięcie do przodu może skutkować wślizgiem rywala. Szybko zdecydowałem się strzelić lewą nogą. Zaskoczyłem Bernarda Lamę, to trafienie dało nam też wiarę w korzystny wynik. Francuzi jednak również z łatwością wypracowali sobie wiele sytuacji strzeleckich. 
Na zakończenie wróćmy do obecnego futbolu. Jak pan ocenia szanse naszej obecnej reprezentacji w mundialu w Katarze? Abstrachując od tego, zauważmy, że same mistrzostwa odbędą się w nietypowym terminie. 
- Jestem umiarkowanym optymistą, choć też nie wiadomo, jak zaprezentuje się nasza reprezentacja akurat w tym okresie czasu. Uważam, że chyba bardziej powinniśmy docenić Meksyk, z którym zmierzymy się w pierwszym meczu w grupie. Posiadamy piłkarzy, którzy potrafią grać na wysokim poziomie w klubach i to będzie dla nich czas, aby potwierdzić formę w reprezentacji i powalczyć o wyjście z grupy. Stać ich na to. Jeśli chodzi o sam termin, jest dużo niewiadomych. Z jednej strony te mistrzostwa powinny być ciekawe, bo zawodnicy będą w trakcie sezonu, odwrotnie niż to dzieje się w czerwcu, kiedy są już zmęczeni po rozgrywkach i na przykład bardziej narażeni na urazy czy kontuzje. To było widać choćby po naszych ostatnich spotkaniach w Lidze Narodów. Cóż, takie jest jednak życie piłkarza, gra wtedy, kiedy turnieje są zaplanowane. 
ROZMAWIAŁ PIOTR STAŃCZAK

Andrzej Juskowiak (rocznik 1970) pochodzi z Gostynia. Jest wychowankiem tamtejszego klubu Kania. Był napastnikiem. Reprezentował także Lecha Poznań, portugalski Sporting Lizbona, grecki Olympiakos Pireus, niemieckie drużyny - Borussię Moenchengladbach, VFL Volfsburg, Energie Cottbus, Erzgebirge Aue, amerykański New York Red Bulls. W pierwszej reprezentacji Polski występował w latach 1992-2000, rozegrał 39 meczów, strzelił 13 goli. Z reprezentacją olimpijską wywalczył srebrny medal igrzysk w Barcelonie. W tym turnieju zdobył siedem bramek i został królem strzelców imprezy. Pracował też jako asystent trenera Lecha Poznań oraz asystent szkoleniowca reprezentacji Polski U-21 (w 2017 roku). Obecnie jest prezesem klubu TPS Winogrady z Poznania oraz telewizyjnym ekspertem i komentatorem meczów piłkarskich. 
 
Bramki Andrzeja Juskowiaka w igrzyskach olimpijskich w Barcelonie w 1992 roku.
 

POLECAM: 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dawne gwiazdy futbolu uświetnią 100-lecie Klubu Sportowego Warka. Będzie wielka feta

PIŁKA NOŻNA. Klub Sportowy Warka obchodzi 100-lecie istnienia. Wielka impreza jubileuszowa odbędzie się w sobotę 24 czerwca. Wśród uczestników jest Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. Jej mecz z oldbojami Warki komentować będzie Dariusz Szpakowski. 

Dawne piłkarskie gwiazdy zagrają dla chorego Tymusia w Grodzisku Mazowieckim

PIŁKA NOŻNA. Trwa już odliczanie do charytatywnego turnieju na rzecz chorego Tymusia, który odbędzie się 27 stycznia 2024 roku w Grodzisku Mazowieckim koło Warszawy. Wystąpi między innymi Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. 

Polska - San Marino 1:0. Zamiast pogromu był wstyd! Bacciocchi: to my po meczu dawaliśmy autografy

PIŁKA NOŻNA. 28 kwietnia minie dokładnie 30 lat od sławetnego meczu Polska - San Marino w eliminacjach do Mistrzostw Świata w USA. Tamto spotkanie, które biało-czerwoni wygrali 1:0 pokazało, że żadnego przeciwnika nie wolno lekceważyć przed pierwszym gwizdkiem. Choć brzmi banalnie, to nasi piłkarze boleśnie o tym się przekonali...