Przejdź do głównej zawartości

Na biało-czerwonym szlaku, część 5: Pod "ścianą płaczu". Wesoła ekipa od Zabrza po brazylijskie plaże. "Kosa" żegna się z orzełkiem. Mistrzem jesieni tylko… Legia

"Na biało-czerwonym szlaku" to książka, która zrodziła się z pasji do piłki nożnej i w ogóle sportu. Od dziś będę publikował ją w odcinkach na moim blogu. Zachęcam do lektury i podróży po wielkich stadionach oraz lokalnych i wiejskich boiskach. Dziś część piąta! 
Wojciech Kowalczyk (drugi z lewej) odbiera gratulacje od kolegów po zdobyciu gola w meczu Polska - Izrael (4:3) w kwietniu 1995 roku. Chwilę wcześniej była symboliczna "kołyska" na cześć narodzin córki "Kowala". Kadr z transmisji TVP Sport
 
Mecz z Hiszpanią… nam wyszedł! Ot, tak można go najkrócej podsumować. Grając na ich terenie byliśmy w stanie zaprezentować w wielu momentach ciekawą, ofensywną piłkę. Zremisowaliśmy 1:1, bramkę dla Polski zdobył Roman Kosecki, który wykorzystał podanie Wojciecha Kowalczyka. Sparing z takimi rywalami jak Fernando Hierro, Julio Salinas, Josep Guardiola, Luis Enrique, Ferrer, Sergi Barjuan czy wieloma innymi to nie to samo, co zimowe wędrówki gdzieś po azjatyckich czy południowoamerykańskich boiskach i potyczki z mało znaczącymi rywalami. Tym bardziej, że Hiszpanie szykowali się do mundialu i chcieli tam powalczyć o wysokie cele. W wielkich imprezach do tamtego czasu im nie szło. - Gramy jak nigdy, odpadamy jak zawsze - mówili sami o sobie. Zdradzając przyszłość trzeba przypomnieć, że to fatum przełamali tak naprawdę dopiero kilkanaście lat później i dokonało tego jednak inne pokolenie graczy z Półwyspu Iberyjskiego. Wtedy jednak, w 1994 roku stanowili mocną ekipę. Remis na ich terenie cieszył. W ogóle w poczynaniach Henryka Apostela cieszyć mógł fakt, że “odkurzył” dla reprezentacji Kowalczyka, Juskowiaka - barceloński duet, który z różnych powodów nie mógł ze sobą zagrać w eliminacjach do World Cup’94. 
 
Początek w wykonaniu nowego selekcjonera był nawet obiecujący. Po remisie z Hiszpanią przyszło nam zmierzyć się na wyjeździe z Grecją. Rywal to dla nas zawsze niewygodny, ale tamtej wiosny zwłaszcza. Wszak szykował się do pierwszego w historii swojego startu w Mistrzostwach Świata. Oni do USA pojechali, w przeciwieństwie do nas… W towarzyskiej potyczce zremisowaliśmy z Grekami 0:0 na wyjeździe. Apostel szukał, testował, dawał szansę co lepszym ligowcom jak Ryszard Czerwiec, Jacek Grembocki, Adam Fedoruk, Grzegorz Lewandowski, Piotr Jegor. Do kadry mocniej niż rok wcześniej przebijali się również pozostali olimpijczycy z Barcelony - Ryszard Staniek, Tomasz Łapiński, Tomasz Wieszczycki. Siłą defensywy już wtedy byli Jacek Bąk i Tomasz Wałdoch. Następowała zmiana pokoleniowa, choć nie była to droga usłana różami. Na pierwsze zwycięstwo przyszło czekać dopiero do trzeciej towarzyskiej potyczki - z Arabią Saudyjską na jej terenie. Wygraliśmy 1:0 po golu Wieszczyckiego w końcówce. Co ciekawe, Arabowie, podobnie jak Grecy, też szykowali się na mundial. Żałowałem, że nas tam zabraknie… Trzeba było pogodzić się z tym faktem i czekać na nasze pierwsze mecze o punkty w eliminacjach do Euro 1996. Teraz uwaga! Po raz pierwszy od pięciu lat uniknęliśmy starcia w grupie z Anglikami. Powód był jednak prosty - to oni byli gospodarzami mistrzostw kontynentu, więc w kwalifikacjach nie musieli walczyć. Nam los przydzielił w grupie Francję, Rumunię, Izrael, Słowację oraz Azerbejdżan. Jawiła się ona nieco egzotycznie. O sile Francji przekonywać wtedy nikogo nie trzeba było. Tak się jednak złożyło, że na mundial do USA nie jechali, bo w eliminacjach odpadli, awansu pozbawili ich w ostatniej potyczce Bułgarzy, pokonując “Trójkolorowych” na ich terenie 2:1! Kibice nad Sekwaną odebrali to za bardzo mocny policzek i w ogóle byli żądni rewanżu. W nieco dalszej perspektywie mieli zresztą udział w Mistrzostwach Świata w 1998 roku - jako gospodarze. Kadrę objął Aime Jaquet. To była mocna drużyna, choć zarazem… wielki nieobecny World Cup w Ameryce. Ich dni chwały jednak nadchodziły. Rumuński futbol z kolei odrywał w latach dziewięćdziesiątych znacznie większą rolę w od naszego. Więcej uwagi poświęcę im w dalszej części, już po amerykańskim mundialu. Po Słowacji czy Izraelu ciężko było czegoś konkretnego się spodziewać, bo tak naprawdę dopiero rozpoczynali rywalizację w europejskim gronie. Słowacy z tego względu, że po rozpadzie Czechosłowacji stali się samodzielnym państwem i także stworzyli własną reprezentację. Ten Azerbejdżan także kojarzył się z jakąś egzotyką, choć podświadomie czułem, że to jednak może być silniejszy przeciwnik niż San Marino. Niby więc cieszyłem się, że nie mamy w grupie Angoli, lecz nie oznaczało to jakiejś łatwej z tego powodu przeprawy. Niestety, sami także nie ułatwialiśmy sobie życia. Im więcej zespół Apostela rozgrywał spotkań towarzyskich, tym mniej było powodów do optymizmu.
Wiosną 1994 roku pokonaliśmy u siebie Węgrów 3:2 i przegraliśmy z Austrią 3:4… Smuciła zwłaszcza gra w obronie, wciąż nie widać było też stabilności w składzie. Apostel sprawdzał zawodników, warianty gry, ustawienia, niby to były jedynie towarzyskie starcia, ale media były coraz bardziej zniecierpliwione. 
Brakowało bowiem wyrazistego stylu w grze biało-czerwonych, notowali przebłyski, ale, właśnie, były to tylko… przebłyski. Klasa tych sparingpartnerów na kolana nie powalała. Tak i ja, z obawami, żegnałem się w czerwcu z reprezentacyjną piłką, z kolejnym rokiem szkolnym, ale za to czekało mnie wielkie futbolowe święto - mundial w Stanach Zjednoczonych! Pierwsza taka impreza w tym kraju. Miała zresztą także zrekompensować mi inny, wielki zawód tej wiosny. 18 maja w Atenach, w finale Ligi Mistrzów FC Barcelona, której dzielnie kibicowałem, przegrała z AC Milan aż 0:4. Starły się dwie, jak na ówczesne czasy, futbolowe potęgi europejskie, ale Katalończycy zostali bezlitośnie wypunktowani. Nie przepadałem za Milanem w tamtym okresie (zupełnie inaczej niż kilka lat wcześniej, gdy grali w nim Holendrzy) i w ogóle za włoskim futbolem. Nastawionym na defensywę, cwaniactwo i trochę takie kunktatorstwo. Co innego mistrz Hiszpanii - ci grali z polotem, ofensywnie, zachwycali zwłaszcza Christo Stoiczkow oraz Brazylijczyk Romario, a defensywę trudno było wyobrazić sobie bez Ronalda Koemana. No i krach… Moi faworyci polegli bez dwóch zdań. Następnego dnia “używał” sobie na mnie Paweł, kolega ze szkolnej ławki. Ten z kolei był wielkim miłośnikiem ekipy z Mediolanu. Wkurzał mnie tym, gdy śmiał się z Barcelony, a ja, cóż, nie miałem zbyt wielu argumentów, żeby jej bronić. Tak się jednak później stało, że i włoski futbol i Stoiczkow z Romario przeżywali kilka tygodni później swoje wielkie chwile w USA. 

Dla mnie to był inny mundial niż ten sprzed czterech lat. Teraz byłem starszy, analizowałem dokładnie grę zespołów pod względem taktycznym, zaopatrzyłem się także we wszystkie możliwe prasowe skarby kibica i o uczestnikach mistrzostw wiedziałem prawie wszystko. Swoich faworytów nie miałem, myślałem sobie - niechaj wygra ktokolwiek, byle nie Włosi albo Niemcy! Losy jednej i drugiej drużyny potoczyły się w tym turnieju zupełnie inaczej. W pierwszej fazie imprezy furorę zrobili jednak Nigeryjczycy (prawie jak Kamerun cztery lata wcześniej). Daniel Amokachi, Rashidi Yekini, Jay Jay Okocha - to byli główni bohaterowie tamtej ekipy. Grali pięknie, widowiskowo, z dużym entuzjazmem. Tak samo na plus te mistrzostwa mogą zaliczyć dwie drużyny z Bałkanów - Bułgarzy i Rumuni, posiadające w szeregach dwie wielkie gwiazdy, odpowiednio Stoiczkowa oraz George’a Hagiego. Tak naprawdę jednak zdolnych piłkarzy było w obu ekipach więcej. Oni również mieli swój styl, walczyli bez kompleksów i na pewno dzięki tym mistrzostwom zapisali się trwale w historii futbolu. Osobny rozdział to Brazylia - główny faworyt mistrzostw, z duetem wielkich napastników, wspomnianym Romario oraz Bebeto. Ten drugi wprowadził do piłkarskiego zwyczaju tak zwaną “kołyskę”. Po strzeleniu gola natychmiast podbiegł z kolegami do linii bocznej boiska i wszyscy symbolicznie bujali rękoma w obie strony, jakby właśnie kołysali małe dziecko. Tak do dziś piłkarze oznajmiają, że właśnie urodziło im się dziecko! Fajny zwyczaj, który niecały rok później podchwycił na przykład nasz snajper Wojciech Kowalczyk po strzeleniu bramki w eliminacyjnym meczu z Izraelem. W USA nastąpił schyłek futbolowego “Boga” Diego Maradony. W jego organiźmie wykryto doping, ogólnie piłkarska legenda Argentyny już wtedy zaczęła podupadać, a więcej było głośno o jego pozaboiskowych problemach niż pięknych kiwkach, rajdach i bramkach. Cóż, urodziłem się o kilka lat za późno, aby w pełni delektować się finezją Diego. Argentyna odpadła z turnieju szybko, pięknie grający Nigeryjczycy musieli uznać wyższość Włochów w fazie pucharowej. Co do Italii, potwierdziło się praktycznie wszystko, co wiedziałem o niej wcześniej - konsekwentna gra, uważna defensywa (popularne catenaccio) i as z przodu, który nazywał się Roberto Baggio. Futbolowy artysta, który akurat we Włoszech ratował swojej drużynie tyłek najczęściej w końcówkach spotkań, kiedy przeciwnicy byli już zmęczeni. 
 
W półfinale Włosi pokonali Bułgarów 2:1, natomiast Brazylijczycy Szwedów 1:0. W połowie lipca 1994 rozdane były już praktycznie wszystkie karty. Postanowiłem, że muszę mieć decydujące spotkania upamiętnione. Męczyłem ojca, abyśmy spotkania o trzecie miejsce i finał nagrali na kasetę wideo. Odpowiedni ku temu przewód miał mieszkający nieopodal pan Bogdan. Kolega ojca, cierpiący na stwardnienie rozsiane, mający niebywały zmysł manualny - lubił majsterkować, naprawiać różne urządzenia, był znanym i cenionym rzeźbiarzem i ogólnie człowiek “złota rączka”. Dostarczyliśmy mu więc kasety, magnetowid i pozostało czekać na nagranie. W spotkaniu, gdzie stawką było trzecie miejsce Szwedzi niespodziewanie rozgromili Bułgarów 4:0. Ekipa z Bałkanów, po porażce w półfinale, straciła animusz i była tylko tłem dla twardych i skutecznych Szwedów. Krążyły nawet gdzieś pogłoski, że przed ostatnim swoim pojedynkiem na mundialu mocniej zabalowali… Tak czy inaczej “Trzy korony” wygrały zasłużenie, prym w tej ekipie wiedli zwłaszcza: bramkarz Thomas Ravelli, napastnicy Kennet Anderson, Thomas Brolin. Lubiłem oglądać w akcji zwłaszcza tego ostatniego - gość z polotem, szybkością, niezłym dryblingiem, dynamiczny na boisku, prezentował zgoła odmienny styl gry od przeciętnego szwedzkiego piłkarza, którego głównymi atutami były: siła fizyczna, konsekwencja w grze, dyscyplina taktyczna, stałe fragmenty gry. Na Brolina zwróciłem już uwagę dwa lata wcześniej podczas Euro’92, którego zresztą byli gospodarzem. Porażka 0:4 i tak jednak nie przesłoniła bardzo dobrego wizerunku, jaki pozostawili po sobie Bułgarzy. Stoiczkow był ich gwiazdą, ale przecież bez wsparcia np. Emila Kostadinowa, Jordana Leczkowa nie mógłby tyle na amerykańskich boiskach zdziałać. No i z tamtej ekipy zapamiętałem też obrońcę Trifona Iwanowa - faceta, którego, jeśli spotkalibyśmy nagle w jakiejś ciemnej ulicy, można było się wystraszyć. Zbójeckie spojrzenie, broda - niejeden rywal czuł przed nim respekt. Nie licząc Greków, którzy odpadli z turnieju szybko, bałkański futbol miał w Ameryce swoje wielkie chwile. Warto dodać, że na arenie międzynarodowej nieobecna już wtedy była Jugosławia. W tym kraju, o wielkich przecież piłkarskich tradycjach, trwała wojna domowa…
W finale Brazylijczycy zmierzyli się z Włochami. Szykowałem się mocno na to widowisko, kibicując drużynie Canarinhos (tak, tak, każdy, byle nie Włosi). Starcie gigantów, po jednej stronie między innymi Claudio Taffarel, Dunga, Mauro Silva, Romario, Bebeto, po drugiej Pagliuca, Vialli, Roberto Baggio, Dino Baggio czy Franco Baresi. To tylko część asów obu zespołów. Tymczasem… Finał rozczarował. 
Jedni i drudzy zagrali asekuracyjnie, bardziej skupiając się na pilnowaniu własnej bramki niż na ofensywnych zapędach. Za to trzeba było w napięciu wytrwać 120 minut, bo w regulaminowym czasie mecz zakończył się bezbramkowym remisem, a i dogrywka nie zmieniła wyniku. Przyszło więc emocjonować się rzutami karnymi. “Wojnę nerwów” wygrali 3:2 Brazylijczycy. Wielu kibiców pamięta, że spudłował Roberto Baggio, ale chyba nie wszyscy utrwalili sobie i to, że swoich szans nie wykorzystały inne gwiazdy Italii - Franco Baresi oraz Danielle Massaro. - Dobrze wam tak, to za ten mecz Milanu z Barceloną w finale Ligi Mistrzów - uśmiechnąłem się pod nosem, widząc zasmuconych Włochów. Puchar Rimeta odbierali szczęśliwi Brazylijczycy. Oni w tym turnieju, pod wodzą trenera Carlosa Alberto Pereiry, połączyli swoją naturalną finezję, technikę z przygotowaniem taktycznym, które w poprzednich latach nie zawsze było ich mocną stroną. Ciekawostka jest taka, że w kadrze Brazylii znalazł się niespełna 18-letni Ronaldo, gwiazda, która w swojej reprezentacji i na światowej arenie błyszczała w ciągu kolejnej dekady. 
 
Na mistrzostwa do Stanów Zjednoczonych wybrał się także selekcjoner Polaków. Po powrocie do kraju Henryk Apostel udzielił obszernego wywiadu dziennikarzom “Piłki Nożnej”. Mówił o tym, że futbol idzie do przodu, a kto nieświadomy celu, ten odpada. Ciekawie to wtedy brzmiało zwłaszcza w kontekście formy, jaką w towarzyskich spotkaniach prezentowali jego reprezentacyjni podopieczni. - Panowie myślicie, że hop i mamy w drużynę w pół roku. Trzeba poczekać - bronił się, indagowany przez redaktorów. Na początku września mieliśmy już zacząć eliminacje do Mistrzostw Europy w Anglii meczem w Izraelu, ale trudno było o jakieś optymistyczne wnioski dla naszej kadry. Próbę generalną zaliczyliśmy trzy tygodnie wcześniej w Radomiu, gdzie zmierzyliśmy się towarzysko z Białorusią. To kolejna reprezentacja, która na piłkarskiej mapie Europy pojawiła się po rozpadzie Związku Radzieckiego. Remis 1:1 (gola dla nas zdobył Jacek Bąk) nie dał żadnej odpowiedzi na to, czy zaprezentujemy lepszą formę niż np. w majowych sparingach z Węgrami czy Austrią. Ja byłem na przykład pełen obaw, tym bardziej, że ten Izrael również jawił się jako przeciwnik mało znany, niewygodny. Faktem jest, że dwa lata wcześniej Polacy, jeszcze za kadencji Strejlaua, zremisowali z nim towarzysko 1:1 w Mielcu, ale nie napiszę, żeby to starcie jakoś szczególnie mocno utkwiło mi w pamięci. Teraz jechaliśmy do Tel Avivu walczyć o punkty. Nieznany teren, inny klimat, rywal także chyba mało rozpracowany przez polski sztab szkoleniowy. Co o tym świadczyło? Przede wszystkim wynik końcowy. 
Polegliśmy 1:2... Naszym katem okazał się Ronen Harazi, autor obu goli dla Izraela. Honorowe trafienie zaliczył dla nas Kosecki, już w końcówce spotkania. Do wyrównania zabrakło siły oraz umiejętności. Gwoli sprawiedliwości nie zasłużyliśmy nawet na ten punkt. Zaprezentowaliśmy się bezbarwnie, bez siły rażenia. 
Wróciły wręcz stare demony z jesieni 1993 roku, kiedy w poprzednich kwalifikacjach do mistrzowskiej imprezy, przegrywaliśmy wszystko “jak leci”. Na polską reprezentacją posypała się lawina krytyki. Oto bowiem zaczęliśmy eliminacje od porażki z przeciwnikiem, który do żadnych faworytów grupy nie należał. - Ta przegrana będzie ciągnąć się za nami jeszcze długo, tych straconych punktów może nam w przyszłym roku zabraknąć - myślałem sobie. Czy byłem złym prorokiem - o tym przekonacie się czytając dalej. Ciężko było naprawdę podnieść się po takiej przegranej. Apostel musiał dokonać zmian w zespole, wstrząsnąć nim, zanim przyszłoby nam stracić szansę na awans na samym początku batalii. Nasza “Bitwa o Anglię” nie mogła przecież zakończyć się tak szybko. Jesień 94 zaczęła się kiepsko. Kadra poległa w Izraelu, z kolei mistrz Polski, Legia Warszawa, odpadł niestety w eliminacjach do Champions League z chorwackim Hajdukiem Split (0:1 w stolicy i 0:4 w rewanżu). Nadszedł październik i… mecz o być albo nie być w grze o Euro. Potyczka z Azerbejdżanem należała do tych z gatunku o sześć punktów. Szczerze mówiąc, nie za bardzo wiedziałem, czego spodziewać się po tym spotkaniu w Mielcu. My rozbici po blamażu w Tel Avivie, podejmujemy rywala z byłej sowieckiej republiki, który też nie wiadomo, jaką siłę reprezentuje. Nigdy w historii z nimi nie graliśmy, ale tak naprawdę trzeba było brać sprawy w swoje ręce (nogi) i wyrwać trzy punkty. Tak, właśnie tyle “oczek” przyznawano za zwycięstwo od eliminacji do Mistrzostw Europy 1996. Taka zasadnicza regulaminowa zmiana w porównaniu do poprzednich kwalifikacji. 
 
W meczu z Azerami zaprezentowaliśmy się lepiej niż w Izraelu, ale i klasa przeciwnika jednak nie taka sama, poza tym występowaliśmy przed własną publicznością. Długo nie mogliśmy “napocząć” przeciwnika, wreszcie tuż przed przerwą Roman Kosecki popisał się celnym, prostopadłym podaniem do Andrzeja Juskowiaka, zaś ten zdobył gola na wagę kompletu punktów. Choć następne szanse bramkowe mieliśmy, to jednak skuteczność już nie dopisywała. Siedziałem przed telewizorem i myślałem sobie - kurczę, z jednej strony fajnie, bo jest komplet punktów, pozostajemy w grze, ale z drugiej… Styl wciąż taki sobie. Nie ukrywajmy, strasznie męczyliśmy się na początku tych eliminacji. Tyle tylko, że za miesiąc do Zabrza mieli przyjechać Francuzi, faworyt grupy. 

W ogóle jesienią 1994 roku miała miejsce jeszcze jedna konfrontacja naszego rodzimego futbolu z francuskim, choć ta akurat w wydaniu klubowym. W Pucharze UEFA GKS Katowice zmierzył się z Girondins Bordeaux. Drużyna z ulicy Bukowej w pierwszej połowie lat 90. liczyła się w naszej lidze, regularnie występowała w europejskich rozgrywkach, choć najczęściej odpadała w pierwszych lub drugich rundach. Janusz Jojko, Krzysztof Maciejewski, Dariusz Wolny czy Adam Kucz błyszczeli na krajowym podwórku, ale gorzej już było na międzynarodowej arenie. Klub pod wodzą prezesa Mariana Dziurowicza właśnie wtedy notował jednak chyba najlepszy okres w swojej historii. W zespole popularnych “Żyrondystów” występowały wtedy takie tuzy, jak Zinedine Zidane, Bixente Lizarazu, Christophe Dugarry, grający już w reprezentacji Francji. W starciu z nimi katowiczanie wypadli znakomicie. Najpierw na własnym boisku pokonali silnego rywala 1:0 po golu Zdzisława Strojka, który padł w końcówce spotkania. Rewanż był bardzo ciekawy, zacięty, relacji z tego spotkania słuchałem na antenie Polskiego Radia dokładnie 1 listopada, we Wszystkich Świętych. Francuska ekipa prowadziła po pierwszej połowie 1:0 po bramce Dugarry’ego. Sprawa awansu do kolejnej rundy pozostawała otwarta. W 70 minucie los uśmiechnął się wreszcie do śląskiej drużyny. Krzysztof Walczak wykorzystał rzut karny. Mecz zakończył się remisem 1:1, który do dalszych gier premiował “gieksę”. Katowicki zespół w kolejnym etapie trafił na silny Bayer Leverkusen, przegrał u siebie 1:4, na wyjeździe 0:4. Wracając jeszcze do starć GKS z Bordeaux - pierwszego pojedynku nie mogłem obejrzeć w całości, ale powód był niebagatelny. Kilka dni wcześniej nabawiłem się stanu zapalnego lewej ręki, pojawił się na niej czyrak. Paskudny wrzód rozwijał się w takim tempie, że w środę po południu ręka zaczęła już mocno puchnąć i sytuacja była poważna. 
Rodzice za znajomym “zapakowali” mnie do samochodu i niezwłocznie zawieźli na izbę przyjęć do miejskiego szpitala w Skarżysku-Kamiennej. Na szczęście długo nie musiałem czekać, zjawił się młody lekarz i rozciął wrzoda, przepisał maść. Ręka trochę bolała, ale grunt, że zdążyliśmy na ostatni kwadrans meczu. Miałem więc okazję oglądać zwycięską bramkę Strojka. Resztę historii już znacie.
Starcia katowiczan z Girondins były niejako tylko przygrywką do meczu reprezentacji. Tu faworytami zdecydowanie nie byliśmy. Francuzi wolno rozkręcali się na początku eliminacji, ale ich potencjał kadrowy był zdecydowanie mocniejszy od naszego. Bernard Lama, Eric Cantona, Marcel Desailly, Didier Deschamps, Laurent Blanc, Youri Djorkaeff, Christian Karambeu, David Ginola i wreszcie Zinedine Zidane - mój Boże… Na papierze trudno było nie wskazać kto ma większe szanse. Wierzyłem jednak w polską ekipę, w to, że jeszcze tej jesieni zostawi po sobie jakieś dobre wrażenie i nie pogrzebie tych eliminacji na ich początku. Atutem biało-czerwonych miało być własne boisko. Za kadencji Henryka Apostela najczęściej grywaliśmy na obiekcie zabrzańskiego Górnika. Pod względem bazy sportowej w tamtych latach Francuzi też bili nas na głowę. Pamiętam, że mecz toczył się w fatalnych warunkach atmosferycznych, ale w naszym wykonaniu był bardzo dobry. Zarzucić można było naszym zawodnikom tylko - i niestety aż - jedno, brak skuteczności, bo same sytuacje strzeleckie na grząskim boisku potrafili sobie jednak wypracować. W naszej bramce pewnym punktem - jeszcze wtedy - był doświadczony Józef Wandzik. Dlaczego piszę “jeszcze wtedy” - o tym dowiecie się czytając dalej… Na stadionie przy ulicy Roosevelta była w naszej ekipie ambicja, wola walki, chęć zwycięstwa - to wszystko wystarczyło jednak tylko do bezbramkowego remisu. Po końcowym gwizdku sędziego towarzyszyło mi takie przekonanie - fajnie chłopaki zagrali, walecznie, był to ich najlepszy mecz w 1994 roku (nie licząc całkiem niezłego, ale jednak towarzyskiego pojedynku z Hiszpanią dziewięć miesięcy wcześniej), szanse na awans do Mistrzostw Europy nadal zachowali, ale jednak... znów czegoś zabrakło do tego, aby pokonać silną europejską ekipę mając ją na przysłowiowym widelcu. Trzeba przy tym zauważyć, że selekcjoner Francuzów Aime Jacquet właśnie zaczynał budować reprezentację na mundial w swoim kraju w 1998 roku. Zdecydowana większość tych graczy, którzy biegali po grzęzawisku w Zabrzu, ponad trzy lata później wzniosła w górę Puchar Julesa Rimeta... To jednak już jakby inna historia. 
Wtedy po meczu na Śląsku nie miałem jeszcze takiego przekonania, że mogą to być przyszli mistrzowie świata. Byłem za to pewny, że w eliminacjach do Euro nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa. Na zakończenie roku 1994 pokonaliśmy jeszcze w towarzyskiej potyczce Arabię Saudyjską 2:1. Znów czekały mnie długie zimowe wieczory w oczekiwaniu na to, co przyniesie eliminacyjna wiosna.
Rozkład gier grupowych był zresztą taki, że zaraz po Francji czekało nas starcie z innym faworytem grupy - Rumunią. Ekipa z Bałkanów miała jeszcze w pamięci mundial na amerykańskiej ziemi. Tam zakończyli swój udział w ćwierćfinale, ale pozostawili po sobie bardzo dobre wrażenie. Kapitan George Hagi był znany już w światowym futbolu, ale tacy piłkarze jak Ile Dumitrescu, Florin Raducioiu, George Popescu, Dorinel Munteanu, bramkarz Bogdan Stelea czy inni, choć wcześniej anonimowi nie byli, to po występie w USA znacznie zyskali na wartości i każda ekipa na świecie miała słuszne powody ku temu, aby obawiać się Rumunów. Mieli wielkie indywidualności, ale ich słynnemu selekcjonerowi Anghelowi Jordanescu, zwanemu chyba nie bez kozery "generałem" udało się stworzyć z nich zgrany, pewny swego zespół. Mimo, że my zostawiliśmy dobre wrażenie po meczu z Francją, to znów nie przystąpiliśmy do kolejnej potyczki w roli faworyta. 

Zimowe oczekiwanie nie było aż tak długie. Uczyłem się już w ósmej klasie i człowiek coraz częściej zadawał sobie pytanie, co ma robić dalej, gdzie kontynuować naukę, kim w życiu być... Z drugiej strony pozostawał wierny swojej miłości do futbolu. 1995 rok był dla mnie bardzo ważny w życiu, miałem nadzieję, że przyniesie także przełom dla naszej reprezentacji i w ogóle dla futbolu nad Wisłą. Dla naszych piłkarzy próbą generalną była towarzyska potyczka z Litwinami, która miała miejsce w Ostrowcu Świętokrzyskim. Tak któregoś marcowego dnia dowiedziałem się, że mam szansę na to spotkanie pojechać, obejrzeć je na stadionie! Moja mama pracowała w cegielni w Sołtykowie, miejscowości położonej przy trasie Skarżysko-Kamienna - Końskie. Oto oznajmiła, że zakład dysponuje pulą biletów na to spotkanie. Miałem oczywiście wielką chęć jechać, ale niestety, byłem nieletni, mogłem wybrać się tylko z dorosłym opiekunem. Rodzice w tej kwestii ostatecznie się nie dogadali i z wielkim żalem pozostało mi czekać na radiową relację. Miałem świadomość, że rywal nie jest potentatem, że możemy go ograć przed własną publicznością, a ja mógłbym to wszystko widzieć całkiem blisko rodzinnych stron. Ogólnie to trzeba zauważyć, że druga połowa lat 90. i w ogóle później początek XXI wieku dla ostrowieckiej piłki nożnej był bardzo fajnym okresem. Drużyna występowała w ekstraklasie, a jej dokonań Korona Kielce czy Błękitni mogły wówczas jeszcze tylko pozazdrościć.
Mecz z Litwinami biało-czerwoni wygrali 4:1. Zwycięstwo oczywiście cieszyło, choć wiadomo było, że najważniejsza próba będzie nas czekała dopiero za dwa tygodnie. 
 
- Cholerka, akurat 29 marca, w moje piętnaste urodziny - myślałem sobie, coraz bardziej podekscytowany tym, co wydarzy się w Bukareszcie. Mecz miał zresztą duże znaczenie dla układu tabeli, zwłaszcza jej czołówki. Wiedziałem, że Roman Kosecki, Andrzej Juskowiak i spółka stoją przed trudnym zadaniem. Ciężki teren, nieprzyjazna publiczność, gorąca, bałkańska atmosfera. Samo spotkanie do porywających nie należało, ale trzymało w napięciu. To lubiłem, ten dreszczyk emocji, który towarzyszył mi przez całą transmisję. W tym wieku świętowanie urodzin jeszcze szczególnie mnie nie interesowało. Cała uwaga była skupiona na meczu. Pod koniec pierwszej połowy Rumuni sfaulowali w polu karnym Juskowiaka. "Jedenastkę" wykorzystał sam poszkodowany! No proszę, w 42 minucie prowadziliśmy w przysłowiowej "jaskini lwa" 1:0. Niestety, nasza radość nie trwała długo. Tuż przed gwizdkiem, zwiastującym koniec pierwszej połowy wyrównał Raducioiu... Kwestia końcowego wyniku wciąż pozostawała otwarta, ale za to zapowiadały się wielkie emocje po przerwie. Niestety, nastroje polskich kibiców szybko ostudził... Józef Wandzik. W 53 minucie nasz bramkarz popełnił błąd. Łapiąc piłkę podczas dośrodkowania rywali sam wepchnął ją sobie do siatki... Masakra jakaś... Gol był tak kuriozalny, że aż ciężko było uwierzyć, że takowy mógł w ogole wpaść. Przyszło nam odrabiać straty, pomimo ambicji i zdrowia, które zostawiliśmy na ciężkim boisku, przyjąć potem porażkę 1:2. Fakt, nie było kompromitacji, momentami dzielnie walczyliśmy z Rumunami jak równy z równym, ale cóż z tego, skoro trzy punkty zostały w tym zimnym i nieprzyjaznym Bukareszcie. Wandzik niestety okazał się jednym z winowajców tej przegranej. “Babole” zdarzają się oczywiście największym golkiperom, ale ten zaważył na wyniku ważnego spotkania. Dla Wandzika to był - jak się później okazało - przedostatni mecz w narodowych barwach. Trener Apostel jakby przeczuwał, że z nim między słupkami wiele nie zwojuje.
Porażka bardzo skomplikowała nam sytuację w grupie, a wyjazd na Euro do Anglii oddalał się coraz bardziej. To niestety były takie eliminacje, że każdy kolejny pojedynek stawał się tym o życie. Powodem wcale nie były tak naprawdę stracone punkty w starciach z Francuzami czy Rumunami, ale nieszczęsna porażka w Tel Avivie na samym początku kwalifikacji. Właśnie teraz, w kwietniu szykowaliśmy się do arcyważnego rewanżu z Izraelem.
Na jakąkolwiek wpadkę w tym starciu już sobie pozwolić nie mogliśmy. Nawet na remis. To pozbawiłoby nas całkowicie szans na awans. Na szczęście dla mnie mecz w Rumunii od tego z Izraelem dzieliły raptem cztery tygodnie. Czas ten wykorzystałem na czytanie prasy i analizę tego, co w naszej eliminacyjnej grupie jest możliwe. W tym czasie Apostel skompletował kadrę. Wrócił do niej Piotr Nowak, środkowy pomocnik, grający wówczas w Niemczech, w TSV 1860 Monachium, który przed laty także wyemigrował z Polski. Komentatorzy i eksperci widzieli w nim szansę, ja byłem bardziej sceptycznym, pamiętając niedawną historię z Andrzejem Rudym, który niestety nie zbawił polskiej kadry za czasów Andrzeja Strejlaua, zaś potem szybko zniknął z orbity zainteresowań Apostela. Nowaka byłem mocno ciekaw. Nadszedł mecz z Izraelem w Zabrzu, minęło kilkadziesiąt sekund od pierwszego gwizdka sędziego. Nikt inny jak właśnie Nowak otworzył wynik celnym uderzeniem lewą nogą, z której zresztą słynął. Pojedynek zaczął się wyśmienicie. - Fajnie, rozniesiemy ich! - krzyknąłem siedząc przed telewizorem. - Dostaną za swoje za ten Tel Aviv - pomyślałem. Rzeczywiście, mecz ułożył nam się dobrze i posiadaliśmy inicjatywę. Szkoda, że nie udało się wówczas podwyższyć wyniku. Byliśmy jednak bardzo wspaniałomyślni i po upływie pół godziny pozwoliliśmy Izraelczykom pozbierać się. W ostatnim kwadransie pierwszej połowy zaczęliśmy popełniać proste błędy, nie pomógł znów Wandzik w bramce. Dwa razy musiał wyjmować piłkę z siatki! Z fajnego, zdawać by się mogło, meczu zrobiła się nagle nerwówka. Do przerwy przegrywaliśmy 1:2... - Znowu sięgamy dna - to pierwsza refleksja, jaka mi towarzyszyła, gdy wyszedłem na podwórko, aby ochłonąć z nerwów. Z niepokojem czekałem na to, co przyniesie druga połowa. Na szczęście szybko wyrównaliśmy. Andrzej Juskowiak dobił piłkę do siatki po tym, jak uderzenie Romana Koseckiego obronił izraelski bramkarz. Wyrównaliśmy i... wróciliśmy do żywych. To, co następował w ciągu następnych piętnastu minut przypominało prawdziwy demontaż rywala. Najpierw celną główką popisał się Wojciech Kowalczyk. "Kowal" już niespełna rok występował w Betisie Sewilla po odejściu z warszawskiej Legii i był w formie. Wojtek po zdobyciu tego gola powtórzył to, co zapoczątkował Brazylijczyk Bebeto na niedawnym mundialu w USA. Wykonał razem z kolegami kołyskę na cześć narodzonej córki. Na 4:2 dla Polski podwyższył Roman Kosecki. Po nieco ponad godzinie gry mieliśmy pewną zaliczkę, byliśmy "w gazie" i chyba nie tylko ja przed szklanym ekranem oczekiwałem pogromu przyjezdnych. Niestety, zamiast 5:2 zrobiło się... 4:3. Straciliśmy gola w 78 minucie, po strzale Zohara z dystansu. 
Mecz kończyliśmy w atmosferze nerwówki, którą sami sobie sprokurowaliśmy. Ostatecznie wynik utrzymaliśmy. Cieszyła wygrana, ofensywny styl gry, ale martwiła nasza wybitnie nierówna forma. Świetne momenty mieszały się z gapiostwem w obronie, przestojami. Najważniejsze, że udało się "uciec katu spod topora".
Dobiliśmy do półmetka eliminacji, wygrana z Izraelem dała pewien komfort. Rozgrywki nabrały tempa. Już 7 czerwca podejmowaliśmy kolejną ekipę - Słowację. Debiutowała ona dopiero na arenie międzynarodowej jako samodzielna reprezentacja (po rozpadzie Czechosłowacji) i piłkarsko była jednak słabsza od swojego zachodniego sąsiada, czyli Czechów. W zespole naszego grupowego rywala najbardziej znanymi, przynajmniej dla mnie, piłkarzami byli Lubomir Moravcik oraz Petr Dubowsky. Resztę stanowili zawodnicy na przysłowiowym dorobku. Trochę więc zagadkowy to był dla nas przeciwnik, choćby i z tego względu, że po raz pierwszy zmierzyliśmy się z nim w potyczce międzypaństwowej, gdzie stawką były punkty. Stadion w Zabrzu po raz kolejny w odstępie kilku tygodni okazał się szczęśliwy. Trzeba przyznać, że pojedynek od początku ułożył się po naszej myśli. W 10 minucie prowadzenie dał nam Andrzej Juskowiak. W pierwszej połowie Słowacy próbowali jeszcze odgryzać się, ale nasza defensywa była pewna. W bramce, po raz pierwszy w eliminacjach stanął także Maciej Szczęsny, który zastąpił Józefa Wandzika. 
Tak naprawdę, nasza reprezentacja eksplodowała dopiero po zmianie stron. Kiedy na 2:0 podwyższył Tomasz Wieszczycki, nas złapali wiatr w żagle. Trzeciego gola uzyskał kapitan Roman Kosecki, zaś czwartego Piotr Nowak, który - podobnie jak w niedawnym pojedynku z Izraelem - pokazał, że lewa noga to jego prawdziwy atut. Dzieła zniszczenia dokonał ten sam, który je zaczął, czyli Juskowiak. 
Na zdobycie czterech goli w drugiej połowie Polacy potrzebowali zaledwie czternastu minut. Ależ mi się to podobało, to był wyczyn! Ostatni taki pamiętałem jeszcze sprzed trzech lat, kiedy biało-czerwoni rozgromili Australię w pamiętnym półfinale igrzysk w Barcelonie. Wtedy było 6:1 dla nas, z czego cztery bramki też uzyskaliśmy po zmianie stron. Słowacy, choć nie można im było odmówić ambicji, okazali się tylko tłem dla rozpędzonej polskiej machiny. W tabeli awansowaliśmy wyżej, wtedy na dobre można było uwierzyć, że zaczynamy liczyć się w walce o awans. 
 
Zaczynałem wakacje, kilka dni po tym spotkaniu kończyłem podstawówkę. Nim doszło do tradycyjnego pożegnania klas ósmych, wybraliśmy się na boisko przy lesie, aby tam zagrać taki pożegnalny mecz - Nowy Odrowążek kontra Odrowążek, posiłkowaliśmy się co zdolniejszymi piłkarsko młodszymi chłopakami. - Pomógłbyś coś - rzucił do mnie ojciec, gdy po przyjściu ze szkoły od razu przebrałem się szybko w spodenki i ruszyłem na boisko, a on akurat kopał studnię na podwórku. Rzuciłem w pośpiechu, że później, gdy wrócę. Mecz toczył się przy fajnej pogodzie, ja biegałem po prawym skrzydle. Chciałem jak najszybciej, zresztą każdy chciał, bo obok siedziały dziewczyny i warto było popisać się jakimiś fajnymi zagraniami. Nie pamiętam wyniku, ale wiem, że bardzo chciało się człowiekowi grać. Nic dziwnego, miła pora roku, koniec szkoły, reprezentacja Polski też zaczęła dostarczać coraz więcej radości i nadziei. Kilka dni później odebrałem już świadectwo, zawiozłem je do nowej szkoły, Liceum Ekonomicznego w Skarżysku. Nadeszły egzaminy. Ku mojemu zdziwieniu trafiłem na salę gimnastyczną jako jeden z nielicznych chłopaków. 95 procent zdających to były dziewczyny. Trudno było mi skupić się na kartkach i zadaniach, kiedy w sali unosiły się feromony. Tu białe bluzeczki, spódnice, tak tak, dla piętnastolatka przywykłego jednak do męskiego towarzystwa, było to całkiem nowe przeżycie. Ja miałem świadomość, że one też spoglądają na mnie z ciekawością, widząc w sali jedynego podlotka płci męskiej. Język polski okazał się dla mnie raczej łatwy, tematu nie pamiętam, ale w wypracowaniu nawiązałem do jakichś znanych piłkarskich historii, co akurat w podstawówce zdarzało się nagminnie. Gorzej, iż zawaliłem matematykę i z nią musiałem poradzić sobie dopiero na egzaminie poprawkowym 29 czerwca, dokładnie w swoje imieniny. Po wyjściu z sali czułem, że jest dobrze, że dostanę się do tej szkoły, choć rywalizacja była zacięta. Ten samego dnia (właściwie to w nocy z 29 na 30 czerwca, czasu polskiego) czekało mnie jeszcze inne święto - towarzyski mecz naszej reprezentacji z Brazylią na jej terenie. O matko! Toż to była prawdziwa gratka. Henryk Apostel zebrał piłkarzy, którzy już praktycznie byli po sezonie ligowym i myślami na wakacjach. Nikt przy zdrowych zmysłach nie odmówiłby jednak gry przeciwko mistrzom świata, nawet sparing z nimi to wielkie święto. 
Kończąc więc egzaminy do liceum zastanawiałem się, jak wypadniemy w starciu z “Canarinhos”. Było pozytywnie. Wprawdzie przegraliśmy 1:2, skarcił nas dwukrotnie niejaki Tulio, ale zostawiliśmy po sobie dobre wrażenia. Honorowe trafienie zaliczył, a jakże, Juskowiak. Dopiero po latach wyczytałem, że nasi kadrowicze po meczu sporo też imprezowali na brazylijskich plażach. Opisywał to w swojej książce choćby Wojciech Kowalczyk. 
Kto wie, może ta ekipa czuła się zbyt mocna, pewna siebie, poluzowała sobie “lejce”. Faktem jest, że w starciu z Brazylią sprawiała bardzo dobre wrażenie na boisku i akurat dla mnie to było wtedy najważniejsze. Wprawdzie bez Romario i Bebeto, ale z Jorginho, Dungą, Aldairem, Roberto Carlosem, Edmundo - Brazylia zagrała z Polską w silnym składzie, stawiliśmy czoła nie byle jakiemu szrotowi. - Za półtora miesiąca gramy z faworyzowanymi Francuzami na wyjeździe, ta potyczka w Ameryce Południowej to pożyteczne przetarcie - pomyślałem sobie. 
 
 
POLECAM MOJE WYWIADY: 
 
Wakacje mijały, w lipcu w piłce niewiele się działo, z pietyzmem śledziłem prasę sportową, w niej doniesienia o przygotowaniach do eliminacji. Miałem świadomość, że starcie na Parc de Princes w Paryżu da odpowiedź - awansujemy lub nie do finałów Mistrzostw Europy. Nadszedł sierpień i na naszym piłkarskim podwórku zaczęło wreszcie mocniej świecić słońce. Legia Warszawa miała kolejne podejście do Ligi Mistrzów. Przeciwnik również był wymagający - znany już w Europie IFK Goeteborg. W klubowej elicie ograny, solidny, konsekwentny - jak zresztą na Szwedów przystało. Już pierwszy mecz w Warszawie pokazał jednak, że Legia ma moc, że coś w tym zespole “zaiskrzyło”. Stołeczni piłkarze wygrali 1:0 po golu Jerzego Podbrożnego z rzutu karnego, choć mogli triumfować i wyżej. Byli lepsi! Wynik wprawdzie cieszył, ale jednocześnie trzeba było uważać z euforią, bo taka skromna zaliczka w dwumeczu pucharowym absolutnie na nią nie pozwala, szczególnie jeśli na rewanż jedziesz do przeciwnika. 

Sierpień zapowiadał się emocjonująco w naszym futbolu i taki również był w rzeczywistości! Zanim doszło do rewanżowego pojedynku legionistów z Goeteborgiem, reprezentacja pojechała do Francji, na jeden z najważniejszych meczów w tamtych eliminacjach. Między towarzyskim starciem wyjazdowym w Brazylii a wyjazdem na Parc de Princess mieliśmy "dziurę". Kadra Apostela nie rozegrała żadnego towarzyskiego spotkania, trudno więc było rzetelnie ocenić w jakiej dyspozycji są poszczególni piłkarze, tym bardziej, że większość występowała w klubach zagranicznych, gdzie rozgrywki ligowe też dopiero się rozkręcały. Obawiałem się tego rewanżu we Francji. Było wiadomo, że "Trójkolorowi" na własnym terenie będą chcieli wygrać za wszelką cenę i przybliżyć się do awansu, tym bardziej, że na początku eliminacji stracili zbyt dużo punktów remisując mecze i w drugiej połowie batalii musieli to odrabiać. Nadszedł 16 sierpnia, było upalnie, we wsi panował ruch, wiadomo, żniwa. Przypominało mi to bardzo klimat igrzysk w Barcelonie trzy lata wcześniej. Wieczorem też było duszno, siedziałem przed telewizorem i nerwowo obgryzałem paznokcie. Przetrwaliśmy pierwszy napór Francuzów i w 35 minucie stał się cud! Znakomite prostopadłe podanie Wojciecha Kowalczyka wykorzystał Andrzej Juskowiak, który pokonał Bernarda Lamę strzałem w krótki róg. W Parku Książąt na trybunach zapanowała cisza i konsternacja wśród francuskich kibiców. Kontra Polaków była mistrzowska. Duet "Kowal - Jusko" dał o sobie znać jak trzy lata wcześniej. Warto przy tym dodać, że od igrzysk w Barcelonie aż do wiosny 1995 roku obaj nie mieli zbyt wielu okazji, by zagrać ze sobą w ataku w pierwszej reprezentacji. Tak się jakoś składało, że albo decydowały o tym kontuzje, albo znów spory z selekcjonerami. Dotrwaliśmy do końcowego gwizdka w pierwszej połowie prowadząc 1:0. W przerwie musiałem wyjść na podwórko, pospacerować, uspokoić myśli, zastanowić się, jak teraz Apostel powinien ustawić drużynę, żeby korzystny wynik utrzymać, a może jeszcze coś strzelić. Ciarki mnie przechodziły po plecach, bo przeczuwałem, że Francuzi rzucą się na nas z impetem. Dla nich to była walka o życie. Niesamowite, co działo się w drugiej odsłonie. Tak jak można było się spodziewać, gospodarze zepchnęli nas do obrony. Odpieraliśmy ich ataki raz skutecznie, raz szczęśliwie, a niekiedy czuwała nad nami boska opatrzność. Okazało się przy tym, że moce nadprzyrodzone osiągnął przede wszystkim nasz bramkarz Andrzej Woźniak. Golkiper ŁKS Łódź dopiero zaczynał swą przygodę z kadrą. Gdy wypadł z niej Wandzik, liczyli się tylko: Maciej Szczęsny i właśnie Woźniak. Apostel nie postawił na bramkarza Legii, lecz właśnie na łodzianina, który w Paryżu bronił tamtego wieczoru jak natchniony, niczym Jan Tomaszewski w 1973 roku na Wembley. Woźniak ratował nas z opałów świetnymi interwencjami, przez ponad pół godziny graliśmy w osłabieniu po czerwonej kartce dla defensora Tomasza Łapińskiego. W 81 minucie Francuzi prawie dopięli swego. Sędzia podyktował dla nich rzut karny. Dlaczego "prawie". Ano dlatego, że Woźniak wyczuł intencje Bixente Lizarazu i obronił jego uderzenie. Zastygłem jak posąg przed telewizorem, aż wreszcie wydałem okrzyk "Jeeest, jeeest, trzymać się panowie!". Wiedziałem co się święci. Podopieczni Aime Jaqueta nie rozpamiętywali zmarnowanej szansy, lecz z furią rzucili się do odrabiania strat. 
W 87 minucie stanęli przed kolejną okazją, tym razem mieli rzut wolny z około 17 metrów. Youri Djorkaeff uderzył w prawy róg, piłka zatrzepotała w siatce... - O matko, wiedziałem, jakbym coś przeczuwał, ku….a! - oznajmiłem całemu światu, siedząc w czterech kątach przed telewizorem. To nie było mocne uderzenie, ale kąśliwe. Woźniak co mógł to wybronił, ale limit szczęścia niestety wyczerpał. Pojedynek skończył się remisem 1:1. 
Właściwie to nikt z tego wyniku nie był zadowolony. Niby biało-czerwoni powinni, bo przecież zremisowali w "jaskini lwa", ale niedosyt był, bo tak niewiele zabrakło, aby tego niebezpiecznego zwierza w ogóle uśpić i jego grotę opuścić z kompletem zdobyczy. Francuzi uniknęli porażki, ale i oni odczuwali niedosyt, nie tego się spodziewali. Ja niby cieszyłem się, bo na boisku w naszym wykonaniu widziałem jednak "Obronę Częstochowy" i dobrze, że tak to się skończyło, ale serce podpowiadało co innego niż rozum. Szkoda, szkoda i jeszcze raz szkoda. Wtedy jednak nadal liczyliśmy się w walce o awans. No i mieliśmy w bramce "Księcia Paryża", bo taki właśnie słynny przydomek zyskał Andrzej Woźniak. Twierdzę, że w latach dziewięćdziesiątych było to najlepsze spotkanie w wykonaniu bramkarza naszej reprezentacji! 

Jeszcze nie odetchnąłem na dobre po tym remisie a już o emocje postarała się warszawska Legia. Rewanż w szwedzkim Goeteborgu zapowiadał się interesująco i taki też był. Wszystko tak naprawdę rozstrzygnęło się w tym meczu w drugiej połowie. Zaczęła się kiepsko, bo w 48 minucie Szwedzi objęli prowadzenie po celnym trafieniu Yespera Blomqvista. Na szczęście sprawa wyniku wciąż była otwarta, zaś legioniści nie pozwalali graczom IFK iść za ciosem. Przełomowa okazała się dla nich 73 minuta, wtedy bowiem Grzegorz Lewandowski popisał się celną wrzutką w pole karne gospodarzy a piłkę do siatki wpakował Leszek Pisz! Nie byłoby może w tym i niczego szczególnie dziwnego, wszak był to kapitan Legii i jej "mózg", gdyby nie fakt, że gola zdobył po uderzeniu głową, z tak zwanego "szczupaka". Raz, że był jednym z najmniejszych wzrostem piłkarzy na boisku, dwa to Leszek specjalizował się głównie w bramkach z rzutów wolnych. Remis 1:1 powodował, że Goeteborg, aby awansować do Ligi Mistrzów, musiał zdobyć dwa gole i żadnego nie stracić. Niby nie wszystko dla renomowanego IFK było stracone, ale legioniści już nie pozwolili się skrzywdzić. Ba! W 92 już minucie kapitalnym uderzeniem lewą nogą popisał się Jacek Bednarz, czym całkowicie już dobił Szwedów. Wow! Wygrana 2:1 na terenie uznanej w tamtych latach europejskiej drużyny mówiła sam za siebie. Stała się rzecz historyczna. 23 sierpnia 1995 roku polski zespół klubowy po raz pierwszy w historii awansował do elitarnej Ligi Mistrzów, w której wtedy występowało szesnaście drużyn (i tylko krajowi mistrzowie). Reżyserem sukcesu okazał się trener Paweł Janas, który w ekipie "wojskowych" zastąpił na ławce Janusza Wójcika na przełomie 1993-94 roku (były szkoleniowiec reprezentacji olimpijskiej wyjechał wtedy do pracy w Zjednoczonych Emiratach Arabskich). Legia awansowała, choć już bez Wojciecha Kowalczyka w składzie, który rok wcześniej przeszedł do hiszpańskiego Betisu Sevilla. Kilka dni później odbyło się losowanie grup i stołeczna ekipa trafiła na angielski FC Blackburn, rosyjski Spartak Moskwa i norweski Rosenborg Trondheim. 

Tyle było emocji piłkarskich w sierpniu, że aż nie chciało mi się zbytnio witać z nową szkołą. Już nie podstawową a średnią, bo Liceum Ekonomicznym w Skarżysku. Pierwsze dni września przyniosły przewrót w moim życiu. Dojazdy autobusem, nowe miejsce nauki, nowi ludzie, 30-osobowa klasa, do której trafiło tylko trzech chłopaków, już łącznie ze mną. "Ekonomik" był w tamtych latach bardzo sfeminizowany, choć nie można powiedzieć, że my, męska płeć, mieliśmy z tego powodu jakieś wielkie problemy. Wprost przeciwnie... Początek roku szkolnego nie spowodował jednak, że całkiem zapomniałem o walce biało-czerwonych o bilety na finały Euro'96. W środę 6 września czekał nas rewanżowy mecz z Rumunią w Zabrzu. Wracałem ze szkoły późnym popołudniem, już wtedy wiedziałem, że meczu w telewizji nie obejrzę, bo zaczynał on się o 17, a w tym czasie to ja oczekiwałem dopiero na autobus do domu, który odjeżdżał o osiemnastej. Rankiem już kupiłem prasę sportową i po szkole oddałem się w najlepsze lekturze, siedząc w poczekalni dworca PKP. Trochę straciłem z orbity to, co obok, bo w pewnym momencie, unosząc wzrok do góry ujrzałem przed sobą trzech znacznie starszych chłopaków. Jeden, najtęższy wypalił "Kasa kocie!". Podniosłem się wnet z ławki. Drugi, ciemnowłosy łobuz chwycił mnie za kurtkę.
- Kasa młody, głuchy k...a jesteś? - rzucił do mnie.
W pierwszej chwili nie czułem strachu, wprost przeciwnie, "złapałem nerwa". Nie pozostawałem dłużny i też chwyciłem go za kołnierz kurtki dżinsówki.
- Sp...aj - syknąłem.
Zdezorientowani tym, że młody się postawił, na chwilę odpuścili, ale nie trwało to długo.
- Dawaj kocie kasę bo cię wyniosą! - krzyknął ten najgrubszy. Dla mnie to był impuls, przepchnąłem tego, który stał najbliżej mnie i w mig wybiegłem z dworca, sprintem na pobliski wiadukt. Nawet nie oglądałem się za siebie. Bałem się jak cholera. Odpuścili jednak, nie gonili mnie. Na autobus czekałem już na ulicy 1 Maja, łypiąc co rusz okiem, czy ta trójka czasem się nie zbliża. To była chyba jedna z najgorszych godzin w moim ówczesnym życiu. Nie bałem się bójki, ale w tym wypadku, trzech starszych na jednego 15-latka, byłbym bez szans... Dziś trochę uśmiecham się, wspominając, że kiedy walczyłem o uratowanie tyłka, to nasza reprezentacja akurat biła się z Rumunami o ważne punkty. Tak było, do domu dotarłem gdy mecz już się zakończył. Z telewizyjnych skrótów pamiętam, że mieliśmy swoje okazje, ale zabrakło skuteczności. Rumuni nie byli tak groźni jak pół roku wcześniej u siebie, zabrakło w ich składzie kapitana Hagiego, ale potrafili uratować cenny punkt, który znacznie przybliżył ich do awansu. My z kolei przyjęliśmy bezbramkowy remis z dużym niedosytem, bo on nas od angielskich finałów oddalił. Po tej eliminacyjnej kolejce zajmowaliśmy trzecie miejsce w tabeli, za Rumunią i Francją. Do tej drugiej traciliśmy dwa punkty. Matematyczne szanse na zajęcie drugiej lokaty jeszcze istniały, ale nie wszystko zależało na finiszu już od nas. Chyba też w ekipie biało-czerwonych coś wtedy "pękło", jakby czuli, że to upragnione Euro jednak się oddaliło. Gdybyśmy choć jedno z tych spotkań z faworytami grupy wygrali, nasza pozycja byłaby znacznie lepsza. Niestety, nie zdobyliśmy sześciu ani nawet czterech punktów na przełomie trzech tygodni, a jedynie tylko dwa. 11 października czekało nas przedostatnie starcie, w Bratysławie ze Słowacją. Wierzyłem! 
Wierzyłem, że zwyciężymy a Francuzi potkną się w meczu z Rumunami. Wcale nie był to taki scenariusz sciene fiction, z tym, że boiskowe realia pokazały co innego. Mecz rozpoczął się nawet obiecująco, w 19 minucie objęliśmy prowadzenie, gola uzyskał - a jakże - Juskowiak. - No, to mamy ich - pomyślałem sobie. Niestety, były to wówczas ostatniego chwile radości w naszym zespole. 
Minęło nieco ponad pół godziny gry i Słowacy wyrównali za sprawą Petra Dubovskiego. Remis 1:1 utrzymał się do przerwy. Jeszcze niczego nie traciliśmy, jeszcze tliła się jakaś szansa w kibicowskim sercu, chociaż z drugiej strony widać było, że nasza drużyna gaśnie z minuty na minutę. Po przerwie, do godziny gry jeszcze jakoś się tam trzymaliśmy. W 63 minucie trener Apostel postanowił zdjąć z boiska kapitana Romana Koseckiego. Miał on na koncie już żółtą kartkę. Schodził z boiska bardzo wolno, zdjął koszulkę, całował orzełka, czym zirytował sędziego Jorge Monteiro Coroado. Przy linii bocznej obok naszej ławki czekał już na wejście w miejsce Koseckiego Sylwester Czereszewski. Nie doczekał się jednak, bowiem zniecierpliwiony sędzia pokazał Koseckiemu drugą żółtą i w konsekwencji czerwoną kartką. Siedziałem w pokoju przed szklanym ekranem i nie dowierzałem, widząc co się dzieje. 
 
- Co ten Kosecki odstawia, k...a! - krzyczałem. Kapitan udał się do szatni, zarazem w polskim zespole wszystko jakby się posypało. Pięć minut później Tobor Jancula wbił nam gola. Ciąg dalszy wydarzeń to już była niestety istna degrengolada. W 76 minucie sędzia wyrzucił z boiska Piotra Świerczewskiego. Ten z kolei drugi żółty kartonik dostał za niesportowe zachowanie, słowne utarczki z sędzią. Portugalski arbiter stracił cierpliwość do kolejnego naszego zawodnika... Świerczewski, podobnie jak kilkanaście minut wcześniej Kosecki, schodził z boiska ze zdjętym trykotem, trzymając go w ręku. Już grając w dziewięciu byliśmy już skazani na pożarcie, Słowacy poczuli krew. Chwilę po zejściu "Świra" trzeciego gola dla gospodarzy uzyskał Marek Ujlaky. Przegrywaliśmy 1:3 na trzynaście minut przed końcem i ja miałem poważne obawy, czy nie skończy się to jeszcze większą kanonadą. Nasi południowi sąsiedzi okazali się jednak na tyle "łaskawi", że wbili nam jeszcze tylko jedną bramkę (Julius Simon w 82 minucie). Przegrana 1:4 w fatalnym stylu bolała bardziej, niż same przegrane eliminacje. Do dziś to pamiętam i śmiało mogę przyznać, że było to jedno z tych najbardziej żałosnych widowisk, jakie w ogóle przyszło mi oglądać w wykonaniu polskiej reprezentacji. Już na konferencji prasowej po fatalnym meczu trener Apostel zapowiedział, że podaje się do dymisji. W prasie zawrzało. "Peklo na Tehelnom Pole" - pamiętam tytuł prasowej relacji autorstwa Pawła Zarzecznego w "Piłce Nożnej". Na kadrę posypały się zasłużone gromy, atmosfera "siadła". Miesiąc później, jeszcze z Apostelem na ławce, ale już w rezerwowym składzie, Polacy pojechali do Trabzonu w Turcji na pożegnalny pojedynek wyjazdowy z Azerbejdżanem. Ze względu na niespokojną wówczas sytuację w swoim kraju Azerowie podejmowali nas nad Bosforem. 
Na pustym obiekcie. Słaby mecz zakończył się bezbramkowym remisem. "Piłka nożna" w tytule swojego sprawozdania nazwała naszą kadrę "drużyną z Kapuścina" przytaczając słowa, jakie pod adresem naszych piłkarzy skierował sędziwy już wtedy były prezes PZPN Kazimierz Górski. W eliminacyjnej grupie zajęliśmy czwarte miejsce, wyprzedzając Izrael i najsłabszych w stawce Azerów. 
Jeszcze trzy miesiące wcześniej realnie liczyliśmy się w boju o Euro'96. Ostatecznie awansowali do tego turnieju Rumuni (z pierwszego miejsca) i Francuzi. My zostaliśmy ze starymi problemami i kolejnymi jesiennymi rozważaniami nad przegranymi eliminacjami. Odszedł selekcjoner Apostel. Przez dwa lata dokonał pewnej rewolucji kadrowej i pokoleniowej, wprowadzając do zespołu choćby takich graczy jak Tomasz Wieszczycki, Henryk Bałuszyński, Waldemar Jaskulski, Krzysztof Bukalski czy też Sylwester Czereszewski. Liderzy, jak Kosecki, Nowak, Kowalczyk w ostatnie fazie eliminacji już nie grali bądź raczej zawodzili. Właściwie jedynym jasnym punktem był napastnik Andrzej Juskowiak, najlepszy strzelec polskiej kadry w tamtych kwalifikacjach. Zapamiętaliśmy też bramkarza Andrzeja Woźniaka. Reszta... była milczeniem. 
 
CZYTAJ: 
 
Jesień 1995 roku byłaby całkowicie spisana na straty, gdyby nie Legia Warszawa. Historyczny jej start w Lidze Mistrzów okazał się nad wyraz udany. Stołeczny zespół pokonał u siebie Rosenborg Trondheim 3:1 (pamiętam z tego pojedynku dwa gole Leszka Pisza i kuriozalnego gola samobójczego, jakiego wbił sobie norweski bramkarz), przegrali na wyjeździe ze Spartakiem Moskwa 1:2, nie przynosząc bynajmniej wstydu, by potem na stadionie przy ulicy Łazienkowskiego ograć ówczesnego mistrza Anglii Blackburn Rovers 1:0 (bramka Jerzego Podbrożnego). Starcia z Wyspiarzami, mający w składzie między innymi Alana Shearera, były ciekawe i emocjonujące. W rewanżu Legia zremisowała z nimi 0:0 na ich terenie i już wtedy właściwie zapewniła sobie awans do ćwierćfinału Champions League z minimum drugiego miejsca. Nastroje popsuły się nieco po porażce w Trondheim 0:4. Rewanż ze Spartakiem Moskwa w Warszawie odbył się w same Mikołajki, 6 grudnia. Podopieczni Pawła Janasa przegrali 0:1, ale ostatecznie zostali wicemistrzami swojej grupy i awansowali do fazy pucharowej. 
 
W NASTĘPNYM ODCINKU - 27 SIERPNIA: 
Emocje na kartoflisku. Piechniczek? Nie to pokolenie, nie te realia. Wielka, krótka Citkomania. Zobaczyli Neapol i… wszystko umarło 
 
CZYTAJ POPRZEDNI ODCINEK: 

KSIĄŻKĘ "NA BIAŁO-CZERWONYM SZLAKU" JAKO EBOOK ZNAJDZIECIE TUTAJ

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dawne gwiazdy futbolu uświetnią 100-lecie Klubu Sportowego Warka. Będzie wielka feta

PIŁKA NOŻNA. Klub Sportowy Warka obchodzi 100-lecie istnienia. Wielka impreza jubileuszowa odbędzie się w sobotę 24 czerwca. Wśród uczestników jest Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. Jej mecz z oldbojami Warki komentować będzie Dariusz Szpakowski. 

Dawne piłkarskie gwiazdy zagrają dla chorego Tymusia w Grodzisku Mazowieckim

PIŁKA NOŻNA. Trwa już odliczanie do charytatywnego turnieju na rzecz chorego Tymusia, który odbędzie się 27 stycznia 2024 roku w Grodzisku Mazowieckim koło Warszawy. Wystąpi między innymi Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. 

Polska - San Marino 1:0. Zamiast pogromu był wstyd! Bacciocchi: to my po meczu dawaliśmy autografy

PIŁKA NOŻNA. 28 kwietnia minie dokładnie 30 lat od sławetnego meczu Polska - San Marino w eliminacjach do Mistrzostw Świata w USA. Tamto spotkanie, które biało-czerwoni wygrali 1:0 pokazało, że żadnego przeciwnika nie wolno lekceważyć przed pierwszym gwizdkiem. Choć brzmi banalnie, to nasi piłkarze boleśnie o tym się przekonali...