Przejdź do głównej zawartości

Na biało-czerwonym szlaku, część 3: Nie zmienili szyldu, nie pojechali dalej. Rejs przez Atlantyk. Pożegnanie Smolarka z reprezentacją

"Na biało-czerwonym szlaku" to książka, która zrodziła się z pasji do piłki nożnej i w ogóle sportu. Od dziś będę publikował ją w odcinkach na moim blogu. Zachęcam do lektury i podróży po wielkich stadionach oraz lokalnych i wiejskich boiskach. Dziś część trzecia! 
Włodzimierz Smolarek w czasie meczu Holandia - Polska w październiku 1992 roku. Fot. Youtube
 
 
Uff. Odetchnąłem po tej pamiętnej Barcelonie. Trochę szkoda było rozstawać się z nią. Oprócz piłkarzy oglądałem w akcji także innych sportowców. Szczególnie spodobały mi się zapasy. Pamiętam między innymi walkę o brązowy medal Józefa Tracza (zakończoną powodzeniem). Czekałem z niecierpliwością aż sędzia sprowadzi któregoś zawodnika do parteru, a ten na górze będzie wykonywał wózek. Fajnie to wyglądało. Gdy potem spotkaliśmy się gdzieś na łące, to też uprawialiśmy zapasy. Finałem były mokre swetry, koszulki, dużo sińców, ale człowiek był szczęśliwy jak diabli. Tak, igrzyska w stolicy Katalonii pozwoliły mi powiększyć swą wiedzę o sporcie, różnych sportach i mocno utkwiły w pamięci. Tak, jak na przykład walka naszego pięściarza Wojciecha Bartnika z Kubańczykiem Espinozą w ćwierćfinale. Polak wygrał i miał medal w kieszeni. Do finału nie awansował, ale… któż mógł pomyśleć o tym, że to będzie ostatni medal polskiego pięściarza-amatora na olimpiadzie na przełomie kolejnych prawie trzydziestu lat. 

Wróćmy jednak do piłkarzy. Wracali z Barcelony w szampańskich nastrojach i zaraz na lotnisku wygłaszali swoje słynne hasło "Zmieniamy szyld i jedziemy dalej". Cóż ono znaczyło? Ano w zamyśle to, że trener Jerzy Wójcik zostanie selekcjonerem pierwszej reprezentacji Polski zaś trzon kadry oprze na chłopakach, z którymi wywalczył srebro na Camp Nou. Ja byłem gorącym orędownikiem takiego wariantu. Jeszcze jak! Gdy już przeszły mi nerwy i zawód po tej porażce z Hiszpanami, doszedłem do wniosku, że oto mam "swój" sukces. Oglądałem go, pamiętam i nie muszę z zazdrością słuchać opowiastek ojca o latach 70. i początku 80. "Nasi też zdobędą medal, może na mundialu w USA za dwa lata" - myślałem z nadzieją. Warunek był jeden - Andrzej Strejlau powinien oddać kadrę na rzecz Janusza Wójcika. Wtedy byłem przekonany, że tylko Janusz Wójcik może nas poprowadzić do sukcesów. Co tu zresztą kryć - lubiłem tych chłopaków z jego drużyny. Młodzi, wygadani, zdolni, nie przesiąknięci nieszczęsnymi porażkami czy nic nie dającymi remisami z Anglią i męczarniami z Turkami. 
Na punkcie Kowalczyka prawie wręcz zwariowałem. Szybki, z intuicją strzelecką, skuteczny i do tego zawsze coś oryginalnego w wywiadach mówił. "Fajny to byłby starszy kolega z podwórka" - myślałem sobie. Dwa lata później, gdy stawałem do bierzmowania, za drugie imię obrałem sobie "Wojciech". Na cześć idola. 
 
POLECAM MOJE WYWIADY: 
 
Po Barcelonie wszystkie znaki na niebie oraz ziemi wskazywały, że w polskiej piłce idzie ku lepszemu, w dodatku ja to wszystko już rozumiem, analizuję i zapisuję. Żyć nie umierać! Wtedy też połknąłem bakcyla do komentowania meczów. Wyglądało to tak, że zwijało się gazetę w tubę, miała służyć za mikrofon i… jazda. Ileż ja się nakrzyczałem "Kowalczyk do Juskowiaka i gooool, proszę państwa, wspaniała akcja!". Pamiętam jak w listopadzie 1992 roku mieliśmy w szkole podstawowej w Odrowążku wielką uroczystość, oddanie do użytku budynku nowej szkoły. W szatniach, które znajdowały się w podpiwniczeniu budynku mieliśmy ostatnie próby, czekaliśmy, aby wyjść na hol, wystąpić przed rodzicami, dyrekcją i wójtem gminy Bliżyn. Ja chwyciłem za prawdziwy mikrofon i zacząłem to swoje "Kowalczyk do Juskowiaka", aż dziatwa pękała ze śmiechu. Oficjele chyba tego nie słyszeli. Zresztą, w szkole coraz więcej osób wiedziało, że na punkcie komentowania sportu mam hopla. Do gry też się paliłem, choć do wirtuozów nie należałem. Raczej do takich, co nogi nie odstawiali, uwielbiali wślizgi i ogólnie byli waleczni. Słabo u mnie było z techniką, tak samo z grą głową, to nadrabiałem czym innym. Dość szybko też wyczułem, że mam mocne kopnięcie, więc rwałem się do strzelania rzutów wolnych. Jedynie z odpowiednim boiskiem mieliśmy wieczny problem. Z zazdrością słuchałem starszych chłopaków opowiadających o meczach w czasie zawodów szkolnych w Sorbinie, Bliżynie czy Mroczkowie. Mój czas dopiero miał nadejść. 

Tak samo miały nadejść dni chwały polskiego teamu. We wrześniu 1992 roku startowały eliminacje do World Cup 1994 w Ameryce. Pierwszy mecz graliśmy z Turkami w Poznaniu. Niby od ostatniego naszego pojedynku z nimi minęło raptem półtora roku, ale widać było, że pod wodzą duńskiego trenera Seppa Piontka gracze znad Bosforu robili postępy. Straszne więc męki mieliśmy na inaugurację i właściwie jedyną jej ozdobą był piękny gol Tomka Wałdocha (wywiad z nim znajdziecie TUTAJ), który nam dał zwycięstwo 1:0 i dwa punkty (tak, dopiero w kolejnych eliminacjach, do Euro 1996 za wygraną drużyna inkasowała trzy “oczka”). Oczywiście swoje szanse w Poznaniu mieliśmy, zmarnowane okazje strzeleckie budziły niedosyt, a Turcy też nie zamierzali prosić o jak najmniejszy wymiar kary. Odetchnąłem z dużą ulgą po końcowym gwizdku. 
 
Najważniejszy był w końcu komplet punktów i kolejne wyzwanie - za trzy tygodnie czekał nas arcy ciężki mecz z Holandią w Rotterdamie! Co znaczyli "pomarańczowi" na przełomie lat 80. i 90. to kibiców pamiętających tamte lata i drużyny przekonywać na pewno nie trzeba. To była konstelacja gwiazd, chociaż w ostateczności naszą zmorą okazał się gracz wcale nie będący w tej najwyższej hierarchii, a może tylko mnie tak się wtedy wydawało. Nazywał się Peter van Vossen. Odliczałem dni do tamtej październikowej, eliminacyjnej potyczki z Holendrami. 
W bramce gospodarzy, zamiast Hansa van Breukelena wystąpił mniej dla mnie znany Stanley Menzo i on… okazał się w pierwszej fazie meczu największą bronią Polaków. Najpierw "wypluł" piłkę przed siebie po strzale Romana Koseckiego i celną dobitką popisał się Marek Koźmiński. To była 19 minuta, zaś w 21. udanym strzałem głową z ostrego kąta popisał się - któż inny - oczywiście Wojtek Kowalczyk. Matko święta! Prowadzimy z Holendrami 2:0 na ich terenie, mecz dopiero się rozkręca. 
Zapowiadało to wszystko bardzo fajną dla nas historię, ale gwiazdy przyodziane w pomarańczowe barwy zaczęły budzić się z jesiennego letargu i z biegiem minut dochodzić do głosu. My oddaliśmy inicjatywę. Tuż przed przerwą bramkę dla nich zdobył właśnie blondwłosy van Vossen. Było dobrze, ale coś mnie mrowiło po plecach, że ta druga połówka będzie ciężka. Cóż, taka w istocie była… 

Miała polska reprezentacja w latach 90. taką przypadłość (później zresztą często też), że kiedy udało jej się zaskoczyć renomowanego rywala, to nie potrafiła iść za ciosem, za to cofała się, broniła wyniku, przeważnie trwoniąc mozolnie wypracowaną zaliczkę. Trudno powiedzieć, czy wynikało to z kompleksów, słabszej kondycji, braku wiary w siebie, taktyki nakreślonej przez trenera. Pewnie ze wszystkiego po trosze. Ten mecz z Holandią także wpisał się w ów scenariusz. Niedługo po zmianie stron Van Vossen wyrównał na 2:2 - Jarosław Bako odbił piłkę przed siebie po strzale jednego z rywali, zaś Holender znalazł się tam, gdzie rasowy napastnik powinien. 
 
POLECAM MOJE WYWIADY
 
Następne 40 minut to była duża dramaturgia i obrona Częstochowy z naszej strony. Utkwiła mi jeszcze w pamięci zmiana z 65 minuty, “Kowala” zastąpił Włodzimierz Smolarek, wtedy 36-letni piłkarz, strzelający bramki dla holenderskiego Utrechtu. Legenda kadry Antoniego Piechniczka. Ojcu zaświeciły się oczy na jego widok. Smolarek nawet raz mocno postraszył bramkarza miejscowych mocnym strzałem. Pomyślałem sobie - czemu Strejlau nie powołuje Włodzimierza do kadry, przecież wiele dałby jej dobrego. Nie znałem kulis jako kibic przed telewizorem. Ten występ tak naprawdę miał być dla Smolarka pożegnaniem z kadrą, takim symbolicznym, na ziemi niderlandzkiej, gdzie kończył karierę.. Ja dołożyłem do kolekcji fajne wspomnienie, że widziałem naocznie w akcji Smolarka seniora (dziś już świętej pamięci…). Na opowieści o juniorze Euzebiuszu przyjdzie jeszcze czas w kolejnych rozdziałach. 
 
Wracając do meczu Holandia - Polska - skończyło się remisem 2:2, dla nas to był i tak bardzo dobry wynik. I byłby jeszcze lepszy gdyby nie… Peter van Vossen. Zawsze ktoś i zawsze coś. Wtedy jednak ten punkt autentycznie nas ucieszył. Eliminacje mieliśmy wznowić dopiero za pół roku, w maju czekaliśmy na przyjazd Anglików. Ja tę zimę spędziłem aktywnie. Musiałem jakoś zagospodarować sobie czas oczekiwania na kolejne starcia o punkty.   
PIOTR STAŃCZAK

 
W NASTĘPNYM ODCINKU - 23 SIERPNIA 
Witaj w świecie prasy sportowej! Moje przetarcie przed… San Marino. Okręt zatonął na Atlantyku 
 
CZYTAJ POPRZEDNI ODCINEK 
 
KSIĄŻKĘ "NA BIAŁO-CZERWONYM SZLAKU" JAKO EBOOK ZNAJDZIECIE TUTAJ

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dawne gwiazdy futbolu uświetnią 100-lecie Klubu Sportowego Warka. Będzie wielka feta

PIŁKA NOŻNA. Klub Sportowy Warka obchodzi 100-lecie istnienia. Wielka impreza jubileuszowa odbędzie się w sobotę 24 czerwca. Wśród uczestników jest Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. Jej mecz z oldbojami Warki komentować będzie Dariusz Szpakowski. 

Dawne piłkarskie gwiazdy zagrają dla chorego Tymusia w Grodzisku Mazowieckim

PIŁKA NOŻNA. Trwa już odliczanie do charytatywnego turnieju na rzecz chorego Tymusia, który odbędzie się 27 stycznia 2024 roku w Grodzisku Mazowieckim koło Warszawy. Wystąpi między innymi Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. 

Polska - San Marino 1:0. Zamiast pogromu był wstyd! Bacciocchi: to my po meczu dawaliśmy autografy

PIŁKA NOŻNA. 28 kwietnia minie dokładnie 30 lat od sławetnego meczu Polska - San Marino w eliminacjach do Mistrzostw Świata w USA. Tamto spotkanie, które biało-czerwoni wygrali 1:0 pokazało, że żadnego przeciwnika nie wolno lekceważyć przed pierwszym gwizdkiem. Choć brzmi banalnie, to nasi piłkarze boleśnie o tym się przekonali...