Przejdź do głównej zawartości

Na biało-czerwonym szlaku, część 11: “Janosik” zadebiutował z kadrą, ja w dziale sportowym. Mamy następną klątwę - łotewską. Jak powąchałem murawy Stadionu Śląskiego. Polska - Anglia w kotle, czyli co ja robię tu?

"Na biało-czerwonym szlaku" to książka, która zrodziła się z pasji do piłki nożnej i w ogóle sportu. Od dziś będę publikował ją w odcinkach na moim blogu. Zachęcam do lektury i podróży po wielkich stadionach oraz lokalnych i wiejskich boiskach. Dziś część jedenasta!
Maj 2004 roku - moja pierwsza, pamiętna wizyta w chorzowskim "kotle czarownic".
 
Po mistrzostwach globu w 2002 roku Zbigniew Boniek jako nowy selekcjoner wydawał mi się opcją… perspektywiczną. Świetna piłkarska kariera, szanowany w świecie futbolu także poza ojczyzną, ze znajomościami w najwyższych władzach piłkarskich, typ “światowca”, który jeszcze dał się poznać jako sprawny menedżer przez ostatnie dwa lata pracy w Polskim Związku Piłki Nożnej (jako wiceprezes, zastępca Michała Listkiewicza). Jeśli ktoś miałby pomóc reprezentacji odbudować się po nieudanym mundialu, to właśnie “Zibi”. Oczywiście gdzieś tam pamiętałem, że wiele lat wcześniej, jako trener włoskich zespołów Bari oraz Lecce, Sambenedettese czy Avelino żadnych sukcesów z nimi nie osiągnął, niemniej szansy upatrywałem w jego charyźmie no i bogatym boiskowym doświadczeniu. Poza tym był typem zwycięzcy, a że miał też cięty język - nic to, wszak reprezentacja, która ma walczyć o wysokie cele, nie może być towarzystwem wzajemnej adoracji. 
 
Po mistrzostwach w Korei z gry w kadrze zrezygnowali już doświadczeni Tomasz Wałdoch i Marek Koźmiński, jedni z nielicznych barcelońskich olimpijczyków, którzy z reprezentacją witali jeszcze XXI wiek. Spora część dotychczasowych graczy pozostawała jednak do dyspozycji nowego selekcjonera. W sierpniu w selekcjonerskim debiucie Bońka zremisowaliśmy w Szczecinie z Belgią 1:1, bramkę uzyskał dla nas Maciej Żurawski. Był to ostatni sprawdzian przed startem eliminacji do Mistrzostw Europy w Portugalii. W naszej grupie najtrudniejszymi rywalami wydawali się być Szwedzi, świeżo w pamięci miałem jeszcze lekcje, jakie dawali nam trzy lata wcześniej za kadencji Wójcika. Węgry czy Łotwa jawili się raczej jako przeciętniacy do przejścia, a San Marino? Ci to amatorzy choć… dziesięć lat wcześniej mieliśmy z nimi swoje problemy (słynne 1:0 w Łodzi). Właśnie z europejskim outsiderem zagraliśmy na początku września na wyjeździe o pierwsze eliminacyjne punkty. Jeśli ktoś liczył na spacerek, to srodze się zawiódł. Wprawdzie Polacy przeważali, ale aż do 77 minuty nic z tego nie wynikało. Impas przerwał dopiero Paweł Kaczorowski, wtedy zawodnik warszawskiej Polonii. Jedenaście minut później na 2:0 podwyższył Mariusz Kukiełka. 
 
Jeśli coś po końcowym gwizdku cieszyło, to jedynie komplet punktów, bo styl gry i skuteczność pozostawiały wiele do życzenia. Część powodów tego można było doszukiwać się w “pomundialowym kryzysie”, jaki dopada wiele reprezentacji, są zmiany kadrowe, często nowi trenerzy, zespoły od nowa szukają swojego stylu. Niby to wszystko rozumiałem, ale - na Boga - męczyliśmy się jednak z europejskimi amatorami… Liczyłem na to, że poprawa gry nadejdzie w końcu w październikowym boju z Łotyszami na stadionie Legii w Warszawie. Do tej pory mierzyliśmy się z nimi głównie towarzysko i zwykle wychodziliśmy z tych starć zwycięsko. Co się tym razem okazało? Ano to, że Łotwa wcale nie zamierzała w stolicy prosić o niski wymiar kary. Skutecznie rozbijała polskie ataki, zaś w 30 minucie przeprowadziła zabójczą akcję. Tuż zza linii pola karnego na strzał zdecydował się Juris Laizans. Piłka zmierzała w prawy róg naszej bramki, Jerzy Dudek próbował odbić ją lewą ręką. Nie zdołał… Łotwa objęła prowadzenie 1:0 i już go nie oddała. Niby posiadaliśmy optyczną przewagę, ale wielkiego zagrożenia z tego nie było. Dzielni i zdyscyplinowani goście rozbijali te wszystkie ataki. Porażka była minimalna, ale jednak wstydliwa, przed własną publicznością. 
- Straciliśmy ważne punkty i to może odbić się na nas na finiszu eliminacji - coś przeczuwałem, nauczony doświadczeniem z lat 90. W tamtych eliminacjach Łotysze przeżywali dobry okres w swojej historii i - jak na złość - tę passę zapoczątkowali w Warszawie.
Atmosfera wokół kadry znów zaczęła gęstnieć, na Bońka także sypały się głosy krytyki. Złego wrażenia nie zatarło towarzyskie zwycięstwo 2:0 nad Nową Zelandią w Ostrowcu Świętokrzyskim, które odbyło się cztery dni po nieszczęsnej potyczce z Łotwą. O losach selekcjonera miesiąc później zdecydowała wyjazdowa porażka z Danią 0:2. “Zibi” po tym meczu podał się do dymisji, kadra pod jego wodzą nie postawiła jakiegoś kroku do przodu. Boniek zdecydował się zrezygnować, dołączając tym samym do grona świetnych przed laty piłkarzy, którzy jednak nie osiągnęli żadnych sukcesów jako trenerzy. Już potem nie próbował nigdy żadnej pracy jako szkoleniowiec. Pozostało więc czekać - kto będzie następcą Bońka, kto przejmie kadrę w trudnym momencie? Tym człowiekiem okazał się były kolega “Zibiego” z reprezentacji - Paweł Janas. W 2003 rok kadra wkroczyła już z nim jako nowym selekcjonerem. 

Popularnego “Janosika” nie znałem jako piłkarza, ale ceniłem jako trenera. Wszak to on był asystentem Janusza Wójcika w reprezentacji olimpijskiej w Barcelonie oraz poprowadził Legię Warszawa do historycznego osiągnięcia, czyli awansu do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Zmagał się potem z nowotworem, wygrał tę walkę, wrócił do futbolu. Pod względem charakteru - inny niż dwaj poprzednicy Engel i Boniek. Mniej “medialny”, oszczędny w słowach, sprawiający na pierwszy rzut oka wrażenie szorstkiego człowieka. Kadrę też obejmował w trudnym momencie. Jeszcze świeżo w pamięci mieliśmy nieudany mundial, następnie krótką karierę Bońka na stanowisku selekcjonera. Janasowi przypadło też “dogrywać” eliminacje do Mistrzostw Europy w sytuacji, kiedy porażka z Łotwą, niczym klątwa, skomplikowała nam nieco sytuację w grupie. Początek roku biało-czerwoni zaczęli jednak obiecująco - w towarzyskich potyczkach na wyjazdach najpierw bezbramkowo zremisowali z Chorwatami, a potem pokonali Macedonię 3:0. To w tym meczu swoje pierwsze gole strzelali debiutujący w kadrze Andrzej Niedzielan oraz Grzegorz Rasiak, obaj reprezentujący wtedy Dyskobolię Groclin Grodzisk Wielkopolski, klub z małego miasteczka, który na początku XXI wieku był rewelacją polskiej ekstraklasy, a potem dał o sobie znać także w europejskich pucharach. Niestety, kiedy przyszedł mecz o punkty, z Węgrami na Stadionie Śląskim, w ofensywie towarzyszyła nam niemoc. Jeśli już dochodziliśmy do sytuacji strzeleckich, to świetnie bronił Gabor Kiraly, znany golkiper występujący w charakterystycznych dresowych spodniach. 
 
 
POLECAM: 
 
Zawiedliśmy, nie pomógł w ataku sprawiający wrażenie zagubionego Olisadebe. “Emsi” nie najlepiej czuł się w tej kadrze, jak się okazało - swój najlepszy czas zanotował za kadencji Engela. Trudno powiedzieć, czy kwestią jego charakteru czy również już dużej presji jaka na nim spoczywała było to, że w reprezentacji, pod wodzą nowego selekcjonera nie błysnął. Zresztą, po spotkaniu z Węgrami Janas już nie wysłał mu następnego powołania. Dawał za to szansę Kamilowi Kosowskiemu i Kamilowi Kuźbie, wtedy filarom Wisły Kraków. Akurat w tamtym okresie “Biała gwiazda” robiła furorę w europejskich pucharach. Eliminując wcześniej Schalke 04 Gelsenkirchen dotarła do czwartej rundy Pucharu UEFA, gdzie zmierzyła się z włoskim Lazio Rzym, naszpikowanym wieloma gwiazdami. Pierwszy mecz na Stadionie Olimpijskim w stolicy Italii dostarczył wiele emocji, zakończył się remisem 3:3. Gole dla wiślaków zdobyli: dwa Maciej Żurawski (oba z rzutów karnych) oraz Nigeryjczyk Kalu Uche. Rewanż miał odbyć się 27 lutego, ale wówczas boisko przy ulicy Reymonta w Krakowie nie nadawało się do gry. Odbyło się dopiero 5 marca, choć i tak murawa do idealnych wtedy nie należała. Krakowianie robili jednak co mogli, aby spotkanie doszło do skutku. Wprawdzie w 4 minucie nasz zespół objął prowadzenia 1:0 po golu Kuźby, ale jeszcze w pierwszej połowie wyrównał Portugalczyk Fernando Couto, zaś tuż po zmianie stron prowadzenie 2:1 dał Lazio Enrico Chiesa. Włoska drużyna już tej zaliczki nie oddała… Nie udało się awansować, ale Wisła pozostawiła po sobie dobre wrażenie. Krakowski zespół prowadził wtedy Henryk Kasperczak, natomiast rzymski Paolo Mancini. Ten sam, który dwanaście lat wcześniej, jako piłkarz Sampdorii Genua, odpadł w pucharowej rywalizacji z Legią Warszawa, ale dwie dekady później, w 2021 roku wywalczył z reprezentacją Włoch mistrzostwo Europy. 

Początki Pawła Janasa jako selekcjonera zbiegły się w czasie z ważną decyzją w moim życiu. Skorzystałem z propozycji ówczesnego szefostwa i przejąłem dział sportowy w “Tygodniku Skarżyskim”. Dotychczas odpowiedzialny za niego Zbyszek Lesiak jakiś czas potem zaczął współpracować z “Echem Dnia”. Jako, że studiowałem zaocznie politologię na Akademii Świętokrzyskiej w Kielcach i co drugi weekend miałem zjazdy, obsługę imprez sportowych w Skarżysku i powiecie dzieliłem z ówczesnym redakcyjnym kolegą Maćkiem Stojeckim. Wiadomo, że największe zainteresowanie kibiców i czytelników towarzyszyło czwartoligowym piłkarzom Granatu/Ruchu Skarżysko-Kamienna i Orlicza Suchedniów. Podzieliliśmy się z Maćkiem w ten sposób, że on wziął pod swoją, redaktorską opiekę “Orły” natomiast ja klub z Rejowa. 6 kwietnia 2003 roku na obsługę pierwszego meczu do Suchedniowa pojechaliśmy jednak we dwóch. Z tego względu, że obie nasze ekipy zmierzyły się w derbach powiatu skarżyskiego. 
To był dziwny mecz, a niemałe znaczenie miały zmienne warunki pogodowe. Co kilka minut, na przemian, świeciło wiosenne słońce, następnie sypał śnieg! Cały mecz staliśmy z Maćkiem przy linii bocznej boiska, między jedną a drugą ławką rezerwowych. Ręce marzły, bo na przemian robiliśmy zdjęcia małym aparatem cyfrowym i notowaliśmy boiskowe wydarzenia. 
W czasie śnieżycy kartki stawały się mokre, to co przed chwilą napisaliśmy, stawało się mało czytelne. Na trybunach zasiadło około trzystu osób, ale atmosfera, jak na derby lokalne przystało, była gorąca. Ja nie znałem do tamtej pory osobiście piłkarzy jednej i drugiej drużyny, oprócz Norberta Górlickiego z Granatu, z którym chodziłem do jednej szkoły i czasami w skarżyskim “ekonomiku” grywaliśmy na betonowym boisku. O resztę dopytywaliśmy legendę Orlicza, Zdzisława Włodarczyka, który już wtedy był klubowym spikerem. Ostatecznie wtedy skarżyszczanie zwyciężyli wysoko, bo 4:0. Po meczu zrobiliśmy dwa krótkie wywiady, tak zwany dwugłos. Gdy piłkarze Granatu schodzili z murawy, zagadnąłem “siódemkę” czyli Marcina Jastrzębia, wtedy jednego z najlepszych zawodników w drużynie trenera Marka Graby. Wyciągnąłem zza pazuchy dyktafon z kasetą magnetofonową w środku, zadałem kilka pytań o mecz i od razu ten następny, który Granat miał grać z Heko Czermno na swoim boisku. Podziękowaliśmy sobie i… pierwszy w życiu wywiad z piłkarzem, przeprowadzony na żywo miałem za sobą! 
 
Napisaliśmy relację z meczu, niemal na całą stronę gazetową. Ja opisałem Granat, jak widziałem jego poczynania, Maciek Orlicza. Zrobiliśmy to w taki sposób, jaki przez dziennikarzy lokalnych, zajmujących się sportem, dotąd nie był nigdy stosowany. W pewnym sensie postąpiliśmy pioniersko. Tak się to wszystko zaczęło, do końca rundy wiosennej jeździliśmy na mecze - ja Granatu, on Orlicza lub zbieraliśmy relacje telefonicznie od trenerów, kapitanów drużyn, działaczy, spikerów, jeśli grali na wyjazdach. Odpowiadałem za makietowanie stron. Początkowo wszystkie ważniejsze informacje sportowe z tygodnia mieściliśmy na dwóch kolumnach, ale potem często prosiliśmy o trzecią, bo zebranego materiału mieliśmy więcej. 
Chłonąłem ten lokalny sport całym sobą - poznawałem zawodników, trenerów, działaczy poszczególnych klubów. Znikałem z redakcji na wiele godzin, pracując w terenie, z wieloma informatorami spotykając się późnym popołudniem w salach treningowych czy na boiskach. Z niektórymi nawet się zaprzyjaźniłem. 
Pisanie o sporcie przychodziło mi lekko, choć innych tematów też starałem się nie zaniedbywać (miałem już wtedy pełny etat w redakcji). Minusem z pewnością był czas, cierpiało życie prywatne, tym bardziej, że nie było wówczas mediów społecznościowych, żeby zebrać wynik meczu, należało do informatora zadzwonić, wymienić się mailami lub po prostu iść na mecz i spisać wszystko w notatniku. Bywało, że w soboty czy niedziele odwiedzałem kilka różnych miejsc. Ponieważ nie miałem swojego auta, to duże dystanse pokonywałem pieszo, ale… nie narzekałem. Część tekstów powstawało jeszcze w poniedziałki do południa, gdyż w tamtym okresie “Tygodnik” ukazywał się we wtorki. Starałem się jednak pisać wszystko na bieżąco, od razu, nie zostawiać na tak zwaną ostatnią chwilę. Chyba już wtedy miałem predyspozycje ku temu, aby pisać dla dziennika. Tak się stało, ale już kilka lat później. Pod koniec 2003 roku Maciek odszedł z redakcji, dział sportowy w całości pozostał już pod moją opieką. Widziałem sens w tym co robię, a niektóre nowinki, które gdzieś podpatrzyłem w gazetach sportowych, starałem się wprowadzać i w “Tygodniku”. Miejsca na kartach pamięci w aparacie cyfrowym też nie oszczędzałem, pstrykałem fotki “ile fabryka dała”. To była prawdziwa szkoła, poniekąd sam sobie ją zafundowałem, ale jak powyżej - widziałem w tym sens. 

Wracając do reprezentacji Polski - wiosną 2003 roku w eliminacjach zmierzyła się jeszcze z San Marino w Ostrowcu Świętokrzyskim, zdecydowanie wygrała 5:0 (2:0), w rolach głównych praktycznie znów wystąpili piłkarze krakowskiej Wisły. Dwa gole zdobył bowiem Marcin Kuźba, po jednym Mirosław Szymkowiak i Kamil Kosowski (ten grał niejako na “swoich śmieciach”, bo jego przygoda z piłką w dzieciństwie zaczęła się w KSZO Ostrowiec). Do siatki słabiutkiego rywala trafił jeszcze Bartosz Karwan. Tym razem wygraliśmy pewnie, nie było takiej męczarni jak pół roku wcześniej w Serravalle. 

Potem towarzysko zmierzyliśmy się jeszcze z Belgią na wyjeździe (porażka 1:3, gol Jacka Krzynówka) i Kazachstanem w Poznaniu (3:0, bramki Artur Wichniarek, Tomasz Dawidowski i Krzynówek). Niestety, tuż przed wakacjami pojechaliśmy do Szwecji, aby walczyć o eliminacyjne punkty i tam polegliśmy gładko 0:3 (0:2). To był mecz bez większej historii, bo Szwedzi przejechali się po nas jak przysłowiowy walec. Na Janasa oraz jego wybrańców posypała się wtedy mocniejsza krytyka. Faktem jest, że na sztokholmskiej Rasundzie nie mieliśmy argumentów, aby powalczyć choćby o remis. Straciliśmy ważne punkty, w dodatku cały czas gdzieś ciągnęła się za nami ta nieszczęsna “klątwa łotewska”. Jeśli jeszcze mogliśmy liczyć na awans do Euro w Portugalii, to najwyżej zajmując drugie miejsce w grupie i walcząc potem w barażach. Lato upłynęło w niepewności. W sierpniu rozegraliśmy towarzyską potyczkę na wyjeździe z Estonią, wygraliśmy 2:1 po golach Radosława Sobolewskiego i Wichniarka. To był przedsmak tego, co nas wkrótce czekało, bo o eliminacyjne punkty mieliśmy walczyć z sąsiadami Estończyków - Łotyszami. 

Chcieliśmy wziąć rewanż za porażkę 0:1 w Warszawie, choć zdawało się, że tym razem to gospodarze wystąpią w roli faworytów. Mecz mógł się zresztą podobać, sytuacji strzeleckich nie brakowało po żadnej ze stron, choć przez większą część pierwszej połowy to Łotysze mieli ich więcej. Między 36 a 39 minutą rzuciliśmy ich jednak na kolana! Najpierw kapitalnym uderzeniem z rzutu wolnego popisał się Mirosław Szymkowiak. Chwilę potem ten sam zawodnik, także z wolnego dośrodkował w pole karne Łotyszy, a tu głową celnie strzelił obrońca Tomasz Kłos. Te dwie zabójcze akcje właściwie ustawiły mecz po naszej myśli. Wprawdzie po przerwie gospodarze próbowali jeszcze zmienić losy spotkania, ale tylko odbijali się od polskiego muru. Kończyli również w dziesiątkę, po czerwonej kartce dla Jurisa Laizansa, tego samego, który strzelił nam bramkę niespełna rok wcześniej w Warszawie. Z Rygi wracaliśmy z kompletem punktów, rewanżując się Łotwie z nawiązką za porażkę u siebie. Nadzieje odżyły, ale cztery dni później czekała nas znacznie trudniejsza przeprawa - potyczka ze Szwedami w Chorzowie. Kibice na Stadionie Śląskim wierzyli, że przełamiemy niemoc w starciach o punkty ze Skandynawami. 
Wypełniony biało-czerwonymi barwami obiekt zamilkł jednak już w drugiej minucie, kiedy bierną postawę naszej defensywy wykorzystał Mikael Nilsson. Co ciekawe, akcję bramkową zapoczątkował dośrodkowaniem z rzutu wolnego Friedrik Ljungerg - ten sam, który cztery lata wcześniej, na tym samym stadionie, zdobył dla Szwedów zwycięskiego gola. 
- Gorzej zacząć nie mogliśmy - pomyślałem sobie siedząc przed telewizorem. Faktycznie, znów musieliśmy bić głową w mur. W 37 minucie Szwedzi prowadzili już 2:0, tym razem to Olof Mellberg wykorzystał wrzutkę swego kolegi z rzutu rożnego i głową wpakował piłkę do naszej siatki. Próbowaliśmy się jeszcze podnieść po tym drugim ciosie, ale tamtego wieczoru nie mieliśmy już argumentów, aby zdobyć choćby honorowego gola. Na domiar złego w 63 minucie czerwoną kartkę za uderzenie łokciem przeciwnika ujrzał Tomasz Hajto. Niestety, obliczyłem pospiesznie nasz bilans ostatnich starć ze Szwedami w meczach eliminacyjnych za kadencji Wójcika i Janasa. Cztery spotkania, cztery porażki, zero strzelonych bramek i osiem straconych. Tak fatalnie to nie wypadliśmy nawet w dotychczasowych pojedynkach z Anglikami… O pierwszym miejscu w grupie musieliśmy bezpowrotnie zapomnieć, ale nadal mieliśmy szansę zająć drugie. Aby to się jednak stało, musiały spełnić się dwa warunki. W ostatnim październikowym spotkaniu zwyciężamy na Węgrzech, natomiast Szwedzi pokonują u siebie Łotwę. W takiej sytuacji na finiszu eliminacji i my i Łotysze dysponujemy trzynastoma punktami, ale jesteśmy górą w bezpośrednich potyczkach z nimi. Nie był to scenariusz sciene fiction, choć nie wszystko też do końca zależało od nas. Miesiąc później my swój plan wykonaliśmy. W Budapeszcie zwyciężyliśmy Węgrów 2:1 (1:1), zaś oba gole zdobył przeżywający wtedy najlepsze momenty w karierze Andrzej Niedzielan. Niestety, druga część planu spaliła na panewce. Szwedzi, którzy i tak mieli zapewnione pierwsze miejsce i bezpośredni awans do Mistrzostw Europy, sensacyjnie przegrali z Łotwą 0:1 na własnym boisku. W takim układzie zajęliśmy trzecie miejsce, tuż za burtą… 
 
Oczywiście wśród naszych kibiców nie brakowało teorii spiskowych, że Szwecja nie do końca poważnie podeszła do tego pojedynku, ale… Byłem oczywiście zły, natomiast nie straciłem racjonalnego oglądu sytuacji. Byliśmy sami sobie winni, bo w dwumeczu ze Skandynawami sami nie wywalczyliśmy choćby punktu (a jedno “oczko” więcej już dawałoby nam możliwość gry w barażach), co gorsze straciliśmy pięć punktów u siebie w pierwszej połowie eliminacji przegrywając najpierw z Łotwą, natomiast potem remisując z Węgrami. Triumf w Rydze przedłużył nadzieje, ale niestety - wcześniej zanotowaliśmy zbyt wiele wpadek, aby myśleć o grze w Euro 2004. Niemoc w bojach ze Szwedami to już historia na osobny rozdział. 

2003 rok reprezentacja pod wodzą “Janosika” kończyła jednak bardzo optymistycznymi akcentami. 12 listopada, w towarzyskim pojedynku na stadionie Legii pokonała Włochów, ówczesnych wicemistrzów Europy 3:1 (2:1)! Już po osiemnastu minutach gry prowadziła 2:0 po golach Jacka Bąka oraz Tomasza Kłosa. Wprawdzie w dziewiętnastej do naszej siatki trafił debiutujący w reprezentacji Italii Antonio Cassano, ale nie wybiło to biało-czerwonych z rytmu. Byliśmy coraz bliżsi zwycięstwa, wreszcie udało się je przypieczętować w 84 minucie, uczynił to Jacek Krzynówek! Mimo iż był to pojedynek towarzyski, to jednak wynik - jak zwykło się potocznie mówić - poszedł w świat! Po raz pierwszy od wielu lat zwyciężyliśmy zespół ze światowego topu. Miało swoją wymowę, tym bardziej, że Włosi do Warszawy nie przyjechali w rezerwowym składzie, lecz ze swoimi czołowymi zawodnikami. Festiwal strzelecki w naszym wykonaniu trwał w najlepsze. Cztery dni później, w Płocku pokonaliśmy w następnym sparingu Serbów 4:3 (2:0). W pierwszej połowie gole dla nas zdobyli Andrzej Niedzielan i Grzegorz Rasiak. W końcówce dwa celne trafienia zaliczyli graczy krakowskiej Wisły - Kamil Kosowski oraz Maciej Żurawski. W ofensywie pokazaliśmy siłę, ale gorzej było tym razem w obronie. Pozwoliliśmy sobie wbić trzy gole, dwa w końcówce, co było wynikiem pójścia na wymianę ciosów z goniącymi wynik Serbami. 
 
W grudniu reprezentacja rozegrała dwa wyjazdowe sparingi. Najpierw pokonała Maltę 4:0, potem Litwę 3:1. Co ciekawe, w obu tych meczach do siatki przeciwników po jednym razie trafił środkowy pomocnik, wówczas 20-letni Sebastian Mila, reprezentujący Groclin Grodzisk Wielkopolski. Napisał on piękną kartę w historii naszej klubowej piłki. W meczu Pucharu UEFA Mila zdobył fantastycznego gola w wyjazdowym pojedynku Groclinu z Manchesterem City, który zakończył się remisem 1:1 (0:1). Rywale mieli w swoim szeregach znakomitych zawodników, od bramkarza Davida Seamana zaczynając na pomocnikach i napastnikach - Robbiem Fowlerze, Stevie Mc Manamanie czy Franzuzie Nicolasie Anelce kończąc. Manchester prowadził wówczas Kevin Keegan, były selekcjoner reprezentacji Anglii. Mimo to klub z małego wielkopolskiego miasteczka u siebie zremisował z angielskim potentatem 0:0 i awansował do kolejnej rundy (1/16 finału), gdzie dopiero uznał wyższość francuskiego Girondins Bordeux. Warto dodać, że wcześniej Dyskobolia wyeliminowała także w tamtym pucharowym sezonie niemiecką Herthę Berlin. W ekipie Groclinu, wówczas wicemistrza kraju, oprócz Mili, występowali właśnie wspomniani reprezentanci - Rasiak i Niedzielan a w środku pola rządził olimpijczyk z Barcelony, później kadrowicz Tomasz Wieszczycki. 
Miejscowy przedsiębiorca Zbigniew Drzymała zbudował tam klub, który był prawdziwą rewelacją naszej ekstraklasy na początku XXI wieku. Niestety, w kolejnych latach klub ten mocno podupadł, w 2008 roku spadł z ekstraklasy i po zawirowaniach organizacyjnych zaczął pałętać się już po niższych ligach.
Jesienią 2003 roku ja doczekałem się z kolei debiutu na łamach Dziennika Sportowego “Tempo”. Stało się to już po tym, jak nowy wydawca “Przeglądu Sportowego” połączył ze sobą oba znane i cenione tytuły. W południowo-wschodniej części kraju ukazywało się właśnie “Tempo”, miało też swoją kolumnę, poświęconą sportowi lokalnemu. Któregoś dnia przeczytałem artykuł znanego kieleckiego dziennikarza Macieja Cendera pod tytułem “Cienka, czerwona linia”. Nie nawiązywał on jednak do słynnego filmu wojennego, lecz ciężkiej sytuacji Staru Starachowice, zasłużonego świętokrzyskiego klubu. Pomyślałem sobie - czemu ja miałbym nie napisać czegoś do znanego dziennika o kondycji równie znanego Granatu Skarżysko. Z budki telefonicznej zatelefonowałem więc do redakcji “Tempa” w Krakowie. Połączono mnie z Tomaszem Bochenkiem, który był współodpowiedzialny za tę lokalną kolumnę. Dostałem zielone światło na to, aby za wierszówkę napisać taki artykuł. Zrobiłem to bez wahania. Dwa dni później tekst znalazł się na łamach - nosił tytuł “Skarżyski sport na barkach społeczników”. Dotyczył nie tylko Granatu jako piłkarskiego klubu, ale ogólnie innych sekcji w mieście, które borykały się z brakiem pieniędzy, miasto traktowało je po macoszemu, zaś działały tylko dlatego, że tego bardzo chcieli miejscowi pasjonaci sportu i mogli liczyć na wsparcie ludzi dobrej woli. Poszedłem za ciosem, tamtej jesieni w “Tempie” ukazało się jeszcze kilka moich tekstów - drugi o Granacie, pisałem też o sportach walki, bo akurat w tych kręgach też miałem zaprzyjaźnionych informatorów. Niestety, pod koniec 2003 roku w gazecie nastąpiły zmiany, redakcja zrezygnowała z prowadzenia lokalnej kolumny w takiej formie i zwyczajnie dla mnie zabrakło miejsca. Można jednak powiedzieć, że miałem w “Tempie” swoje pięć minut, dopóki jeszcze istniało… 

W tym czasie poznaliśmy naszych przeciwników w eliminacjach do Mistrzostw Świata w 2006 roku w Niemczech. Do naszej grupy “wróciła” po pięciu latach przerwy Anglia, ponadto wylosowaliśmy Austrię, dwójkę wyspiarzy Irlandię Północną i Walię oraz Azerbejdżan. Nie licząc Anglików reszta stawki wydawała się być i trudna i wyrównana. Rywalizacja zapowiadała się ciekawie. Ze zmiennym szczęściem radziliśmy sobie w meczach towarzyskich w pierwszej połowie 2004 roku. Najpierw pokonaliśmy na wyjazdach Słowenię 2:0 i Wyspy Owcze 6:0 (cztery gole uzyskał wówczas Paweł Kryszałowicz), ale potem, im silniejsi przeciwnicy, tym tak dobrze już nie było. W marcu i kwietniu przegraliśmy najpierw z USA 0:1 w Płocku, by miesiąc później bezbramkowo zremisować w Bydgoszczy z Irlandią. 
Ciekawostką jest fakt, że pod koniec maja w Szczecinie zwyciężyliśmy Grecję 1:0 po golu samobójczym. Ta sama ekipa naszego rywala miesiąc później… świętowała tytuł mistrza Europy w Portugalii! W finale zespół, prowadzony wówczas przez niemieckiego selekcjonera Otto Rehhagela, wygrał 1:0 właśnie z gospodarzami imprezy! 
Obserwatorzy, wielu kibiców, nie pozostawiało suchej nitki na stylu gry Greków, opartym na defensywie, dużej dyscyplinie taktycznej. To byli Grecy grający całkowicie inaczej, niż do tego przywykliśmy. Nie przejmujący się słowami krytyków, bowiem w ostateczności wyniki mieli korzystne. Pod koniec maja, po towarzyskim meczu w Polsce, ciężko było jednak prognozować, że piłkarze z kraju Hellady wywalczą Puchar Henri Delaneya. Bolało człowieka co innego - w portugalskim czempionacie wystąpiła także Łotwa, nasz niedawny rywal w eliminacyjnej grupie. Po zwycięskich barażach z Turkami awansowała do turnieju. W grupie zajęła ostatnie miejsce za Holandią, Czechami oraz Niemcami, zdobywając tylko jeden punkt. Fakt faktem, Łotysze zaliczyli jednak historyczny debiut w wielkiej imprezie piłkarskiej, na który ma ciągle czekaliśmy i czekaliśmy… 

Wiosną, jeszcze przed mistrzostwami starego kontynentu w Portugalii, wybrałem się z rodziną wizytą do ciotki oraz kuzynek w Katowicach. Nie mogłem więc darować sobie okazji, musiałem wybrać się na Stadion Śląski w Chorzowie. Wtedy był to największy taki obiekt w Polsce, nad wejściem do tunelu widniał wielki szyld “Stadion Śląski - Narodowy”. Pamiętam, że to było leniwe niedzielne przedpołudnie. Weszliśmy na obiekt, gdyż jedna z bram była otwarta. Trochę pochodziłem po trybunach, upajałem się widokiem na cały stadion, potem zszedłem nisko na płytę i postanowiłem pokonać jedno okrążenie na legendarnej bieżni. Zmęczony zatrzymałem się znów w rejonie ławek rezerwowych. - A co tam, wejdę na płytę - pomyślałem sobie. Ba, nie wszedłem, tylko wbiegłem na nią cały w “skowronkach”! Najpierw zaliczyłem lekki trucht, potem przyspieszenie, wreszcie sprint i w pewnym momencie zaliczyłem mocną glebę na murawie. Przekręciłem się z brzucha na plecy, popatrzyłem w niebo. 
- Cholera, leżę w miejscu, gdzie biegały piłkarskie sławy! - zacząłem gadać do siebie i uświadamiać sobie, że oto w takich okolicznościach, w niedzielę, przy lekko siąpiącym deszczu, spełniło się jedno z moich dziecięcych marzeń - odwiedzić słynny Stadion Śląski. 
Teraz miałem 24 lata i cieszyłem się jak szczeniak, który do późnego wieczora kopał piłkę pod lasem, nie zważając na to, że niemiłosiernie tną komary. Dosłownie powąchałem murawy “kotła czarownic” i byłem szczęśliwy jak diabli! - No, to teraz to ja wam wszystkim pokażę - pomyślałem sobie, kiedy już wychodziliśmy z obiektu, bo ktoś z obsługi zorientował się, że jednak niepożądani gości biegają po bieżni, a jeden nawet na płycie boiska. Racząc się browarem w jednym z parkowych ogródków postanowiłem wtedy, że muszę przyjechać tu za niecałe cztery miesiące, na mecz Polska - Anglia. Już jako dziennikarz…

4 września kadra zaczęła tymczasem eliminacyjne batalie. Na tak zwany pierwszy ogień poszła Irlandia Północna, z którą zagraliśmy na wyjeździe. Widać było, że biało-czerwoni wyciągnęli wnioski z wysokiej porażki z Duńczykami. W Belfaście zwyciężyli 3:0 (2:0), do siatki gospodarzy trafili: Maciej Żurawski, Piotr Włodarczyk oraz Jacek Krzynówek. Dobrze rozpoczęliśmy eliminacje, w głowie był już tylko pojedynek z Anglią. Na wyjazd do Chorzowa szykowałem się od wielu dni, wciąż jakby nie wierząc, czy to mi się czasem nie śni. Musiałem też przekonywać szefostwo redakcji, że ma to sens. Wiadomo, przez nich przemawiała “lokalność”, a mecz Polska - Anglia dla lokalnego tygodnika nie był jednak jakimś priorytetem. Może i było w tym trochę racji, ale uparłem się, że to jednak jakieś wyróżnienie dla gazety, że po raz pierwszy w historii jej dziennikarz jest akredytowany na takie wydarzenie. 
 
Ostatecznie zdecydowałem, że pojadę nawet na własny koszt. Już w dniu meczu, 8 września Anno Domini 2004. W pociągu ze Skarżyska-Kamiennej siedziałem jak na szpilkach, ale trzy godziny upłynęły szybko i zameldowałem się w Katowicach. Udałem się do hotelu w centrum, już nie pamiętam jego nazwy, tam odebrałem akredytację, którą z dumą przeglądałem z każdej strony. Popołudnie spędziłem u kuzynostwa na Załężu, na mecz udałem się pieszo, najpierw Gliwicką, potem Bracką, w stronę Wesołego Miasteczka, później już alejkami wojewódzkiego parku w Chorzowie. Piękna sprawa, maszerowałem i delektowałem się tą atmosferę. Im bliżej do Stadionu Śląskiego, tym więcej bieli i czerwieni, okrzyków “Polska, Polska!”, pisk trąbek. Piwo w ogródkach lało się strumieniami. Miałem też ochotę wypić browar, ale powstrzymałem się. - Dobra, po robocie, po meczu - stwierdziłem. 
 
Wchodząc na stadion bramką dla mediów i oficjeli na szczęście uniknąłem tłoku. Wszedłem w sam środek “kotła czarownic” i… Potem już nic nie było takie samo, jak wcześniej. Wchłonęła mnie ta atmosfera, trybuny, śpiewy, skandowanie, gwizdy. Stewardzi pomogli dotrzeć do biura prasowego, gdzie można było już wziąć składy Polaków i Anglików. Na trybunie prasowej każdy dziennikarz miał wyznaczone swoje miejsce. Odnalazłem własne, usiadłem i upajałem się widokiem stadionu, murawy, akurat nasi piłkarze kończyli rozgrzewkę. To, co potoczyło się dalej, było dla mnie już jak piękny sen. Pracowałem jak automat, w swoim notatniku skrupulatnie opisywałem akcje z jednej, drugiej strony, co się działo i w której minucie. I uśmiechałem się pod nosem, szczęśliwy, że tu właśnie teraz jestem. Co jakiś czas zastanawiam się tylko - co ja tu robię? Jak to się stało, że tu się znalazłem? Nie szukałem zresztą odpowiedzi na te pytania. Upajałem się chwilą! W 38 minucie serca jednak zadrżały, Jermain Defoe oszukał naszych obrońców i dał Anglikom prowadzenie. 
 
Na przerwę to oni schodzili zadowoleni, zresztą, w ostatnim kwadransie pierwszej odsłony przewaga wyspiarzy była wyraźniejsza. Mogłem wtedy z bliskiej dość odległości obserwować, jak swoje uwagi, poza anteną, wymieniają komentujący mecz w telewizji Dariusz Szpakowski i Grzegorz Mielcarski. Zacząłem delikatnie obserwować innych dziennikarzy, jak pracują, co robią w czasie przerwy. Wyszedłem tylko do WC, na chwilę do biura prasowego, ale chciałem jak najszybciej zjawić się na trybunie, żeby dalej chłonąć tę atmosferę. 
Całe szczęście, że zasiadłem wcześniej, nie musiałem nigdzie się przepychać i w 48 minucie… widziałem z góry Kamila Kosowskiego, który podaje piłkę Maciejowi Żurawskiemu, a ten celuje w samo okienko bramki Paula Robinsona. Jeeeeeest! Mamy 1:1. Podrywają się nasi kibice, podrywają i dziennikarze, wpadam w objęcia swojego sąsiada, on w moje! 
Nasza radość nie trwa jednak długo, dziesięć minut później akcja Anglików przenosi się pod naszą bramkę, niefortunnie interweniuje nasz obrońca Arkadiusz Głowacki. Piłka trzepoce w siatce… Przegrywamy 1:2… - Nic się nie stało, Polacy nic się nie stało! - skandują biało-czerwone trybuny. Staramy się, ale Anglicy tego wieczoru okazują się drużyną lepszą, o tę nieszczęsną jedną bramkę. Gary Neville, John Terry, David Beckham, Steven Gerrard, Frank Lampard, Michael Owen - nazwiska ówczesnych gwiazd rywala można wymienić jednym tchem. Włoski sędzia Stefano Farina gwizdnął wreszcie po raz ostatni… Nie miałem jednak czasu analizować szczegółowo tego meczu. Za chwilę na konferencji pojawili się trenerzy: Paweł Janas, Szwed Sven Goran Eriksson, który był selekcjonerem Anglików oraz rzecznik PZPN Michał Kocięba, który prowadził konferencję. “Fajerwerków” w wypowiedziach nie było, trochę kurtuazji, wiadomo było, że to Eriksson jest tym wygranym. Janas był smutny, niepocieszony, choć przyznał, że przegraliśmy z jedną z najlepszych drużyn świata. 
 
W drodze powrotnej na Załęże zamówiłem już taksówkę, zatrzymała się nieopodal Alei Żyrafy. Przenocowałem u kuzynek, ale tak naprawdę zaliczyłem może cztery godziny snu. Z wrażenia jeszcze długo huczało mi w głowie, rozgrywałem te akcje, rozpamiętywałem, co działo się na Śląskim. Nawet rankiem, gdy o szóstej gnałem na pociąg, na dworzec w Katowicach, po drodze zaopatrując się w “Przegląd Sportowy”, “Sport” oraz “Dziennik Zachodni”. Miałem na sobie jeszcze biało-czerwony szalik. Do przedziału wszedł młody, postawny gość. Spojrzał wtedy na mnie z ciekawością i pyta: - Z meczu?
- Tak - odpowiadam.
- Też byłem, tylko po drugiej stronie, jako ochrona - dodał. Już nie kontynuowaliśmy dyskusji, bo uciął sobie drzemkę. Ja nie byłem w stanie tego zrobić aż do powrotu do domu w Skarżysku. W czasie podróży nadal rozgrywałem “w głowie” to spotkanie z Anglikami. Mieszały mi się te obrazki - z dzieciństwa, z meczów pod lasem i ta atmosfera Śląskiego. - Koniecznie to muszę powtórzyć - postanowiłem. Uprzedzę fakty - słowa danego samemu sobie dotrzymałem.  
PIOTR STAŃCZAK 

 
W NASTĘPNYM ODCINKU - 8 WRZEŚNIA: 
Brawo Franek, łowca bramek! Wracam na Śląski, już jak do siebie. Najpierw było pięknie, a potem … Ekwador. Polska kontra Portugalia - to nie był sen! 

W POPRZEDNIM ODCINKU: 
 
KSIĄŻKĘ "NA BIAŁO-CZERWONYM SZLAKU" JAKO EBOOK ZNAJDZIECIE TUTAJ 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dawne gwiazdy futbolu uświetnią 100-lecie Klubu Sportowego Warka. Będzie wielka feta

PIŁKA NOŻNA. Klub Sportowy Warka obchodzi 100-lecie istnienia. Wielka impreza jubileuszowa odbędzie się w sobotę 24 czerwca. Wśród uczestników jest Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. Jej mecz z oldbojami Warki komentować będzie Dariusz Szpakowski. 

Dawne piłkarskie gwiazdy zagrają dla chorego Tymusia w Grodzisku Mazowieckim

PIŁKA NOŻNA. Trwa już odliczanie do charytatywnego turnieju na rzecz chorego Tymusia, który odbędzie się 27 stycznia 2024 roku w Grodzisku Mazowieckim koło Warszawy. Wystąpi między innymi Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. 

Polska - San Marino 1:0. Zamiast pogromu był wstyd! Bacciocchi: to my po meczu dawaliśmy autografy

PIŁKA NOŻNA. 28 kwietnia minie dokładnie 30 lat od sławetnego meczu Polska - San Marino w eliminacjach do Mistrzostw Świata w USA. Tamto spotkanie, które biało-czerwoni wygrali 1:0 pokazało, że żadnego przeciwnika nie wolno lekceważyć przed pierwszym gwizdkiem. Choć brzmi banalnie, to nasi piłkarze boleśnie o tym się przekonali...