Przejdź do głównej zawartości

Euzebiusz Smolarek: podczas meczu z Portugalią wiedziałem, że to może być mój wieczór

Euzebiusz Smolarek przed laty, po zdobyciu dwóch goli dających Polsce historyczny awans do Mistrzostw Europy, symbolicznie zasalutował, meldując wykonanie zadanie. Dawał nadzieje, kiedy na stadionie zgasło światło, dziś stoi na czele Polskiego Związku Piłkarzy i pomaga futbolistom w rozwiązywaniu różnych prawnych problemów. "Ebi" cały czas żyje sportem. 
Euzebiusz Smolarek (z prawej) i Leo Beenhakker spotkali się po latach przed meczem Holandia - Polska w Lidze Narodów w Rotterdamie. Fot. Facebook/Polski Związek Piłkarzy
 
 
14 października 1992 roku pana ojciec, legenda polskiej piłki Włodzimierz Smolarek po raz ostatni zagrał w reprezentacji, w Rotterdamie przeciwko Holandii. Zremisowaliśmy 2:2, tata miał nawet okazję strzelić trzeciego gola dla naszej drużyny. Pamięta pan to spotkanie?  
- Tak oczywiście. Całą rodziną zasiedliśmy na stadionie w Rotterdamie, obiekcie wypełnionym wtedy po brzegi, pamiętam nawet kolor krzesełek - czerwony. Wszyscy wiedzieli już wtedy, że to ostatni, symboliczny mecz taty w reprezentacji Polski. Wcześniejszych jego spotkań w kadrze nie pamiętam, gdyż byłem za mały. Do meczu w Rotterdamie polscy piłkarzy przygotowywali się zresztą w moich stronach, tam gdzie mieszkałem. Znałem to boisko od podszewki. 
Wiem, że ma pan o dwa lata starszego brata Mariusza. On też grał w piłkę nożną w młodości, co się stało, że potem nie zaistniał w futbolu? 
- Niestety, zdecydowała o tym kontuzja. Brat również grał w drużynie juniorów Feyenoordu Rotterdam, ale gdy miał szesnaście lat, złamał nogę. Ponad rok nie grał w piłkę. Jego rówieśnicy poszli już do przodu, niestety Mariuszowi nie udało się już dorównać im poziomem. Problemy zdrowotne zrobiły swoje... Pożegnał się z Feyenoordem, występował jeszcze później w amatorskich zespołach, właściwie jeszcze w wieku 37 lat. Jego pasją stał się też tenis ziemny, zostałem trenerem w tej dyscyplinie, pracuje jako nauczyciel, mieszka na stałe w Holandii. 
Pan z kolei, jako nastolatek, stanął przed dużym dylematem sportowym, ale i życiowym. Dostał pan propozycję gry w reprezentacji Polski juniorów, ale przecież całe piłkarskie dzieciństwo i młodość spędził pan na holenderskich boiskach. Nie wahał pan się, czy podoła w nowej drużynie i w ogóle środowisku? 
- Kiedy byłem juniorem, przechodziłem już pewną regionalną selekcję, nawet miałem okazję grywać z rówieśnikami, którzy potem byli powoływani do reprezentacji Holandii. 
Mieszkałem w tym kraju, ale urodziłem się w Polsce, wyjechaliśmy zagranicę, kiedy miałem 5,5 roku, ale w głębi duszy czułem się Polakiem, chciałem reprezentować ten kraj tak samo jak mój tata. 
Czasem człowiek dokonuje takiego ważnego wyboru, może nie do końca potrafimy wyjaśnić, co nami kieruje, ale ja wybrałem dobrze. Po latach mogę to potwierdzić. 
Z drugiej strony zderzył pan się jednak z inną piłkarską rzeczywistością, był pan szkolony inaczej niż rówieśnicy w Polsce, w dodatku cały czas musiał pan jednak zmagać się z barierą językową. 
- Nie ma co ukrywać, moje początki w młodzieżowych reprezentacjach Polski do łatwych nie należały. Jeśli chodzi o język polski, niby wszystko rozumiałem, ale sam bałem się odezwać, nie czułem się pewnie jeśli chodzi o polskie słowa. Pokazywałem się jednak z dobrej strony na boisku, strzelałem bramki dla reprezentacji i to było wtedy najważniejsze. Tam dotarłem już do pierwszej reprezentacji Polski i czułem się w niej coraz lepiej. 
Debiutował pan w niej ponad dwadzieścia lat temu. Pamięta pan coś z tego momentu?
- Tak, to było w towarzyskim meczu z Irlandią Północną na Cyprze, za kadencji trenera Jerzego Engela. Wielka szkoda, że w tym samym roku doznałem kontuzji kolana. Na mistrzostwa świata do Korei pojechali inni. Ja byłem ambitny, nie zamierzałem poprzestać na jednym meczu i jakimś epizodzie w polskiej kadrze. Po tym, jak wyleczyłem kontuzję, musiałem jednak od nowa udowodnić swoją przydatność. 
Na dobre w reprezentacji Polski pokazał pan się dopiero za kadencji Pawła Janasa, który zresztą znał pana z czasów gry w młodzieżówce. Z kolegami, pod wodzą tego selekcjonera awansował pan do finałów mistrzostw świata w Niemczech w 2006 roku, ale tam reprezentacja zawiodła, odpadła w grupie. Pan występował wtedy na boisku, co się stało? 
- Myślę, że nie przygotowaliśmy się zbyt dobrze do tego turnieju. Niestety, szkoda też meczu z gospodarzami, Niemcami, którzy strzelili nam gola w końcówce. Kto wie, może gdyby nie sytuacja, losy turnieju potoczyłyby się dla nas jeszcze inaczej. 
Wydaje się jednak, że najwięcej straciliśmy po przegranej z Ekwadorem 0:2 na inaugurację tamtych mistrzostw. Pół rok wcześniej pokonaliście tego rywala 3:0 w meczu towarzyskim w Barcelonie, pan strzelił mu bramkę. 
- Tak, chyba też dlatego myśleliśmy, że skoro już raz go pokonaliśmy, to w mistrzostwach nie sprawi nam większych problemów. Tymczasem co się okazało - Ekwadorczycy byli od nas szybsi, silniejsi, bardziej wybiegani. Nie mieliśmy chyba świadomości tego, że oni przez te kilka miesięcy zrobili duży postęp. 
Mistrzostwa w Niemczech zakończyły się dla nas klapą, miejsce Janasa zajął słynny Holender Leo Beenhakker. Znaliście się doskonale jeszcze z holenderskich czasów. Eliminacje do mistrzostw Europy w Austrii i Szwajcarii zaczęliśmy kiepsko, od porażki z Finlandią i remisu z Serbią. Potem zwyciężyliśmy w Kazachstanie 1:0 a pan zdobył gola. Potem nadszedł słynny mecz z Portugalią w Chorzowie. Pokonaliśmy światową potęgę, pan dwa razy trafił do siatki rywali. Do dziś zastanawiam się, myślę, że inni kibice także, w jaki sposób zmotywował was do tego pojedynku? 
- Myślę, że odpowiedzi na to pytanie trzeba poszukać już w samych, przedmeczowych treningach. Ja wiedziałem już wcześniej, w jaki sposób Leo prowadzi zajęcia, dla wielu chłopaków była to nowość. Chodziło nawet o taki detal, jak ćwiczenia w trakcie rozgrzewki. Leo zdziwił się, że jeden, drugi, trzeci zawodnik akurat tego elementu nie znał. Ci koledzy, którzy przeczytają ten wywiad, będą wiedzieli o co chodzi (śmiech). Leo pokazywał więc cierpliwie to ćwiczenie. Organizował naprawdę fajne treningi. Druga rzecz - sprawił, że uwierzyliśmy w siebie, co wcześniej też było naszą bolączką. Już mecz z Kazachstanem pozwolił tę wiarę odzyskać. Beenhakker tłumaczył nam, że właśnie takie spotkania są równie ważne i nie można dopisywać sobie punktów przed pierwszym gwizdkiem. 
Przed meczem z Portugalią każdy dostał swoje zadanie do wykonania i wiedział, że musi dać z siebie wszystko, co tylko może. Byliśmy też dobrze przygotowani pod względem taktycznym. Chłopaki przekonali się, że to co przekazuje im Leo, przynosi efekt na boisku. Tak, jak właśnie wygrana z Portugalią, gdzie prym wiedli Cristiano Ronaldo, Deco czy wiele innych sław. 
Kiedy w 9 minucie strzelił pan pierwszą bramkę w tym meczu, poczuł pan, że oto może być pański wieczór? Dodajmy, że w osiemnastej podwyższył pan na 2:0!  
- Tak, wygrywaliśmy 2:0, przy pełnym stadionie, poczułem, że może być fajnie! Czułem, że jestem dobrze przygotowany, wiedziałem, jaka jest stawka pojedynku. Rozegraliśmy jako drużyna świetne spotkanie, w wielu sytuacjach dopisało nam szczęście, ale ono też jest bardzo ważne. Znakomicie grało się przy takiej publiczności, jak ta na Stadionie Śląskim. Mnie taka atmosfera nigdy nie paraliżowała, przeciwnie, dodawała skrzydeł. Tak było w czasie meczów reprezentacji, tak samo w Borussii Dortmund. To, że ludzie na ciebie patrzą, oceniają - to normalne, piłkarz musi się z tym liczyć. 
Zwycięstwo nad Portugalią dodało wam wiary i rzeczywiście było przełomem, bo rok później świętowaliśmy awans do Euro 2008. Niewiele jednak brakowało, a na samym finiszu skomplikowalibyśmy sobie sytuację. Pamiętam mecz z Kazachstanem przy Łazienkowskiej w Warszawie. Do przerwy przegrywamy 0:1, potem gaśnie światło na stadionie... Kiedy już awaria została usunięta, bierze pan sprawy w swoje ręce, a konkretnie nogi. W ciągu kilkunastu minut zdobywa pan trzy bramki. Zwyciężamy 3:1. Prasa pisze po meczu "Najpierw była ciemność, a potem Smolarek". 
- Mecz był bardzo ciężki. Chyba już kiedyś o tym wspominałem - trenerem Kazachstanu był wówczas Holender (Arno Pijpers - przyp. autora). Przed laty prowadził drużynę juniorów Feyenoordu Rotterdam i chciał odesłać mnie do innej drużyny, że niby byłem za słaby. Nie zgodziłem się na to i po latach, gdy akurat spotkaliśmy się przy okazji meczu reprezentacji, chciałem mu udowodnić, że mylił się oceniając moją przydatność do zespołu juniorów. Ja wówczas miałem 17 lat i wyróżniałem się wśród rówieśników. Część chłopaków zdecydowało się odejść z Feyenoordu do klubu Exelcior, bo obiecywano im, że później wrócą i dostaną szansę gry w pierwszym zespole. Nie byłem do tego przekonany, zresztą tata też mówił mi: Ebi, zostań, poczekaj na swoją szansę, będziesz się wyróżniał, trener pierwszego zespołu da ci szansę. Tym trenerem był właśnie Leo Beenhakker. Po meczu z Kazachstanem tamten szkoleniowiec przypomniał sobie o mnie. Jak to się mówi - historia zatoczyła koło. Początkowo myślałem, żeby strzelić choć jedną bramkę, kiedy to mi się udało, to myślałem - muszę zdobyć kolejną i następną! 
Pojechaliśmy na finały Euro 2008 i niestety... Już dziś słyszał pan ode mnie to pytanie, ale je powtórzę - dlaczego nie udał nam się ten turniej? Co się stało na austriackich boiskach? 
- Myślę, że przed turniejem nastąpiło zbyt dużo zmian w kadrze. Doszło kilku nowych zawodników, ale nie stanowiliśmy już takiego monolitu. Nie wiem, dlaczego Leo zdecydował się na te zmiany w składzie, faktem jest, że jako drużyna nie funkcjonowaliśmy tak, jak jak w eliminacjach, w meczach z Portugalią czy Belgią. To już nie była ta sama atmosfera. Wtedy strzelałem bramki, ale dostawałem podania od kolegów. W mistrzostwach tego brakowało. Chyba też były błędy w przygotowaniach do turnieju. Część grała więcej w klubach, ja na przykład w tamtym sezonie miałem na koncie 45 meczów, niektórzy koledzy podobnie, inni mniej. 
Z kolejnym selekcjonerem Franciszkiem Smudą było panu, nazwijmy to tak, nie po drodze. Dlaczego? Efekt taki, że nie zagrał pan w Euro 2012 na boiskach w Polsce. 
- Grałem wtedy w Katarze, potem wróciłem do Holandii. Trener Smuda nie przekonał się do mnie nawet po tournee w USA, kiedy w jednym meczu strzeliłem gola (2:2 z Ekwadorem - przyp. autora), nie dał mi szansy. Twierdzę, że byłbym przydatny dla reprezentacji nawet jako zmiennik. Smuda uważał jednak inaczej. 
Na jednym z treningów skrytykowałem to, że zbyt wiele jest gry w tak zwanego dziada, gonitwy za piłką na dużej przestrzeni boiska. Nie byłem do tego przyzwyczajony. Do biegania tak, ale z piłką a nie za nią. I tak stwierdziłem: co ja tu robię? Czego nowego nauczymy się my jako drużyna? 
Dlaczego reprezentacja nie poradziła sobie w finałach Euro 2012? 
- Smuda stawiał na tak zwany wysoki pressing na boisku, ale do takiej taktyki trzeba mieć wykonawców. Przy takim sposobie gry napastnik musi cały czas biegać i brak mu potem sił, by dojść do bramki rywala i stworzyć jakieś zagrożenie dla rywala. Dla przeciwników to idealna sytuacja. Oni rozgrywają piłkę, a polscy piłkarze biegają. Na Euro stać nas było może na dwadzieścia minut czy pół godziny dobrej gry w każdym meczu... Smuda nie widział mnie w ogóle w kadrze, może szukał innej gwiazdy, albo uważał, że jak się tak zachowywałem. To nie było tak, zdobywałem bramki, ale dzięki asystom kolegów z drużyny i zawsze to podkreślałem. 
Rolę supersnajpera w reprezentacji przejął po panu Robert Lewandowski. Gdy był jeszcze młodym zawodnikiem, 20- czy 21-letnim, występowaliście razem w reprezentacji. Wróżył pan wtedy "Lewemu" dużą karierę, że może stać się czołowym piłkarze świata? 
- Wtedy jeszcze nie, ale już podobał mi się jako zawodnik. Ładnie utrzymywał się przy piłce, walczył o nią no i jeszcze potrafił strzelać bramki. Zrobił wielką karierę, taki talent w Polsce rodzi się raz na kilkadziesiąt lat. 
Pan po zakończeniu kariery zaczął działać w Polskim Związku Piłkarzy, teraz jest pan jego prezesem. Skąd taka działalność w życiu Ebiego Smolarka? Widział pan taką potrzebę, aby pomagać zawodnikom, którzy mają różne prawne problemy, czy też decydowały własne doświadczenia? 
- Polski Związek Piłkarzy założył w ogóle Marek Pięta, który był znajomym mojego taty. Ojciec, występując w holenderskim Utrechcie, korzystał kiedyś z pomocy tamtejszego związku piłkarzy, gdyż klub też chciał pozbyć się go niezgodnie z prawem. Tata wygrał sprawę i zachęcił Marka Piętę do tego, aby taką organizację powołać również w Polsce. To było ponad trzydzieści lat temu. Cztery lata temu Pięta zmarł, miałem zawsze bardzo dobry kontakt z jego rodziną. Dostałem propozycję, aby wejść do zarządu i kontynuować to, co przed laty on rozpoczął, za namową i późniejszym wsparciem mojego taty. Zgodziłem się, potem zostałem prezesem. To ważne, żeby pokazać, iż w Polsce piłkarze też mają swoje prawa i tam, gdzie są jakieś negatywne sytuacje, po prostu interweniować. 
Ja sam, jako zawodnik Polonii Warszawa, trafiłem do tak zwanego klubu Kokosa (tak nazywano grupę zawodników, którzy popadali w konflikty z ówczesnym prezesem "Czarnych Koszul" Józefem Wojciechowskim - przyp. autora). I tak wtedy sam sobie zadawałem pytanie - co to w ogóle jest, co się tutaj dzieje? 
Zresztą, grałem w piłkę w wielu krajach, widziałem jak to wszystko funkcjonuje. Chciałem pomóc, a to daje satysfakcję. Gdzie trzeba, to wspieramy lub interweniujemy. Ja znam piłkarskie środowisko, to pomaga rozwiązywać problemy. W innych krajach takie związki funkcjonują bardzo dobrze. Mamy dobre relacje z Ekstraklasą S.A i PZPN-em, czasem się nie zgadzamy, ale musimy rozmawiać o problemach.
Oglądał pan ostatnie trzy mecze Ligi Narodów, w których reprezentacja Polski mierzyła się dwukrotnie z Belgią i raz z Holandią. Jakie są pańskie wnioski po tych pojedynkach. Nie licząc może remisu z Holendrami, ogólnie ciężko jest być zadowolonym, a po 1:6 w Belgii to już w ogóle... 
- W spotkaniu w Holandii potrafiliśmy wyprowadzać szybkie kontrataki, to mogło się podobać. Niestety, zbyt łatwo tracimy te bramki, to na pewno jest nasz duży mankament. Tu jednak jest rola trenera, aby to wszystko poustawiać. Porażka w Belgii... Cóż, takie też się zdarzają. Kilka dni później w Rotterdamie wywalczyliśmy remis a i lepiej to wyglądało w meczu z Belgami u siebie w Warszawie (porażka 0:1 - przyp. autora). 
Mundial w Katarze to jednak dla nas duża zagadka, choćby nawet ze względu na porę roku, kiedy będzie rozgrywany. Listopad czy grudzień to jednak nie jest pora, nazwijmy to tak "piłkarska". 
- Latem wygląda to zupełnie inaczej, można spotkać się ze znajomymi czy w gronie rodzinnym posiedzieć w ogródku, zasiąść przed dużym ekranem telewizora i obejrzeć mecz. Teraz? Kto zrobi grilla w grudniu? Dla kibiców na pewno będzie to więc coś nietypowego, do czego nie przywykli. Ja sam grałem w Katarze, mogę powiedzieć tyle, że w listopadzie i grudniu też jest tam ciepło. Z drugiej jednak strony myślę, że mimo wszystko czekają nas ciekawe mecze. 
ROZMAWIAŁ PIOTR STAŃCZAK 
 
Historia Euzebiusza Smolarka i jego słynne gole dla reprezentacji Polski.
 

Euzebiusz Smolarek (rocznik 1981) jest synem Włodzimierza, byłego reprezentanta Polski, medalisty mundialu w Hiszpanii. "Ebi" to wychowanek holenderskiego Feyenoordu Rotterdam. Występował także w niemieckiej Borussii Dortmund, hiszpańskim Racingu Santander, angielskim Bolton Wanderers, greckim Athlitikos Omilos Kawala, Al-Khor Sports Club w Katarze, holenderskim ADO Den Haag oraz polskich klubach - Polonii Warszawa i Jagiellonii Białystok. W pierwszej reprezentacji Polski występował w latach 2002-10, zagrał w 47 meczach, zdobył 19 goli. Zagrał z nią w finałach mistrzostw świata w Niemczech w 2006 i Mistrzostw Europy w 2008 roku w Austrii i Szwajcarii. Na stałe mieszka w Holandii. Obecnie jest prezesem Polskiego Związku Piłkarzy.  
 
 
Więcej takich wywiadów w całości znajdziecie w mojej książce "Na biało-czerwonym szlaku". Czy ukaże się w wersji drukowanej? Możesz pomóc! Szczegóły tutaj WSPIERAM TO. Książka "Na biało-czerwonym szlaku" 

 
POLECAM 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dawne gwiazdy futbolu uświetnią 100-lecie Klubu Sportowego Warka. Będzie wielka feta

PIŁKA NOŻNA. Klub Sportowy Warka obchodzi 100-lecie istnienia. Wielka impreza jubileuszowa odbędzie się w sobotę 24 czerwca. Wśród uczestników jest Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. Jej mecz z oldbojami Warki komentować będzie Dariusz Szpakowski. 

Dawne piłkarskie gwiazdy zagrają dla chorego Tymusia w Grodzisku Mazowieckim

PIŁKA NOŻNA. Trwa już odliczanie do charytatywnego turnieju na rzecz chorego Tymusia, który odbędzie się 27 stycznia 2024 roku w Grodzisku Mazowieckim koło Warszawy. Wystąpi między innymi Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. 

Polska - San Marino 1:0. Zamiast pogromu był wstyd! Bacciocchi: to my po meczu dawaliśmy autografy

PIŁKA NOŻNA. 28 kwietnia minie dokładnie 30 lat od sławetnego meczu Polska - San Marino w eliminacjach do Mistrzostw Świata w USA. Tamto spotkanie, które biało-czerwoni wygrali 1:0 pokazało, że żadnego przeciwnika nie wolno lekceważyć przed pierwszym gwizdkiem. Choć brzmi banalnie, to nasi piłkarze boleśnie o tym się przekonali...