Przejdź do głównej zawartości

Henryk Apostel: najbardziej szkoda tych meczów z Francją. Zawsze czegoś nam brakowało...

Henryk Apostel prowadził piłkarską reprezentację Polski w latach 1993-95. Jego podopieczni w pewnym momencie byli blisko awansu do finałów Mistrzostw Europy w Anglii. Czego zabrakło w decydujących momentach eliminacji? O tym właśnie rozmawiałem z byłym selekcjonerem biało-czerwonych. 
Listopad 2021 roku, mecz Polska - Węgry w Warszawie. Henryk Apostel (drugi z lewej) z żoną Elżbietą Panas, znaną aktorką oraz byłymi reprezentantami kraju - Jerzym Dudkiem i Jackiem Krzynówkiem (z prawej). Foto prywatne

Przejmował pan reprezentację w bardzo trudnym momencie. Po pięciu z rzędu porażkach w eliminacjach do Mistrzostw Świata w USA kadra znalazła się w rozsypce. Pan jako nowy selekcjoner podjął się je odbudowy. Nie miał pan wątpliwości co do tej decyzji? Tym bardziej, że prowadził pan wtedy Górnika Zabrze, który aspirował do tytułu mistrza Polski. 
- W tamtym okresie kandydatów do objęcia stanowiska reprezentacji mimo wszystko nie brakowało, byli tacy, którzy do niego aspirowali. Ja do tej grupy nie należałem. Pracowałem w Górniku, w klubie mieliśmy już ambitne plany, runda jesienna układała się po naszej myśli. Dostałem tymczasem propozycję z Polskiego Związku Piłki Nożnej, porozmawiałem z jego ówczesnym prezesem Kazimierzem Górskim, który też pytał mnie, jaki mam pomysł na tę reprezentację. Zgodziłem się, choć równocześnie informowałem władze Górnika, że mam taką propozycję. Nie była to dla mnie łatwa decyzja. Doszliśmy do porozumienia. Na pewno dużą zasługę w mojej nominacji miał Kaziu Górski, wielka szkoda, że już go z nami nie ma... 
W grupie eliminacyjnej do Mistrzostw Europy w Anglii przyszło nam mierzyć się z Francją, Rumunią, Izraelem, Słowacją i Azerbejdżanem. 
- To była mocna i wyrównana grupa. Wie pan, szkoda do dziś, że nie udało się z niej wyjść, zabrakło nam niewiele. Od razu powiem, że najbardziej żałuję tych dwóch remisów z Francją. Na ich tle zaprezentowaliśmy się dobrze. Był to tymczasem jeden z faworytów naszej grupy, pamiętajmy o tym, że trzy lata po spotkaniach z nami Francuzi zdobyli tytuł mistrzów świata, w składzie niewiele różniącym się od tego, który walczył z naszą reprezentacją.
Pierwsze spotkanie w Zabrzu zakończyło się bezbramkowym remisem. Po tym meczu na trudnym boisku mieliśmy prawo czuć niedosyt - pan, piłkarze, my - kibice i dziennikarze. 
-  To był w ogóle ciężki dla nas okres. Na początku eliminacji przegraliśmy 1:2 z Izraelem na wyjeździe i potem trzeba było odrabiać straty. Zwycięstwo nad Azerbejdżanem 1:0 w Mielcu pozwoliło nieco złapać oddech, choć najtrudniejsze zadania były dopiero przed nami. 
Jak już wspomniałem, szkoda tego bezbramkowego remisu w Zabrzu. Uważam, że byliśmy wtedy lepszym zespołem, ale cóż to gdybać - aby zwyciężyć, trzeba trafiać do siatki rywali, a nam się to nie udało pomimo stworzonych okazji. 
Kolejny mecz przeciwko Rumunii w Bukareszcie przegraliśmy 1:2, było to bardzo nerwowe spotkanie, ale większość kibiców i tak zapamiętało z niego błąd naszego bramkarza Józefa Wandzika, po którym straciliśmy drugiego gola. Co ciekawe, w pierwszej połowie golkiper ten kilka razy uratował nas z opresji dzięki dobrym interwencjom... 
- Nasi piłkarze chcieli się w tym meczu pokazać z jak najlepszej strony, choć zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że jedziemy na trudny teren, do zespołu, który kilka miesięcy wcześniej po dobrej grze dotarł co ćwierćfinału mundialu w Stanach Zjednoczonych. Mecz w Bukareszcie był niezłym spotkaniem w naszym wykonaniu, ale niestety wróciliśmy bez punktów. Ten błąd Wandzika, jak się później okazało, zaważył o przegranej. Środkowy napastnik Rumunii (Florin Raducioiu - przyp. autora) naciskał go w polu karnym, próbował uderzyć głową, ale mimo wszystko był niższy od naszego bramkarza, słabiej zbudowany fizycznie. Wandzik wypuścił jednak piłkę z rąk, to był kuriozalny gol. Inna sprawa, że i sędzia główny, który prowadził ten mecz (Szwajcar Kurt Rothlisberger - przyp. autora) zdawał się sprzyjać Rumunom. Niestety, w tamtych eliminacjach nasza dobra gra przeplatała się z prostymi błędami, które skwapliwie wykorzystywali przeciwnicy. 
Były jednak i takie momenty, kiedy potrafiliśmy zagrać skutecznie i w dodatku na "zero z tyłu". Najlepszym przykładem zwycięstwo 5:0 nad Słowacją w Zabrzu. 
- Tak, byliśmy wtedy do bólu skuteczni, szczególnie w drugiej połowie, kiedy zdobyliśmy cztery bramki. Każdy kolejny stracony gol odbierał rywalom chęci do walki. Było to zresztą najwyższe zwycięstwo, jakie reprezentacja odniosła za mojej kadencji. Znaleźliśmy się wtedy w takim momencie eliminacji, że zajęcie minimum drugiego miejsca premiowanego awansem było w naszym zasięgu. 
Do historii przeszedł mecz z Francją na Parc de Princess, zakończony remisem 1:1. Zabrakło trzech minut, aby dowieźć skromną zaliczkę do końca spotkania... 
- Myślę, że to był taki decydujący moment, kluczowy, jeśli chodzi o nasze losy w tych eliminacjach. Francuzi cały czas atakowali, im bliżej było końca meczu, tym bardziej zaciekle, ale skutecznie i szczęśliwie się broniliśmy. Aż do momentu, gdy Youri Djorkaeff trafił do naszej siatki po strzale z rzutu wolnego. 
Remisując pozostawiliśmy po sobie dobre wrażenie, ale niedosyt pozostał. Powtórzę, gdybyśmy w ogóle w dwumeczu z Francuzami zdobyli tę jedną bramkę więcej, nasza pozycja w grupie mogła być całkiem inna. 
Po remisie z Rumunią 0:0 na własnym boisku mieliśmy jeszcze matematyczne szanse na zajęcie drugiego miejsca i awans. Wyprawa na Słowację zakończyła się jednak kompletną klapą, wysoką porażką 1:4. Co było jej powodem? 
- Niestety, w polskim futbolu zawsze jest tak, że czegoś brakuje, kiedy stoimy przed dużą szansą, to zdarza się jakiś klops - błąd bramkarza czy obrońców, niewykorzystana okazja strzelecka, komuś zadrżała noga w ważnym momencie.... Takie niuanse mają potem wpływ na końcowy wynik. W tamtych czasach nasi piłkarze, owszem, chcieli aspirować do gry z najlepszymi, ale w decydujących momentach zawsze czegoś brakowało. W dwumeczach z Francją czy Rumunią nie potrafiliśmy sięgnąć po komplet punktów. Cóż poradzić, można rozpamiętywać, ale czasu i zmarnowanych szans już się nie odwróci. Jeśli chodzi o mecz ze Słowacją - zespołowi zabrakło już chyba wiary w to, że jeszcze można o coś powalczyć. Nie było determinacji, a raczej chyba przekonanie, że jakoś to wyjdzie... Wprawdzie objęliśmy prowadzenie, ale z minuty na minutę nasza gra wyglądała gorzej. Kiedy Słowacy strzelili nam jedną bramkę, potem drugą, złapaliśmy dwie czerwone kartki (Roman Kosecki i Piotr Świerczewski - przyp. autora), wtedy już wszystko się posypało. Przegraliśmy 1:4 i to był koniec tamtej reprezentacji. Dziś już nie ma sensu tego roztrząsać.
Z rozmowy wnioskuję, że najbardziej żałuje pan chyba straconych punktów w meczach z Francuzami. 
- Tak, ponieważ rozegraliśmy z nimi naprawdę dobre spotkania, ale znów wrócę do wcześniejszej myśli - w decydującym momencie nie potrafiliśmy wykorzystać swoich szans, a prowadząc we Francji straciliśmy gola na 1:1 w samej końcówce. Takie rzeczy w piłce się oczywiście zdarzają, ale jeśli zbyt często w ważnych momentach, to i szansa na awans ucieka. Niestety, inaczej tego nie wytłumaczę. 
Nasza obecna reprezentacja przygotowuje się do finałów mistrzostw świata w Katarze. Jak pan ocenia jej szanse w tym turnieju? 
- Trudno mi się wypowiadać, bo nie jestem już blisko polskiej reprezentacji ani PZPN. Oglądałem mecz Polska - Węgry w Warszawie w listopadzie ubiegłego roku, który przegraliśmy 1:2 i byłem zawiedziony jak i większość kibiców. Potem zmienił się trener, w barażu pokonaliśmy Szwedów i wywalczyliśmy awans. Nie wiem do końca na co stać naszą drużynę w tym mundialu, życzę jej jak najlepiej. Na pewno jej wyniki będą w dużej mierze zależały od formy naszego najlepszego napastnika Roberta Lewandowskiego. On jest kapitanem i autorytetem dla kolegów, ale z drugiej strony sam meczu nie wygra. Dlatego też w nasza postawa w tych mistrzostwach jest jednak dużą niewiadomą.  
Dziękuję za rozmowę. 
PIOTR STAŃCZAK   

Henryk Apostel (rocznik 1941), pochodzi z Bytomia. Jest wychowankiem GKS Rozbark. Jako piłkarz występował w Polonii Bytom, Legii Warszawa, Orłach Chicago, Śląsku Wrocław oraz Polonii Warszawa. Wystąpił jeden raz w pierwszej reprezentacji Polski. Trenerską karierę zaczynał w Pogoni Siedlce, pracował także w Śląsku Wrocław, Lechu Poznań, Orłach Chicago, Górniku Zabrze, Wiśle Kraków, KSZO Ostrowiec Świętokrzyski, klubie SC Sur w Omanie. Szkolił młodzieżowe reprezentacje Polski. W 1980 roku, z kadrą U-18 wywalczył wicemistrzostwo Europy, Polska przegrała w finale z Anglią 1:2, turniej odbył się w Lipsku w NRD (Niemiecka Republika Demokratyczna). Taki sam wynik pod wodzą Apostela osiągnęli rok później młodzieżowcy do lat 20, przegrywając w finale z Republiką Federalną Niemiec 0:1. W piłce klubowej jako trener przeszedł do historii po meczach Lecha Poznań z FC Barcelona w Pucharze Zdobywców Pucharów. Jesienią 1988 roku, w drugiej rundzie rozgrywek lechici pod wodzą Apostela zremisowali na Camp Nou 1:1, potem ten sam wynik powtórzyli w rewanżu w Poznaniu. W rzutach karnych polski zespół przegrał 4:5 i odpadł z dalszej rywalizacji, ale pozostawił po sobie bardzo dobre wrażenie. Pierwszą reprezentację Polski Apostel prowadził w latach 1993-95. Był także wiceprezesem do spraw szkolenia w Polskim Związku Piłki Nożnej. 
 
Skrót meczu Francja - Polska (1:1), który odbył się w sierpniu 1995 roku w Paryżu.
 

 
POLECAM: 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dawne gwiazdy futbolu uświetnią 100-lecie Klubu Sportowego Warka. Będzie wielka feta

PIŁKA NOŻNA. Klub Sportowy Warka obchodzi 100-lecie istnienia. Wielka impreza jubileuszowa odbędzie się w sobotę 24 czerwca. Wśród uczestników jest Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. Jej mecz z oldbojami Warki komentować będzie Dariusz Szpakowski. 

Dawne piłkarskie gwiazdy zagrają dla chorego Tymusia w Grodzisku Mazowieckim

PIŁKA NOŻNA. Trwa już odliczanie do charytatywnego turnieju na rzecz chorego Tymusia, który odbędzie się 27 stycznia 2024 roku w Grodzisku Mazowieckim koło Warszawy. Wystąpi między innymi Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. 

Polska - San Marino 1:0. Zamiast pogromu był wstyd! Bacciocchi: to my po meczu dawaliśmy autografy

PIŁKA NOŻNA. 28 kwietnia minie dokładnie 30 lat od sławetnego meczu Polska - San Marino w eliminacjach do Mistrzostw Świata w USA. Tamto spotkanie, które biało-czerwoni wygrali 1:0 pokazało, że żadnego przeciwnika nie wolno lekceważyć przed pierwszym gwizdkiem. Choć brzmi banalnie, to nasi piłkarze boleśnie o tym się przekonali...