Przejdź do głównej zawartości

Marcin Żewłakow o meczu Polska - Norwegia 1 września 2001: wiedzieliśmy, że czeka nas bitwa i zwieńczyliśmy dzieło

Piłkarska reprezentacja Polski prowadzona przez Jerzego Engela sprawiła, że data 1 września dziś kojarzy się w naszym kraju także z czymś radosnym. Dokładnie tego dnia, 21 lat temu "biało-czerwoni" pokonali wówczas Norwegię 3:0 na Stadionie Śląskim w Chorzowie i po szesnastu latach przerwy zapewnili sobie awans do mistrzostw świata. O tym spotkaniu rozmawiałem z Marcinem Żewłakowem, który zdobył wówczas trzeciego gola dla naszej drużyny! 
Marcin Żewłakow, były reprezentant Polski dziś jest komentatorem spotkań piłkarskich w telewizji. Foto Facebook/Marcin Żewłakow
 
Do reprezentacji trafił pan na początku 2000 roku. Zanim doszło do historycznego meczu z Norwegią, pan budował mozolnie swoją pozycję w kadrze, zaś najczęściej sprawdzał się w roli tak zwanego jokera, który wchodził na murawę jako zmiennik i często miał wpływ na końcowy wynik spotkania. Jak pan aklimatyzował się w tamtej kadrze? 
- Od początku zdawałem sobie sprawę, że jestem tylko jej uzupełnieniem. Zadebiutowałem w reprezentacji mając niespełna 24 lata w towarzyskim meczu przeciwko Francji na wyjeździe (Polska przegrała wówczas 0:1 - przyp. autora). Należałem do tej nowej fali piłkarzy trenera Jerzego Engela, którzy dołączyli do starszych i bardziej doświadczonych kolegów, stanowiących trzon naszej reprezentacji. Byli to wówczas Tomaszowie - Wałdoch, Hajto i Kłos, Piotrek Świerczewski, Marek Koźmiński, Andrzej Juskowiak. Kiedy wówczas przyjeżdżałem na zgrupowania kadry, to w pierwszej kolejności chciałem, aby mnie, "młodego-gniewnego" zaakceptowali i traktowali jako zawodnika, z którego może być pożytek. Poza tym chciałem także spłacić kredyt zaufania, jakim obdzielił mnie nowy selekcjoner reprezentacji. Na to trenerowi przyszło trochę poczekać, ponieważ swojego pierwszego gola w kadrze strzeliłem dopiero w trzynastym meczu (z Armenią w Warszawie, który Polska wygrała 4:0 - przyp. autora). 
Sądzę, że już w eliminacjach do mundialu w Korei i Japonii, stałem się właśnie takim wartościowym zmiennikiem. Przede wszystkim akceptowałem swoją rolę, a kiedy wchodziłem na boisko, to wnosiłem też nową energię w poczynania zespołu i od czasu do czasu "meldowałem się" na placu gry strzelając bramkę. 
Konkurencja w ataku reprezentacji była wówczas bardzo mocna. 
- Trzeba sobie szczerze powiedzieć, że Emanuel Olisadebe czy Paweł Kryszałowicz całkowicie zasłużenie występowali w pierwszym składzie. Byli takim "wyjściowym garniturem", bardzo dobrze ze sobą współpracowali, wydaje mi się, że ja dobrze tę ofensywną grę wzbogacałem. Zresztą, pewien element rywalizacji wśród napastników wychodził na dobre całej drużynie. Wiedziałem, że wśród konkurentów do gry w reprezentacyjnym ataku mam też Radosława Gilewicza czy Juskowiaka. W ogóle ci doświadczeni wówczas piłkarze mieli za sobą wiele spotkań w ligach zagranicznych, choćby silnej Bundeslidze. Radek Gilewicz był topowym napastnikiem w lidze austriackiej. Czułem więc, że jeśli będę prezentował byle jaką formę, to długo w reprezentacji miejsca nie zagrzeję. Musiałem czymś się wykazać. 
1 września 2001 roku zagraliście z Norwegią w Chorzowie, ten mecz, w przypadku zwycięstwa, dawał Polsce awans na mundial. Proszę opowiedzieć coś o odprawie przed tym spotkaniem. Czy to prawda, że Jerzy Engel włączył wam wówczas film "Westerplatte"? 
- Oglądaliśmy wówczas film nawiązujący do wybuchu II wojny światowej i samej daty 1 września. Trener uderzył wówczas w ciekawy akcent, gdyż powiedział nam, że wygrywając bardzo ważny mecz właśnie tego dnia możemy sprawić, że ta data będzie kojarzyła się w Polsce także z czymś radosnym. Wiadomo, że biegu tej tragicznej historii nie mogliśmy zmienić, ale za to dostaliśmy okazję do tego, aby sprawić, że ta data przyniesie też sportowy sukces, który w naszym kraju zostanie zapamiętany w przyszłości. Tak też się stało. Ta motywacja okazała się wówczas skuteczna, wychodziliśmy na boisko jak do bitwy. 
Pod względem sportowym był to też historyczny mecz, wiedzieliście wy, jako piłkarze i my jako kibice, że wygrana da awans do mistrzostw świata, pierwszy od 16 lat. 
- Przede wszystkim chcieliśmy zakończyć wreszcie taki okres reprezentacji Polski, kiedy pełno było analiz i rozpatrywania różnych scenariuszy prawdopodobieństwa - uda nam się awansować a jeśli się nie uda, to jakie będziemy mieli matematyczne szanse. Postanowiliśmy to przerwać, sprawić, aby to przeciwnicy oglądali się na nas, a nie my na nich, aby to oni liczyli nasze punktowe zdobycze i analizowali a nie odwrotnie. Mówiąc wprost - sami chcieliśmy rozpocząć i zakończyć dzieło, bez wpływu kogokolwiek innego. Tego brakowało reprezentacji Polski przez wcześniejsze szesnaście lat, dzięki nam nastąpił zwrot i wreszcie zakwalifikowaliśmy się do dużego piłkarskiego turnieju, po raz pierwszy od mundialu w Meksyku w 1986 roku. Można powiedzieć, że mecz z Norwegią był więc taką kumulacją różnych emocji, jakie nam towarzyszyły. Zresztą, tego 1 września 2001 roku jako pierwsza drużyna z Europy zapewniliśmy sobie bilety na mundial. To również miało swoją wymowę.
Jak sobie z tym radziliście, z presją, oczekiwaniami, mając świadomość stawki meczu na Stadionie Śląskim? 
- Każdy z piłkarzy reagował inaczej, ale najważniejsze było dla każdego z nas było to, aby motywację, o jaką zadbał wcześniej trener Engel, wynieść z autokaru do szatni a potem na boisko. Chcieliśmy to utrzymać, choć wiadomo, że poszczególni piłkarze różnie radzili sobie z oczekiwaniami i stawką pojedynku. Na przykład Tomek Hajto był spokojny, rozmawiał z innymi, ale inni gdzieś wtedy wyciszali się, słuchali muzyki. Każdy po swojemu rozgrywał ten mecz w głowie. Szczególnie widać to było na przedmeczowej rozgrzewce. Na trybunach czterdzieści tysięcy kibiców, wielu mijaliśmy jeszcze w drodze na stadion. Czuć w nich było nadzieję, choć może i niepewność, obawy, bo przez szesnaście lat reprezentacja w decydujących momentach eliminacji zawodziła. 
Wiedzieliśmy, że nasza drużyna rozbudziła w narodzie oczekiwania i bardzo chcieliśmy kibicom to wynagrodzić. Zwyciężyliśmy 3:0 przed własną publicznością, zwieńczyliśmy dzieło w fajnym stylu na stadionie, który przez dziesiątki lat kojarzył się z sukcesami polskiego futbolu. Lepszej atmosfery awansu nie można było sobie wyobrazić. 
Poświęćmy chwilę Norwegom. Ton w tamtej ekipie nadawali choćby Tore Andre Flo, John Carew, Ole Gunnar Solskjaer. To był główny faworyt grupy, tymczasem nasza reprezentacja pokonała go dwukrotnie - przed meczem w Chorzowie także 3:2 w Oslo. 
- Trzeba jeszcze dodać, że jednym z filarów ich reprezentacji byli choćby obrońcy Henning Berg czy Ronny Johnsen. Norwegia miała w swoim składzie gwiazdy klubów zagranicznych i my chcieliśmy im dorównać. Z drugiej strony zasługą trenera Engela oraz jego sztabu było, że odwrócił tendencję z poprzednich lat, zbudował zespół, który bardziej skupiał się na swojej grze i taktyce niż oglądaniu się na przeciwnika. To on miał do nas się dostosowywać.   
Przełomowa dla losów meczu była zapewne bramka na 1:0 Pawła Kryszałowicza, która padła tuż przed końcem pierwszej połowy. 
- Nie powiedziałbym, że ten gol był przełomowy. On raczej potwierdzał naszą siłę, konsekwencję oraz formę, jaką w ogóle prezentowaliśmy w eliminacjach. To było jednak trudne spotkanie. Na 2:0 podwyższył Emanuel Olisadebe (w 77 minucie - przyp. autora), ten gol dał nam oddech, natomiast wiedzieliśmy, że Norwegowie będą chcieli rzucić wszystko na jedną kartę, pokusić się o kontaktową bramkę i potem jeszcze odwrócić losy pojedynku na swoją korzyść. 
Wchodziłem na murawę i czułem, że nie mogę tego zepsuć, że muszę w jakiś sposób kolegom pomóc - zdobyć gola, zaliczyć asystę, wypracować dla nas karnego, mówiąc wprost - iść po grzyby, a nie na grzyby. 
Pamiętam pan, co przekazał panu trener Engel, kiedy w 75 minucie zmieniał pan Pawła Kryszałowicza? 
- Nie. Pamiętam natomiast, że kiedy rozgrzewałem się na bramką szykując do wejścia na boisko, usłyszałem głos Jana Tomaszewskiego. Krzyknął do mnie "Wyłącz już ten motor, bo się zgrzejesz", czy coś w tym rodzaju. W każdym razie chodziło o to, abym zostawił trochę siły na mecz. Byłem bardzo naładowany, skoncentrowany, wiedziałem, że dostanę szansę występu przez kilkanaście ostatnich minut i muszę być gotowy od pierwszej sekundy. W 88 minucie strzeliłem gola na 3:0! Wiedzieliśmy już wtedy, że nic złego nie może nam się w tym meczu stać, że Norwegowie są rozłożeni na łopatki. 
To będzie może banalne pytanie - co pan czuł w tym momencie, strzelając tego gola, tonąc w objęciach kolegów? 
- Myślę, że poczułem, iż spełniło się moje marzenie z dzieciństwa - aby zagrać w reprezentacji kraju i zdobyć takiego gola, który poderwie publiczność z miejsc. Przez te kilkanaście sekund po strzale do siatki właśnie to czułem. W ogóle ta bramka bardzo mnie dowartościowała, dodała przekonania, że zasłużyłem na tę koszulkę z orzełkiem, że byłem przydatny drużynie, wywiązałem się z roli, jaką powierzył mi trener Jerzy Engel. 
Na listę strzelców wpisał pan się także kilka dni później, ale w meczu o którym nie chcielibyśmy zbyt wiele pamiętać. Przegraliśmy 1:4 z Białorusią w Mińsku. Co było powodem? Rozprężenie w szeregach po wygranej w Chorzowie i awansie? 
- Nie da się ukryć, że do tego spotkania przystępowaliśmy już z innym, mentalnym podejściem, ciśnienie zeszło z nas kilka dni wcześniej. Czuliśmy się spełnieni i chyba zbyt luźno podeszliśmy do następnego rywala. Nie wiem, czy można powiedzieć, że zlekceważyliśmy Białoruś, raczej zaskoczyła nas może determinacja przeciwnika. W tym meczu gospodarzom na boisku udawało się praktycznie wszystko, obnażyli nasze braki. 
Pomijając fatalną porażkę w Mińsku, jedyną w tamtych eliminacjach, trzeba jednak pamiętać o tym, że nasza drużyna stanowiła silny kolektyw i dokonała czego, co nie udawało się poprzednikom od 1986 roku. Z pańskiego punktu widzenia co było głównymi atutami tamtej reprezentacji? Zapewne duży wpływ na późniejsze wyniki miało zwycięstwo 3:1 nad Ukrainą w pierwszym meczu eliminacji do mundialu
- Tak, to spotkanie miało bardzo ważne znaczenie. Przypomnę, że przed eliminacjami długo nie mogliśmy w ogóle zdobyć gola w meczach towarzyskich, liczono nam te minuty bez strzelonej bramki. Na Ukrainę jechaliśmy więc na pożarcie, na pewno nie byliśmy faworytem. 
Tymczasem okazało się, że z pomysłu Jerzego Engela i wykonawców jego taktyki może narodzić się coś dobrego. Na pewno tamto zwycięstwo dowartościowało całą drużynę, ale i kibice zaczęli postrzegać ją zupełnie inaczej, ta ich optyka diametralnie się zmieniła. Pozytywnie wszystkich zaskoczyliśmy, kibice zaczęli nam sprzyjać. 
Drużyna miała swój styl gry, nie brakowało też piłkarzy, którzy indywidualnie wstrzelili się z formą. 
Jeśli już mówimy o personaliach, to na pewno trzeba wspomnieć o Emanuelu Olisadebe, Jacku Krzynówku, którego też dla reprezentacji odkrył trener Engel. Dodać trzeba Radka Kałużnego, który był pomocnikiem, ale też świetnie wyręczał napastników i zdobywał ważne bramki. Trener potrafił świetnie przygotować taktykę na mecze z konkretnymi przeciwnikami, wiele jego założeń sprawdzało się potem na boisku. Zawsze miał plan B i nigdy nie panikował, jeżeli początkowo coś nie szło zgodnie z oczekiwaniami. Towarzyszył mu spokój, mówił do nas merytorycznie, to nie był szkoleniowiec, który na nas często krzyczał, ale z drugiej strony rozmawiał z nami, mówił prawdę, co musimy poprawić, zmienić w grze, potrafił do nas dotrzeć. Nie był też typem belfra czy filatelisty, który wszystko mierzy co do milimetra. Potrafił niekiedy przychylić się do prośby zespołu, przesunąć trening na inną porę, godzinę, najważniejsze było, że na samym końcu wynik był dla nas pozytywny. 
Zdobył pan jeszcze ważną bramkę w mundialu w Korei, na 3:1 w meczu z USA. Który gol w pana prywatnym rankingu jest cenniejszy - ten strzelony Norwegom czy trafienie w czasie mistrzostw? 
- Ja ich w ten sposób nie rozdzielam. Wiadomo, że dla piłkarza indywidualnie gol zdobyty w mundialu jest bardzo ważny, kibice najlepiej pamiętają te turnieje. Tam jednak spotkanie ze Stanami Zjednoczonymi było dla nas tym o zachowanie twarzy (poprzednie grupowe pojedynki z Koreą Południową i Portugalią kończyły się porażkami - przyp. autora) Z drugiej strony bramka w meczu z Norwegią ma wielką wartość, bo przypieczętowała nasz awans, zwieńczyła dzieło po raz pierwszy od szesnastu lat. Ja także poczułem wtedy, że zasługuję na koszulkę reprezentanta Polski. 
Dziękuję za rozmowę. 
PIOTR STAŃCZAK  

Marcin Żewłakow (rocznik 1976) pochodzi z Warszawy, jest wychowankiem stołecznego Drukarza. Występował także w Marymoncie i Polonii Warszawa, GKS Bełchatów, Koronie Kielc oraz klubach belgijskich: KSK Beveren, Excelsior Mouscron, KAA Gent, Dender, francuskim FC Metz oraz cypryjskim Apoelu Nikozja. Najczęściej grał jako napastnik. Brat bliźniak Michała Żewłakowa, również długoletniego reprezentanta Polski. W drużynie narodowej występował w latach 2000-04, rozegrał 25 spotkań i strzelić pięć bramek. Zagrał w mistrzostwach świata w Korei Południowej i Japonii w 2002 roku. Obecnie jest komentatorem spotkań piłkarskich i ekspertem w Telewizji Polskiej. 
 
Skrót meczu Polska - Norwegia na Stadionie Śląskim w Chorzowie - września 2001 roku.
 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dawne gwiazdy futbolu uświetnią 100-lecie Klubu Sportowego Warka. Będzie wielka feta

PIŁKA NOŻNA. Klub Sportowy Warka obchodzi 100-lecie istnienia. Wielka impreza jubileuszowa odbędzie się w sobotę 24 czerwca. Wśród uczestników jest Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. Jej mecz z oldbojami Warki komentować będzie Dariusz Szpakowski. 

Dawne piłkarskie gwiazdy zagrają dla chorego Tymusia w Grodzisku Mazowieckim

PIŁKA NOŻNA. Trwa już odliczanie do charytatywnego turnieju na rzecz chorego Tymusia, który odbędzie się 27 stycznia 2024 roku w Grodzisku Mazowieckim koło Warszawy. Wystąpi między innymi Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. 

Polska - San Marino 1:0. Zamiast pogromu był wstyd! Bacciocchi: to my po meczu dawaliśmy autografy

PIŁKA NOŻNA. 28 kwietnia minie dokładnie 30 lat od sławetnego meczu Polska - San Marino w eliminacjach do Mistrzostw Świata w USA. Tamto spotkanie, które biało-czerwoni wygrali 1:0 pokazało, że żadnego przeciwnika nie wolno lekceważyć przed pierwszym gwizdkiem. Choć brzmi banalnie, to nasi piłkarze boleśnie o tym się przekonali...