Przejdź do głównej zawartości

Michał Listkiewicz: wiedziałem, kiedy zejść z sędziowskiej sceny niepokonanym

Michał Listkiewicz jest jak dotąd jedynym polskim sędzią piłkarskim, który współprowadził finał mistrzostw świata. Wprawdzie jako arbiter liniowy, ale przeszedł do historii. Jak były prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej wspomina mundial we Włoszech w 1990 roku oraz inne wielkie imprezy, w których brał udział jako sędzia. 
Michał Listkiewicz ma do tej pory największe osiągnięcia spośród polskich sędziów piłkarskich. Obecnie jest między innymi obserwatorem z ramienia UEFA. Fot. Facebook/Michał Listkiewicz
 
 
Mistrzostwa świata we Włoszech były dla pana szczególne, choć - tu przypomnijmy - wówczas po raz pierwszy od szesnastu lat - w mundialu nie wystąpiła reprezentacja Polski. Mieliśmy jednak swojego przedstawiciela, właśnie pana. Zacznę może od końca - kiedy dowiedział pan się, że poprowadzi finał RFN - Argentyna? 
- Właściwie w ostatniej chwili, dwa dni przed tym spotkaniem. Miałem bardzo mało czasu do tego, żeby przygotować się do tamtego finału. Właściwie to byłem pewien, że nie znajdę się w zespole sędziowskim na decydujący mecz, ponieważ wcześniej prowadziłem półfinał Włochy - Argentyna (w rzutach karnych wygrali wówczas piłkarze z Ameryki Południowej). Takie są bowiem zasady, że arbitrzy prowadzący półfinały nie są wyznaczani do finału. Był to więc chyba jedyny taki przypadek do tej pory w historii mistrzostw świata. Być może miałem trochę szczęścia, inni mówią, że zapracowałem sobie na to w poprzednich meczach. Jeszcze inni twierdzą, że wpływ na to miał papież Jan Paweł II, który na audiencji powiedział, że będzie modlił się o moje powodzenie. Na pewno więc różne czynniki miały znaczenie. 
Ile spotkań w tamtym turnieju prowadził pan przed finałem? 
- Siedem, finał mistrzostw był ósmy. To również był rekord jeśli chodzi o mundiale, przeważnie udział arbitra w takim turnieju kończy się na pięciu spotkaniach. Dramatyczny przebieg miał mecz w półfinale między Włochami a Argentyną. Odbył się w Neapolu, tam Diego Maradona był traktowany jak Bóg, ale akurat tamtego wieczoru kibice Italii wspierali gospodarzy, nie argentyńskiego gwiazdora, który występował na co dzień w Napoli. Na pewno atmosfera była wówczas specyficzna. Mecz zakończył się remisem 1:1, w rzutach karnym zwyciężyła Argentyna. 
Finał RFN - Argentyna nie był zbyt porywający, jeśli weźmiemy pod uwagę poziom sportowy. 
- To już taka specyfika meczów finałowych, nie każdy w historii był jakiś porywający. To na pewno wynika z presji, zawodnicy obu zespołów wiedzą, jaka jest stawka, dodatkowo w grę wchodzi jeszcze zmęczenie całym turnieju. To był więc taki mecz, gdzie najważniejszą rolę odgrywał rezultat, styl okazał się drugorzędny. Mistrza wyłonił rzut karny dla Niemców, który, jak wiemy, do dziś jest komentowany i oceniany. 
Właśnie w 85 minucie w polu karnym Argentyny faulowany był Rudi Voeller. Arbiter główny Edgaldo Codesal z Meksyku podyktował "jedenastkę" dla Republiki Federalnej Niemiec mimo usilnych czy wręcz rozpaczliwych protestów Argentyńczyków. Andreas Brehme wykorzystał okazję, tak zwane zachodnie Niemcy zostały mistrzem. Jak pan wspomina, ocenia tamtą sytuację, która przeszła do historii światowego futbolu? 
- Moim zdaniem rzut karny był ewidentny, natomiast budził emocje, bo Argentyńczycy nie mogli się pogodzić z tym orzeczeniem. 
Akcja działa się na "pańskiej" połowie boiska? 
- Nie, po drugiej stronie. 
Obecnie taką kontrowersyjną sytuację pomógłby pewnie rozstrzygnąć system VAR. 
- Faul był ewidentny, wprawdzie nie tak ostry, że jeden zawodnik drugiemu w cudzysłowiu "urwał nogę", ale jednak przewinienie nastąpiło. Oglądałem tę sytuację wiele razy na powtórkach i nie mam wątpliwości. Myślę, że Argentyńczycy po prostu zagrali wówczas swój najsłabszy mecz w tamtym turnieju i byli rozgoryczeni, ale gdyby zagrali na takim poziomie jak w poprzednich spotkaniach, to poradziliby sobie z Niemcami mimo tej sytuacji z karnym. 
Pamiętamy z telewizji Maradonę, płaczącego po końcowym gwizdku, ale pan był w centrum wydarzeń. Jak reagowali Argentyńczycy na tę całą sytuację i w konsekwencji porażkę. 
- Bardzo emocjonalnie i nawet agresywnie. Kopali, dudnili, bili rękami w drzwi szatni sędziowskiej, odgrażali się. Nie potrafili pogodzić się z tą przegraną. Z drugiej strony można było ich zrozumieć, te reakcje. Górę biorą emocje, to był finał mistrzostw świata. Absolutnie nie można ich rozgrzeszać za takie zachowanie, ale jego powód jestem w stanie zrozumieć. 
Co pan najbardziej zapamiętał z tamtych mistrzostw, dla pana wyjątkowych? Wielu kibiców na świecie wspomina ten turniej, jako jeden z najbardziej nudnych, choć tu nie do końca można się z takim stwierdzeniem zgodzić. 
- Inaczej ocenia się taką imprezę, jeśli jesteśmy w środku, inaczej siedząc przed telewizorem. To jest akurat oczywiste. Na pewno nudne nie były, pasjonujących meczów nie brakowało. Na pewno jakiś wpływ na poziom niektórych gier miała pogoda, bo toczyły się w dużym upale. Pamiętam, że jedno ze spotkań, jakie ja współprowadziłem odbywało się w temperaturze plus czterdziestu stopni Celsjusza. Tempo tego pojedynku było więc słabe. Generalnie jednak wrażenie robiła sama otoczka mistrzostw, atmosfera, ludzie na ulicach pozdrawiający piłkarzy przejeżdżających autokarami na stadiony i do hoteli. Włosi żyli mistrzostwami, ale nic w tym dziwnego, to naród rozkochany w piłce nożnej. Cztery lata później sędziowałem też mecze w mundialu w Stanach Zjednoczonych i tam tej atmosfery nie było czuć, raczej wszystko sztuczne jak w Disneylandzie albo cyrku obwoźnym. Przyjechał, wystąpił i pojechał dalej. Ludzie nie żyli tą imprezą. We Włoszech to święto czuć było w każdej małej uliczce, knajpce, nawet wśród ludzi, którzy na co dzień nie byli jakimiś zagorzałymi kibicami. 
Których piłkarzy pan zapamiętał szczególnie? Sędziowie na pewno wspominają najdłużej tych niepokornych zawodników, znanych z kontrowersyjnych zachowań. 
- Jako sędzia boczny nie miałem aż takiego kontaktu z piłkarzami, większość uwagi skupia się bowiem na arbitrach głównych. Od strony sportowej na pewno podziwiałem Maradonę, przyznam, że zdarzało się nawet czasem zagapić i podziwiać jego zagrania na boisku. Co tu dużo mówić - to była poezja, artyzm futbolu. Sędziowałem mecze tysiącom piłkarzy, ale na miasto artystów zasłużyło niewielu. Z zagranicznych graczy był Maradona, natomiast z polskich Mirosław Okoński. Można było zachwycać się ich techniką i kunsztem. Z mistrzostw we Włoszech pamiętam jeszcze kapitana RFN Lothara Matheusa. To był piłkarz, który miał niesamowity wpływ na drużynę, szczególnie mocno potrafił mobilizować kolegów, kiedy mieli słabsze momenty na boisku. 
Skoro mówimy o Maradonie - miał pan okazję spotkać się z nim później, powspominać finał z 1990 roku? 
- Tak, spotkaliśmy się w czasie mundialu w Republice Południowej Afryki w 2010 roku i rozmawialiśmy trochę o meczu, który był dwadzieścia lat wcześniej. Nawet wtedy dostałem od Diego koszulkę z dedykacją, był na niej podpis Maradony i jednocześnie Leo Messiego. Dlatego też ta koszulka jest dla mnie kultowa.
Kibice na całym świecie zapamiętali też fantastyczną drużynę Kamerunu, która była rewelacją mundialu we Włoszech. 
- Sędziowałem ich mecz z Argentyną na otwarcie tamtych mistrzostw. To też z punktu widzenia arbitra był trudny pojedynek, nerwowy, Kameruńczycy kończyli go w dziesiątkę po czerwonej kartce (dostał ją Andre Kana-Byik w 61 minucie - przyp. autora). Głównym był Michelle Vautrot z Francji, z którym zresztą współprowadziłem więcej niż jedno spotkanie, co też było wtedy wyjątkową sytuacją. Można powiedzieć, że stanowiliśmy dobry duet. 
W jakich warunkach i gdzie wy, jako sędziowie, przygotowywaliście się do meczów mistrzostw we Włoszech? 
- Byliśmy zakwaterowani w dwóch miejscach. Jedna grupa przebywała w rejonie Rzymu, w Comerciano, natomiast ja znalazłem się w tej, która mieszkała na północy Włoch, niedaleko jeziora Como, w malutkim miasteczku Castellio di Pomerio. To było ciche miejsce, mieliśmy do dyspozycji pensjonat z basenem. Mogę wspomnieć, że tam nawet sędziowie byli bohaterami dla miejscowych kibiców, którzy nie mieli swojej piłkarskiej drużyny klubowej. Kiedy więc wychodziliśmy na spacer, wówczas mieszkańcy witali nas na ulicach prawie tak gorąco, jakby witali zawodników. Na mecze jeździliśmy samochodami. Moja grupa obsługiwała mecze w północnej części Włoch. Zdarzało się jednak, że w aucie, w podróży spędzaliśmy nawet po pięć czy sześć godzin. Z drugiej strony w samochodach mieliśmy telewizor, lodówkę. Podróże były fajne, im dłuższe, tym więcej można było porozmawiać z kolegami- arbitrami. 
Na pewno pod względem warunków pracy było to wszystko nie do porównania z meczami w Polsce, ale nie tylko. Mundial to jednak mundial. 
- Jechałem na tę imprezę mając 37 lat. Właściwie był to już taki schyłek mojej sędziowskiej kariery na międzynarodowym poziomie. Skończyłem ją w wieku 42. Powiedziałem sobie - masz za sobą pracę w mistrzostwach świata, Europy, igrzyskach olimpijskich, cóż więcej możesz jeszcze osiągnąć. 
Nie chciałem, aby zapamiętano mnie jako sędziego odcinającego kupony od swych wcześniejszych dokonań i tego, który "knoci" mecze, bo ma już nie ten wzrok, co kiedyś. Nazwijmy to tak - wiedziałem, kiedy zejść ze sceny niepokonanym. 
Jeśli chodzi o wielkie imprezy piłkarskie - ma pan na koncie udział w trzech jako arbiter. To mistrzostwa Europy w RFN w 1988 oraz mundiale we Włoszech w 1990 i USA w 1994 roku. Jak by pan je porównał? 
- Byłem jeszcze na igrzyskach olimpijskich w Seulu w 1988 roku, sędziowałem także finał mistrzostw Europy kobiet w Norwegii. Pod względem turniejów reprezentacji narodowych mogę czuć się spełniony, gorzej z piłką klubową, bo tu doszedłem tylko do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Wpływ na to niewątpliwie miał fakt, że na arenie międzynarodowej dość szybko zacząłem specjalizować w sędziowaniu na linii. Cieszę się z tego, że teraz z polskich arbitrów nadrabia to Szymon Marciniak. Jeśli chodzi o organizację imprez - zawsze odpowiada za nią bezpośrednio FIFA lub UEFA. Dany kraj zapewnia natomiast atmosferę, otoczkę. Pod względem organizacyjnym najlepiej było w czasie mistrzostw Europy w Republice Federalnej Niemiec w 1988, gdzie wszystko chodziło jak w zegarku. Tam byłem tylko sędzią technicznym, przydzielonym właśnie do spotkań z udziałem gospodarzy. Miałem szansę nawet dotrzeć z nimi do finału imprezy, ale to się nie udało, ponieważ Niemcy odpadli w półfinale.Tam zbierałem inne doświadczenia i nauki. Jeśli chodzi o klimat imprezy - zdecydowanie wygrywają Włochy. To naprawdę ma znaczenie, czy mistrzostwa odbywają się w kraju, gdzie kibice kochają piłkę nożną, rozumieją ją, czy wprost przeciwnie - są rozgrywane w państwie, które niby wszystko zapewnia, ale tej atmosfery jednak brak. Tak było właśnie w Stanach Zjednoczonych. Tam mistrzostwa w koszykówce czy baseballu byłyby świętem, bo jest tradycja i atmosfera, jaką potrafią stworzyć kibice. Tak samo mistrzostwa w piłce wodnej na Węgrzech, gdzie jest ona bardzo popularna. W Stanach Zjednoczonych sędziowałem cztery spotkania, nie wspominam tego turnieju zbyt dobrze. W 1/8 finale Niemcy - Belgia (3:2) sędzia główny Kurt Rothlisberger nie podyktował ewidentnego karnego dla Belgów. FIFA zawiesiła całą trójkę. Szwajcar potem nas przepraszał, bo żadnej winy naszej, jako liniowych nie było, ale cóż - zapłaciliśmy solidarnie za błąd kolegi i na tym skończyły się dla nas tamte mistrzostwa. 
Dziękuję za rozmowę. 
PIOTR STAŃCZAK 

Michał Listkiewicz (rocznik 1953) urodził się w Warszawie. W latach 1973-96 był sędzią piłkarskim, międzynarodowym od 1986 do 1994 roku. Po zakończeniu kariery arbitra zasiadał także w Komisji Sędziowskiej FIFA (Międzynarodowa Federacja Piłki Nożnej), był też obserwatorem pracy sędziów z ramienia UEFA (Europejska Federacja Piłki Nożnej) i wiceprzewodniczącym Komisji Europejskich Pucharów w UEFA. W latach 80 zasiadał w zarządzie Polskiego Związku Koszykówki. W Polskim Związku Piłki Nożnej pełnił różne funkcje - był rzecznikiem prasowym, sekretarzem generalnym, zaś w latach 1999-2000 jego prezesem. Od 2007 do 20212 był koordynatorem UEFA do spraw Mistrzostw Europy w Polsce i na Ukrainie. Obecnie jest prezesem Polskiego Związku Teqballu (dyscyplina, gdzie zawodnicy kopią piłkę na specjalny stół). Napisał też książkę "Listek. Najciekawiej jest po końcowym gwizdku"". 
 
Skrót meczu RFN (Republika Federalna Niemiec) - Argentyna w finale mundialu we Włoszech.

 
 
POLECAM: 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dawne gwiazdy futbolu uświetnią 100-lecie Klubu Sportowego Warka. Będzie wielka feta

PIŁKA NOŻNA. Klub Sportowy Warka obchodzi 100-lecie istnienia. Wielka impreza jubileuszowa odbędzie się w sobotę 24 czerwca. Wśród uczestników jest Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. Jej mecz z oldbojami Warki komentować będzie Dariusz Szpakowski. 

Dawne piłkarskie gwiazdy zagrają dla chorego Tymusia w Grodzisku Mazowieckim

PIŁKA NOŻNA. Trwa już odliczanie do charytatywnego turnieju na rzecz chorego Tymusia, który odbędzie się 27 stycznia 2024 roku w Grodzisku Mazowieckim koło Warszawy. Wystąpi między innymi Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. 

Polska - San Marino 1:0. Zamiast pogromu był wstyd! Bacciocchi: to my po meczu dawaliśmy autografy

PIŁKA NOŻNA. 28 kwietnia minie dokładnie 30 lat od sławetnego meczu Polska - San Marino w eliminacjach do Mistrzostw Świata w USA. Tamto spotkanie, które biało-czerwoni wygrali 1:0 pokazało, że żadnego przeciwnika nie wolno lekceważyć przed pierwszym gwizdkiem. Choć brzmi banalnie, to nasi piłkarze boleśnie o tym się przekonali...