Przejdź do głównej zawartości

Wojciech Kowalczyk o igrzyskach w Barcelonie: chciałem strzelać gole tylko na Camp Nou!

Wojciech Kowalczyk był jednym z bohaterów igrzysk olimpijskich w Barcelonie. Dokładnie 30 lat temu, 5 sierpnia 1992 roku nasza młodzieżowa reprezentacja rozgromiła w półfinale Australię 6:1, zaś trzy dni później w finale turnieju uległa Hiszpanii 2:3. Jak popularny "Kowal" wspomina tamtą imprezę? 
Wojciech Kowalczyk podczas tegorocznej wizyty w swym dawnym klubie - hiszpańskim Realu Betis Sewilla. Foto Twitter/Wojciech Kowalczyk
 
 
Zanim odbyły się pamiętne igrzyska, był pan już zawodnikiem dobrze znanym i to nie tylko w Polsce, mającym za sobą słynne bramki w meczach Legii Warszawa z Sampdorią Genua i Manchesterem United w półfinale Pucharu Zdobywców Pucharów. Do kadry olimpijskiej trafił pan nieco później, jako jeden z młodszych piłkarzy. 
- Jesienią 1990 roku byłem jeszcze piłkarzem Poloneza Warszawa. Kiedy w listopadzie przechodziłem do Legii, reprezentacja olimpijska miała już za sobą pierwsze mecze eliminacji do młodzieżowych mistrzostw Europy i zarazem igrzysk. Janusz Wójcik posiadał już wykrystalizowany skład. Ja dołączyłem do drużyny wiosną 1991 roku. Wiadomo, jeśli nagle pojawia się na boiskach dziewiętnastolatek, który strzela gole przyszłemu mistrzowi Włoch, to trudno, aby trener go nie zauważył. Pamiętam, że w Łodzi, na stadionie ŁKS-u graliśmy mecz eliminacyjny z Turcją i to było moje pierwsze zgrupowanie z reprezentacją olimpijską, która już biła się o awans do igrzysk. W tamtym meczu wszedłem na boisko na ostatnie trzy lub cztery minuty, zaliczyłem debiut i stałem się częścią tego zespołu. Razem z Piotrkiem Świerczewskim, Radkiem Majdanem, Arkiem Onyszko byłem jednym z młodszych zawodników tej kadry.  
Wójcik stworzył mocną drużynę z młodych piłkarzy, którzy na co dzień w polskich klubach, rywalizowali ze sobą. Dziś o nim krążą wspomnienia, dużo jest legend, ale i prawdy, natomiast jak pan zapamiętał tego trenera? Pytam, zdając sobie jednocześnie sprawę, że temat trenera Wójcika, tego, jak was motywował, to prawdziwa "rzeka". 
- Przede wszystkim nie dawał sobie w kaszę dmuchać. Nie było więc zawodnika, który mógłby mu podskoczyć. Być może dlatego wybrał kapitanem drużyny Jurka Brzęczka, najbardziej spokojnego spośród nas. On był taką prawą ręką trenera. Każdy z nas miał w nogach mnóstwo meczów na podwórku w dzieciństwie, potem odgrywaliśmy czołowe role w klubach. Wystarczy tylko przeanalizować ówczesne składy drużyn ligowych. Tomek Łapiński czy Marek Bajor byli podporą Widzewa Łódź, Tomasz Wałdoch, Rysiek Staniek i Darek Koseła Górnika Zabrze, Jurek Brzęczek i Grzesiek Mielcarski Olimpii Poznań, ja w Legii Warszawa, Andrzej Juskowiak w Lechu Poznań, Darek Adamczuk w Pogoni Szczecin. Nawet Piotrek Świerczewski, mimo młodego wieku, miał silną pozycję w GKS Katowice, podobnie jak Marcin Jałocha w Wiśle Kraków. To tylko część naszej kadry, wszyscy występowaliśmy w podstawowych składach w swoich klubach. Juskowiak czy Mirek Waligóra z Hutnika Kraków byli królami strzelców naszej ligi. Wójcik powoływał więc najlepszych, a dwa - nikt nie grzał ławy w lidze. Już dzięki temu miał ułatwione zadanie budując drużynę na olimpiadę. Wszyscy byliśmy wybiegani, wytrenowani, dobrze przygotowani kondycyjnie, fizycznie i technicznie. 
"Wujo" był kawałem skur... Kiedy komuś się należało, potrafił nas mocno opierdzielić, bez względu na to, czy to był Juskowiak, Kowalczyk czy ktoś inny. Może mniej dostawało się Brzęczkowi (śmiech).  
Pan był jednym z faworytów trenera Wójcika, na których konsekwentnie stawiał. 
- Tak, byłem uważany za jednego z ulubieńców "Wuja", ale niejednokrotnie ochrzanił także i mnie. Kiedy na przykład na treningu strzelałem na bramkę lekko, tak zwanym "pasem", to mimo, iż piłka wpadła do siatki, krzyczał, że powinienem huknąć niczym z armaty, żeby bramkarz się przestraszył i uciekł (śmiech). Taki był, z drugiej strony potrafił stworzyć atmosferę, wkręcić nas w nią, z drugiej strony nie chodził, nie pilnował nas nocami. Kiedy trzeba było wyjść całą drużyną, to się wychodziło, oczywiście w odpowiednim momencie i nie byliśmy za to jakoś karani. To na pewno nas scaliło, treningi były ciężkie, ale i świetne zarazem. Efekty przychodziły zresztą na boisku, wiedzieliśmy, co mamy robić. 
Z drugiej strony mogliście liczyć także na Fundację Olimpijską, dzięki której mieliście zapewnione bardzo dobre jak na ówczesne czasy, warunki przygotowań. Pod wieloma względami lepsze niż pierwsza reprezentacja kraju.
- Pamiętam, że już po meczach Legii z Manchesterem United, wiosną 1991 roku polecieliśmy na spotkanie eliminacyjne z Irlandią. Skład grup był taki sam, jak w przypadku dorosłej kadry, więc pierwsza reprezentacja także wybrała się do tego kraju. Co się okazało - dorośli kadrowicze zatrzymali się w normalnym, nazwijmy to tak, hotelu, zaś my w jakimś pałacyku w pięknym miejscu. Oczywiście dostawaliśmy premie od PZPN, ale dodatkowe pieniądze za mecze eliminacyjne oraz igrzyska mieliśmy od pana Zbigniewa Niemczyckiego, który tworzył tę fundację. Przed turniejem w Barcelonie polecieliśmy na zgrupowanie do Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Na trzy tygodnie. Kto z ówczesnych piłkarzy nie chciałby udać się na taki obóz?
Machina zacięła się tymczasem w marcu 1992 roku, kiedy ważyły się losy tego, kto zagra w igrzyskach w Barcelonie. Z nadzieją jechaliście do Danii, tymczasem wszystko zakończyło się klapą 0:5. Pana koledzy z dawnej olimpijskiej różnie tłumaczą powody tamtej porażki, a to może zbytnią pewnością siebie, to znów niefortunnym terminem meczu, bo początek marca rzadko kiedy jest dla naszego piłkarstwa szczególnie udany. Jak pan wytłumaczy tamtą porażkę w Aalborgu? 
- Nie doszukiwałbym się jakichś powodów w samym terminie. Duńczycy także byli na podobnym etapie rozgrywek co my. Na boisko wyszły dwie równorzędne drużyny, ale potem "złapali nas" na początku, objęli prowadzenie, kontuzję odniósł nasz bramkarz Aleksander Kłak i musiał zastąpić go najmłodszy w kadrze Arek Onyszko. Świetnie grali w powietrzu, mocno nas cisnęli. Już do przerwy prowadzili 5:0 i tak naprawdę było po zawodach. Po zmianie stron już nie straciliśmy gola, próbowaliśmy jeszcze powalczyć, ale tamtego dnia nic nam się nie udawało. To był najgorszy mecz w dziejach tamtej reprezentacji olimpijskiej. Ja występując w tej drużynie doznałem tylko dwóch porażek - tej w Danii oraz w finale igrzysk przeciwko Hiszpanom. Na szczęście komplet zwycięstw w grupie eliminacyjnej sprawił, że nawet remis 1:1 z Danią u siebie w Zabrzu już dał nam ten awans. 
Igrzyska rozpoczęliśmy od zwycięstwa z Kuwejtem 2:0. Mecz bez większej historii, najważniejsze było zwycięstwo na otwarcie turnieju. 
- Tak naprawdę to możemy sobie dopisać różne historie związane z tamtym pojedynkiem. Odbył on się w Saragossie, jeszcze przed oficjalnym rozpoczęciem igrzysk. Wszyscy chcieli wziąć udział w tej uroczystości w Barcelonie, choćby po to, aby zobaczyć na własne oczy słynny koszykarski dream team z USA. Po meczu z Kuwejtem wracaliśmy więc szybko na ceremonię otwarcia. A mecz? Przede wszystkim wtedy swoją historię zaczął pisać Andrzej Juskowiak, zdobywając dwa gole. Tak zapoczątkował marsz po koronę króla strzelców igrzysk. Graliśmy w roli faworyta, ale to była jednak duża niewiadoma, Kto w tamtych latach obserwował mecze młodzieżówki Kuwejtu czy Kataru? Człowiek nie wiedział kompletnie, co oni grają. Mogliśmy wygrać wyżej, ale szansy na 3:0 nie wykorzystał Mirek Waligóra, który zmarnował rzut karny i więcej już na igrzyskach nie zagrał. Darek Gęsior również wypadł z podstawowego składu, w jego miejsce wskoczył Marcin Jałocha. Mecz można podsumować krótko - Kuwejt był słaby, krzywdy nam nie zrobił, a my byliśmy nieskuteczni, bo mogliśmy zwyciężyć wyżej. 
Drugie spotkanie przeciwko Włochom to już całkiem inna historia. Choć nie bezpośrednio, to jednak zwycięstwo 3:0 nad faworytem igrzysk otworzyło wam już wtedy drogę do medalu. Wynik poszedł w świat, ale i styl był znakomity. 
- Tak naprawdę był to najważniejszy mecz, jeśli weźmiemy pod uwagę późniejszy awans do strefy medalowej. Druga drużyna z naszej grupy w ćwierćfinale od razu trafiła na Hiszpanię. Drabinka turnieju była tak ułożona, aby gospodarze zmierzyli się z Włochami dopiero w finale na Camp Nou. Italia tuż przed igrzyskami zdobyła młodzieżowe mistrzostwo Europy. 
Włosi zakładali, że zdobędą pierwsze miejsce. My mieliśmy wyjść z grupy z drugiego, ale wiadomo, z czym to się wiązało - grą przeciwko Hiszpanii w ćwierćfinale, co byłoby dla nas bardzo ciężkim zadaniem. 
Równie dobrze mogliśmy wtedy w Walencji dostać w pysk i pożegnać się z turniejem. Na szczęście postaraliśmy się o inny scenariusz wydarzeń od tego, na który czekali Włosi.
Victoria 3:0 nad Italią to był najlepszy mecz w historii tamtej reprezentacji olimpijskiej? 
- Kilka dni wcześniej męczyliśmy się trochę z Kuwejtem, a przeciwko Włochom pokazaliśmy wszystko, co mieliśmy wówczas najlepsze. Oczywiście weźmy pod uwagę, że mecz zaczął się dla nas kapitalnie. W czwartej minucie Juskowiak wykończył świetną akcję Marka Koźmińskiego. Objęliśmy prowadzenie i mogliśmy nastawić się na kontry, które były naszą największą siłą. W to nam graj! Włosi z biegiem czasu stawali się coraz bardziej nerwowi, najpierw dostali jedną czerwoną kartkę, potem drugą. Powiem tak, gdyby Grzesiek Mielcarski miał nawet "pół swojego dnia", to mógł ustrzelić wtedy hattricka. Ostatecznie zdobył gola na 3:0 (drugą bramkę uzyskał Ryszard Staniek - przyp. autora). To było więc najważniejsze spotkanie na drodze do medalu, choćby z tego względu, że "uciekliśmy" od Hiszpanów aż do samego finału. Nawet, gdyby Włosi wyeliminowali gospodarzy w ćwierćfinale, to my już ich znaliśmy, wiedzieliśmy, że są do ogrania. To oni mieli więc problem, nie my. Mecz z Italią rozegraliśmy na stadionie Espanyolu Barcelona, na trzeci w grupie przeciwko Stanom Zjednoczonym znów musieliśmy wracać do Saragossy. 
Potyczka z USA zakończyła się remisem 2:2. Analizowałem kiedyś skład Amerykanów z tamtego pojedynku i co ciekawe, wielu z nich dwa lata później wystąpiło jako gospodarze mundialu w swojej pierwszej reprezentacji. 
- Proste błędy sprawiły, że straciliśmy wtedy dwa gole. To był na pewno przeciwnik groźny, silniejszy od Kuwejtu, ale także niewiele o nim wiedzieliśmy. Oglądaliśmy na wideo mecze ich olimpijskich drużyn z poprzednich igrzysk. Takie były czasy, nie obejrzałeś na You Tube swojego rywala, a nikt z PZPN nie zgodziłby się na to, aby wysyłać kogoś ze sztabu, by ten oglądał jakiś sparing młodzieżówki USA. W ogóle to warto wspomnieć, że w igrzyskach, oprócz Włochów i Hiszpanów, mierzyliśmy się z samymi egzotycznymi dla nas przeciwnikami - Kuwejt, USA, Katar, Australia. Już wtedy mieliśmy w ofensywie taką taktykę, że pracujemy dla Andrzeja, aby strzelał gole i zdobył tytuł najlepszego snajpera. Ja zacząłem trafiać do bramek rywali dopiero później. 
Właśnie, tu pan uprzedził moje następne pytanie. Nie przeszkadzało panu gdzieś wewnętrznie, że jako czołowy napastnik reprezentacji po fazie grupowej miał pan zerowy dorobek strzelecki. 
- Satysfakcję sprawiało mi, że pracuję dla drużyny, dla kumpla z zespołu, walczącego o koronę. Fakt, Wójcik czasem marudził, mówił mi "po to wpuszczam cię na boisko, abyś strzelał gole". To była jednak tylko taka "wujowa mobilizacja".
Czemu ich nie zdobywałem? Bo chciałem to robić na Camp Nou (śmiech). Kiedy wiedziałem, że kolejne nasze mecze będziemy rozgrywali na tym legendarnym stadionie, to wtedy zacząłem trafiać do siatki. Najlepsze było dopiero przede mną.
Pierwszą bramkę uzyskałem w ćwierćfinale, kiedy pokonaliśmy Katar 2:0 (drugi gol był dziełem Marcina Jałochy - przyp. autora). Wtedy napastnik Kowalczyk wreszcie się odblokował. Ja wiedziałem, że prędzej czy później to nastąpi w tym turnieju. Najbardziej odetchnął chyba trener Wójcik (śmiech). 
W półfinale rozgromiliście Australię 6:1, polska kontra okazała się dla tego przeciwnika zabójcza, zaś pan z Juskowiakiem daliście prawdziwy popis. 
- Strzeliłem dwa gole, asystowałem przy bramce Andrzeja na 2:1. Czwarta bramka to też moja zasługa, chciałem podać do Juskowiaka, który miał przed sobą pustą bramkę i pewnie trafiłby do siatki i miał na koncie o tego jednego gola więcej, ale podanie przeciął Australijczyk. Tak to zrobił, że strzelił samobója. Szczególnie po przerwie każde nasze szybkie wyjście z kontratakiem oznaczało duże kłopoty przeciwnika. Co akcja, to padał gol! W pewnym momencie to już była taka zabawa, graliśmy na luzie, wiedzieliśmy, że najważniejsze będzie już tylko starcie z Hiszpanią w finale. 
Co ciekawe, bramki na 1:0 przeciwko Australii i potem Hiszpanii, jakie pan zdobył, były niemal identyczne. Wywiera pan presję na obrońcy, przejmuję piłkę, wpada w pole karne i celnie strzela lewą nogą w długi róg. 
- Podobną strzeliłem także Katarowi. Te bramki były konsekwencją naszej zadziorności, gry pressingiem. Takie dostawaliśmy zadania i to realizowaliśmy. 
Był pan przekleństwem dla obrońców rywala. Niby wiedzieli, że Kowalczyk jest aktywny, schodzi raz do środka, potem na boki, dośrodkowuje, zalicza asysty, ale wielu nie potrafiło sobie z panem poradzić. Prezentował pan zupełnie inny styl gry niż Juskowiak, który świetnie odnajdował się w polu karnym przeciwnika. 
- Taki byłem od najmłodszych lat, nie tylko na igrzyskach. Czasem trenerzy mówili mi, że marnuję w ten sposób dużo sił, ale to był mój styl. Miałem na koncie dużo asyst, czy to w reprezentacji olimpijskiej czy Legii Warszawa, obok mnie w ataku grali natomiast zawodnicy potrafiący wykorzystywać podanie, w tym wiele moich. To były takie typowe "dziewiątki". 
Na igrzyskach, jak już wspominałem, kierowaliśmy najwięcej podań do Andrzeja, bo walczył o tytuł króla strzelców. Na pewno byłoby mu trudniej ten cel zrealizować, jeśli biegałby gdzieś w bocznych strefach boiska. Ja wbiegałem w pole karne przeciwnika ze skrzydeł, czasami, kiedy byłem rozpędzony, to także ze środka boiska po odbiorze piłki. Faktycznie, dla obrońców tego typu napastnik jest szalenie trudny do zatrzymania. Nie operuje tylko przy polu karnym, ale wyciąga rywala dalej i jeśli go zgubi, to już łatwiej przedostać się pod bramkę przeciwnika. Zresztą, jako reprezentacja olimpijska tworzyliśmy można powiedzieć zespół kompletny, na każdej pozycji, udział w zdobytych bramkach mieli też boczni obrońcy Darek Adamczuk czy Marek Koźmiński, skrajni pomocnicy - Rysiek Staniek i Piotrek Świerczewski, odbiór w środku pola i rozegranie zapewniali Marcin Jałocha oraz Jurek Brzęczek. Solidność w środku defensywny zapewniali Tomkowie Wałdoch i Łapiński, w bramce mieliśmy Alka Kłaka. Nie dziwię się Wójcikowi, że on tej jedenastki od pewnego momentu nie zmieniał, bo po prostu nie musiał tego robić. 
O finale przeciwko Hiszpanii można mówić godzinami. Zapewne wam i wielu kibicom do dziś szkoda tej porażki 2:3, bramki straconej w ostatniej minucie meczu. To będzie banalne pytanie - jak to jest zagrać w finale igrzysk olimpijskich na legendarnym stadionie Camp Nou, w obecności 115 tysięcy kibiców, w tym króla Hiszpanii? 
- Nie wiem, czy można mówić, że szkoda. Na pewno my żałowaliśmy, że nie doszło do dogrywki. Mieliśmy takie przeczucie, że Hiszpanie w końcówce już nie wytrzymywali trudów tego meczu. Na pewno towarzyszył im stres, oni byli faworytem, musieli zdobyć to złoto, a my byliśmy dla nich jakby tylko dodatkiem do całego widowiska. Czegokolwiek byśmy nie powiedzieli, oni jednak grali u siebie, przed rekordową widownią. Zresztą, ja i moi koledzy z reprezentacji też po raz pierwszy w życiu mieliśmy okazję wystąpić na Camp Nou przy takiej liczbie kibiców na trybunach. Bramka stracona w końcówce na pewno powoduje żal, smutek. Kiedy jednak później wyjdziesz spod prysznica, ponownie zjawisz się na stadionie, aby w czasie dekoracji odebrać medal, to już dociera do ciebie, że dokonałeś razem z drużyną czegoś wyjątkowego. Już po zwycięstwie nad Australią w półfinale wiedzieliśmy, że zapiszemy się w historii polskiej piłki.
Świętowanie olimpijskiego krążka w waszym wykonaniu także było huczne.
- Po meczu a jeszcze przed wylotem do kraju dostaliśmy trzy dni wolnego i po prostu poszliśmy balować. Odbywały się wprawdzie jeszcze jakieś spotkania organizacyjne, podziękowania w wiosce olimpijskiej, ale mieliśmy też czas dla siebie. Dostaliśmy tylko wytyczne - za trzy dni stawić się na miejscu, bo wracamy do Polski. Co ciekawe, w tym czasie zaczął się już nowy sezon w ówczesnej polskiej ekstraklasie. 
Nikt w PZPN, ustalając terminarz, nie wziął pod uwagę, że możemy zagrać w finale igrzysk! Nasi koledzy w klubach już walczyli o punkty, a my balowaliśmy (śmiech). Tak było, ale któż nie chciałby w życiu świętować zdobycia olimpijskiego medalu, zawiesić go na szyi, na Camp, w obecności rekordowej publiki. 
W składzie Hiszpanów nie brakowało już wtedy gwiazd. Czy któregoś z rywali finałowych zapamiętał pan szczególnie? 
- Powiem tak, w czasach, kiedy już występowałem w Betisie Sewilla, a po meczach zatrzymywaliśmy się w Madrycie, spotkaliśmy się w klubie, do którego chodziło wielu piłkarzy. Był Romek Kosecki, wtedy występujący w miejscowym Atletico, gracze hiszpańscy jak właśnie Solozabal, Kiko, Lopez, który kopał mnie po kostkach, kiedy zdobywałem bramkę w finale igrzysk. Tak sobie czasem w tej dyskotece wspominaliśmy nasz mecz na olimpiadzie. Był jeszcze Paqui, z którym występowałem w Las Palmas, choć on akurat nie załapał się do składu Hiszpanów na igrzyska. Przede wszystkim przez 2,5 roku w ataku Betisu grałem wspólnie z Alfonso Perezem, także złotym medalistą z Barcelony. Wiele razy rozmawialiśmy o finale olimpijskim. Mówił mi "my musieliśmy wtedy wygrać, wy nie". 
Po igrzyskach mieliśmy rozbudzone nadzieje. Janusz Wójcik nie otrzymał stanowiska selekcjonera pierwszej reprezentacji, został nim, ale dopiero pięć lat później. W dorosłym futbolu byli olimpijczycy nie zwojowali jednak tego, na co też kibice czekali - nie awansowaliście do finałów Mistrzostw Świata czy Europy. Lata 90. to czas przykrych porażek, przeplatany pojedynczymi dobrymi występami, które niczego nam nie dawały. Pana zdaniem dlaczego? 
- Wytłumaczenie według mnie jest łatwe, tyle, że nie wszyscy je kupują. Mówią, że to przez korupcję w polskiej piłce i tak dalej. Kiedy ja zaczynałem występy w pierwszej reprezentacji za czasów trenera Strejlaua, za grupowych rywali mieliśmy Holandię, Anglię, potem w kolejnych eliminacjach jeszcze Francję, Rumunię, mającą za sobą świetny występ na mundialu w USA. Grywaliśmy w eliminacjach z Włochami, za czasów selekcjonera "wuja" z Anglią i Szwecją. To były potęgi, a do finałów wielkich turniejów kwalifikowało się znacznie mniej drużyn niż obecnie. Czy dzisiejsza reprezentacja, gdyby trafiła w grupie na takie zespoły, awansowałaby na jakiś turniej? Wątpię. Nie pamiętam, abym w reprezentacji występował przeciwko San Marino czy Malcie albo Cyprowi. No, może najwyżej towarzysko, ale nie w meczach o punkty. Dziś ktoś strzeli gola Gibraltarowi i już aspiruje do roli gwiazdy. Taki "Gucio" Warzycha przed laty mógłby wbić takiemu zespołowi kilka bramek. Obecnie trafiamy w grupie na Albanię czy Węgry i już mamy problemy, żeby zająć drugie miejsce. W latach 90. na przykład mierzyliśmy się z Francją za czasów trenera Apostela. Nie przegraliśmy z nimi meczu, zwycięstwo nad Parc de Princess wymknęło się w końcówce. Kto przeciwko nam grał? Zidane, Deschamps, Dugarry oraz inni, cała plejada ówczesnych gwiazd. W tamtym okresie mieliśmy dobrych zawodników w reprezentacji, ale były zespoły od nas po prostu silniejsze, potęgi europejskie i światowe. Zróbmy dziś na przykład finały mistrzostw Europy z udziałem ośmiu zespołów, czy nawet szesnastu i przekonamy się, czy polska reprezentacja awansuje. Może być tak, że Robert Lewandowski i jego koledzy obejrzą mistrzostwa, ale tylko w telewizji. W europejskich pucharach wówczas Legia grała jak równy z równym z Sampdorią Genua, tak samo na przykład GKS Katowice z Bordeaux, dziś nasze kluby grają jak równy z równym, ale z Islandczykami. Tak to wygląda. 
Za czasów trenera Andrzeja Strejlaua zrezygnował pan z występów w reprezentacji Polski na znak protestu po tym, jak PZPN odebrał Legii mistrzowski tytuł w 1993 roku. Kiedy pan do kadry wrócił, to w kwestii eliminacji do Mistrzostw Świata wszytko było już "pozamiatane". Nie szkoda panu po latach tej decyzji? 
- Powiem tak - bardzo dobrze, że było "pozamiatane". Dlaczego miałbym pomagać ówczesnemu PZPN-owi, prowadzącemu tę reprezentację skoro pozbawił nas mistrzostwa Polski. Bezpodstawnie i bez żadnego dochodzenia. Działacze wymyślili sobie, że w ostatniej ligowej kolejce dwie drużyny ustawiły mecze (chodzi o Legię i ŁKS Łódź - przyp. autora), ale nie wzięli pod uwagę, że w tej lidze występowały inne drużyny ustawiające mecze i na tym skorzystał Lech Poznań, któremu przyznano tytuł. PZPN ogłosił, że "cała Polska widziała", ale śledztwa żadnego nie było. To równie dobrze należało ukarać wszystkie drużyny z ligi i nie przyznawać tytułu. Tak naprawdę chodziło o wojnę PZPN z Wójcikiem. Nie dostał od razu stanowiska selekcjonera pierwszej reprezentacji, potem, kiedy prowadził Legię, działacze związku też czekali tylko, aby go ukarać, bo go nie lubili. Ja natomiast nie chciałem reprezentować związku, w którym wtedy królowało fałszerstwo i korupcja. 
Na zakończenie zapytam o obecną reprezentację Polski. Szykujemy się do mundialu w Katarze. Jak pan ocenia nasze szanse w tym turnieju, już pomijając zamieszanie, jakie mieliśmy w ostatnich tygodniach w sprawie transferu Roberta Lewandowskiego z Bayernu do Barcelony. 
- Pozytywem może być trzeci mecz w grupie z Argentyną, o ile wygramy wcześniejsze dwa. Jeśli natomiast dojdzie do sytuacji, że pojedynek z tym zespołem będzie decydował o naszym wyjściu z grupy, to nie mamy takich szans. Nie ma co ukrywać, kluczowe może być zwycięstwo w pierwszym meczu. Kto wygra w pojedynku Polska - Meksyk, ten zapewne wyjdzie z grupy razem z Argentyną. Ta drużyna nie będzie się cackała, wygra wszystkie spotkania, bo ma świetnych zawodników i Leo Messiego, dla którego będzie na boisku pracowała reszta drużyny. Powiedzmy sobie jednak szczerze, nawet jeśli awansujemy z grupy, nie zagramy w tych mistrzostwach więcej niż cztery mecze. W następnym etapie czekają bowiem Duńczycy lub Francuzi, a oni są zdecydowanie poza naszym zasięgiem. 
Dziękuję za rozmowę. 
PIOTR STAŃCZAK 

Wojciech Kowalczyk (rocznik 1972) piłkarską karierę zaczynał w warszawskich klubach - Olimpii, potem w Polonezie a następnie w Legii. Przebojem wdarł się do tej ostatniej w ćwierćfinale Pucharu Zdobywców Pucharów przeciwko Sampdorii Genua. Zdobył dwa gole w rewanżowym spotkaniu w Genui, które zakończyło się remisem 2:2. W półfinale Legia odpadła z Manchesterem United, Kowalczyk strzelił bramkę w meczu na Old Trafford, który zakończył się remisem 1:1. W drużynie olimpijskiej pod wodzą Janusza Wójcika zadebiutował w 1991 roku, rok później zdobył z nią srebrny medal na igrzyskach w Barcelonie. Kowalczyk strzelił w tamtym turnieju cztery bramki, w tym jedną w finale przeciwko Hiszpanii (2:3). W pierwszej reprezentacji Polski występował w latach 1991-99, wystąpił w 39 spotkaniach, zdobył 11 goli. Jeśli chodzi o kluby - grał także w hiszpańskich klubach: Realu Betis Sewilla, Las Palmas, w 2001 roku ponownie wrócił do Legii, by potem wyjechać na Cypr. Tam reprezentował Anorthosis Famagusta oraz Apoel Nikozja. Mieszka na warszawskim Bródnie, obecnie jest ekspertem i komentatorem piłkarskich wydarzeń w serwisie internetowym Weszło oraz programie Kanał Sportowy. 
 
Skrót meczu Polska - Australia (6:1) w półfinale igrzysk olimpijskich w Barcelonie. 
 
Gole Wojciecha Kowalczyka w reprezentacji Polski w latach 1991-99.
 

 
 
 
POLECAM
 
 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dawne gwiazdy futbolu uświetnią 100-lecie Klubu Sportowego Warka. Będzie wielka feta

PIŁKA NOŻNA. Klub Sportowy Warka obchodzi 100-lecie istnienia. Wielka impreza jubileuszowa odbędzie się w sobotę 24 czerwca. Wśród uczestników jest Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. Jej mecz z oldbojami Warki komentować będzie Dariusz Szpakowski. 

Dawne piłkarskie gwiazdy zagrają dla chorego Tymusia w Grodzisku Mazowieckim

PIŁKA NOŻNA. Trwa już odliczanie do charytatywnego turnieju na rzecz chorego Tymusia, który odbędzie się 27 stycznia 2024 roku w Grodzisku Mazowieckim koło Warszawy. Wystąpi między innymi Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. 

Polska - San Marino 1:0. Zamiast pogromu był wstyd! Bacciocchi: to my po meczu dawaliśmy autografy

PIŁKA NOŻNA. 28 kwietnia minie dokładnie 30 lat od sławetnego meczu Polska - San Marino w eliminacjach do Mistrzostw Świata w USA. Tamto spotkanie, które biało-czerwoni wygrali 1:0 pokazało, że żadnego przeciwnika nie wolno lekceważyć przed pierwszym gwizdkiem. Choć brzmi banalnie, to nasi piłkarze boleśnie o tym się przekonali...