Przejdź do głównej zawartości

Grzegorz Mielcarski: jako olimpijczycy nie czuliśmy respektu przed żadnym rywalem

Grzegorz Mielcarski równo 30 lat temu występował z olimpijską reprezentacją Polski na igrzyskach w Barcelonie. Jak sam wspomina, zdobył w tamtym turnieju jednego, w dodatku "brzydkiego" gola, ale tego trafienia nie zamieniłby na żadne inne. Jak w ogóle wspomina historyczną imprezę? 
Grzegorz Mielcarski po zakończeniu kariery zajął się między innymi prowadzeniem swojej Akademii Piłkarza w Krakowie. Fot. Akademia Piłkarza Grzegorza Mielcarskiego
 
 
Kiedy trafił pan do reprezentacji olimpijskiej Janusza Wójcika? 
- Byłem jednym z tych zawodników, którzy dołączyli do tej kadry już w trakcie jej istnienia. Wcześniej była to reprezentacja olimpijska, część piłkarzy, którzy potem pojechali do Barcelony już w niej występowała. Drużynę tę przejął po Mieczysławie Broniszewskim właśnie Janusz Wójcik. O ile pamiętam w tej reprezentacji już występował Andrzej Juskowiak, jako jedni z ostatnich dołączyli do niej między innymi Marek Koźmiński i Wojtek Kowalczyk, był jeszcze Krzysztof Berendt (on na igrzyska nie pojechał, w 1992 roku miał poważny wypadek samochodowy - przyp. autora). Generalnie 70-80 procent graczy tamtej reprezentacji już wcześnie było wyselekcjonowanych. Ja natomiast trafiłem do drużyny już wtedy, gdy została przemianowana na olimpijską. 
Mówi się, że mieliście stworzone lepsze warunki do treningu niż ówczesna pierwsza reprezentacja kraju
- Tak było, choć nie chodzi o to, żeby teraz tym się szczycić. Wtedy jednak zadbano o warunki dla młodych zawodników. To, co my jednak posiadaliśmy w tamtych latach, dziś jest już totalnym standardem, teraz nawet nie pomyślelibyśmy, że to coś wyjątkowego. Wtedy, kiedy jeździliśmy na zgrupowania do Niemiec, otrzymywaliśmy nowe dresy, odżywki. Kiedy graliśmy mecze eliminacyjne, zdarzało się i tak, że piłkarze pierwszej reprezentacji schodzili do nas na śniadania, choć oczywiście nie możemy przesadzać, że my mieliśmy wszystko, a oni suchy chleb. Faktem jest, że wizerunkowo prezentowaliśmy się lepiej, chodzi o ubiór. Dorośli reprezentanci mieli wprawdzie na sobie dresy w narodowych barwach, ale pod spód nakładali już koszulki swoich klubów lub tych, które zdobyli w czasie wymiany po meczach z innymi drużynami. Jeden więc miał na sobie trykot Celticu, drugi jakiegoś włoskiego zespołu. Dziś to jest nie do pomyślenia, wtedy to wyglądało trochę jak na koloniach. Nasza reprezentacja, dzięki panom Zbigniewowi Niemczyckiemu, Henrykowi Losce oraz całej Fundacji Olimpijskiej miała stworzone naprawdę świetne warunki do gry i treningu. Pomagał też Andrzej Grajewski. Nie było problemów z nowymi dresami czy butami. Dziś to są najprostsze standardy. Obecnie na przykład piłkarze śpią w pojedynczych, hotelowych pokojach, kiedyś korzystali z "dwójek", co również było uznawane za luksus. 
Trener Janusz Wójcik nie miał jednak łatwego zadania - zlepić mocną kadrę z chłopaków, którzy przecież na co dzień w klubach ostro ze sobą rywalizowali - Śląsk z Warszawą czy Krakowem, Warszawa z Poznaniem i tak dalej. Jak dziś, po tych trzydziestu latach wspomina pan tego szkoleniowca, charyzmatycznego i zarazem kontrowersyjnego?
- Przede wszystkim nie lubił, kiedy dany zawodnik wywyższał się nad innymi, próbował "kozaczyć", lekceważyć czy poniżać innego. Był strasznie przeczulony na tym punkcie i kiedy takie sytuacje miały miejsce, to szybko sprowadzał nas na ziemię. 
Po latach czasem porównywano nas do innych młodzieżówek z lat 90. Oczywiście umiejętności czysto piłkarskie to zawsze kwestia dyskusyjna, ciężko to jakoś jednoznacznie porównać. To, co nas jednak odróżniało, to więcej silnych osobowości w drużynie, byli wśród nas już wtedy kapitanowie swoich drużyn ligowych, na przykład Tomek Wałdoch w Górniku Zabrze, Tomek Wieszczycki w ŁKS Łódź, Jurek Brzęczek w Olimpii Poznań, Tomek Łapiński w Widzewie Łódź, Aleksander Kłak w Iglopolu Dębica. Darek Gęsior zakładał już opaskę kapitańską Ruchu Chorzów. Wszyscy oni grali ze starszymi, rutynowanymi zawodnikami. W tamtym czasie nie było to takie proste zostać kapitanem w wieku 21 czy 22 lat. 
Eliminacje do młodzieżowych mistrzostw Europy w grupie przeszliście jak burza, kiedy przyszło walczyć już o awans na turniej olimpijski, na początku 1992 roku doznaliście porażki 0:5 z Danią w Aalborgu. Co się wtedy z wami stało? 
- Jeśli już chodzi o awans na igrzyska, duże znaczenie miało to, że w swojej grupie wygraliśmy wszystkie mecze z Anglią, Irlandią czy Turcją. Gdyby wtedy przydarzyło nam się jakieś potknięcie, jedna porażka, może w ogóle nie pojechalibyśmy do Barcelony. Duńczycy sprowadzili nas brutalnie na ziemię, wszystkie pięć bramek strzelili nam już w pierwszej połowie. Oczywiście pojawiały się jakieś głosy, że może przed meczem mocniej popiliśmy, ale to bzdury, zostawmy je z boku. 
Na boisku mieliśmy swoje sytuacje podbramkowe, ale brakowało szczęścia, skuteczności, natomiast Duńczycy co oddali strzał, to był gol. Nikt w historii tamtej reprezentacji, a graliśmy z utytułowanymi rywalami, nie stłukł nas tak mocno jak Dania. Zmiotła nas w proch...
Pamiętam, że przed rewanżem w Poznaniu obiecaliśmy sobie, że my im zafundujemy to samo, że też ich rozjedziemy. Byliśmy przekonani o swojej sile. Co się tymczasem wydarzyło - Duńczycy mają rzut wolny na początku meczu, piłka po rykoszecie trafia do naszej siatki... Ruszyliśmy z impetem do odrabiania strat, sam miałem chyba ze dwie lub trzy sytuacje do zdobycia gola. Gdybyśmy mieli więcej szczęścia i skuteczności, to pewnie wygralibyśmy wysoko. Andrzej Juskowiak ostatecznie wyrównał na 1:1, tak zakończył się ten rewanż. I wtedy duże znaczenie miało to, że wcześniej w grupie odnieśliśmy komplet zwycięstw i mieliśmy jeden z lepszych bilansów w Europie. To nie był żaden przypadek, że myśmy wygrywali wcześniej z Anglikami, Irlandczykami czy Turkami. 
Na igrzyska nie jechaliśmy jednak jako faworyci, a staliśmy się sensacją imprezy.
- Weźmy pod uwagę, że na tym turnieju ci sami Duńczycy przegrywają z Australią, zaś my ten drugi zespół gromimy 6:1 w półfinale igrzysk. Ot, cała piłka młodzieżowa. Z drugiej jednak strony w tej imprezie były mocne ekipy i utytułowani piłkarze, choćby hiszpańskie gwiazdy - Guardiola czy Luis Enrique. Oni zanotowali świetny turniej i potem, jako seniorzy, nie byli już dajmy na to dwa razy lepsi niż na igrzyskach. My pokonaliśmy Włochów 3:0, gdzie tam też występowali już piłkarze uznani w Serie A. 
Nawiasem mówiąc, mecz z Italią pan wspomina zapewne najlepiej. Strzelił pan ostatnią bramkę w spotkaniu, dobijając rywala, ówczesnego młodzieżowego mistrza Europy. 
- Tak, to był chyba najbrzydszy gol, jakiego strzeliłem w karierze (śmiech). Oczywiście nie o to chodzi, bo można w pięknym stylu trafić w słupek, popiszesz się ładną paradą a piłka i tak nie wpadnie do siatki. Można strzelić tak jak ja i gdzieś tam człowiek zapisuje się w tej historii. Za to pierwsze dwa padły po naprawdę pięknych akcjach. Najpierw do siatki trafił Andrzej Juskowiak, który wykorzystał wrzutkę Marka Koźmińskiego. Już wtedy widziałem, siedząc jeszcze na ławce rezerwowych, że Włosi jednak poczuli lęk. To zresztą pokazały kolejne minuty. Wygrywaliśmy większość pojedynków, przeciwnicy ratowali się faulami.
Możemy pokusić się chyba o stwierdzenie, że to był wasz najlepszy mecz w igrzyskach - choć mieliście za sobą dopiero dwa spotkania w grupie - jednak otworzył drogę do medalu. 
- To było kluczowe spotkanie, właśnie z młodzieżowymi mistrzami Europy. W nas nie było jednak obawy, strachu przed tym przeciwnikiem. To była z pewnością duża zasługa Wójcika, że potrafił nas tak "pompować", iż nie czuliśmy respektu przed nikim. Znaliśmy swoją wartość. Podobnie zresztą było w finale przeciwko Hiszpanii. Pokazaliśmy klasę, bo najpierw objęliśmy prowadzenie 1:0, potem, kiedy przegrywaliśmy 1:2 doprowadziliśmy do wyrównania. Dramatyczna była końcówka, straciliśmy w niej bramkę. Był to chyba jeden z piękniejszych, piłkarskich finałów olimpijskich. Z Hiszpanami graliśmy w ogóle towarzysko jeszcze przed olimpiadą i zremisowaliśmy 1:1 na ciężkim boisku. W finale w Barcelonie oni czuli, że mierzą się z zespołem, który nie zadowoli się srebrnym medalem. 
Oni naprawdę najedli się strachu i to było widać. Już po meczu spotkaliśmy się z nimi w jakiejś dyskotece, podchodzili, gratulowali, przybijaliśmy ze sobą "piątki". Uznali naszą klasę. My mieliśmy za sobą naprawdę dobry finał i cały turniej olimpijski. 
Panu przyszło obserwować finał z ławki rezerwowych. To była zapewne ciężka sytuacja - mecz o stawkę a pana nie ma na boisku... 
- Na pewno nie było to łatwe, tym bardziej, że ja w samych eliminacjach do igrzysk często grałem w wyjściowym składzie. Potem wskoczył Andrzej, znajdujący się w znakomitej formie. Zdobywał przecież po dwa gole w ostatnich meczach eliminacji z Irlandią i Anglią. Złapał "gaz". Myślę, że chyba dziś nie do końca to jego osiągnięcie, tytuł króla strzelców igrzysk, jest doceniane. Skutecznością imponował też "Kowal". Powiem tak, zawsze jest żal, kiedy tracisz miejsce w składzie, ale jednocześnie masz świadomość z kim o nie rywalizujesz i kto to gole strzelał. Ja oraz wielu innych napastników przegraliśmy przecież rywalizację z najskuteczniejszym napastnikiem turnieju. Tomek Wieszczycki, Mirek Waligóra, który nie strzelił rzutu karnego Kuwejtowi. Gdyby go wykorzystał, może jego losy na olimpiadzie potoczyłyby się inaczej, a tak stracił szansę na grę. To była jednak niesamowita siła tej kadry, wspieraliśmy się, chodziliśmy razem wypić piwo, pogadać, sypały się żarty, nikt nikomu aż tak nie zazdrościł. 
Igrzyska w Barcelonie ogólnie były ciekawe, interesujące dla miłośników wielu dyscyplin sportu. Jak pan ogólnie zapamiętał tę imprezę? 
- Nasze myśli zaprzątały oczywiście mecze piłkarskie, ale były i takie momenty, kiedy spotykaliśmy się ze sławami sportu. Przykład - otwarcie igrzysk, obok naszej reprezentacji przechodzą Amerykanie. W pewnym momencie Tomek Wieszczycki krzyknął w stronę słynnego koszykarza NBA Scottiego Pippena "Hej Scottie" Ten odwrócił się, pomachał ręką "Wieszczowi". Przywieźliśmy ze sobą kamery, które wielu z nas kupiło na jednym z wyjazdów w Dubaju. I nagrywaliśmy to, co działo się w trakcie otwarcia. Inny przykład, siedzimy na śniadaniu w wiosce olimpijskiej, naprzeciwko nas sława tenisa ziemnego, Niemka Steffi Graff. W wiosce spotykaliśmy jeżdżącą na rowerze Argentynkę Gabrielę Sabatini, także świetną wówczas tenisistkę. Dotąd oglądaliśmy ich tylko w telewizji czy na pierwszych stronach gazet. Nagle zniknęły bariery między tymi bardzo znanymi sportowcami a mniej popularnymi. To w igrzyskach jest właśnie piękne. Siedzisz naprzeciwko kogoś, kto za chwilę może zdobyć medal i sławę. My po niego sięgnęliśmy i nikt nam już w życiu tego nie zabierze. 
Po powrocie z igrzysk na lotnisku pada słynne hasło o zmianie szyldu. Entuzjazm udzielił się jednak i wielu kibicom. W końcu po latach posuchy polskie piłkarstwo jednak odniosło sukces. Co stało się, że wasze pokolenie nie osiągnęło kolejnego już w dorosłej reprezentacji. Jest to temat na wielogodzinne rozważania, ale spróbujmy teraz odpowiedzieć na to pytanie
- Jednej odpowiedzi nie będzie. Ja mam swoją tezę w tym temacie. PZPN tak naprawdę wtedy bał się postawić na olimpijczyków, nie dostaliśmy szansy ku temu, aby w większej grupie zagrać w kadrze. Zanim zdobyliśmy medal w Barcelonie, przez trzy lata przygotowywaliśmy się do turnieju. Mieliśmy po 21-22, niektórzy już nawet 23 lata. Oczywiście nie było szans, aby w pierwszej reprezentacji wystąpiło od razu 22 piłkarzy, ale już na przykład ośmiu czy dziesięciu powinno zająć miejsce w pierwszym składzie, łącznie z niektórymi już doświadczonymi piłkarzami jak Roman Kosecki czy Jacek Ziober. Ludzie w PZPN bali się podjąć takie odważne decyzje. Owszem, olimpijczycy grali w dorosłej kadrze, ale raz była powoływana jedna grupa, potem inni. W jednym meczu wystąpiło nas trzech, to w następnych dwóch. Tak naprawdę nigdy większość z nas nie dostała szansy w jednym czasie. Oczywiście niektórzy, jak Tomek Wałdoch czy Marek Koźmiński, Piotrek Świerczewski grali w tej reprezentacji jeszcze dziesięć lat, długo występowali w niej także Andrzej Juskowiak, Jurek Brzęczek czy Wojtek Kowalczyk. Oczywiście nikt nie powie dziś, że z większą ilością olimpijczyków w składzie pierwsza reprezentacja odniosłaby sukces, ale też nikt w PZPN nie podjął ryzyka i nigdy już nie dowiemy się, czy byłoby inaczej. Na pewno nie było tak, że ówczesna pierwsza reprezentacja była tak silna, że ciężko było się do niej przebić.
Pan także z dużym niedosytem może wspominać występy w pierwszej reprezentacji. Kolejni selekcjonerzy raczej na pana mało stawiali. Dlaczego? 
- Wie pan, nigdy jakoś szczególnie tego nie analizowałem. Zdaję sobie sprawę z tego, że miałem też wahania formy, nie zawsze znajdowałem się w wysokiej dyspozycji a jednak konkurencja w ataku była duża. Nie bez znaczenia był fakt, że często zmieniałem kluby, miałem takie skoki z jednego miejsca do drugiego. To również nie służyło stabilizacji, ale cóż takie mieliśmy czasy. Do nikogo nie mam o to żalu, do siebie też nie, bo trenowałem i grałem wówczas na tyle, na ile było mnie stać. 
Był pan znany z ostrej gry, często ostrej i bezpardonowej. Skąd to się wzięło. Taki charakter piłkarski, czy ta agresja przyszła w trakcie? 
- W trakcie. To były czasy trudne dla młodych piłkarzy. Starsi z drużyn przeciwnych lubili pokazać im miejsce w szyku. Mówili między sobą "weź zamelduj się temu czy tamtemu młodemu, żeby ci nie podskakiwał", co oznaczało, żeby ostrzej go zaatakować i odebrać chęci do gry. Młody nie miał lekko. W wojsku była fala, ale w piłce też starsi lubili pokazać, kto tu rządzi. Ja byłem młodym, ale odważnym chłopakiem. 
Pamiętam, że za kadencji trenera Huberta Kostki w Olimpii Poznań, ktoś mnie mocniej poturbował w jakimś sparingu. Szkoleniowiec zmotywował mnie, abym się nie dawał sobą pomiatać, więc zrewanżowałem się rywalowi w meczu na tym śniegu. Kostka po spotkaniu powiedział: pamiętaj, jak będziesz tak grał, to u mnie miejsce w składzie masz zawsze. 
Słowa Kostki dodały mi pewności siebie, ale z drugiej strony zacząłem przeciągać "wajchę" w drugą stronę. Wiele razy, zamiast skupić się na grze, skupiałem się na tym, komu się zrewanżować, pokazać, że się nie boję. Nie potrafiłem znaleźć tego balansu. Tu byłem zaangażowany w grę, tu w walkę, tu w obronę kolegi z drużyny, bo jeśli rywal źle go potraktował, to musiałem być pierwszym, który biegł, aby się za nim wstawić. Żałuję, że mnie, młodemu, nikt nie potrafił wtedy przemówić, abym skupił się na grze i strzelaniu bramek. Nie było nikogo, kto by mną potrząsnął, wybił mi z głowy takie zachowania, czy to trener, starszy kolega w szatni, ktoś cieszący się autorytetem. 
I tak zyskał pan miano boiskowego brutala. 
- Wie pan, dziś może się z tego nawet śmieję. Jeśli ktoś poznałby te wszystkie moje sytuacje boiskowe, to mógłby zapytać - jak to jest, że ty jeszcze żyjesz (śmiech). Z drugiej strony taka wtedy była gra, a ja nie należałem do typu zawodnika, którego gdzieś łatwo było "ustawić" czy "przestawić". Zresztą, weźmy nawet przykład z pamiętnych pojedynków z Legią Warszawa - starcia na przykład z Krzyśkiem Ratajczykiem czy Markiem Jóźwiakiem do przyjemnych nie należały. Stoisz tyłem do bramki i za sobą masz takich siłaczy - jak sobie z nimi poradzić? Ktoś powie "Mielcar to brutal". To ja odpowiem - idź, stań naprzeciwko tego typu rywali i wyjdź cało z walki. Gdybym nie umiał oddawać, to by mnie wdeptali w ziemię, czułbym się, jakby przebiegł po mnie tabun koni. Ponieważ jednak potrafiłem oddać, to i przeciwnicy czuli respekt, wiedzieli, że nie zawsze będzie można "Mielcarowi" wpakować się kolanami w plecy. Brałem na siebie to ryzyko, że i mnie ktoś kiedyś mógł oddać. Byłem agresywny, ale nie raz sam schodziłem z boiska poturbowany. To działało w obie strony. 
To teraz wybiegnijmy w przyszłość - na co stać naszą obecną reprezentację w mistrzostwach świata w Katarze. Dodajmy, że to mundial po raz pierwszy w historii rozgrywany w listopadzie i grudniu. 
- Możemy szybko odpaść albo i zagrać świetny turniej. Naprawdę trudno coś przewidywać, to wróżenie z fusów. Przez najbliższe miesiące może się jeszcze wiele wydarzyć pod względem kadrowym. Być może pora rozgrywania turnieju, kiedy będziemy w trakcie sezonu, może być atutem dla nas, ale z takim wyzwaniem tak naprawdę zmierzy się każda inna reprezentacja - finalista mundialu. Być może natomiast wzrośnie oglądalność tej imprezy. W Polsce na przykład o godzinie 15.30 będzie już chłodno, szaro, przyjemniej wtedy zasiąść przed telewizorem po powrocie do domu i obejrzeć mecz. Może ta zmiana pory rozgrywania mistrzostw akurat dla nas okaże się korzystna. Zobaczymy. 
ROZMAWIAŁ PIOTR STAŃCZAK 

Grzegorz Mielcarski (rocznik 1970) jest wychowankiem Orła Chełmno. Był napastnikiem. Występował także w Polonii Bydgoszcz, Olimpii Poznań, szwajcarskim Servette Genewa, Górniku Zabrze, Widzewie Łódź, portugalskim FC Porto, hiszpańskim UD Salamanca, Pogoni Szczecin, greckim AEK Ateny, karierę zakończył w Amice Wronki. W pierwszej reprezentacji Polski zadebiutował w 1991 roku (mecz Polska - Szwecja 2:0, w Gdyni), występował w niej do 1998 roku. Rozegrał dziesięć spotkań, strzelił jednego gola. W 1992 z reprezentacją olimpijską zdobył srebrny medal igrzysk w Barcelonie, w tym turnieju zdobył jedną bramkę - w zwycięskim 3:0 meczu z Włochami. W przeszłości był między innymi dyrektorem sportowym Wisły Kraków. Od kilkunastu lat jest komentatorem piłkarskim w stacji Canal Plus, prowadzi także szkółkę dla dzieci - Akademię Piłkarza w Krakowie.
 
 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dawne gwiazdy futbolu uświetnią 100-lecie Klubu Sportowego Warka. Będzie wielka feta

PIŁKA NOŻNA. Klub Sportowy Warka obchodzi 100-lecie istnienia. Wielka impreza jubileuszowa odbędzie się w sobotę 24 czerwca. Wśród uczestników jest Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. Jej mecz z oldbojami Warki komentować będzie Dariusz Szpakowski. 

Dawne piłkarskie gwiazdy zagrają dla chorego Tymusia w Grodzisku Mazowieckim

PIŁKA NOŻNA. Trwa już odliczanie do charytatywnego turnieju na rzecz chorego Tymusia, który odbędzie się 27 stycznia 2024 roku w Grodzisku Mazowieckim koło Warszawy. Wystąpi między innymi Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. 

Polska - San Marino 1:0. Zamiast pogromu był wstyd! Bacciocchi: to my po meczu dawaliśmy autografy

PIŁKA NOŻNA. 28 kwietnia minie dokładnie 30 lat od sławetnego meczu Polska - San Marino w eliminacjach do Mistrzostw Świata w USA. Tamto spotkanie, które biało-czerwoni wygrali 1:0 pokazało, że żadnego przeciwnika nie wolno lekceważyć przed pierwszym gwizdkiem. Choć brzmi banalnie, to nasi piłkarze boleśnie o tym się przekonali...