Przejdź do głównej zawartości

Na biało-czerwonym szlaku, część 6: Emocje na kartoflisku. Piechniczek? Nie to pokolenie, nie te realia. Wielka, krótka Citkomania. Zobaczyli Neapol i… wszystko umarło

"Na biało-czerwonym szlaku" to książka, która zrodziła się z pasji do piłki nożnej i w ogóle sportu. Od dziś będę publikował ją w odcinkach na moim blogu. Zachęcam do lektury i podróży po wielkich stadionach oraz lokalnych i wiejskich boiskach. Dziś część szósta! 
Reprezentacja Polski przed meczem z Włochami 2 kwietnia 1997 roku na Stadionie Śląskim w Chorzowie. Fot. Łączy nas Piłka/PAP
 
Przełom 1995 i 1996 roku to kolejny czas w reprezentacyjnej piłce, który upłynął pod znakiem poszukiwań nowego selekcjonera. Jak byłem wprawdzie dwa lata starszy, ale dla naszej kadry czas jakby się zatrzymał - nastroje wokół niej były całkiem podobne jak na przełomie 1993/94. Na dodatek okazało się, że jeśli chcemy awansować na mundial we Francji, to musimy poradzić sobie w arcytrudnej grupie eliminacyjnej. Los przydzielił nam do niej ówczesnych wicemistrzów świata Włochów i… Anglików. Tak, od dumnych Lwów Albionu odpoczęliśmy tylko w jednym cyklu kwalifikacyjnym do wielkiego turnieju, ale tylko dlatego, że byli gospodarzem finałów. Skład grupy uzupełniła Gruzja i Mołdawia, co też napawać mogła umiarkowanym optymizmem. Już wcześniejsze lata pokazały, że z zespołami z byłych republik sowieckich czy dawnego bloku komunistycznego radziliśmy sobie, tak to nazwijmy, z różnym skutkiem. Nazwisko nowego selekcjonera - Władysława Stachurskiego - także nie zrobiło na mnie jakiegoś wielkiego wrażenia. Nieco pamiętałem, jak pięć lat wcześniej poprowadził Legię Warszawa do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów. Miałem jednak wątpliwości, czy zdoła pozbierać rozbitą kadrę i przygotować ją na piekielnie ciężkie eliminacje. Debiut miał ze swymi podopiecznymi taki, że ho, ho… W lutym Polacy pojechali do dalekiej Azji i w Hong Kongu przegrali z Japończykami aż 0:5. Był to jedynie sparing, ale porażka, szczególnie jej rozmiary wywołały u mnie szok. Jeszcze wtedy Japonia pod względem piłkarskim była mało ceniona. Jeśli już byłem pod wrażeniem sportowców z kraju Kwitnącej Wiśni, to raczej skoczków narciarskich takich jak Noriaki Kasai, Kazuyoshi Funaki czy Masahiko Harada. Dostać jednak lanie od japońskich piłkarzy? Dziwiłem się mocno, jak w ogóle coś podobnego mogło się stać. 
 
Miałem poważne obawy jak wypadniemy w następnej, towarzyskiej potyczce w Chorwacji. Reprezentacja tego kraju też dopiero zaczynała swoje występy jako samodzielna drużyna narodowa (do 1992 roku Chorwaci grali w barwach Jugosławii razem z przedstawicielami innych nacji), działo się to już po wojnie domowej. Szybko okazało się, że ów zlepek wielu indywidualności w koszulkach w biało-czerwone szachownice stanowi mocny zespół. Przegraliśmy 1:2 (1:1), gola dla naszej ekipy zdobył Henryk Bałuszyński, którego dla reprezentacji odkrył jeszcze Henryk Apostel. Niemoc ogarnęła drużynę Stachurskiego, kilka tygodni później w następnej towarzyskiej potyczce zremisowała bezbramkowo ze Słowenią w Łodzi. W trzech pierwszych sparingach ponieśliśmy dwie porażki, strzeliliśmy jednego gola, tracąc siedem. - No brawo - wkurzałem się, zanim na dobre nadeszła piłkarska wiosna. 

Całe szczęście, że w Lidze Mistrzów grała jeszcze wtedy Legia Warszawa. W ćwierćfinale batalii przyszło jej zmierzyć się z mistrzem Grecji Panathinaikosem Ateny, gdzie występowali reprezentanci Polski - bramkarz Józef Wandzik oraz napastnik Krzysztof Warzycha. Cieszyłem się, że stołeczny zespół nie trafił na wielką, europejską firmę. Liczyłem na to, że “Koniczynki” będą do ogrania. Niestety, życie brutalnie te moje oczekiwania weryfikowało. Pierwszy mecz miał odbyć się 6 marca na stadionie w Warszawie. W Polsce panowała jeszcze zima, w stolicy stawali na głowach, aby doprowadzić boisko do stanu używalności. Tymczasem na płycie przy Łazienkowskiej zalegał zmrożony śnieg, skuwanie go łopatą było syzyfową robotą. Do pomocy klub zaangażował żołnierzy. W końcu na murawę wysypano tony soli, aby zmiękczyć śnieg i lód. Efekt był taki, że płyta zmieniła się w grzęzawisko. W ogóle pod znakiem zapytania stało, czy ów mecz dojdzie do skutku. Ostatecznie sędzia na to zezwolił. Czy dobrze uczynił - trudno oceniać nawet po latach. W miarę upływu minut płyta coraz bardziej przypominała mokre, śmierdzące kartoflisko, gdzie często o wszystkim decydował przypadek. Emocji nie brakowało, optyczną przewagę posiadali legioniści, ale nie potrafili znaleźć sposobu na pokonanie Wandzika. Zresztą grecki zespół, na czele z “Guciem” Warzychą też w ofensywie zbyt wiele nie pokazał. Tak oto ten pamiętny pojedynek zakończył się bezbramkowym remisem. Murawa na stadionie Legii jeszcze przez kilka miesięcy “dochodziła do siebie”, lecz to już niejako inna historia. Rewanż w Atenach niestety nie poszedł po myśli naszego zespołu. Przegrał 0:3 (0:1), dwa gole dla Panathinaikosu zdobył Warzycha, jednego Argentyńczyk Juan Borelli. Nie bez znaczenia był zapewne fakt, że po czerwonej kartce dla Marcina Jałochy Legia przez godzinę gry musiała sobie radzić w dziesiątkę. 
“Koniczynki” wspierane przez żywiołową publiczność takiej szansy z rąk nie wypuścili. Porażka była bolesna, zakończyła przygodę Legii z Ligą Mistrzów, aczkolwiek do czasu wydania tej książki była to jedyna taka sytuacja, kiedy polski zespół, mistrz kraju walczący w Champions League wyszedł z grupy… 26 lat…
 
POLECAM:  
 
Legia dawała nadzieję, choć po odpadnięciu z Ligi Mistrzów nie obroniła tytułu najlepszej drużyny w kraju. Musiała uznać tym razem wyższość łódzkiego Widzewa. Po sezonie 1995-96 odszedł z Warszawy trener Paweł Janas i z nim większość zawodników, doszło w stolicy do kadrowej rewolucji. Kadra tymczasem nadal irytowała. Po majowym remisie w towarzyskim meczu z Białorusią 1:1 (1:1) w Mielcu stanowisko stracił Władysław Stachurski. Reprezentacja pod jego wodzą nie rokowała, działacze związku postawili na… Antoniego Piechniczka! Legenda polskiej piłki, zdobywca trzeciego miejsca w mistrzostwach świata w Hiszpanii w 1982 roku, w połowie lat 90. pełnił w PZPN funkcję kogoś w rodzaju nadzorującego pracę selekcjonerów. Złośliwi nazywali go nadtrenerem. Fakt, miał wtedy mocną pozycję w związku i ówczesny prezes Marian Dziurowicz właśnie jemu powierzył misję ratowania drużyny narodowej. W przypadku Piechniczka okazało się, że dziesięcioletni rozbrat z reprezentacyjną piłką, jako trenera, niesie też za sobą inne problemy. Już na starcie pracy selekcjoner rodem z Wisły popadł w konflikt z Kowalczykiem, Juskowiakiem oraz Iwanem, którzy skrytykowali warunki, w jakich reprezentacji przyszło przygotowywać się do towarzyskiego meczu z Rosją w Moskwie. Żaden z nich nie znalazł się w składzie na to spotkanie. W takiej atmosferze nasza reprezentacja przegrała z silnymi wówczas gospodarzami 0:2 i widoki na drugą połowę roku naprawdę były nieciekawe. 
 
W czasie, kiedy w Anglii odbywały się Mistrzostwa Europy, po raz pierwszy z udziałem szesnastu a nie ośmiu zespołów, Piechniczek zastanawiał się, jak zbudować drużynę już na eliminacje do Mistrzostw Świata we Francji. Oglądając pamiętne Euro 96 z zazdrością oglądałem choćby popisy naszych południowych sąsiadów, Czechów. Karel Poborsky, Petr Kouba, Vladimir Smicer, Pavel Nedved, Radek Bejbl (wywiad z nim znajdziecie na dalszych stronach) - te oraz jeszcze inne nazwiska kibice w Europie wymieniali z zapartym tchem. Czesi zresztą dotarli do finału, gdzie przegrali z Niemcami 1:2 po bardzo zaciętym i dramatycznym boju. Niestety, serce bolało, kiedy porównywałem nasze towarzyskie potyczki z tym, co działo się na angielskich boiskach. 
 
 
POLECAM: 

Latem 1996 roku, jak zwykle, rozegraliśmy mnóstwo spotkań na naszym leśnym boisku. Zdarzały się też wyjazdy. Pewnego niedzielnego popołudnia wybraliśmy się na rowerach do oddalonego o cztery kilometry Szałasu. Dotarliśmy na miejsce, a tam okazało się, że miejscowi nie skosili trawy, chyba nie do końca spodziewali się naszego przyjazdu. Jeden z nich, Krzysiek, jako pierwszy złapał kosę, pomogło mu kilku innych. Po pół godzinie murawa była, umówmy się, gotowa do gry. Chłopaki z Szałasu mieli już przedmeczową rozgrzewkę za sobą. 
Nie pamiętam, jaki padł wynik, ale na pewno był hokejowy. To był jednak przykład, wówczas na wioskach częsty. Jeśli chciałeś zagrać w piłkę, najpierw musiałeś skosić trawę. Własnoręcznie, bez pomocy gospodarzy stadionu, bo takich nie było. Elektrycznych kosiarek również!
W sierpniu nasza reprezentacja zmierzyła się tymczasem z Cyprem i ta towarzyska potyczka w Bełchatowie również nie przysporzyła radości. Zakończyła się remisem 2:2. Piechniczek szukał zawodników, wprowadził do kadry młodych i obiecujących jak Marek Saganowski, Marcin Mięciel (strzelił w tym meczu gola), Adam Ledwoń, Tomasz Hajto czy bramkarz Grzegorz Szamotulski, z drugiej strony stawiając na doświadczonych Jerzego Brzęczka czy Krzysztofa Warzychę. Wyniki nie nastrajały jednak optymizmem. Całe szczęście, że w końcówce lata, podobnie jak dokładnie rok wcześniej warszawska Legia, “odpalił” Widzew Łódź w eliminacjach do Ligi Mistrzów. Kilka miesięcy wcześniej zespół Franciszka Smudy zdetronizował w kraju właśnie legionistów. Ogólnie widzewiacy powracali też na europejskie areny po kilku latach niebytu (od czasu sławetnego 0:9 z Eintrachtem Frankfurt w Pucharze UEFA jesienią 1992 roku). Stworzyli ciekawą, ambitną drużynę, która grała odważnie i widowiskowo, przy tym z charakterem i do końca. To się mogło podobać nawet kibicom, na co dzień z mniejszym zapałem wspierającym Widzew. Na drodze do Ligi Mistrzów, na ostatniej prostej stanęła sława duńskiej piłki, FC Broendby Kopenhaga. Pierwsze spotkanie w Łodzi zakończyło się wygraną Widzewa 2:1 (0:0), gole dla gospodarzy zdobyli: Jacek Dembiński i Sławomir Majak. Niestety, wynik ten nie rozstrzygał jeszcze niczego, był też korzystny dla duńskiego zespołu, który na boisku rywala zdobył bramkę, przegrał minimalnie, zaś rewanż rozgrywał na swoim terenie. 

Batalia w Kopenhadze przeszła do historii polskiej piłki. Na pewno to było jedno z najsłynniejszych wydarzeń w naszym futbolu w latach 90. Zaczęło się jednak kiepsko. Mistrz z Danii przystąpił do spotkania zdeterminowany. Grał szybko, ofensywnie, zdominował widzewiaków praktycznie pod każdym względem. Do przerwy prowadził 2:0, tuż po zmianie stron na 3:0 podwyższył Kim Vilfort, ten sam reprezentant Danii, który cztery lata wcześniej wbił gola Niemcom w finale Euro 92. Broendby miało już w kieszeni awans do Ligi Mistrzów i po niespełna godzinie gry naprawdę niewiele wskazywało na to, że gospodarzy może w tym meczu spotkać jakiekolwiek nieszczęście… Widzew zaczął się odradzać, a sygnał do ataku dał Marek Citko, zdobywając kontaktowego gola w 56 minucie. 22-letni wówczas zawodnik rodem z Podlasia stał się prawdziwym objawieniem piłkarskiej jesieni w Polsce. O nim samym jednak nieco później… 
 
Łodzianie przegrywali 1:3 i tak naprawdę awans do europejskiej elity, choć jeszcze chwilę temu wydawał się mało realny, nagle pojawił się w zasięgu ręki. Wystarczyło wbić Duńczykom bramkę, nie tracąc niż nic. Fakt faktem, gol Citki uskrzydlił Widzew, gospodarze jakby nieco spuścili z tonu. W 88 minucie stał się… cud! Może to jednak nie do końca adekwatne słowo, bo łodzianie zapracowali na tego gola swoją konsekwencją i właśnie charakterem. W zamieszaniu w polu karnym na bramkę Broendby uderzył Majak, piłkę, która i tak już zmierzała do siatki, głową dobił jeszcze rosły obrońca Paweł Wojtala! Prawdopodobnie obaj do dziś mogą spierać się o to, kto tę bramkę zdobył, ale to akurat nie miało wówczas żadnego znaczenia. Wynik 3:2 dla gospodarzy dawał awans Widzewowi. Ostatnie minuty mogły przysporzyć człowiekowi palpitacji serca. Duńczycy jak wściekli ruszyli do odrabiania strat, łodzianie dzielnie, momentami rozpaczliwie, ale skutecznie się bronili, przy tym wyprowadzając groźne kontry. Franciszek Smuda szalał przy ławce rezerwowych, zaś komentator radiowy Tomasz Zimoch właśnie wtedy wypowiedział a raczej wykrzyczał na antenie słynne, kultowe wręcz słowa pod adresem arbitra Ahmeta Cakara “Panie Turku, kończ pan ten mecz!” 
 
Gdy więc Turek wreszcie gwizdnął po raz ostatni, w widzewskim obozie zapanowała niesamowita radość, zaś przyodziani w żółto-niebieskie barwy liczni kibice z Kopenhagi śledzili ją z konsternacją i jeszcze w szoku! “Co się dzieje - pomyślałem sobie, w pierwszej chwili wnioskując, że przecież po raz drugi z rzędu polski zespół awansował do Ligi Mistrzów, w której wtedy występowało szesnaście drużyn i byli to tylko mistrzowie krajów. Rok wcześniej dokonała tego Legia w Goeteborgu, teraz, nieopodal zresztą, Widzew w stolicy Danii. Ekipa Franciszka Smudy kilka dni później poznała grupowych rywali, byli nimi: niemiecka Borussia Dortmund, rumuńska Steaua Bukareszt oraz hiszpańskie Atletico Madryt. Pamiętam, że na finiszu wakacji 1996 roku, na ognisku skosztowałem nieco zbyt wiele taniego wina. Wracałem do domu już wieczorem z Pawłem, kumplem ze szkolnej ławki z podstawówki, usiedliśmy na ławce. 
Nieźle już “wstawiony” dyskutowałem o szansach Widzewa w tej mocnej grupie. - Będzie ciężko, ale Smuda i jego chłopaki pokazują, że walczą do końca - krzyczałem. Potem, kiedy już się położyłem na łóżku i sufit zaczął lawirować, Liga Mistrzów zeszła na dalszy plan. Przynajmniej wtedy, bo czekała mnie nocna walka o przeżycie…
 
POLECAM:
 
Awans Widzewa jakby nieco pozwolił zapomnieć o bezbarwnej reprezentacji Polski, która już ponad rok czekała w ogóle na zwycięstwo w oficjalnym meczu. Próbą generalną przed inauguracją eliminacji do Mistrzostw Świata we Francji było towarzyskie starcie ze świeżo upieczonymi mistrzami Europy Niemcami w Zabrzu. Na tle silnego przeciwnika biało-czerwoni nie wypadli fatalnie, mimo wszystko ranga rywala podziałała na nich mobilizująco. Wygrali Niemcy 2:0 (1:0) po golach Oliviera Bierhoffa i Jurgena Klinsmanna. Łatwiej było jakoś przełknąć tę porażkę niż niedawne 2:2 z Cyprem, ale niemoc jak prześladowała naszą reprezentację, tak niewiele wskazywało na to, że przestanie prześladować. W eliminacyjnych blokach startowych czekali już tymczasem Anglicy, Włosi i trochę nieobliczalne ekipy Gruzji oraz Mołdawii. No i my, którzy ostatnie zwycięstwo zanotowaliśmy w czerwcu 1995 roku przeciwko Słowacji… 

Zanim jednak przyszło mi emocjonować się meczem z Anglią na Wembley, swoje pierwsze batalie w Lidze Mistrzów miał już łódzki Widzew. Nieźle zaprezentował się w pierwszej potyczce w Dortmundzie. Przegrał wprawdzie 1:2, ale pozostawił po sobie dobre wrażenie. Gola dla mistrza Polski uzyskał Marek Citko. Nie o tej jednak bramce rewelacyjnego w tamtym czasie 22-latka kibice mówili najczęściej. Dwa tygodnie później Widzew zmierzył się z Atletico Madryt. Nie był faworytem i boisko zresztą to pokazało. Gospodarze nie potrafili znaleźć sposobu na kombinacyjną piłkę hiszpańskiej ekipy, naszpikowanej gwiazdami typu Diego Simeone, Kiko Narvaez czy Juan Esnaider. Tuż przed przerwą Widzew przegrywał 0:2, ale sygnał do ataku dał właśnie Citko. Zauważył, że Jose Molina, golkiper Atletico Madryt zbyt daleko wyszedł ze swojej bramki i zdecydował się na strzał z ponad czterdziestu metrów. Jak zwykło się mówić w piłkarskim żargonie, wrzucił Hiszpanowi piłkę “za kołnierz”, a trybuny eksplodowały z radości! Przepiękny gol, choć w ostatecznym rozrachunku niewiele dał Widzewowi. Po zmianie stron Atletico strzeliło dwa gole i pojedynek zakończył się zwycięstwem gości 4:1. Citko miał zaś na koncie już dwa celne trafienia w fazie grupowej Champions League. Znalazł się na prawdziwej fali i w życiowej formie. Stał się też szybko wiodącą postacią w reprezentacji Polski, choć występował w niej od niespełna roku. 

Reprezentacja rozpoczęła eliminacje do Mistrzostw Świata we Francji od wizyty w “jaskini lwa”, czyli na starym stadionie Wembley w Londynie. Naszym pierwszym rywalem byli Anglicy, już wtedy z młodym, wschodzącym gwiazdorem, 21-letnim Davidem Beckhamem w składzie. Poza tym trzon ekipy gospodarzy stanowili zawodnicy, którzy już kilka lat wcześniej uprzykrzali nam życie - Stuart Pearce, Paul Gascoigne… Obaj strzelili nam po golu w poprzednim meczu na Wembley w eliminacjach do World Cup 1994, który przegraliśmy gładko 0:3. Październikowe starcie zaczęło się jednak zgoła inaczej dla Polaków. W 7 minucie Citko uciszył trybuny Wembley. Akcja bramkowa zaczęła się od Grzegorza Lewandowskiego, który z prawej flanki dośrodkował w pole karne Anglików. Nie przejął piłki Krzysztof Warzycha, ale nie uczynili tego również dwaj obrońcy gospodarzy. Citko przerzucił sobie piłkę z prawej na lewą nogę i pewnym strzałem pokonał Davida Seamana! Dumne Lwy Albionu były zdezorientowane, 22-latek rodem z Podlasia, posiadający świetną technikę i zmysł do kombinacyjnej gry, dał im się mocno we znaki jeszcze w kilku innych sytuacjach. Przez blisko pół godziny graliśmy z Anglikami jak równy z równym, bez kompleksów, nie ograniczając się do murowania własnej bramki. Taka strategia gry na terenie Wyspiarzy była czymś w wykonaniu naszej reprezentacji zupełnie nowym od lat. Niestety, znów dały o sobie znać różne detale. Nasz bramkarz Andrzej Woźniak nie zagrał tym razem na miarę pamiętnego spotkaniu z Francją w Paryżu. W 25 minucie popełnił błąd, próbując odbić piłkę po dośrodkowaniu Anglików. Ubiegł go jednak Alan Shearer i głową wpakował piłkę do naszej świątyni. Wyrównująca bramka dodała miejscowym skrzydeł. Podrażnieni Anglicy jeszcze przed przerwą objęli prowadzenie, w 38 minucie znów w roli głównej wystąpił Shearer. Tym razem popisał się pięknym strzałem z około siedemnastu metrów. - Pojawił się następny kat, wcześniej był nim Lineker, teraz dochował się następcy - mruczałem pod nosem, kiedy zaczynała się przerwa w spotkaniu. Trochę obawiałem się, czy nasi piłkarze po przerwie “nie popłyną”, ale drużyna nadal konsekwentnie grała swoją piłkę, zagrażając Wyspiarzom. Tym razem pewnie już spisywała się nasza obrona, Woźniak też uniknął błędów. Niestety, krzywdy nie pozwolili sobie zrobić także Anglicy. 
Porażka 1:2 stała się faktem, choć zostawiliśmy po sobie znacznie lepsze wrażenie niż po wcześniejszym potyczkach na Wembley. Niestety, punktów nam to bynajmniej nie dało, choć z drugiej strony nasza postawa w Londynie mogła wskazywać, że może jednak ten zespół zaczyna łapać właściwy rytm i eliminacje nie będą już z góry stracone.
Trener Antoni Piechniczek źle znosił krytykę mediów, ale dotychczasowe wyniki go nie broniły. Pierwsze zwycięstwo pod jego wodzą w 1996 roku odniosła dopiero w listopadowym meczu z Mołdawią w Katowicach. Wygraliśmy je “planowo” 2:1 (1:0), choć nie bez kłopotów. W 4 minucie prowadzenie dał nam Henryk Bałuszyński. Potem jednak długo nie potrafiliśmy postawić kropki nad “i”. Dopiero w 77 minucie drugiego gola z rzutu karnego dał Polsce Krzysztof Warzycha. Niestety, trzy minuty później swoją “jedenastkę” wykorzystali Mołdawianie. Po tym, jak do naszej siatki trafił Siergiej Kleszczenko, kolejne minuty upływały na drżeniu o końcowy wynik. Gdy już wreszcie zwycięstwo stało się faktem, po końcowym gwizdku Piechniczek, zapytany przez telewizyjnego reportera Jacka Laskowskiego o ocenę meczu, zrugał dziennikarza o to, że ten krytykuje reprezentację. Tak naprawdę Bogu ducha winnemu Laskowskiemu dostało się chyba bardziej w imieniu wszystkich dziennikarzy. Piechniczek zarzucał bowiem mediom w trakcie swojej drugiej kadencji nadmierną krytykę jego drużyny. Na pewno nie budowało to jednak dobrej atmosfery wokół reprezentacji. Cóż jednak się dziwić, skoro na zwycięstwo drużyny narodowej i to wymęczone, przyszło nam czekać piętnaście miesięcy… 
 
Na szczęście pod koniec piłkarskiego roku 1996 można było jeszcze emocjonować się potyczkami Widzewa w Lidze Mistrzów. Łodzianom nie udało się niestety powtórzyć wyniku warszawskiej Legii sprzed roku, nie awansowali do ćwierćfinału. W grupie jedyne zwycięstwo, jakie odnieśli to z mistrzem Rumunii Steauą Bukareszt 2:0 u siebie (po golach Sławomira Majaka i Ryszarda Czerwca. Wcześniej przegrali z tym rywalem na wyjeździe 0:1. Na pewno podobać mogło się przedostatnie spotkanie Widzewa w tych rozgrywkach z Borussią Dortmund w Łodzi, zakończone remisem 2:2 - obie bramki dla naszej drużyny uzyskał wtedy Jacek Dembiński. Zawodnik o dobrych warunkach fizycznych, w lidze imponujący skutecznością, ale i kolejny, należący do tych, którzy jednak nie potrafił zadomowić się w reprezentacji kraju. W ekipie z Westfalii znalazło się kilku ówczesnych reprezentantów Niemiec - obrońcy Jurgen Kohler i Matthias Sammer oraz pomocnicy Stefan Reuter czy Andreas Moeller. W pożegnalnym, już grudniowym pojedynku w Champions Leauge z Atletico Madryt na wyjeździe łodzianie zagrali ambitnie i tym razem uchronili się od wysokiej porażki. Przegrali 0:1, w całych rozgrywkach zdobywając cztery punkty. To był szczyt możliwości Widzewa w tamtej dekadzie na arenie międzynarodowej, w kolejnych sezonach ten zasłużony klub znalazł się w kryzysie kadrowym, organizacyjnym i finansowym. 

Reprezentacja zakończyła urlopy w lutym, kiedy to na słonecznym Cyprze rozegrała trzy towarzyskie potyczki. Najpierw zremisowała bezbramkowo z Litwinami, potem wygrała 3:2 z gospodarzami, następnie w takich samych rozmiarach z Łotwą. Prawdziwa próba siły dopiero jednak nadchodziła. 26 lutego kadra wybrała się do Goianii do Brazylii, aby zmierzyć się towarzysko z mistrzami świata! W szeregach “Canarinhos” wciąż występowało wielu zawodników pamiętających sukces sprzed 2,5 roku z mundialu w Stanach Zjednoczonych. Romario, Roberto Carlos, Cafu, Aldair czy Ronaldo wydawali się naprzeciwko naszych piłkarzy - z całym dla nich szacunkiem - piłkarskimi bogami. Dwukrotnie do naszej bramki trafił tymczasem Giovanni, zaś po przerwie tyle samo Ronaldo. Nasi starali się jak mogli, ale różnicę klas było widać w każdym calu. Była to bolesna lekcja futbolu. 
Dwa elementy zadecydowały o tym, że ostatecznie przegraliśmy, lecz nie 0:4 a 2:4. Otóż w końcówce dwie szarże przeprowadził obrońca Rakowa Częstochowa Paweł Skrzypek, wtedy dopiero zaczynający swą przygodę z kadrą. Najpierw popisał się asystą przy golu Cezarego Kucharskiego, a potem wypracował rzut karny, który na gola zamienił Citko. 
Zasług Skrzypka nie umniejsza fakt, że Brazylijczycy też w końcówce nieco spuścili z tonu. Poderwał zespół do walki, wchodząc na boisko na ostatnie dwadzieścia minut za Adama Ledwonia, nie miał nic do stracenia, więc bez kompleksów pojedynkował się z brazylijskimi herosami. Złapałem się w pewnym momencie na tym, że nawet byłem i zadowolony z takiej porażki z mistrzami świata na ich terenie. Choćby ze względu na obiecujące ostatnie minuty. Strzelić dwa gole Brazylii na jej boisku to jednak co innego niż wbić tyle samo Mołdawii i w konsekwencji wymęczyć wygraną u siebie. Cóż, trzeba przyznać, że sparingpartnerów przed pierwszym kwietniowym meczem z Włochami sztab kadry wybrał odpowiednio. Dwa tygodnie po wyprawie do Ameryki Południowej udaliśmy się na kolejny wyjazd, choć tym razem dużo bliższy - do czeskiej Pragi, gdzie towarzysko zagraliśmy z wicemistrzami Europy. Też był to wartościowy sparing, choć przegrany 1:2 (honorową bramkę uzyskał dla Polaków Jacek Zieliński w ostatniej minucie). 
 
Zebraliśmy nauki i doświadczenia, niemniej jednak o bezcenne punkty mieliśmy walczyć też z nie byle kim, bo Włochami. Smaczku całej rywalizacji dodawał jeszcze fakt, że pojedynek 2 kwietnia odbył się na Stadionie Śląskim w Chorzowie! Tak, cztery lata trzeba było czekać od pamiętnych burd podczas meczu z Anglikami, aż FIFA zniesie zakaz gry w słynnym “kotle czarownic” i gospodarze wykonają na obiekcie pewne modernizacje. W miejscu drewnianych ławek pojawiły się plastikowe krzesełka. Mecz z trybun obejrzały 32 tysiące kibiców. Siedząc przed telewizorem przeżyłem znów ogromne nerwy, tym bardziej, że mecz zapowiadał się jako ten, w którym rozstrzygnięcie może zapaść po jednej bramce. Zarówno zmobilizowani Polacy jak i Włosi lepiej wypadli w defensywie. Najbardziej niepocieszony był nasz obrońca Paweł Wojtala, który w świetnej okazji przestrzelił głową tuż nad poprzeczką bramki Gianluki Pagliuki. Warto dodać, że trener Piechniczek “przeprosił się” z naszymi napastnikami Andrzejem Juskowiakiem i Wojciechem Kowalczykiem. Po niespełna roku od konfliktu w Moskwie, obaj wrócili do kadry. Starali się, choć na włoskie catenaccio sposobu nie znaleźli. Znów dobre recenzje zebrał po meczu Skrzypek, któremu przypadła rola “plastra” dla jednego z asów atutowych Włochów - Gianfranco Zoli. Spisał się skutecznie, bowiem jego rywal bramki nie zdobył. 
Bezbramkowy remis w Chorzowie z jednej strony cieszył, bo wywalczyliśmy punkt w pojedynku z wicemistrzami świata po niezłej grze i postawie. Z drugiej martwił, bo statystycznie było to tylko jedno “oczko”, które w kontekście walki o finały mundialu we Francji dawało niewiele. 
 
POLECAM: 

Chcąc myśleć o czymkolwiek, należało wygrać rewanż we Włoszech, potem pokonać u siebie Anglię, nie mówiąc już o tym, że na straty punktów nie mogliśmy pozwolić sobie w potyczkach z Gruzinami oraz Mołdawią. 

W kwietniu 1997 roku wróciłem i ja na swoje boiska. W niedługim czasie po pierwszym spotkaniu reprezentacji z Włochami zmieniliśmy arenę gry. Umówiliśmy się na meczyk ze starszymi chłopakami z Odrowążka, podjęli nas na boisku, które sami przygotowali na terenie dawnego kółka rolniczego. Graliśmy więc w sąsiedztwie dawnych obór dla owiec. Po PGR zostały wspomnienia (choć wtedy jeszcze całkiem świeże), terenem interesowali się różni prywaciarze, ale generalnie nikt nie robił problemów kilkunastu chłopakom, którzy chcieli tam kopać piłkę. Moja ekipa była młodsza, mieliśmy tak średnio z 17-18 lat, z kolei miejscowi rywale z Odrowążka już grubo po dwudziestce. Początkowo nas nieco lekceważyli, ale potem, kiedy zagraliśmy kilka niezłych i wyrównanych potyczek na popegeerowskim klepisku, to nawet zakumplowaliśmy się, na mecze umawialiśmy regularnie. Raz my u nich, raz oni u nas, w Nowym Odrowążku, na popularnej posadzie. To były wyrównane boje, kości trzeszczały, nikt nie odpuszczał! 

Cztery tygodnie po spotkaniu w Chorzowie nasza reprezentacja zmierzyła się z Włochami w Neapolu. Niestety, niespodzianki nie było. Jako tako trzymaliśmy się przez pierwsze dwadzieścia minut, do momentu, kiedy pierwszego gola strzelił dla Italii Roberto di Matteo. Przed przerwą na 2:0 podwyższył as włoskiej defensywy Paolo Maldini, już wtedy było wiadomo, że będzie nam bardzo ciężko zmienić losy tego pojedynku. Po godzinie gry bramkę wbił nam słynny Roberto Baggio. Ostatecznie skończyło się na porażce 0:3, Polacy nie mieli argumentów, aby na neapolitańskiej arenie powalczyć choćby o punkt. Słynne jest powiedzenie “Zobaczyć Neapol i umrzeć”. Parafrazując, można określić, że Polacy zobaczyli ów Neapol i tyle, nadzieje na korzystny wynik umarły… 

Niestety, atmosfera wokół kadry robiła się coraz bardziej gęsta. Trener Piechniczek popadał w konflikty w kolejnymi piłkarzami. Na półmetku eliminacji mieliśmy w dorobku cztery punkty. Matematyczne szanse na zajęcie drugiego miejsca, premiowanego awansem jeszcze istniały, ale na początek musieliśmy pokonać Anglię u siebie, wygrać następne potyczki z Gruzją i Mołdawią i jeszcze liczyć na to, że Wyspiarze pogubią gdzieś punkty na samym finiszu eliminacji. Wiara tliła się we mnie do końca, nadzieje nieco odżyły po majowej towarzyskiej potyczce w Szwecji, gdzie zremisowaliśmy 2:2, remisując w końcówce (przegrywaliśmy na sztokholmskiej Rasundzie 0:2). No i nadszedł dzień próby. 31 maja 1997 roku podejmowaliśmy w Chorzowie Anglików. Minęły niemal dokładnie cztery lata od meczu z nimi na tej samej arenie, kiedy padł remis 1:1 (tamto spotkanie odbyło się 29 maja). Anglia, jak to Anglia - była takim rywalem, który mobilizował polską reprezentację niezależnie od tego, z jakimi kłopotami się zmagała. Wiara w narodzie trwała, ale wszystko zweryfikowały już pierwsze minuty. Kiedy w piątej Alan Shearer wykorzystał prostopadłe podanie ze środka boiska od Paula Ince’a i strzelił tuż przy słupku, dając swojej drużynie prowadzenie, było już jasne, że biało-czerwonym będzie trudno po takim szybkim ciosie się pozbierać. Kolejne minuty pokazały, że to spotkanie niczym nie różniło się od potyczki z 1993 roku. Graliśmy bezbarwnie, nie potrafiliśmy mocniej postraszyć angielskiej defensywy i bramkarza Davida Seamana. Tuż przed przerwą arbiter podyktował rzut karny dla Anglii za faul na Shearerze. “Jedenastkę” wykonywał sam poszkodowany, ale trafił w słupek. Andrzej Woźniak tym razem nie musiał wyjmować piłki z siatki. Miałem nadzieję, że ta sytuacja doda Polakom wiary, że jeszcze nic straconego. Niestety, po zmianie stron nadal obserwowałem słaby zespół, grający bez zęba. Podopieczni Glenna Hoddle’a kontrolowali przebieg wydarzeń, by w ostatniej minucie pojedynku postawić kropkę na “i”. Rob Lee ograł polską defensywę, wyłożył piłkę lepiej ustawionemu Teddy’emu Sheringhamowi, a ten wbił ją do siatki. Chwilę potem Urs Meier gwizdnął po raz ostatni. Przegraliśmy 0:2 i to był już definitywny koniec marzeń o awansie do mundialu. 
Bolała ta porażka tym bardziej, że w latach dziewięćdziesiątych w meczach u siebie zawsze stawialiśmy Anglikom twarde warunki i nawet byliśmy bliscy zwycięstw. W tamtych eliminacjach było zupełnie inaczej, to na Wembley spisaliśmy się o niebo lepiej (mimo porażki 1:2) niż później przed własną publicznością. Wyspiarze i Włosi już przed wakacjami mieli zapewniony awans do mistrzostw we Francji. 
Po meczu w Chorzowie z reprezentacją pożegnał się trener Piechniczek. W atmosferze niespełnionych nadziei, konfliktów. Doświadczony szkoleniowiec chyba nie potrafił znaleźć wspólnego języka z nowym pokoleniem zawodników, jego metody treningowe, które sprawdzały się w pierwszej połowie lat 80., teraz, po upływie 11-12 lat nie przyniosły rezultatu. Z drugiej strony to właśnie on wprowadził do reprezentacji między innymi Tomasza Hajto czy Radosława Kałużnego, zawodników, którzy stali się czołowymi postaciami kadry, ale dopiero nieco później. Nie bez znaczenia był też fakt, że wiosną kontuzji ścięgna Achillesa nabawił się w meczu ligowym Marek Citko. Wykluczyła go ona z gry na długi czas. Piłkarz stracił, już bezpowrotnie szansę na to, żeby jeszcze zaistnieć w reprezentacji czy wyjechać do dobrego, zagranicznego klubu. Dziś pewnie może gdybać, co by się stało, gdyby zimą, po zakończeniu Ligi Mistrzów skorzystał z oferty Blackburn Rovers i przeniósł się do Anglii. Piłkarz postanowił jednak zostać w Widzewie na rundę wiosenną i poczekać na lepsze oferty. Podlasianin już nigdy potem nie powrócił do świetnej dyspozycji z jesieni 1996 roku… 
Po meczach z Włochami i Anglią z kadrą pożegnali się także doświadczeni Krzysztof Warzycha i Piotr Nowak. Obaj mogli być dużo bardziej zadowoleni z karier w swoich ligowych klubach niż w reprezentacji.
Paradoks całej sytuacji polega na tym, że skuteczność odzyskaliśmy dwa tygodnie po angielskiej klapie. Na stadionie GKS Katowice pokonaliśmy Gruzinów 4:1. To była nasza pierwsza konfrontacja z tą nacją na poziomie reprezentacyjnym. Kadrę poprowadził dotychczasowy asystent Piechniczka Krzysztof Pawlak. Spotkanie przy ulicy Bukowej rozpoczęło się kiepsko, w 24 minucie Gruzini objęli prowadzenie po golu Szoty Arweładze. Polacy wzięli się do roboty i jeszcze przed przerwą wygrywali 2:1 po bramkach Adama Ledwonia i Mirosława Trzeciaka. Reprezentacja, której trzon stanowili dotychczasowi dublerzy po zmianie stron dołożyła jeszcze dwa celne trafienia - jedno Krzysztofa Bukalskiego z rzutu karnego oraz drugie Krzysztofa Nowaka. Wygrana 4:1 była takim triumfem na otarcie łez i kwestią wyłącznie lokalnego prestiżu. Ani my, ani Gruzini nie liczyliśmy się już w walce o mundial, który zaczął się dokładnie rok później. Nie było już Piechniczka na selekcjonerskim stanowisku, latem PZPN musiał szukać jego następcy. 
PIOTR STAŃCZAK 
 
 
W NASTĘPNYM ODCINKU - 29 SIERPNIA: 
Romansowałem też z innymi sportami”. Byłem jak… Ulvang. Między Atlantą a Gołotomanią. Złapałem byka za rogi 

W POPRZEDNIM ODCINKU:
 
KSIĄŻKĘ "NA BIAŁO-CZERWONYM SZLAKU" JAKO EBOOK ZNAJDZIECIE TUTAJ

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dawne gwiazdy futbolu uświetnią 100-lecie Klubu Sportowego Warka. Będzie wielka feta

PIŁKA NOŻNA. Klub Sportowy Warka obchodzi 100-lecie istnienia. Wielka impreza jubileuszowa odbędzie się w sobotę 24 czerwca. Wśród uczestników jest Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. Jej mecz z oldbojami Warki komentować będzie Dariusz Szpakowski. 

Dawne piłkarskie gwiazdy zagrają dla chorego Tymusia w Grodzisku Mazowieckim

PIŁKA NOŻNA. Trwa już odliczanie do charytatywnego turnieju na rzecz chorego Tymusia, który odbędzie się 27 stycznia 2024 roku w Grodzisku Mazowieckim koło Warszawy. Wystąpi między innymi Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. 

Polska - San Marino 1:0. Zamiast pogromu był wstyd! Bacciocchi: to my po meczu dawaliśmy autografy

PIŁKA NOŻNA. 28 kwietnia minie dokładnie 30 lat od sławetnego meczu Polska - San Marino w eliminacjach do Mistrzostw Świata w USA. Tamto spotkanie, które biało-czerwoni wygrali 1:0 pokazało, że żadnego przeciwnika nie wolno lekceważyć przed pierwszym gwizdkiem. Choć brzmi banalnie, to nasi piłkarze boleśnie o tym się przekonali...