Przejdź do głównej zawartości

Jerzy Podbrożny: po meczu Legii z Blackburn w Lidze Mistrzów czułem się "zajechany"

Jerzy Podbrożny w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych był czołowym napastnikiem w Polsce. Z Legią Warszawa wystąpił w Lidze Mistrzów, ale w reprezentacji kraju nie zaistniał nawet w okresie, kiedy znajdował się w najlepszej strzeleckiej formie. Dlaczego? 
Jerzy Podbrożny w latach 90. był czołowym polskim napastnikiem, z warszawską Legią grał w Lidze Mistrzów. Fot. Facebook/profil prywatny
 

Naszą rozmowę zacznę nie od historii, ale od tego, co dzieje się aktualnie z polskim futbolem klubowym. Kilka dni temu Lech Poznań doznał przykrej porażki z azerskim Karabachem Agdam 1:5 i w fatalnym stylu pożegnał się z marzeniami o Lidze Mistrzów. Jak pan to w ogóle podsumuje? 
- Cóż, szkoda, że Lech poniósł tak fatalną porażkę, tym bardziej w sytuacji, kiedy jako pierwszy strzelił gola. Niestety, potem przebieg meczu pokazał nam, w jakim miejscu jesteśmy w ogóle jako polski futbol klubowy. 
Jednym z pierwszych polskich klubów, które trzydzieści lat temu próbowały awansować do nowej Ligi Mistrzów był Lech Poznań. Pan był czołowym zawodnikiem "Kolejorza". Niestety, musieliście uznać wyższość najpierw szwedzkiego IFK Goeteborg, potem rosyjskiego Spartaka Moskwa. Z pańskiej perspektywy - czego wam zabrakło? 
- Z Goeteborgiem rywalizowaliśmy jesienią 1992 roku. W pierwszym meczu na wyjeździe ulegliśmy mistrzowi Szwecji 0:1 i w rewanżu nie staliśmy z pewnością na straconej pozycji. Niestety, w Poznaniu pokazał, że jest od nas lepszy. Przegraliśmy 0:3. Szkoda na pewno tego pierwszego spotkania, bo wtedy aż takiej różnicy między zespołami nie było widać. Rok później, kiedy na drodze stanął nam Spartak, sytuacja była już inna. Dominacja rywala nie pozostawiała jednak złudzeń. U siebie przegraliśmy aż 1:5 (Podbrożny strzelił dla Lecha gola z rzutu karnego, tuż przed przerwą na 1:3 - przyp. autora). Zresztą, wystarczy przeanalizować skład Rosjan i przekonamy się, jakiego formatu byli to piłkarze. To porażka identyczna, jak dzisiejszego Lecha z azerskim Karabachem, ale porównując drużyny rywali... O czym my mówimy! Przebieg rewanżu w Moskwie był już inny, ulegliśmy 1:2, ale trener (Jan Stępczak - przyp. autora) trochę wówczas eksperymentował. 
Nawet ja nie grałem normalnie w ataku, tylko dostałem zadanie, aby wyłączyć z gry pomocnika Spartaka Wiktora Onopko w środku pola. Przyznam, dziwny to był dla mnie ruch, ale ostatecznie sobie poradziłem. Musiałem natomiast dużo biegać za wysokim Onopką - gdy on stawiał jeden krok, ja musiałem zrobić dwa (śmiech). 
Zaliczyłem także asystę przy golu Jacka Dembińskiego, ale tak naprawdę nic nam to nie dało. Po pierwszym, wysoko przegranym spotkaniu u siebie chyba już tylko cud mógł przynieść nam awans. 
Pan z promocji do Ligi Mistrzów cieszył się wreszcie w 1995 roku, już jako piłkarz Legii Warszawa. Wtedy na waszej drodze w eliminacjach znów stanął IFK Goeteborg. Na Spartaka trafiliście już w fazie grupowej Champions League. 
- Jeśli chodzi o dwumecz z Goeterborgiem - ułożył się całkiem inaczej niż Lechowi trzy lata wcześniej. Wtedy przegraliśmy 0:1 na wyjeździe i w Poznaniu trzeba było gonić wynik, jak się okazało, nieskutecznie. Legia pokonała szwedzki zespół 1:0 w Warszawie (Podbrożny znów trafił z rzutu karnego - przyp. autora), ale zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że rewanż będzie ciężki. IFK to był zespół, który w tamtym czasie, praktycznie co roku występował w Lidze Mistrzów, miał doświadczenie w tych elitarnych rozgrywkach. Zresztą, nawet wcześniej, kiedy losowano pary eliminacji, to rozmawiając z prezesem, stwierdziliśmy, że Goeteborg to właśnie ostatnia drużyna, na jaką chcieliśmy trafić. I co się okazało? Los skojarzył nas właśnie z mistrzem Szwecji. 
O awansie decydował tym razem mecz na stadionie IFK, który Legia wygrała 2:1. 
- Jechaliśmy do Goeteborga ze skromną zaliczką 1:0. Kiedy już godzinę przed meczem wyszliśmy na płytę boiska i usłyszeliśmy naszych kibiców na trybunach, to poczuliśmy się tak, jakbyśmy grali u siebie. Na pewno to wsparcie naszych fanów, którzy przybyli do Szwecji z Warszawy, zagrzało nas do walki. Praktycznie przez cały mecz na stadionie było słychać tylko kibiców Legii. Nie było to jednak łatwe spotkanie. Trener Paweł Janas nie wystawił w wyjściowym składzie Leszka Pisza. Dla mnie to też była ciężka sytuacja, bo ja, jako napastnik, "żyłem" z jego podań. Ja byłem przeciwny takiemu rozwiązaniu, ale ostateczna decyzja należała przecież do trenera. Rozwój sytuacji na boisku pokazał jednak, że było to dobre posunięcie. W pomocy Leszka zastępował Krzysiek Ratajczyk, który w pierwszej połowie posłał do mnie dalekie podanie, przeciwnik (Jonas Olsson - przyp. autora) ratował się faulem i w 30 minucie dostał czerwoną kartkę. 
Sytuacja skomplikowała się jednak, kiedy gospodarze strzelili gola i wyrównali stan dwumeczu. Graliście jednak konsekwentnie, co przyniosło spodziewany efekt. 
- Co ciekawe, wiedzieliśmy przed meczem, że Jesper Blomqvist ma bardzo mocną lewą nogę, trener uczulał na to zwłaszcza obrońców. Szwed strzelił nam bramkę, ale po uderzeniu prawą... Był to ładny gol, Maciek Szczęsny nie miał szans. Mimo wszystko pojedynek i tak układał się po naszej myśli. Po czerwonej kartce mistrz Szwecji musiał grać w osłabieniu. Kiedy na boisko wszedł wreszcie Leszek Pisz, wszystko zaczęło nam się układać. Wykorzystał dośrodkowanie Grześka Lewandowskiego z boku i w 73 minucie strzelił bramkę na 1:1. Chyba nikt kompletnie nie spodziewał się, że Leszek trafi do siatki przeciwnika po uderzeniu głową. Było to duże zaskoczenie zwłaszcza dla Szwedów. W tym momencie do awansu potrzebowali oni dwóch bramek, ruszyli do przodu i odkryli się. My mogliśmy grać z kontry, co nam odpowiadało. Już w doliczonym czasie gry przy linii bocznej zagrałem piłkę do Jacka Bednarza, ten zszedł do środka i strzelił lewą nogą na 2:1. Prezes Legii chyba rwał sobie włosy z głowy, bo za zwycięstwo mieliśmy obiecane dodatkowe premie (śmiech). Cóż, takie mieliśmy wtedy czasy. 
W fazie grupowej Ligi Mistrzów zdobyliście siedem punktów, co dało awans do ćwierćfinału. Grupę wygrał Spartak Moskwa, Legia była druga, awansować nie zdołały Rosenborg Trondheim i Blackburn Rovers. Domyślam się, że pojedynek w Warszawie z tym ostatnim rywalem wspomina pan pewnie najlepiej. Pokonaliście mistrza Anglii 1:0 po pańskiej bramce. Najsłynniejszym zawodnikiem tej drużyny był napastnik Alan Shearer. 
- Co tu dużo mówić, był to naprawdę dobry zespół, ale my walczyliśmy z nim jak równy z równym. W Warszawie skutecznie zagraliśmy w obronie. Anglicy próbowali nam zagrażać głównie po strzałach z dystansu. Shearer nie miał zbyt wiele okazji strzeleckich, chyba jedną i Maciek poradził sobie z jego uderzeniem. Co jednak trzeba zaznaczyć - ten pojedynek kosztował nas bardzo dużo sił. Jak to się mówi - swoje musieliśmy "wybiegać". Walka, walka i jeszcze raz walka. 
Pamiętam, że sam w dziewięćdziesiątej minucie już usiadłem na murawie, bo złapały mnie skurcze w obu łydkach, mięśniach dwugłowych. Byłem po prostu "zajechany", ale najważniejsze, że udało się mistrza Anglii pokonać u siebie. W rewanżu wywalczyliśmy w Blackburn bezbramkowy remis, także okazał się dla nas bardzo cenny. 
Do dziś zastanawiam się, jak potoczyłyby się losy ćwierćfinałowego dwumeczu z Panathinaikosem Ateny, gdyby pierwszy mecz w Warszawie toczył się w innych warunkach, niż na kartoflisku. Z drugiej strony czyniono różne starania, aby spotkanie na początku marca w ogóle doszło do skutku. Jak pan wspomina starcie z mistrzem Grecji? 
- Powiem tak, jeśli rywalizacja toczyłaby się na normalnym boisku, byliśmy w stanie ograć Panathinaikos u siebie. Warunki mieliśmy jednak wtedy te same, zarówno my, jak i Ateńczycy. Co do rewanżu - tam zabrakło chyba tylko sprawiedliwego sędziowania. Rosjanin (Siergiej Husajnow - przyp. autora) prowadził ostatni swój mecz w karierze i ewidentnie nas skrzywdził. Po pół godzinie gry pokazał drugą żółtą kartkę Marcinowi Jałosze, w sytuacji która nie kwalifikowała się do wymierzenia takiej kary. Kilka minut później, kiedy podobne przewinienie popełnił zawodnik z Aten, arbiter udawał, że jej nie widzi, bo wiąże buta... Do tego momentu graliśmy jak równym z równym i gdyby nie ta czerwona kartka, to spotkanie mogło różnie się ułożyć. Przegraliśmy tymczasem 0:3. 
W następnym sezonie w elicie zagrał Widzew Łódź. Potem kolejni mistrzowie Polski przez dwadzieścia lat bezskutecznie próbowali awansować do Ligi Mistrzów. W 2016 roku sztuka ta udała się wreszcie Legii. Niestety, od tego czasu znów nie mieliśmy swojego zespołu w tych rozgrywkach. Przyczyn pewnie jest wiele, pana zdaniem które najważniejsze? 
- W czasach, kiedy my wywalczyliśmy awans, nie było takiej sytuacji, że w przerwie letniej do klubu przychodziło pięciu, czy sześciu nowych zawodników. Wtedy było na przykład dwóch, ale takich, którzy realnie wzmocnili drużynę, wnieśli do jej gry coś nowego i podnosili jej poziom. Można kupić pięciu średniaków i będziemy zachwycać się tym, że w polskiej lidze to oni będą super i zdobędziemy mistrzostwo. Tylko co z tego? Budowa zespołu wymaga czasu, poszczególnych okienkach transferowych potrzeba sprowadzić takich piłkarzy, którzy sprawią, że gra drużyny będzie jeszcze lepsza. Z tymi najsłabszymi trzeba się żegnać, nie zaś podpisywać od razu nie wiadomo jakie kontrakty. Podam przykład - Legia pozyskuje ze Śląska Wrocław Słowaka Roberta Picha. Z całym szacunkiem dla tego piłkarza zapytam - jeśli stołeczny klub chciałby walczyć o Ligę Mistrzów, to jakim on jest wzmocnieniem? Moim zdaniem lepiej zapłacić więcej graczowi, który wzmocni zespół, niż tyle samo wydać na pięciu przeciętnych. Jeśli tego nie zmienimy, nie widzę większych perspektyw na grę mistrza Polski w Champions League. 
Wróćmy jeszcze do pana kariery - w latach 90. grał pan w czołowych zespołach w kraju, był jednym z najlepszych strzelców w lidze, występował pan w europejskich pucharach, wreszcie w Lidze Mistrzów. Dlaczego nie zaistniał pan w reprezentacji Polski? Pod tym względem czuje pan pewnie duży niedosyt
- Z reprezentacją dla mnie to w ogóle jest dziwna sprawa. Kiedy na przykład byłem w super formie i strzelałem bramkę za bramką, to powołań nie dostawałem. Kiedy z kolei zdarzał mi się jakiś lekki kryzys formy, wtedy dostawałem zaproszenia do kadry. 
Sztuką dla trenerów jest wykorzystać zawodnika, która ma optymalną formę, nawet jeśli jest to reprezentacyjny debiutant, nie zaś przywiązywać się do nazwisk piłkarzy, którzy w kadrze zagrali kilkadziesiąt spotkań, ale w danym momencie są bez formy. Niestety, za moich czasów tak bywało... Kto wie, gdybym dostał szansę, kiedy miałem wysoką formę, może dziś ten mój dorobek w reprezentacji byłby całkiem inny. 
Jak wygląda pana dzisiejszy kontakt z piłką nożną? 
- Pozostałem przy futbolu, jestem trenerem A-klasowego Orła Kampinos, mieszkam zresztą w pobliżu. Gramy praktycznie z meczu na mecz, bez regularnych treningów. Szkoda, bo gdybyśmy spotykali się częściej i młodzi zawodnicy byli bardziej zainteresowani trenowaniem, to może i efekty byłyby nieco lepsze. 
Z dawnymi kolegami, z którymi występował pan w Lidze Mistrzów, spotyka pan się jeszcze na boisku? 
- Jeśli mamy zaproszenia, to z drużyną Legii Champions jeździmy po różnych częściach kraju. Z powodu pandemii wszystko się jednak zatrzymało i nie wiadomo, kiedy tak naprawdę wróci do normy.  
ROZMAWIAŁ PIOTR STAŃCZAK 

Jerzy Podbrożny (rocznik 1966) pochodzi z Przemyśla. Jest wychowankiem miejscowego klubu Polna. Występował także w Resovii Rzeszów, Iglopolu Dębica, Lechu Poznań, Legii Warszawa, hiszpańskich klubach CP Merida i CD Toledo oraz w lidze amerykańskiej w Chicago Fire. Po powrocie do kraju z zagranicy grał między innymi w Zagłębiu Lubin, Pogoni Szczecin, Amice Wronki, Widzewie Łódź, Świcie Nowy Dwór Mazowiecki, piłkarską karierę zakończył w Orle Kampinos, obecnie jest trenerem tej drużyny w Klasie A. W klubowej karierze jego największym sukcesem był ćwierćfinał Ligi Mistrzów z Legią w sezonie 1995-96. W reprezentacji Polski w latach 1992-95 rozegrał sześć spotkań, nie zdobył gola. 
 
Zwycięski gol Jerzego Podbrożnego w meczu Legii Warszawa z Blackburn Rovers (1:0) w Lidze Mistrzów w sezonie 1995-96.
 

POLECAM: 

 
 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dawne piłkarskie gwiazdy zagrają dla chorego Tymusia w Grodzisku Mazowieckim

PIŁKA NOŻNA. Trwa już odliczanie do charytatywnego turnieju na rzecz chorego Tymusia, który odbędzie się 27 stycznia 2024 roku w Grodzisku Mazowieckim koło Warszawy. Wystąpi między innymi Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. 

Euro 2024. Pierwszy trener Kacpra Urbańskiego zapewnia: jeszcze będzie o nim głośno! (WIDEO)

PIŁKA NOŻNA. Przed nami finały Mistrzostw Europy 2024 w Niemczech. W kadrze reprezentacji Polski znalazł się niespełna 20-letni Kacper Urbański, wychowanek Lechii Gdańsk, obecnie zawodnik włoskiego klubu FC Bologna. Młodego piłkarza wspomina jego pierwszy trener - Grzegorz Grzegorczyk z Akademii Piłkarskiej Lechii Gdańsk. 

Ryszard Staniek ciężko chory! Medalista olimpijski z Barcelony potrzebuje pomocy

PIŁKA NOŻNA. Ryszard Staniek, były piłkarz reprezentacji Polski oraz m.in. Górnika Zabrze i Legii Warszawa, uczestnik Ligi Mistrzów, jest ciężko chory. Ruszyła zbiórka pieniędzy na jego leczenie, rehabilitację oraz zakup samochodu. Liczy się każda złotówka!