Przejdź do głównej zawartości

Na biało-czerwonym szlaku, część 8: Naród chciał “Wójta”. Eksplozja w bułgarskim Burgas. Gonitwa Brzęczka za Szwedem symbolem niemocy. Przegrany koniec dekady na Rasundzie

"Na biało-czerwonym szlaku" to książka, która zrodziła się z pasji do piłki nożnej i w ogóle sportu. Od dziś będę publikował ją w odcinkach na moim blogu. Zachęcam do lektury i podróży po wielkich stadionach oraz lokalnych i wiejskich boiskach. Dziś część ósma! 
Reprezentacja Polski przed meczem z Bułgarią w czerwcu 1999 roku na stadionie Legii w Warszawie. Foto Łączy Nas Piłka, PAP
 
 
W czasie wakacji 1997 roku kibice właściwie od początku zadawali sobie pytanie - czy selekcjonerski stołek przejmie Janusz Wójcik, opiekun reprezentacji olimpijskiej sprzed pięciu lat. Po tym, jak PZPN odebrał Legii Warszawa mistrzowski tytuł po słynnej “niedzieli cudów 1993”, Wójcik wyjechał pracować w Zjednoczonych Emiratach Arabskich i na pewien czas stracił kontakt z polskim futbolem. Wrócił jednak i - biorąc pod uwagę nieudane końcówki kadencji Strejlaua, Apostela i wreszcie Piechniczka - stał się jednym z faworytów do objęcia funkcji. Chyba też czuł, że to mu się jakby należało, choćby za wynik w Barcelonie. Pewnego wieczoru wróciłem do domu wieczorem, włączyłem w telewizji “Sportową niedzielę” i tam właśnie pojawił się Janusz Wójcik. Udzielił obszernego wywiadu, w którym mówił, że jest gotów objąć reprezentację. Mało tego, po raz pierwszy w dziejach naszej piłki telewizja pokazała nawet wyniki specjalnej sondy, jaką przeprowadzili wśród Polaków. 
Zdecydowana większość jako swojego faworyta wskazała popularnego “Wójta”. Stał się ulubieńcem mediów, zgoła inaczej niż było to w przypadku Piechniczka. PZPN mu zaufał, przychylając się do woli narodu i chyba też większości środowiska piłkarskiego. 
Tak naprawdę żaden selekcjoner w poprzedniej a potem też i kolejnej dekadzie nie zyskał na początku swojej pracy takiego społecznego kredytu zaufania. Ja również byłem orędownikiem Wójcika. Jawił się wówczas jako trener charyzmatyczny, potrafiący złapać kontakt z piłkarzami z nowego pokolenia, jego metody mobilizacji zawodników przed meczami też były słynne. Wydawał się być więc przedstawicielem nowej, polskiej myśli szkoleniowej. Jakkolwiek to pompatycznie nie brzmi, to za Wójcikiem stał jednak sukces, jakim nie mógł pochwalić się żaden reprezentacyjny szkoleniowiec przez pięć lat po igrzyskach. 
 
POLECAM: 

Ja zakończyłem pomyślnie drugą klasę liceum, wakacje upłynęły mi na pomocy w pracy przy sianokosach czy żniwach w niespełna 2-hektarowym gospodarstwie, okazyjnych spotkaniach towarzyskich czy właśnie na grze w piłkę. Starszy kolega Henio z Kucębowa (dziś już świętej pamięci…) nawiązał swego czasu znajomości w pobliskim Pardołowie. Grywaliśmy wspólnie pod lasem. My z Nowego Odrowążka, on jako dochodzący z Kucębowa. W każdą niedzielę wędrował pieszo kilometr lasem i spotykaliśmy się na boisku. Smykałkę do gry miał też jego młodszy brat Mirek, ale on bywał “mniej regularny”. Heniek któregoś dnia namówił nas na wyjazd na mecz właśnie do Pardołowa. Znaliśmy te strony dobrze, ale chłopaki z moich okolic i tamci nigdy za sobą specjalnie nie przepadali. To przechodziło z pokolenia na pokolenie. Wiedzieliśmy, że w pewne słoneczne popołudnie jedziemy na rowerach trochę jak do jaskini lwa. Podjęli nas na leśnej polanie, blisko trasy między swoją wioską a Stąporkowem. Na placu z dwiema drewnianymi bramkami, gdzie w jednym miejscu było w miarę równo, ciut dalej były trawiaste kępy, a bliżej pasa lasu były zarośla i tam najgorzej było operować piłką. Dużo w tym było przypadku. Początkowo graliśmy bez publiki, ale z upływem minut miejscowych kibiców przybywało. Spora część już podpitych i niekoniecznie przychylnie na nas spoglądających. Pamiętam, że na trudnym placu prowadziliśmy chyba 7:1 i w pewnym momencie jeden z miejscowych, najbardziej postawnych, z którym na boisku mieliśmy zresztą największe kłopoty, powiedział tak pół żartem pół serio “Módlcie się, żebyście stąd wyjechali”. Nie bez kozery, obawy były. Do końca meczu kopałem piłkę i oglądałem się co rusz na bok, czy nie leci we mnie jakiś kamień albo konar sosny lub butelka po piwie. Reszta chłopaków z mojej drużyny czuła to samo. Ostatecznie wygraliśmy 7:3. Po wszystkim ten sam pardołowianin podszedł i zagadał w sprawie rewanżu u nas. Atmosfera nieco się rozluźniła, czegokolwiek by nie mówić, to piłka jakoś nas zbliżyła. 
 
Tak naprawdę odetchnęliśmy wreszcie z ulgą dopiero gdy wyjechaliśmy rowerami z sąsiedniego Świerczowa i zbliżyliśmy się do cmentarza w Odrowążku. Tak, to był już nasz teren. Taka to zresztą była tradycja, że po lokalnych niedzielnych meczach, obojętnie czy w swoim towarzystwie, czy z innymi wioskami, spotykaliśmy się potem pod sklepami spożywczymi i wspominaliśmy. Innych miejsc spotkań nie było, chyba, że któryś z chłopaków miał dziewczynę w okolic i to z nią spędzał popołudnie. Miałem 17 lat, byłem początkującym kawalerem, na symboliczne piwo raz były pieniądze, częściej nie. Nawet taki kilkugodzinny wypad poza domowe pielesze pozwalał jednak zresetować się. Staliśmy czasem bez żadnego celu przy ulicy i dyskutowaliśmy - o dziewczynach, o tym, kto kiedy jaką robotę podejmie i… co Janusz Wójcik zwojuje z reprezentacją. Rewanż z ekipą z Pardołowa rozegraliśmy na swoich “placach”. Tamci przyjechali w liczniejszym i wydawałoby się mocniejszym składzie, ale i my nie narzekaliśmy na kadrowe problemy. Dużo miejscowych przyszło oglądać ten meczyk. Znów było emocjonująco. Potyczki z chłopakami z innej wioski zawsze dostarczały adrenaliny, to było jednak coś innego, niż gra w swoim, dobrze znanym towarzystwie. Stanąłem na prawej obronie, swojej ulubionej pozycji. Nawet bramkę strzeliłem i to przedniej urody! Zauważyłem w pewnym momencie, że bramkarz Pardołowa wyszedł trochę dalej i postanowiłem zaryzykować. Piłka “siadła” mi na prawej nodze wręcz idealnie, pomógł wiatr i tak oto popisałem się celnym strzałem z około 40 metrów, piłka wpadła bramkarzowi za przysłowiowy kołnierz. Aż ryknąłem z radości! W ogóle nie byłem nigdy mocny technicznie, słabo grałem głową, nadrabiałem walecznością i w pewnym momencie postanowiłem “wyspecjalizować się” w strzałach z dystansu. 
Porównując do ówczesnych reprezentantów Polski bliżej było mi do Pawła Skrzypka czy Adama Ledwonia niźli Andrzeja Juskowiaka czy Marka Citki. Ten mój gol był jednym z siedmiu, jakie zdobyliśmy. Wygraliśmy 7:4 i więcej już z tą ekipą nie rywalizowaliśmy.
Jeśli już o strzałach z dystansu, to w wydaniu reprezentacyjnym popis dał nieco później dał w tym temacie były obrońca Legii Krzysztof Ratajczyk. Dokonał tego 6 września 1997 roku w meczu Polska - Węgry na stadionie Legii Warszawa. W pierwszym pojedynku reprezentacji pod wodzą Janusza Wójcika. Potyczka, choć tylko sparingowa, wzbudziła duże zainteresowanie wśród kibiców. Trener w większości oparł skład na byłych olimpijczykach z Barcelony, po czterech latach do kadry wrócił nawet bramkarz Aleksander Kłak. Spotkanie mogło się podobać, gdyby biało-czerwonym dopisała skuteczność, zwycięstwo byłoby bardziej okazałe. Atomowy strzał “Rataja” z lewej nogi był zaś ozdobą potyczki. Trzy tygodnie później, tym razem w Olsztynie, w następnym towarzyskim meczu pokonaliśmy Litwę 2:0 po golach Cezarego Kucharskiego i Wojciecha Kowalczyka. Janusz Wójcik i jego podopieczni przeżywali dobry czas. Do rozegrania pozostały jeszcze dwa październikowe mecze wyjazdowe z Mołdawią i Gruzją w eliminacjach do Mistrzostw Świata. Pierwszą potyczkę w Kiszyniowie wygraliśmy 3:0, hattrickiem popisał się Juskowiak. Zdawałem sobie sprawę, że nasi ostatni trzej rywale byli mocno przeciętni, ale wygrane, w dodatku bez straty gola i tak cieszyły. Morale nadszarpnęła dopiero porażka w Gruzji 0:3. Mało jeszcze wtedy znani Szota Arweładze, Timur Kecbaja czy Kachaber Cchadadze zmusili Aleksandra Kłaka do kapitulacji. My nie byliśmy w stanie strzelić ani jednego gola. 
Gruzini okazali się silniejsi od poprzednich rywali i groźni na swoim terenie w Tbilisi, wzięli także udany rewanż za porażkę w Katowicach. Ta porażka na zakończenie i tak nieudanych eliminacji nieco ostudziła optymistyczne zapędy kibiców, ale i samej polskiej drużyny. Najważniejszy cel Wójcika i jego zespołu był jednak dopiero do zrealizowania.
Pod koniec 1997 roku poznaliśmy w losowaniu przeciwników, z którymi mieliśmy potem walczyć w eliminacjach do Mistrzostw Europy w 2000 roku w Belgii i Holandii. Po raz piąty (!) na przełomie dziesięciu lat trafiliśmy na Anglię. W zestawie dostaliśmy także Szwedów, Bułgarów oraz Luksemburg. Grupa znów wydawała się być (i zresztą słusznie) bardzo trudna. Mimo wszystko gdzieś tam tliła się we mnie nutka optymizmu. - Jeśli nie teraz, to kiedy do licha - myślałem sobie w długie zimowe wieczory. Kibice też z nadzieją czekali na te eliminacje i potyczki Polaków pod wodzą Janusza Wójcika. W lutym 1998 roku drużyna narodowa rozegrała dwa towarzyskie spotkania, po których - niestety - miny zrzędły nie tylko mnie. Najpierw wybrała się do Ameryki Południowej i tam niestety dostała lanie od finalisty mundialu we Francji, Paragwaju 0:4. Bohaterem tamtego pojedynku był z pewnością ekscentryczny i nieco szalony bramkarz gospodarzy Jose Luis Chilavert, który obronił strzał Mariusza Piekarskiego z rzutu karnego. To była nasza najlepsza okazja do zdobycia gola w tym sparingu, niestety nie wykorzystaliśmy jej. Porażkę można było jeszcze spróbować wytłumaczyć inną strefą klimatyczną i słabym jeszcze zgraniem poszczególnych formacji lub nie do końca optymalnym składem. Wójcik nie mógł bowiem zabrać ze sobą niektórych czołowych zawodników, występujących w klubach zagranicznych. Tak czy inaczej przegląd kadr wypadł fatalnie. Ogólnie początek tamtego roku nie był dla naszej drużyny zbyt udany. Można powiedzieć, że z paragwajskiego deszczu wpadliśmy pod izraelską rynnę. Kilka tygodni po powrocie z Ameryki Południowej na wyjeździe ulegliśmy właśnie zawodnikom spod znaku Dawida 0:2. 
 
Czułem, jakby zaczęły budzić się demony sprzed czterech lat, kiedy też ulegliśmy Izraelowi za kadencji trenera Apostela. - Dwa mecze, sześć bramek straconych, zero zdobytych, co się dzieje… - zacząłem się zastanawiać. Nastroje poprawiły się nieco dopiero pod koniec marca, kiedy na stadionie przy Łazienkowskiej w Warszawie zwyciężyliśmy towarzysko Słoweńców 2:0, zaś strzelecką niemoc kadry przełamali Wojciech Kowalczyk i Tomasz Iwan. To był jednak tylko chwilowy kosmetyczny retusz formy piłkarzy, bo w kwietniu lekcję dali nam szykujący się do finałów Mistrzostw Świata we Francji Chorwaci. Wygrali w Rijece 4:1, ustalając wynik właściwie już po 47 minutach. Dopiero po upływie godziny meczu honorowe trafienie zaliczył Krzysztof Ratajczyk. Widać było natomiast, że Alen Boksić, Zvonimir Boban, Davor Suker i spółka są groźnym zespołem, który na mundialu zamierzał mocno namieszać. Chorwaci dysponowali bardzo zdolnym pokoleniem. Trudno jednak było pocieszać się samą klasą przeciwnika. Przed nami rozciągała się długa droga i jeszcze wiele, także bolesnych, nauk. Im bliżej było początku eliminacji, tym więcej już spotkań towarzyskich rozgrywaliśmy. Nadzieje wreszcie ożyły po majowej victorii na Rosją 3:1 w Chorzowie. 
Do przerwy był remis 1:1, bramkę dla naszej drużyny uzyskał Mirosław Trzeciak, ale po przerwie koncert gry dał Tomasz Hajto, który strzelił Rosjanom dwa gole. Widać było, że popularny “Gianni” staje się w reprezentacji coraz mocniejszą postacią. Wygrana nad silną ekipą miała też prestiżowe znaczenie i choć to był tylko sparing, to jednak cieszył tak samo jak zwycięstwo w walce o punkty.
Ja wiosną 1998 roku odebrałem wreszcie upragniony dowód osobisty po skończonej “osiemnastce”, ale miłość do piłki i wiara w naszą reprezentację nadal była mocna. W czerwcu można było zresztą odpocząć od futbolu w rodzimym wydaniu i emocjonować się finałami mundialu we Francji. To były świetne mistrzostwa, do których mocno szykowali się gospodarze, a jej atmosferę podkreślały choćby świetne utwory francuskiego muzyka Jean Michela Jarre’a. Miejscowi byli do turnieju świetnie przygotowani zarówno pod względem sportowym, jak też i organizacyjnym. Mieli w swych szeregach niekwestionowaną gwiazdę czyli Zinedine Zidane’a, ale byli przecież także bramkarz Fabien Barthez, Laurent Blanc, Didier Deschamps, Youri Djorkaeff, Bixente Lizarazu, Marcel Desailly, Liliam Thuram, Emmanuel Petit i jeszcze wielu innych. Świetnie prezentowali się także młodsi gracze, wschodzące gwiazdy futbolu znad Sekwany jak Thierry Henry czy David Trezequet. Łezka w oku się kręciła, bo przecież jeszcze trzy lata wcześniej walczyliśmy z wieloma z nich w eliminacjach do Euro 1996 i mieliśmy dwukrotnie duże szanse na zwycięstwa… W finale Francuzi wypunktowali na Saint Denis w Paryżu broniącą mistrzowskiego tytułu Brazylię 3:0. Ich wygrana nie podlegała dyskusji. Z francuskich boisk zapamiętałem też właśnie rewelacyjnych Chorwatów, którzy w kwietniu dali lekcję naszej reprezentacji, zaś dwa miesiące później zajęli trzecie miejsce na świecie! Po drodze pokonali między innymi mistrzów Europy Niemców w ćwierćfinale 3:0! W półfinale ulegli Francuzom 1:2, by wreszcie w potyczce o trzecie miejsce pokonać w takich samych rozmiarach Holandię. Były to pierwsze w historii mistrzostwa z udziałem 32 zespołów. Dla nas pocieszający mógł być fakt, że znacznie słabiej niż cztery lata wcześniej wypadli w mundialu Bułgarzy. Tym razem odpadli oni z rywalizacji w grupie, zbierając na koniec tęgie lanie 1:6 od Hiszpanii. Właśnie z ekipą z Bałkanów mieliśmy za nieco ponad dwa miesiące zacząć walkę w eliminacjach do Euro 2000. 

Można powiedzieć, że latem nasza reprezentacja jakby odrobiła pracę domową wyciągając wnioski z kilku potknięć w pierwszej połowie roku. W sierpniowych spotkaniach towarzyskich ekipa Wójcika pokonała na wyjeździe Ukrainę 2:1 (po bramkach Mirosława Trzeciaka i Sylwestra Czereszewskiego) i wzięli rewanż na Izraelu, ogrywając go w Krakowie 2:0 (Trzeciak, Rafał Siadaczka). Z optymizmem mogliśmy więc zaczynać eliminacje, bynajmniej większym niż w przypadku kwalifikacji do finałowych turniejów w latach poprzednich. Na początku września czekała nas wyprawa do bułgarskiego Burgas. Kibice byli zdegustowani, gdyż pojawiły się problemy z zakupem praw do transmisji dla Telewizji Polskiej i mecz można było obejrzeć w prywatnej, kodowanej stacji. Ot, taki to był przedsmak realiów zbliżającego się wielkimi krokami XXI wieku. Nie było mi więc dane obejrzeć tego spotkania na szklanym ekranie, pozostało z wypiekami na twarzy słuchać transmisji radiowej. Znajdujący się w kryzysie Bułgarzy byli mimo wszystko “papierowymi” faworytami konfrontacji. Wszak to oni mieli za sobą grę w ostatnich dwóch mistrzostwach świata oraz mistrzostwach Europy i w składzie, oprócz Christo Stoiczkowa, zawodników, którzy znali się na piłkarskim rzemiośle. Polacy kompletnie jednak zaskoczyli gospodarzy, już po 48 minutach prowadzili 3:0 (do przerwy 2:0). Dwa celne trafienia zanotował Sylwester Czereszewski, znany wcześniej z ligowych boisk i występów w Stomilu Olsztyn czy potem Legii Warszawa. Raz do siatki Bułgarów trafił Tomasz Iwan. To biało-czerwoni byli w Burgas niczym bokser punktujący atakującego “na ślepo” przeciwnika. Po przerwie kontrolowali przebieg spotkania i nie pozwolili sobie zrobić krzywdy. Mieliśmy trzy punkty i trzy gole na inaugurację eliminacji. W kraju zapanowała niemal euforia. Bułgarzy byli jednak wówczas wyżej notowani od nas, więc wygrana na ich gorącym terenie miała jednak swoją wymowę. Byliśmy na fali i miesiąc później przy Łazienkowskiej pewnie pokonaliśmy słabiutki Luksemburg 3:0 (2:0), gole uzyskali Jerzy Brzęczek, Andrzej Juskowiak i Trzeciak. Po przerwie zanosiło się na wysokie zwycięstwo. Oceniający ten mecz w studiu telewizyjnym Wojciech Łazarek, były selekcjoner reprezentacji zdobył się nawet na oryginalną przepowiednię, że “w drugiej połowie Luksemburg pęknie jak purchawa”. Popularny “Baryła” słynął zresztą z kwiecistych powiedzonek. Ostatecznie skończyło się na trzech strzelonych bramkach. Zgrzytem był tylko fakt, że nasi reprezentanci wystąpili w tym meczu w czarnych koszulkach. 
To było jedno z dziwactw organizacyjnych, jakie zdarzały się w naszej kadrze właśnie w latach 90. Ostatecznie jednak sprawę koloru koszulek przykryły świetne wyniki i udany początek eliminacji. Po dwóch seriach spotkań mieliśmy na koncie sześć punktów i prowadziliśmy w grupie!
Zimę można było wreszcie spędzić w optymistycznym nastroju. Bardziej na przykład niż przygotowania do studniówki (czas mijał i dotarłem już do klasy maturalnej) moją uwagę przykuwały przygotowania reprezentacji do tej arcyważnej wiosny. W zimowych, towarzyskich starciach biało-czerwonym wiodło się w przeszłości różnie. Nie licząc remisu z Hiszpanią 1:1 w 1994 roku raczej nie było się czym pochwalić. Inna sprawa, że te sparingi, rozgrywane gdzieś w ciepłych krajach raczej szybko szły w zapomnienie. Tym razem podopieczni Wójcika udali się na Maltę. Najpierw wymęczyli zwycięstwo nad gospodarzami 1:0 po golu Tomasza Kłosa w ostatniej minucie, a kilka dni później, także na Malcie, zremisowali z Finlandią 1:1. Co ciekawe, w tym drugim pojedynku historycznego wyczynu dokonał Kowalczyk. Na początku spotkania głową wpakował piłkę do bramki Skandynawów, tym samym zdobywając tysięcznego gola dla reprezentacji Polski w historii jej występów na międzynarodowych boiskach. Szybko objęliśmy prowadzenie, ale po dwudziestu minutach Finowie wyrównali i na tym skończyły się emocje. Ostatni test-mecz zaliczyliśmy na początku marca, już na swoim terenie. Pokonaliśmy skromnie Armenię 1:0 na stadionie Legii. Bramkę uzyskał Trzeciak. 
 
Zarówno Wójcik jak też jego podopieczni i kibice już zacierali ręce na zbliżające się mecze z Anglią oraz Szwecją. Te potyczki miały zweryfikować możliwości drużyny. Najpierw czekała nas wizyta na Wembley. Selekcjoner postanowił zagrać asekurancko, przede wszystkim z myślą, aby pilnować własnej bramki. Dlatego też większość zawodników, jacy znaleźli się w wyjściowym składzie, to nominalni gracze defensywni - dwóch stoperów Tomasz Łapiński i Jacek Zieliński oraz Jacek Bąk, także środkowy obrońca, którego Wójcik wystawił na Wembley jako defensywnego pomocnika. Wójcik zaskoczył, bo na ławce rezerwowych posadził nasze najgroźniejsze, jak wydawało się wówczas, “żądła” czyli Juskowiaka i Kowalczyka! Straszyć Anglików miał Trzeciak, wspierany przez prawoskrzydłowego Tomasza Iwana i ofensywnego pomocnika Jerzego Brzęczka. W praktyce wybitnie defensywna taktyka wzięła w łeb, bo już po 22 minutach gospodarze prowadzili 2:0 po golach Paula Scholesa. O ironio, przed meczem mogliśmy obawiać się największego zagrożenia ze strony Alana Shearera czy Davida Beckhama, a tymczasem skarcił nas jeden z najmniejszych zawodników na boisku. Nadzieje odżyły w 28 minucie, kiedy lewym skrzydłem szarpnął Trzeciak, wycofał piłkę do Brzęczka, a ten ładnym uderzeniem przy słupku zmusił do kapitulacji Davida Seamana. Jeszcze nie wszystko było stracone. 
Niestety, w drugiej połowie po raz trzeci do bramki Adama Matyska trafił Scholes, wtedy as atutowy Manchesteru United. Niski wzrostem, ale w polu karnym oszukiwał rosłych polskich defensorów… Podopieczni Kevina Keegana wygrali 3:1 i to był pierwszy znak ostrzegawczy, że tak łatwo w tych eliminacjach to my jednak sobie nie poradzimy.
Cztery dni później, już przed własną publicznością, żywiołowo dopingującą Polaków na Stadionie Śląskim w Chorzowie, zagraliśmy ze Szwecją, po Anglikach kolejnym faworytem grupy. Dobrze zorganizowany, konsekwentnie i twardo grający Skandynawowie byli tego dnia jak bokser, który punktuje miotającego się przeciwnika. W ich szeregach występowało zresztą wielu piłkarzy, zdobywających trzecie miejsce w mundialu pięć lat wcześniej w USA. Spotkanie zaczęło się dla nas nawet obiecująco, szansę na gola miał Tomasz Wałdoch, ale źle uderzył piłkę głową i skończyło się na strachu Szwedów. Plan diabli wzięli w 36 minucie. Piłkę w środku pola stracił Brzęczek, potem przez prawie pół boiska gonił Fredrika Ljungberga, bezskutecznie na końcu próbując złapać go za koszulkę. Szybki skrzydłowy Szwecji czubkiem buta skierował piłkę między nogi naszego bramkarza Kazimierza Sidorczuka, ta wturlała się do siatki. Przez ponad godzinę gry biliśmy głową w mur, ale tak naprawdę Szwedzi nie stracili ani na moment kontroli nad tym, co działo się na murawie Śląskiego. Ostatecznie zwyciężyli skromnie, ale zasłużenie 1:0. Dla Brzęczka był to  w ogóle jeden z ostatnich meczów w reprezentacji, natomiast ostatni dla Kowalczyka. Co ciekawe, “Kowal” są przygodę w kadrze zaczął osiem lat wcześniej, także w pojedynku ze Szwecją. Teraz, w ciągu raptem czterech dni ponieśliśmy dwie porażki z silnymi przeciwnikami, spadliśmy z pierwszego na trzecie miejsce w tabeli. Nie wszystko było jeszcze stracone, choć te dwa miały jednak kolosalne znaczenie dla późniejszego układu sił w grupie. 

Na kolejną potyczkę o punkty trzeba było czekać ponad dwa miesiące. Wcześniej, bo pod koniec kwietnia w Warszawie podejmowaliśmy towarzysko Czechów i zwyciężyliśmy 2:1 (1:0) po celnych trafieniach Trzeciaka oraz artura Wichniarka. W tym czasie u mnie działy się ważne rzeczy w życiu. Pomyślnie zdałem maturę z języka polskiego i historii (do dziś dziękuję Opatrzności i ówczesnemu ministrowi edukacji za to, że w 1999 roku nie wprowadził obowiązkowego egzaminu z matematyki - byłoby ciężko…) i w maju podjąłem decyzję, że będę studiował dziennikarstwo w Wyższej Szkole Dziennikarskiej imienia Melchiora Wańkowicza w Kielcach. Tak się jakoś to ułożyło, choć jeszcze w szkole średniej mocno zastanawiałem się, czy studiować czy jednak szukać od razu roboty. Idąc na studia zaoczne nie zamykałem sobie i drugiej możliwości. 

Reprezentację Polski na początku czerwca czekały dwa pojedynki, choć nieco łatwiejsze od tych marcowych. Najpierw w Warszawie czekał ją rewanż z Bułgarami. Przed spotkaniem nastąpiło oberwanie chmury, boisko było grząskie i w czasie gry sporo było w nim przypadku. Nie zmienia to jednak faktu, że biało-czerwoni spisali się lepiej i zatarli nieco niekorzystne wrażenie po wcześniejszych pojedynkach. Wygrali 2:0 (1:0) po golach Tomaszów - Hajty oraz Iwana. Co ciekawe, mecz ten odbył się 4 czerwca, dokładnie dziesięć lat po wolnych wyborach w Polsce i także symbolicznym upadku komunizmu. Bułgarzy, nasi rywale, już wtedy znajdowali się w kryzysie, nowe pokolenie piłkarzy okazało się jednak słabsze od tego, które brylowało w mistrzostwach świata w 1994 roku. Sam Christo Stoiczkow nie mógł meczów wygrywać… Bałkańska drużyna na długie lata pogrążyła się potem w letargu. Biało-czerwoni, podbudowani tym zwycięstwem pojechali pięć dni później na rewanż, tym razem do Luksemburga. Nie oglądałem tego spotkania bezpośrednio, bo akurat wtedy świętowałem z klasą pomyślne zdanie matury i dopiero drugiego dnia obejrzałem powtórki. Dziwne to było spotkanie, do 70 minuty pod naszą kontrolą. Prowadziliśmy 3:0, gole strzelili Rafał Siadaczka, Artur Wichniarek oraz Iwan. W końcówce spoczęliśmy na laurach i amatorzy z Luksemburga nieoczekiwania uzyskali dwie bramki. Sami na własne życzenie zafundowaliśmy sobie nerwówkę, choć ostatecznie wygraliśmy 3:2 i zainkasowaliśmy komplet punktów. - Może i dobrze, że tego nie oglądałem, oszczędziłem sobie nerwów - pomyślałem sobie, kiedy w głowie jeszcze huczało mi po niedawnej imprezie. Ozdobą spotkania na pewno była bramka pochodzącego z Radomia Siadaczki. Uderzył pięknie z ponad 20 metrów, co ciekawe - prawą nogą, choć słynął z mocnej lewej. 
Nadzieje odżyły, w ciągu kilku dni wzbogaciliśmy się o sześć punktów i ponownie znaleźliśmy się na drugim miejscu w tabeli. Gdzieś z tyłu głowy kiełkowała myśl, że wystarczy zmobilizować się jeszcze tylko na ostatnie, jesienne pojedynki z Anglikami u siebie oraz Szwedami na wyjeździe i odrobić to, co straciliśmy z nimi w marcu. W teorii proste, prawda?
Latem 1999 roku nie brakowało piłkarskich emocji na naszym boisku pod lasem. Wtedy po raz pierwszy zagraliśmy z chłopakami z pobliskich Kopci. Stanowili zgraną paczkę na murawie i poza nią. Kilka razy powalczyliśmy, pamiętam, że sporo problemów sprawiał mi zwłaszcza niski, krępy, nieco starszy zawodnik, który miał ksywkę “Tołdi”. W jednym z meczów nawet mocniej się starliśmy, nie szczędząc sobie ostrych słów. Po spotkaniu jednak wszystko było ok, nikt nie miał do nikogo żalu. Po prostu, męska walka. Ów rywal z Kopci sposobem gry przypominał mi nieco… Pedro Munitisa, reprezentanta Hiszpanii, który dał się we znaki naszym piłkarzom w trakcie towarzyskiej potyczki w Warszawie. Ten sparing przegraliśmy 1:2 (gola dla Polski zdobył Hajto). Dla Hiszpanów trafiali Fernando Morientes i wspomniany Munitis. Była to próba generalna przed rewanżem z Anglikami, który także odbył się na stadionie przy Łazienkowskiej. Lekcja, z której wyciągnęliśmy wnioski, bo przeciwko Wyspiarzom zagraliśmy w końcu na “zero z tyłu”. Niestety, w ofensywie także. Potyczka z Anglią była bardzo emocjonująca, obfitowała w walkę, prezentowaliśmy się lepiej niż w marcu na Wembley. Szwankowała jednak skuteczność w decydujących momentach, najlepsze dwie okazje zmarnował Radosław Gilewicz, wtedy czołowy napastnik ligi austriackiej. Anglicy kończyli mecz w dziesiątkę, gdyż czerwoną kartkę za brutalny faul na Radosławie Michalskim ujrzał David Betty - typ boiskowego zawadiaki. Po bardzo dobrym pojedynku, w mojej ocenie, jednym z lepszym w wykonaniu reprezentacji za kadencji Wójcika, czuć było niedosyt, bo wygrana z renomowanym przeciwnikiem była w zasięgu… Nadal jednak pozostawaliśmy w walce o awans do finałów Mistrzostw Europy w Belgii i Holandii. Przed ostatnią kolejkę spotkań mieliśmy na koncie tyle samo punktów co Anglicy (13). Szwedzi mieli dziewiętnaście “oczek” i już zapewnione bilety na Euro. Tak się złożyło, że eliminacje skończyliśmy właśnie z potyczce z “Trzema Koronami” na Rasundzie w Sztokholmie. 
Anglicy byli wyżej w tabeli, gdyż mieli lepszy bilans bezpośrednich spotkań z nami. Oni jednak zmagania w grupie zakończyli w Warszawie i musieli liczyć tylko na wygraną Szwedów. Nam wystarczał jeden punkt i mielibyśmy drugie miejsce na finiszu, co za tym idzie zapewnioną grę w barażach o finały mistrzostw starego kontynentu.
9 października 1999 roku przejdzie do tej niechlubnej historii polskiej piłki nożnej, jako kolejny dzień, kiedy straciliśmy historyczną szansę. Przez 64 minuty meczu w Sztokholmie mieliśmy bezbramkowy remis, cel był jak najbardziej w zasięgu. Niestety, inne zdanie miał w tym temacie supersnajper Szwedów Kennet Andersson, który wykorzystał prostopadłe podanie od jednego ze swych kolegów i pewnie strzelił obok Matyska. Przegrywaliśmy 0:1 i sytuacja zaczęła się komplikować. Losy meczu mógł odwrócić jeszcze Paweł Kryszałowicz, napastnik, który dopiero zaczynał swą reprezentacyjną przygodę. Z ostrego kąta trafił jednak w boczną siatkę. Ruszyliśmy do odrabiania strat, ale w ostatnich sekundach dobił nas Henrik Larsson. Porażka 0:2 oznaczała koniec nadziei na baraże i zarazem pracy Janusza Wójcika na selekcjonerskim stanowisku. Długo nie mogłem dojść do siebie. - Jak mogliśmy wypuścić taką szansę z rąk, w meczu z przeciwnikiem, który grał już tylko o pietruszkę… - zastanawiałem się. Zmarnowaliśmy wielką szansę. 
PIOTR STAŃCZAK 

W NASTĘPNYM ODCINKU - 2 WRZEŚNIA: 
Razem z Kazikiem liczę minuty bez gola * Kijów na dobry początek * Narodził się Kałużny, narodziła się drużyna * 1 września złapały mnie drgawki!  

W POPRZEDNIM ODCINKU: 
 
KSIĄŻKĘ "NA BIAŁO-CZERWONYM SZLAKU" JAKO EBOOK ZNAJDZIECIE TUTAJ

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dawne piłkarskie gwiazdy zagrają dla chorego Tymusia w Grodzisku Mazowieckim

PIŁKA NOŻNA. Trwa już odliczanie do charytatywnego turnieju na rzecz chorego Tymusia, który odbędzie się 27 stycznia 2024 roku w Grodzisku Mazowieckim koło Warszawy. Wystąpi między innymi Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. 

Euro 2024. Pierwszy trener Kacpra Urbańskiego zapewnia: jeszcze będzie o nim głośno! (WIDEO)

PIŁKA NOŻNA. Przed nami finały Mistrzostw Europy 2024 w Niemczech. W kadrze reprezentacji Polski znalazł się niespełna 20-letni Kacper Urbański, wychowanek Lechii Gdańsk, obecnie zawodnik włoskiego klubu FC Bologna. Młodego piłkarza wspomina jego pierwszy trener - Grzegorz Grzegorczyk z Akademii Piłkarskiej Lechii Gdańsk. 

Ryszard Staniek ciężko chory! Medalista olimpijski z Barcelony potrzebuje pomocy

PIŁKA NOŻNA. Ryszard Staniek, były piłkarz reprezentacji Polski oraz m.in. Górnika Zabrze i Legii Warszawa, uczestnik Ligi Mistrzów, jest ciężko chory. Ruszyła zbiórka pieniędzy na jego leczenie, rehabilitację oraz zakup samochodu. Liczy się każda złotówka!