Przejdź do głównej zawartości

Na biało-czerwonym szlaku, część 12, ostatnia: Brawo Franek, łowca bramek! Wracam na Śląski, już jak do siebie. Najpierw było pięknie, a potem… Ekwador. Polska kontra Portugalia - to nie był sen!

"Na biało-czerwonym szlaku" to książka, która zrodziła się z pasji do piłki nożnej i w ogóle sportu. Dotychczas publikowałem ją w odcinkach na moim blogu. Zachęcam do lektury i podróży po wielkich stadionach oraz lokalnych i wiejskich boiskach. Dziś część dwunasta - ostatnia! 
11 października 2006 roku. Polscy kibice, w tym moi sektorowi sąsiedzi, fetują zdobycie pierwszego gola przez Euzebiusza Smolarka w meczu z Portugalią na Stadionie Śląskim. Fot. Prywatne
 
 
Porażka z Anglikami nie spowodowała na szczęście kryzysu formy naszych reprezentantów. Potwierdziły to dwa trudne, jesienne pojedynki eliminacyjne na wyjazdach. W październiku, w odstępie czterech dni czekało nas starcie z Austrią w Wiedniu, potem w Cardiff z Walią. Pierwszą z potyczek rozpoczęliśmy kapitalnie, w 9 minucie prowadzenie dał nam Radosław Kałużny, dobił piłkę do siatki po uderzeniu Żurawskiego z rzutu wolnego. Austriacy nie odpuszczali i po pół godzinie gry, za sprawą Markusa Shoppa, doprowadziła do wyrównania. To był mecz nerwów, z przeciwnikiem, który grał twardo, agresywnie. Biało-czerwoni wytrzymali ciśnienie, by w końcówce zadać miejscowym decydujące ciosy. Najpierw mocnym strzałem z rzutu wolnego popisał się Krzynówek. Od 79 minuty wygrywaliśmy 2:1, ale na tym nie zaprzestaliśmy. W ostatniej minucie pojedynku Tomasz Frankowski wykorzystał podanie z lewej strony od Kamila Kosowskiego. Wprawdzie pierwszy jego strzał obronił Alex Manninger, ale wobec dobitki “Franka” był już bezradny. Co ciekawe, w tym spotkaniu napastnik Wisły wystąpił w roli jokera, gdyż Paweł Janas wpuścił go na boisko po przerwie. Miał przysłowiowego nosa. Tomek wypracował bowiem rzut wolny, który sfinalizował Krzynówek, a potem sam dobił Austrię na jej terenie! Wskoczyliśmy na drugie miejsce w tabeli, podbudowani wiedeńską victorią pojechaliśmy do Cardiff. 
Mecz z Walią, podobnie jak dwa, które rozegraliśmy z nimi w sezonie 2000-01, również należał do niezwykle emocjonujących. Być może był jednym z najciekawszych, jakie reprezentacja rozegrała pod wodzą Janasa. 
Wyspiarze mocno natarli, my nie pozostaliśmy dłużni. W pierwszej części gole nie padły, prawdziwe emocje zaczęły się po przerwie. W 56 minucie trybuny Millennium Stadium eksplodowały z radości, po tym, jak prowadzenie dał Walijczykom Robert Earnshow. Przeżywaliśmy nerwy, ale w ostatnich dwudziestu minutach znaleźliśmy wreszcie sposób na twardo grających podopiecznych Marka Hughesa. W 72 minucie obrońców rywali oszukał Frankowski, który na boisko znów wszedł z ławki rezerwowych (dwanaście minut wcześniej zmienił Włodarczyka). Popisał się ładnym uderzeniem w prawy róg bramki gospodarzy. Gol ten ostudził nieco zapędy Walii, natomiast nakręcił do walki biało-czerwonych. W 81 minucie na 2:1 podwyższył Żurawski, mimo, iż mocno naciskany przez rywala, pewnie huknął pod poprzeczkę bramki miejscowych. Cztery minuty później kapitalnym uderzeniem z lewej nogi (w jakże!) popisał się Krzynówek. Twardzi i toporni Walijczycy próbowali się jeszcze podnieść, czego efektem był gol Johna Hartsona w ostatniej minucie. Na więcej już jednak nie było ich stać. Wygrana Polski 3:2 stała się faktem. Po czterech eliminacyjnych pojedynkach mieliśmy na koncie dziewięć punktów, o jeden mniej od prowadzących Anglików. Wtedy stało się jasne, że w grupie będziemy drugą siłą. Nadzieje na dobry 2005 rok dał nam jeszcze listopadowy, towarzyski mecz z Francją na słynnym Saint Denis w Paryżu. Padł bezbramkowy remis, który był wartościowym wynikiem. Na początku 2005 roku miałem okazję porozmawiać o tym choćby z… Jackiem Gmochem, byłym selekcjonerem reprezentacji Polski w latach 1976-78.

Jacek Gmoch, wówczas ceniony ekspert, gościł w Suchedniowie na zaproszenie swojego długoletniego przyjaciela, księdza infułata Józefa Wójcika. W hali sportowej porozmawialiśmy o kadrze Pawła Janasa, jego wybrańcach, utwierdzając się w tym, że awans do finałów Mistrzostw Świata jest w zasięgu. Spotkanie upłynęło w sympatycznej atmosferze, Gmoch opowiadał niezliczone anegdoty, oglądał też trening miejscowej młodzieży. Na pewno dla mnie było to jedno z ciekawszych spotkań w czasach, gdy zajmowałem się dziennikarstwem sportowym. 
 
 
POLECAM: 

Nowy rok z drugiej strony wcale nie zaczął się dla naszej reprezentacji tak obiecująco. W lutym, w mroźnej aurze, przegraliśmy w Grodzisku Wielkopolskim z Białorusią 1:3. Gola dla naszej reprezentacji ponownie uzyskał Maciej Żurawski, ale główną rolę na boisku odegrał wtedy Białorusin Aleksander Gleb, który dwa razy trafił do naszej siatki. Był to taki zimowy prysznic, z którego kadra ponownie musiała wyciągnąć wnioski. I wyciągnęła. W obu potyczkach, które rozegraliśmy pod koniec marca w eliminacjach, zainkasowaliśmy już komplety punktów, choć miały one diametralnie inny przebieg. W Wielką Sobotę na stadionie Legii Polska urządziła sobie ostry strzelecki festiwal, gromiąc Azerbejdżan aż 8:0 (3:0). Trzy razy do bramki przeciwników trafił Frankowski, dwukrotnie już w samej końcówce Marek Saganowski, wcześniej gole zdobywali Kamil Kosowski i Jacek Krzynówek, zaś samobójcze trafienie zaliczył Azer Aftandil Hadżijew. Byliśmy blisko rekordowego zwycięstwa w dziejach reprezentacji narodowej, ale zabrakło jednej bramki przynajmniej do jego wyrównania (do tamtej pory najwyższym wynikiem jaki osiągnęliśmy było 9:0 z Norwegią w 1963 roku, nowy rekord - triumf 10:0 z San Marino - biało-czerwoni ustanowili wiosną 2009 roku w Kielcach). 
 
Cztery dni później na Łazienkowską przyjechała Irlandia Północna i z nią mieliśmy znacznie trudniejszą przeprawę. Męczyliśmy się aż do 87 minuty, kiedy strzelecką niemoc drużyny przełamał Żurawski! Następnego dnia po tym spotkaniu rozmawiałem z Robertem Jurkiewiczem, wówczas nauczycielem wychowania fizycznego w Zespole Szkół w Bliżynie. Powiedział mi, że był właśnie z ekipą ze Skarżyska-Kamiennej na stadionie warszawskiej Legii i pojedynek z Wyspiarzami oglądał na żywo. 
- Jurek, napiszę - powiedziałem. - Spoko, luz, świetna była atmosfera - zaczął swoje wspomnienia i ten wstęp tak mi się spodobał, że dosłownie zacytowałem go później w gazecie. Śmialiśmy się potem z tego “spoko luz”. 
Zdjęcia użyczył mi do publikacji Darek Ocias, skarżyski fotograf, który też brał udział w tej wyprawie do Warszawy. 

Reprezentacja umocniła się na drugim miejscu w tabeli. W kwietniu wybrała się na towarzyską potyczkę do Ameryki Łacińskiej, zremisowała z Meksykiem 1:1, gola dla naszej drużyny zdobył wiślak z Krakowa Paweł Brożek, jeden z braci bliźniaków pochodzących z podkieleckich Górek Szczukowskich. Potem towarzysko pokonaliśmy w Szczecinie Albanię 1:0 (po bramce Żurawskiego) i mogliśmy szykować się do rewanżowej potyczki w Azerbejdżanie. Do Baku pojechaliśmy na początku czerwca, pojedynek z najsłabszą ekipą naszej grupy nie był spacerkiem, ale potrafiliśmy wypunktować żywiołowo grających gospodarzy 3:0 (1:0). Bramki zdobywali: Frankowski, Żurawski i Tomasz Kłos. Być może ten mecz nie przeszedłby specjalnie do historii, gdyby nie zachowanie brazylijskiego trenera Azerbejdżanu Carlosa Alberto Torresa, który nie wytrzymał nerwowo, w końcówce wtargnął na murawę, podbiegł do sędziego, wykonując rękoma gesty wskazujące na to, że hiszpański arbiter Alberto Undiano Mallenco “skręcił” to spotkanie sprzyjając Polakom. 
 
Oczywiście z prawdą nie miało to nic wspólnego, ale Brazylijczyk doprowadził do niepotrzebnej nerwówki na boisku i poza nim. Został wyrzucony z ławki i tak oto pożegnał się z reprezentacją Azerów. Czułem wówczas, że awans do mundialu w Niemczech, który miał rozpocząć się za rok, jest już coraz bliżej. Właściwie pozostawało pokonać we wrześniu Austrię i Walię na własnym boisku i czekać na korzystne rozstrzygnięcia w innych grupach. Warto dodać, że do mistrzostw można było zakwalifikować się nie tylko z pierwszego, ale też drugiego miejsca pod warunkiem dużego dorobku punktowego. Wszystko to było w naszym zasięgu, ale pod koniec kalendarzowego lata należało jeszcze postawić kropkę nad “i”. 

W sierpniu Polacy rozegrali dwa wyjazdowe pojedynki towarzyskie, pokonali 3:2 Serbów a następnie w takich samych rozmiarach Izrael. Nastroje były bojowe. Udzieliły się również i mnie. Pod koniec sierpnia, podobnie jak rok wcześniej, znów otrzymałem, jako dziennikarz “Tygodnika” akredytację na mecz na Stadionie Śląskim. Bardzo ostrzyłem sobie zęby na potyczkę z Austriakami. Zresztą mecz, który odbył się 3 września, wywołał duże zainteresowanie kibiców. Tradycyjnie już rankiem udałem się w podróż do Katowic, dzień spędziłem u rodziny, by wieczorem ruszyć na spacer do parku. Pogoda była piękna, alejki znów zapełniły się kibicami w biało-czerwonych barwach. Na miejscu spotkałem się już ze skarżyskimi krajanami - Maćkiem Stojeckim, wtedy już pracującym w “Nowym Tygodniku” oraz jego fotoreporterem. Odebraliśmy akredytacje w pobliskim domu harcerza i ustawiliśmy się przy bramce wejściowej. Znów miło było popatrzeć na tłumy gromadzące się przy “kotle czarownic”, a potem oglądać biało-czerwone sektory z trybuny prasowej. Gromkie brawa powitały na rozgrzewce Polaków i przeciągły gwizd Austriaków. Nasza publiczność szczególną dezaprobatę wyraziła słysząc nazwisko jednego z piłkarzy gości Dietmara Kuhbauera. Podczas meczu ligi austriackiej, w trakcie wspólnego wywiadu miał nazwać “śmierdzącym Polakiem” byłego reprezentanta Polski Adama Ledwonia. 
Między oboma zawodnikami doszło do szarpaniny, atmosferę podgrzały media i kibice na Śląskim nie omieszkali “podziękować” Austriakowi, który jednak dementował sytuację z Ledwoniem, twierdząc, że rywalami są tylko na boisku natomiast z Polską i Polakami nigdy osobiście nie miał problemów.
Do meczu przystąpiliśmy bardzo zmobilizowani, z impetem rzuciliśmy się na Austriaków w pierwszych minutach i na efekty nie trzeba było długo czekać. W trzynastej objęliśmy prowadzenie po golu coraz śmielej wchodzącego do kadry Euzebiusza Smolarka, syna Włodzimierza. Popularny “Ebi” piłkarskiego rzemiosła jako dziecko uczył się w Holandii, Polskę reprezentował już w drużynach młodzieżowych, w tamtym okresie współpracował między innymi z trenerem Janasem, który dał mu potem szansę w pierwszej kadrze. Dziesięć minut później na 2:0 podwyższył mocnym, plasowanym strzałem Kamil Kosowski. Mecz był pod naszą kontrolą i na przerwę schodziliśmy w dobrych, bojowych nastrojach. Druga część przysporzyła tymczasem wiele emocji, postarał się o nie w dużej mierze Austriak Roland Linz. W 61 minucie wykorzystał błąd polskiej defensywy i pokonał naszego bramkarza Artura Boruca. Osiem minut później o szybsze bicie naszych serc postarał się Maciej Żurawski. Po kilkudziesięciometrowym rajdzie wpadł w pole karne Austriaków, gdzie sfaulował go bramkarz Alex Manninger. Sędzia podyktował “jedenastkę” dla Polski, egzekutorem był Żurawski, który sam ją zresztą wypracował. Austriacki golkiper wyczuł jego intencje, odbił piłkę, na szczęście “Żuraw” szybko ją przechwycił, minął Manningera i wpakował futbolówkę do siatki! Odetchnął z ulgą, tak samo jak ponad czterdzieści tysięcy kibiców biało-czerwonych na chorzowskim gigancie. 
 
Niestety, w końcówce musieliśmy przeżywać niesamowitą nerwówkę. W 80 minucie drugą bramkę dla Austriaków strzelił Linz. Goście zwietrzyli swoją szansę i zażarcie walczyli o remis. Nasza drużyna nie pozwoliła już zrobić sobie krzywdy. Wygrana 3:2 zapewniła nam już ostatecznie drugie miejsce w grupie i awans do finałów kolejnego mundialu był już coraz bliżej. Co ciekawe, na pomeczowej konferencji prasowej, oprócz Pawła Janasa oraz trenera Austriaków Hansa Krankla, dziennikarzy pojawił się także Andrzej Niemczyk, trener reprezentacji Polski… siatkarek z kilkoma swoimi ówczesnymi podopiecznymi, z którymi zdobył mistrzostwo Europy. Szkoleniowiec ze swoimi “złotkami” akurat na Śląsku przygotowywał się do kolejnych zawodów, skorzystał z zaproszenia PZPN i pojawił się na chorzowskim meczu. W naszym obozie czuć było atmosferę ulgi. Takowa towarzyszyła i nam, wracającym późną nocą do Skarżyska. Czasu, aby się przespać nie było zbyt wiele. W niedzielę 4 września czekał nas wyjazd na mecz czwartej ligi świętokrzyskiej do Suchedniowa. Tamtejszy Orlicz zmierzył się w lokalnych derbach z Łysicą Bodzentyn. Pojedynek ten zakończył się remisem 1:1. - Wczoraj mecz reprezentacji na Stadionie Śląskim, dziś czwarta liga, jak tu nie lubić tej roboty - pomyślałem sobie przez chwilę. 

Trzy dni później biało-czerwoni podjęli w Warszawie przy ulicy Łazienkowskiej w Warszawie Walijczyków. To spotkanie miało zupełnie inny przebieg. Nie doszło do takiej wymiany jak w Chorzowie. Byliśmy jednak lepsi - o jedną bramkę. W 54 minucie gola na 1:0 zdobył z rzutu karnego Maciej Żurawski. Była to wygrana nieco wymęczona, przebieg spotkania zgoła inny niż rok wcześniej w Cardiff. Już po końcowym gwizdku sędziego kibice czekali na pomyślne wieści, to znaczy potknięcie Anglii. Niestety dla naszej reprezentacji, Wyspiarze nadal znajdowali się w tabeli blisko polskiej drużyny - my dziewięciu meczach mieliśmy 24 punkty na koncie, oni 22, ale i w najbliższej perspektywie pojedynek z biało-czerwonymi na własnym terenie, co ich stawiało w roli faworyta.  
My już zapewniliśmy sobie przynajmniej drugie miejsce w swojej grupie. Wówczas do finałów zakwalifikowali się bezpośrednio zwycięzcy grup oraz dwie drużyny z drugich miejsc, które miały najlepszy punktowy dorobek. Reszta wicemistrzów musiała rozgrywać baraże. Jeszcze wtedy, po wrześniowej serii spotkań nie byliśmy niestety pewni, który los podzielimy. 
 
Po zwycięstwie nad Walią nie było więc powodu do świętowania, choć nie tylko ja czułem, że ten awans jest blisko. Pozostało czekać miesiąc, na mecz Polaków z Anglią w Manchesterze oraz spotkanie w innej grupie między Czechami a Holendrami, ci pierwsi byli w podobnej sytuacji co my - też liczyli na awans z drugiego miejsca. Największe emocje przeżyliśmy cztery dni przed pojedynkiem w Anglii. Wtedy to Czesi przegrali na własnym stadionie z jak zawsze mocną Holandią 0:2! Ponieważ warunek był taki, że nie mogli tego pojedynku wygrać (remis lub ich porażka dawały awans naszej drużynie), po końcowym gwizdku w Pradze cieszyli się nie tylko “Pomarańczowi”, ale również nasi piłkarze. 
 
Niestety, minusem całej sytuacji było to, że nie mogliśmy świętować kwalifikacji do finałów mundialu przed własną publicznością, w atmosferze meczu. Telewizja transmitowała spotkanie Czechy - Holandia, grupa naszych piłkarzy gościła w studiu, gratulacje odbierali więc w kameralnej, niecodziennej formie, całkowicie niespotykanej w dziejach polskiej piłki. Już przed wyjazdem na Old Trafford w Manchesterze (Anglicy w tamtym czasie nie rozgrywali spotkań na Wembley, ponieważ stary stadion znajdował się w trakcie przebudowy) byliśmy już pewni awansu, cel został osiągnięty. Potyczka z Wyspiarzami miała więc tylko i wyłącznie prestiżowy charakter, nadal wyprzedzaliśmy jednak Anglików o dwa punkty. Kiedy my cieszyliśmy się ze zwycięstwa Holendrów w Czechach, podopieczni Svena Gorana Erikssona wygrali skromnie z Austrią 1:0 i nadal zachowali szansę na pierwsze miejsce w grupie. 

Potyczka na Old Trafford była zacięta i emocjonująca. To były lata, kiedy już wielu Polaków pracowało na Wyspach Brytyjskich, więc i nasi kibice, także tam przebywający, dopisali na trybunach. Oba zespoły wymieniły ciosy pod koniec pierwszej połowy. Najpierw, w 43 minucie prowadzenie objęli Anglicy za sprawą Michaela Owena. 
Dwie minuty później Polacy przeprowadzili kapitalną akcję, celną wrzutką z prawego skrzydła popisał się Kamil Kosowski, wbiegający w pole karne gospodarzy Tomasz Frankowski huknął lewą nogę z woleja “ile fabryka dała”. Paul Robinson nie miał szans na zatrzymanie futbolówki. Do dziś pamiętam radość komentującego mecz w telewizji Dariusza Szpakowskiego - krzyknął “Aaaa, Franek, łowca bramek!” 
Trybuny Old Trafford ucichły zaś stanęliśmy przed realną szansą wywalczenia tam remisu i tym samym zajęcia pierwszego miejsca w grupie. Dokładnie jak działo się to na Wembley w 1973 roku. Po przerwie Anglicy przejęli inicjatywę, ale waleczni Polacy długo odpierali ich ataki. Do 81 minuty… Wtedy to nie upilnowali we własnym polu karnym Franka Lamparda, który zaskoczył naszego bramkarza Artura Boruca… Anglia zwyciężyła 2:1 i to ona została mistrzem grupy, wyprzedzając nas o punkt już na finiszu. Fakt, znowu nie udało się pokonać Wyspiarzy, albo powtórzyć “zwycięskiego remisu”, ale biliśmy się z nimi o wygraną w grupie do ostatnich minut, to już była zgoła inna sytuacja, niż wiele razy w latach 90., kiedy pozbawiali nas nadziei wcześniej, zaś ostatnie mecze w eliminacjach były już tylko powodem do analizy przyczyn kiepskiego stanu polskiego futbolu. 

W “Tygodniku” poświęciłem nawet część sportowej kolumny umieszczając fotostory - zdjęcia własne z meczów w Chorzowie oraz te otrzymane od skarżyskich kibiców - jako wspomnienie, jak wyglądała nasza droga na mundial w Niemczech. Awans wywalczyła kolejna generacja piłkarzy. W tym za kadencji Janasa udziału nie mieli już olimpijczycy z Barcelony. Ostatnim, który jeszcze występował pod wodzą tego selekcjonera, był Piotr Świerczewski, ale on karierę w kadrze zakończył w 2003 roku, w batalii o awans do niemieckich mistrzostw nie brał już udziału. 

O ile w 2005 roku nasze rodzime kluby zawiodły w europejskich pucharach, tak z reprezentacji byliśmy dumni. Zdawałem sobie także sprawę z tego, że tym razem finały mistrzostw odbędą się w kraju naszego zachodniego sąsiada, nie gdzieś w dalekiej Azji. Można było więc liczyć na to, że za biało-czerwonymi będą ochoczo podążać tysiące kibiców. W listopadzie tamtego roku reprezentacja grała jeszcze towarzysko z Estonią w Ostrowcu Świętokrzyskim. Dostałem akredytację, podobnie jak skarżyscy koledzy z “Nowego Tygodnika” - Maciej Stojecki i Darek Chojnacki (później pracował w kablowej Telewizji Dami oraz Telewizji Świętokrzyskiej). Jadąc na to spotkanie zastanawialiśmy się, jak będzie wyglądała dystrybucja biletów na mecze Polaków na mistrzostwach, bo to, że większość chętnych jednak nie dostanie upragnionej wejściówki, było pewne jak śmierć czy podatki. Sam pojedynek na stadionie KSZO, choć toczony w kameralnej atmosferze, przysporzył nam radości. Polska wygrała 3:1 (1:0) po golach Mariusza Lewandowskiego, Sebastiana Mili oraz - uwaga - Grzegorza Piechny. Ten ostatni był wtedy asem Kolportera Korony Kielce w jej debiutanckim sezonie w ekstraklasie. Człowiek, który korony króla strzelców zdobywał od najniższych lig aż po właśnie najwyższą klasę rozgrywkową w Polsce. Wcześniej utrzymywał się nie tylko z gry w piłkę, pracował w masarni (stąd wziął się jego boiskowy pseudonim “Kiełbasa”), rozładowywał węgiel. Przeciwko Estonii rozegrał pierwszy, jak się później okazało jedyny mecz w pierwszej reprezentacji Polski. Strzelił pięknego gola, pieczętując naszą wygraną 3:1. Na pomeczowej konferencji, trener Janas, pytany przez Jakub Rożka, dziennikarza sportowego z Radia Kielce, o to, jak widzi dalsze losy Piechny w kadrze, odpowiadał wymijająco, ale czas pokazał, że nie brał go pod uwagę jako członka kadry na niemiecki mundial. 
Występ w biało-czerwonych barwach w Ostrowcu dla pochodzącego z Opoczna piłkarza był chyba formą nagrody za świetne występy i gole w ekstraklasie. Piechną interesowały się wtedy także i ogólnopolskie media, ja uśmiechałem się na wspomnienie jego nazwiska. 
Dwa lata wcześniej, jako zawodnik Heko Czermno strzelał gole na skarżyskim Rejowie, przyczyniając się do wyeliminowania miejscowego Granatu z Pucharu Polski na szczeblu okręgu świętokrzyskiego (po zwycięstwie 3:2). Potem Piechnę miałem okazję oglądać jeszcze jako fotoreporter na meczach Kolportera Korony w ekstraklasie. Rok później, jako 30-latek, zaliczył transfer do Torpedo Moskwa, ale tam kariery nie zrobił. Po powrocie do kraju grał w kilku polskich klubach, ale formy, jaką prezentował zwłaszcza w latach 2002-06 już nigdy nie powrócił. Gola w reprezentacji nikt mu jednak nie odbierze!

Listopad był udany dla biało-czerwonych, gdyż oprócz zwycięstwa nad Estonią zanotowali jeszcze wygraną w Hiszpanii nad Ekwadorem 3:0. Gole w tamtym pojedynku zdobyli dla nas: Tomasz Kłos, Euzebiusz Smolarek i Sebastian Mila. Piłkarski rok 2005 kończył się zarazem i dla mnie w kapitalnym nastroju. Raz, że powody do radości dostarczyła reprezentacja, dwa - jako wysłannik “Tygodnika Skarżyskiego” regularnie jeździłem już na mecze Korony w ekstraklasie. Jeszcze jesienią “niebiesko-biało-czerwoni”, wtedy prowadzeni przez Ryszarda Wieczorka, występowali na swoim starym stadionie przy ulicy Wojciecha Szczepaniaka w Kielcach. W budowie był obiekt przy ulicy Ściegiennego, w tamtym czasie najnowocześniejszy w Polsce. Wizyty na meczach ekstraklasy były też dla mnie dziennikarską nauką - cała otoczka, konferencje prasowe, strefy mieszane, znani polscy piłkarze czy trenerzy dosłownie na wyciągnięcie ręki. To był dla mnie świetny czas także z zawodowego punktu widzenia. 

Po grudniowym losowaniu grup finałowych mistrzostw świata nastroje też były dobre. Wprawdzie trafiliśmy na gospodarzy, reprezentację Niemiec, ale również na Kostarykę i Ekwador, z którym raptem kilka tygodni wcześniej pewnie wygraliśmy w sparingu. Realnie patrząc, drugie miejsce w grupie wydawało się wtedy jak najbardziej w naszym zasięgu bo pokrzyżowanie szyków podopiecznym Jurgena Klinsmanna wydawało się jednak znacznie trudniejsze. 

W listopadzie 2005 roku w Katowicach odbył się chrzest Karola, mojego chrześniaka. Po imprezie rodzinnej zamówiłem taksówkę, aby podwiozła mnie na Stadion Śląski w Chorzowie. Bramy były zamknięte, padał deszcz. 
Popatrzyłem na “kocioł” z zewnątrz, uśmiechnąłem się. - Wrócę tu niebawem - ponownie złożyłem sobie ważną obietnicę, po czym udałem się z powrotem do taksówki i zamówiłem kurs już na dworzec kolejowy w Katowicach. Nie mogłem sobie odpuścić okazji, aby przed powrotem do domu nie odwiedzić tego ulubionego obiektu.
Z nadzieją czekałem na to, co wydarzy się w nowym, 2006 roku i - nie ma co ukrywać - tak samo na mundial w Niemczech. Na pierwszą towarzyską potyczkę reprezentacji przyszło czekać do 1 czerwca. Wtedy to w niemieckim Kaiserslautern zmierzyła się z USA. Po porażce 0:1 nikt jeszcze nie bił na alarm. Cztery tygodnie później Polacy pokonali Arabię Saudyjską w Rijadzie 2:1 (1:1), obie bramki zdobył dla naszej drużyny Łukasz Sosin. Trudno było na podstawie tych towarzyskich potyczek powiedzieć coś o formie zespołu. Na szczęście wiele się działo i w moim regionie. Pod koniec marca, dzięki Darkowi Kośmie z “Tygodnika Koneckiego” nawiązałem współpracę z redakcją katowickiego “Sportu”. Akurat poszukiwali w terenie współpracownika, który relacjonowałby mecze Heko Czermno w pierwszej lidze. Na początku XXI wieku ten świętokrzyski klub (położony praktycznie na granicy z ziemią łódzką) był prawdziwym rewelacją, w czym duża zasługa miejscowego biznesmena Henryka Koniecznego, jednocześnie prezesa klubu. Na przełomie sześciu sezonów Heko dotarło od najniższych lig Kielecczyzny wprost na zaplecze ekstraklasy. Po raz pierwszy na stadionie w Czermnie pojawiłem się 1 kwietnia 2006, kiedy Heko wygrało z Podbeskidziem Bielsko-Biała 2:1. Ponieważ był problem z dojazdem, podwieźli mnie koledzy z Radia Kielce. W trakcie meczu, można tak powiedzieć, wiało jak w … Kieleckiem. Atmosfera była kameralna, dla i zarazem gościnna, sympatyczna, bez jakiegoś specjalnego nadęcia. Po południu wróciłem do Skarżyska, aby szybko napisać relację z meczu w Czermnie, by następnie razem z Darkiem Chojnackim z kablowej telewizji Dami udać się na historyczny pojedynek Kolportera Korony Kielce na nowym stadionie, mieszczącym się przy ulicy Ściegiennego. “Żółto-czerwoni” zmierzyli się wtedy z Zagłębiem Lubin, które na ławce trenerskiej miał Franciszka Smudę, zaś w wyjściowym składzie z czołowych piłkarzy między innymi Łukasza Piszczka. 
 
Po raz pierwszy na obiekcie zabrzmiały “Dni, których jeszcze nie znamy” Marka Grechuty, które na lata stały się swego rodzaju hymnem kieleckich kibiców. Pierwszy, historyczny mecz spędziłem przy płycie boiska, jako fotoreporter. Byliśmy ciekawi tej otoczki, atmosfery. Starcie Korony z Zagłębiem skończyło się remisem 1:1, mecz obejrzało piętnaście tysięcy kibiców. Na pewno dla świętokrzyskiego futbolu było to historyczne wydarzenie. Nie tylko zresztą, gdyż w tamtych latach kielecki obiekt był najnowocześniejszym stadionem piłkarskim w Polsce! Dla mnie o niebo łatwiejszy był dojazd. Wyprawy na spotkania Heko Czermno były już zdecydowanie trudniejsze. Nie posiadając auta jeździłem najpierw do Końskich, stamtąd łapałem busa do Czermna. Trzeba było zresztą tak układać sobie czas, aby zdążyć na kurs powrotny do Końskich. Pamiętam, że na przykład spotkanie Heko z Radomiakiem obejrzałem tylko w połowie, w przerwie musiałem ewakuować się ze stadionu na najbliższy przystanek autobusowy w Czermnie. Co się działo w drugiej połowie i jak mecz ocenił ówczesny szkoleniowiec gości Józef Antoniak - tego także się dowiedziałem, ale dzwoniąc do trenera z tylnego rzędu busa. 
Rozłożyłem się na siedzeniach, wyciągnąłem kajet i skrupulatnie notowałem słowa radomskiego szkoleniowca. Potem, już po tym, jak wysiadłem z busa w Końskich, zadzwoniłem do redakcji “Sportu”, aby telefonicznie zrelacjonować mecz. 
Ledwie udało się skończyć rozmowę z redaktorem Włodzimierzem Sowińskim, a tu “padła bateria” w telefonie i kontakt odzyskałem dopiero po powrocie do Skarżyska. Lubiłem jednak takie eskapady, coś się działo! Działając w lokalnych mediach człowiek musiał być samowystarczalny - obojętnie czy była to Klasa A, czwarta liga z Granatem i Orliczem czy mecz Heko albo Korony - trzeba było samemu relację napisać, zrobić zdjęcia, potem zebrać wyniki innych spotkań i uaktualnić tabelę danej ligi. Wszystko pod presją czasu i to bez pomocy mediów społecznościowych, które w Polsce dopiero gdzieś wtedy raczkowały! Tę robotę trzeba naprawdę lubić. Jakiś czas później, gdy na mundialu w Niemczech Michał Żewłakow wdał się w słowne utarczki na konferencji prasowej z dziennikarzami, zarzucił im, że ich robota polega na stukaniu w komputer, piciu kawy i ocenianiu piłkarzy, którzy na boisku zostawiają zdrowie. Cóż, przyznam, że ja jeszcze dziś miałbym ochotę z “Żewłakiem” podyskutować w tym temacie, bo wypowiadając te słowa, z pewnością nie miał świadomości, w jakich warunkach pracowali wtedy lokalni dziennikarze, nie ci ze znanych, prestiżowych tytułów. Wiem jednak, że gdy te słowa wypowiadał, targały nim inne emocje. To już jednak inna historia, do której za chwilę wrócę. 

Atmosfera wokół reprezentacji zaczęła się psuć, kiedy na początku maja Paweł Janas ogłosił nazwiska zawodników, których powołał do kadry na mistrzostwa. Pominął bramkarza Jerzego Dudka, obrońcę Tomasza Kłosa i przede wszystkim Tomasza Frankowskiego, napastnika, który miał niebagatelny wpływ na to, że w ogóle na mundialu się znaleźliśmy. “Franek łowca bramek” był ulubieńcem polskich kibiców, choć sezon 2005-06 w jego klubowej karierze nie należał do udanych. Niewiele grał w wyjściowym składzie hiszpańskiej drużyny Elche i Janas tym tłumaczył swoją decyzję. Dudek raptem rok wcześniej, jako golkiper Liverpoolu był bohaterem finału Ligi Mistrzów, kiedy jego zespół ograł włoski AC Milan. W konkursie rzutów karnych prezentował swój bardzo słynny “Dudek dance”. W ciągu kolejnego roku jego pozycja w Liverpoolu jednak osłabła, w kadrze pozycję numer 1 wywalczył sobie w tym czasie Artur Boruc. Mimo wszystko kibice nie potrafili zrozumieć, czemu Paweł Janas rezygnuje z doświadczonego i utytułowanego na arenie międzynarodowej bramkarza w obliczu tak ważnego turnieju jak mundial. Tomasz Kłos także od lat był już solidnym obrońcą. W ciągu następnych tygodni jakby na dalszy plan zeszła wśród kibiców forma kadrowiczów, najwięcej mówiło się o tych “wielkich nieobecnych”. 

Wyniki towarzyskich potyczek zaczęły już mocniej niepokoić. Przegraliśmy w Bełchatowie z Litwą 0:1, zaś wysokie zwycięstwo nad europejskim outsiderem, Wyspami Owczymi 4:0 we Wronkach wrażenia jednak nie robiły. Gole w tym sparingu strzelili: dwa Grzegorz Rasiak, po jednym Sebastian Mila i Marek Saganowski. Czara goryczy przelała się 30 maja, po spotkaniu z Kolumbią na Stadionie Śląskim w Chorzowie. Kibice dopisali, ale piłkarze nie rozpieszczali ich formą. Prezentowali się jakoś ociężale, nie widać było w ich poczynaniach świeżości, więc i na trybunach wraz z upływem minut rosło niezadowolenie. Tym bardziej, że w 19 minucie Kolumbijczycy objęli prowadzenie i zaczęli kontrolować spotkanie. Po przerwie było jeszcze gorzej… Czara goryczy przelała się jednak w 63 minucie pojedynku. Bramkarz gości Luis Martinez wybił mocno piłkę z własnego pola karnego, futbolówka szybowała, szybowała, wreszcie skozłowała tuż przed naszym bramkarzem Tomaszem Kuszczakiem. Ten wyszedł zbyt daleko i nie zdołał zatrzymać lobującej piłki. 
Sytuacja kuriozum - bramkarz pokonał golkipera przeciwnika, w dodatku bez udziału zawodników z pola. Polscy kibice zareagowali gwizdami, sypały się przekleństwa, ja ze zdziwieniem oglądałem powtórki i nie wierzyłem własnym oczom. Babola popełnił bramkarz, który występował wtedy w Manchesterze United… Niestety, ten (wiel)błąd to coś, co kibice pamiętają Kuszczakowi do dziś. 
Wtedy przegrywaliśmy 0:2, kibice kilka razy skandowali “Gdzie jest Franek, łowca bramek?”, nawiązując do braku powołania dla Frankowskiego do kadry na mistrzostwa. W pewnym momencie, kiedy Kolumbijczycy wymieniali między sobą krótkie podania, a nasi bezradnie się temu przyglądali, trybuny skandowały głośno “Ole!”. Kiedy tylko następny gracz z Ameryki Południowej kopał piłkę, słyszał właśnie to “Ole!”. Żenujące to było widowisko w wykonaniu naszych zawodników, jeszcze w dodatku na wypełnionym prawie po brzegi chorzowskim gigancie. Nastrojów nie poprawiła nawet honorowa bramka Ireneusza Jelenia, która padła w ostatniej minucie… Przegraliśmy 1:2, ale mniejsze znaczenie miały rozmiary, chodziło o styl porażki. Podobnie jak cztery lata wcześniej, przed wielką imprezą, znów prezentowaliśmy się fatalnie i doprawdy trudno było uwierzyć, że może to być jakaś zasłona dymna ze strony naszych reprezentantów. Cztery dni później, kiedy już przebywaliśmy na zgrupowaniu w Niemczech, pokonaliśmy natomiast Chorwację 1:0 po golu Euzebiusza Smolarka i nastroje nieco się poprawiły. Z nadzieją czekałem więc i ja na 9 czerwca, kiedy mieliśmy zmierzyć się w pierwszym spotkaniu mundialu z Ekwadorem. 

Im bliżej było tego meczu, tym trudniej przychodziło mi skupić się na bieżącej robocie. Jakoś też tak zapominał człowiek już o tej nieszczęsnej Kolumbii, Kuszczaku i w ogóle tych w większości kiepskich potyczkach towarzyskich. W spotkaniu otwarcia mistrzostw Niemcy pokonali Kostarykę 4:2, widać było, że są mocni, zmotywowani, dodatkowo pewni, bo grają przed swoją publicznością. Nasz zespół także miał prawo czuć się jednak jakby grał u siebie, bowiem na inauguracyjne starcie z Ekwadorczykami wybrały się dziesiątki tysięcy kibiców z Polski. W dniu spotkania, w centrum Skarżyska, jeden emerytowany wojskowy zaprosił mnie na otwarcie baru w centrum miasta, lokal nazywał się Hat trick pub i datę inauguracji nieprzypadkowo wyznaczył właśnie na 9 czerwca. Klienci dopisali, sporą część stanowili sympatycy Ruchu Skarżysko, dziś już nieistniejącego klubu. Zrobiłem kilka zdjęć z pokazu karateków na zewnątrz, następnie ile sił gnałem do domu, aby obejrzeć w telewizji bój z Ekwadorem. 
“Gramy u siebie, Polacy gramy u siebie!” - skandowali fani biało-czerwonych na Veltins Arena w Gelsenkirchen. - No nie, to nie może się nie udać, musimy wygrać - mruczałem pod nosem. 
Różne kalkulacje diabli wzięli po pierwszym gwizdku sędziego. Prezentowaliśmy się podobnie, jak w niesławnych sparingach - bez świeżości, bez siły ognia, dominowała w naszych poczynaniach jakaś taka niemoc. Co innego Ekwadorczycy, oni grali od początku na większym luzie, z polotem. W 24 minucie, kiedy wyrzucali piłkę z autu, jeden z rywali głową przedłużył lot piłki, w polu karnym, także głową uderzył Carlos Tenorio. Przymierzył idealnie tuż przy słupku, obok bezradnego Boruca. 
 
- Co się dzieje? - zacząłem się niepokoić i znów wędrować po pokoju. Druga połowa niewiele zmieniła w naszych poczynaniach. Biliśmy głową w mur. W 75 minucie nasi kibice, aby jeszcze dopingować piłkarzy do walki, zaczęli śpiewać “Mazurka Dąbrowskiego”. Wtedy też Ekwadorczycy przeprowadzili szybką akcję, rozklepali naszą defensywę, a formalności dopełnił Augustin Delgado… Przy stanie 0:2 nasi zawodnicy próbowali nawiązać kontakt z rywalami. W końcówce meczu w spojenie słupka i poprzeczki trafił jednak Ireneusz Jeleń, a potem w słupek Paweł Brożek, który mecz zaczął na ławce rezerwowych. Niestety, przegraliśmy mecz inauguracyjny, w kiepskim jednak stylu i rozpętała się burza. Być może, pamiętając jeszcze pewne zwycięstwo w towarzyskim meczu, rozegranym siedem miesięcy wcześniej, nie doceniliśmy do końca tego nieobliczalnego Ekwadoru. Tak naprawdę nie zaprezentowaliśmy jednak formy, adekwatnej do rangi turnieju. W końcówce wreszcie zabrakło szczęścia, ale do niczego były jednak wszystkie te tłumaczenia. 

W prasie po meczu huczało i buczało do tego stopnia, jakby ten mundial dla nas tak naprawdę już się skończył. Poniekąd tak było, gdyż 14 czerwca w Dortmundzie czekał nas mecz z gospodarzami imprezy, Niemcami, którzy mieli ogromne apetyty na mistrzowski tytuł we własnym kraju. W drużynie Jurgena Klinsmanna pierwsze skrzypce grali między innymi napastnicy urodzeni w Polsce, zaś pierwsze piłkarskie kroki stawiający w Niemczech - Miroslaw Klose oraz Lukas Podolski. Pierwszy z wymienionych z dobrej strony dał się poznać już cztery lata wcześniej, podczas mundialu w Korei i Japonii. Nasza drużyna, nie dość, że rozbita po porażce z Ekwadorem, to jeszcze musiała stawić czoła futbolowej potędze na jej terenie. 
Reprezentacja Polski stała się oblężoną twierdzą, piłkarze i trener mieli “na pieńku” z dziennikarzami, krytyka w mediach była ogromna. Na pierwszą konferencję prasową po spotkaniu z Ekwadorem sztab wysłał… kucharza drużyny narodowej Tomasza Leśniaka. 
To jeszcze bardziej przelało czarę goryczy wśród dziennikarzy, którzy o przyczynach porażki niewiele się dowiedzieli, mając pod drugiej stronie stolika sympatycznego człowieka, ale odpowiadającego w reprezentacji za sprawy kulinarne, nie szkoleniowe czy piłkarskie. W mediach znów zawrzało, zdjęcia kucharza zdobiły pierwsze strony gazet. Na kolejnej konferencji trener Janas pojawił się już z obrońcą Michałem Żewłakowem. Atmosfera też była nerwowa, to między innymi wtedy zawodnik zarzucił niektórym dziennikarzom, że łatwo jest im krytykować grę piłkarzy, kiedy popijają kawkę. Nie relacjonowałem tego meczu, byłem tylko lokalnym reporterem, ale słowa te - nie ma co kryć - trochę mnie zirytowały. - Pokażcie na boisku, że wiecie, po co na te mistrzostwa przyjechaliście, nie oczekujcie, że media będą łaskawe, jeśli na takiej imprezie przegrywacie kluczowe spotkanie z zespołem, który do światowej czołówki nie należy - myślałem rozżalony. Cóż, polski kibic ma to do siebie, że wyleje z siebie złość, puści wiązankę, ale kiedy zespół staje przed kolejną szansą, to znów ma nadzieje i trzyma kciuki. 
 
Im bliżej więc było meczu z Niemcami, tym większą czułem adrenalinę i byłem gotów piłkarzom wybaczyć to wszystko, jeśli tylko z gospodarzami zagrają z charakterem. Na spotkaniu w Dortmundzie znów pojawiła się liczna grupa polskich kibiców, ponownie było słychać ten doping, choć graliśmy w “jaskini lwa”. Niemcy rzucili się na nas z furią, Klinsmann miał - trzeba przyznać - dar mobilizacji swoich podopiecznych. W pierwszej połowie polscy piłkarze dwukrotnie przedarli się pod pole karne gospodarzy, jednak Jens Lehmann nie miał problemów z obroną strzałów Macieja Żurawskiego oraz Ireneusza Jelenia. To właściwie tyle było godnych odnotowania akcji biało-czerwonych. Niemcy mieli przytłaczającą przewagę, jednak kapitalne zawody w naszej bramce rozegrał Artur Boruc. Fenomenalnie bronił uderzenia Klosego, Podolskiego, Philippa Lahma czy Olivera Neuville’a oraz innych rywali, w niektórych sytuacjach Niemcy obijali poprzeczki. Pierwsza połowa zakończyła się bez bramek. Po zmianie stron zespół Klinsmanna nacierał coraz mocniej, mieliśmy coraz więcej problemów, ale Boruc bronił jak w transie. Poważnie obawiałem się, czy wytrzymamy ten napór i czy uda się uratować ten remis, co i tak byłoby wielką sprawą. Zbliżała się końcówka pojedynku, niemiecki szkoleniowiec chcąc wzmocnić ofensywną siłę drużynę, wpuścił na boisko Davida Odonkora, który sprawił naszym mocno zmęczonym obrońcom wiele problemów. 
W 75 minucie za faul na Klose czerwoną kartkę ujrzał nasz defensywny pomocnik Radosław Sobolewski. Niemcy zwietrzyli okazję i napierali do ostatnich sekund. Dygotałem przed telewizorem, gol dla gospodarzy wisiał w powietrzu. 
Niestety, moje obawy okazały się słuszne. W 91 minucie Odonkor zagrał z prawej strony na szósty metr od polskiej bramki, naszych obrońców uprzedził Neuville, który wpakował piłkę do siatki… Radość Niemców była nie do opisania, rozpacz w naszych szeregach również… Punkt był w zasięgu, porażka bolała tym bardziej, że dokonała się w końcowych sekundach. Niby trzeba było obiektywnie przyznać, że podopieczni “Klinsiego” mieli przygniatającą przewagę i na zwycięstwo jak najbardziej zasłużyli, ale… Nie takie cuda już w piłce się zdarzały. Po tym pojedynku kibice i prasa docenili ambitną, ofiarną walkę Polaków, choć z nutką żalu, bo druga porażka w turnieju już definitywnie przekreśliła nasze szanse na wyjście z grupy. Powtórzyła się niestety sytuacja sprzed czterech lat z Korei. Po porażce z Niemcami spadło także zainteresowanie mundialem w Polsce, sam czułem wielki żal, zawód i jakoś nieszczególnie interesowało mnie obserwowanie tych silniejszych ekip walczących o awans do fazy pucharowej. 
 
Nam pozostał jeszcze trzeci pojedynek o przysłowiową pietruszkę z Kostaryką, która tak samo nie miała już szans na grę w 1/8 finału (awans zapewnili sobie Niemcy oraz Ekwador). Ten mecz odbył się 20 czerwca w Hanowerze. Wprawdzie wtedy w mniejszej liczbie niż w Gelsenkirchen i Dortmundzie, ale jednak kibice biało-czerwonych stawili się na trybunach, wspierać drużynę w pożegnalnym spotkaniu w mistrzostwach. W 25 minucie prowadzenie objęli tymczasem Kostarykańczycy, celnym strzałem z rzutu wolnego popisał się Ronald Gomez. Na szczęście szybko otrząsnęliśmy się po tym ciosie. W 33 minucie z kornera w pole karne rywala dośrodkował Żurawski, w rolę egzekutora wcielił się tym razem obrońca Bartosz Bosacki, który uderzył nie do obrony. Tak oto Polska zdobyła pierwszego gola na niemieckim mundialu. 
 
Po przerwie ten sam zawodnik dostarczył nam kolejnej radości. W 66 minucie rzut rożny wykonywał tym razem Jacek Krzynówek. Jego wrzutką wykorzystał właśnie Bosacki. Wprawdzie był naciskany przez obrońcę, ale wygrał powietrzny pojedynek i głową wpakował piłkę do siatki! Jak się później okazało, dwa celne trafienia Bartosza zapewniły nam trzy punkty i wygraną 2:1. Taką na otarcie łez… To po tych mistrzostwach narodziło się powiedzenie, niestety mające potwierdzenie w faktach, że w XXI wieku, w turniejach finałowych reprezentacja Polski rozgrywa zwykle trzy mecze - pierwszy jako kluczowy, drugi jako ten o wszystko i trzeci o honor. Niestety, z takimi sytuacjami mieliśmy do czynienia nie tylko na mundialach w Korei oraz Niemczech… 

Z mistrzostw w kraju naszego zachodniego sąsiada, już po tym, jak Polacy wrócili do domu, najbardziej zapamiętałem dramatyczny mecz Niemców z Włochami w półfinale. Gospodarze szli jak burza przez kolejne etapy, ale tutaj trafili na rywala godnego siebie. 
Dramaturgia sięgała zenitu, wszystko wskazywało na to, że o wyniku i awansie do finału będą decydowały rzutu karne. Niestety, w 119 i potem w 120 minucie Włosi rzucili gospodarzy na kolana. Najpierw do ich bramki trafił Fabio Grosso, a potem Alessandro Del Piero. Kibice Niemców byli naprawdę w szoku! 
- Poczuliście to samo, co my 14 czerwca - pomyślałem sobie, widząc w telewizji smutne twarze kibiców i piłkarzy gospodarzy. Finał mistrzostw oglądałem u kuzynki w Katowicach, część pojedynku Włochów z Francuzami w pubie, natomiast drugą połówkę, potem rzuty karne w mieszkaniu. Spotkanie zakończyło się remisem 1:1, konkurs “jedenastek” wygrali Włosi 5:3! Co ciekawe, najwięcej po meczu mówiło się jednak o czerwonej kartce dla gwiazdora Francuzów Zinedine Zidane’a, który w 110 minucie - sprowokowany przez Marco Materazziego - uderzył rywala głową i wyleciał z boiska w czasie, gdy jego zespół walczył o mistrzostwo świata… Co ciekawe, obaj wymienieni w pierwszej połowie strzelali gole dla swych drużyn. Następnego dnia śledziłem relacje z meczu finałowego w polskich gazetach i tytuły na pierwszych stronach typu “Finał po byku”, “Demon Zizou”. Byłem właśnie na urlopie, oddałem się lekturze siedząc na ogródku działkowym kuzynki i pałaszując potrawy z grilla. Zanim jednak tam się udałem, obowiązkowa była wizyta w jednym z kiosków na Załężu. Ogólnie tamte mistrzostwa w Niemczech zdominowały silne i uznane europejskie zespoły. Włosi z Francuzami walczyli w finale. Trzecie miejsce przypadło Niemcom, którzy w decydującym pojedynku pokonali Portugalię 3:1. Tuzy z Ameryki Południowej - obrońcy tytułu Brazylijczycy oraz Argentyna - odpadły w ćwierćfinale. 

W Polsce mieliśmy już wtedy jednak inne zmartwienia. Po 3,5 roku pracy na selekcjonerskim stanowisku z kadrą pożegnał się trener Paweł Janas. O ile świetnie poradził sobie z drużyną narodową w eliminacjach do mundialu, tak już sam turniej finałowy okazał się niestety barierą nie do przeskoczenia. “Janosika” krytykowano i za to, że był człowiekiem niedostępnym, że w czasie mistrzostw kadra zamknęła się na kibiców, dziennikarzy, gdzieś tam jeszcze wypominano mu, że nie zabrał na turniej Frankowskiego, Duda i Kłosa. Czy z nimi w składzie osiągnęlibyśmy inny wynik? Trudno jednoznacznie powiedzieć. Pierwszy z wymienionych był wówczas w słabszej formie, o nieobecności Dudka przynajmniej ja zapomniałem szybko, widząc świetną formę Boruca. Po latach, gdy dla “Echa Dnia” robiłem wywiad z Michałem Kociębą, ówczesnym rzecznikiem prasowym PZPN, ten o Janasie mówił tak: - Faktem jest, że miałem okazję poznać jakby dwa oblicza trenera. Zwykle był otwarty, skłonny do żartów, ale im bliżej było do meczów, tym bardziej stawał się zamknięty, niedostępny, widać było, że niesamowicie przeżywał spotkania i czuł wielką odpowiedzialność. Wydaje się, że stanąć po meczu do kamery i powiedzieć kilka słów to żadna filozofia. Nic bardziej mylnego, zwłaszcza po porażkach, gdy miliony kibiców analizują każde twoje słowo, a przecież w Polsce wszyscy znamy się na piłce, wiemy najlepiej jaka powinna być taktyka, kogo trener ma wystawić w pierwszym składzie i na jakiej pozycji – dodał Kocięba. 
 
Było w tym na pewno dużo racji. Faktem jest, że wynik na niemieckich boiskach nie bronił jednak ani Janasa, ani zawodników (prócz może Boruca i Bosackiego, bo ci okazali się największymi wygranymi przegranego mundialu). Mistrzowski poziom pokazali za to nasi kibice. Warto dodać, że w tamtym okresie nie mający jeszcze do dyspozycji nowoczesnych stadionów w kraju. Na obiektach w Niemczech pokazali prawdziwą moc. 

Prezes PZPN Michał Listkiewicz zaczął poszukiwania nowego selekcjonera. Znów po nieudanej imprezie finałowej pojawiały się pytania - co dalej i z kim na pokładzie. Pytania tak niezmienne w polskim futbolu. W lipcu dowiedzieliśmy się wreszcie, że następcą Janasa zostanie… obcokrajowiec. Nie byle kto jednak, bo słynny Holender Leo Beenhakker! Nazwisko robiło wrażenie, zresztą uznany szkoleniowiec także wystąpił na mistrzostwach w Niemczech, gdzie prowadził egzotyczną reprezentację Trynidadu i Tobago. Pracę w wielkich klubach miał już wtedy dawno za sobą, ale jego wiedza, doświadczenia, znajomość światowego futbolu, była nie do podważenia i w tamtym okresie żaden polski szkoleniowiec nie mógł się pod tym względem równać z holenderskim nestorem. Oczywiście nie było tak, że w całym PZPN Beenhakkera przyjęli z otwartymi rękoma, wśród kibiców zdania były podzielone. Ja uznałem, że warto, aby spróbował w Polsce popracować, że trzeba dać mu szansę, obdarzyć zaufaniem. - Może wniesie coś świeżego do naszej piłki, gdzie od lat dusimy się tylko we własnym sosie - myślałem sobie. Z drugiej strony wiedziałem, że sam selekcjoner, nawet światowej klasy, może wykonać cel tylko ze świadomymi wyzwania zawodnikami. Leo z biało-czerwonymi miał teraz powalczyć o awans do kolejnych finałów Mistrzostw Europy w 2008 roku w Austrii i Szwajcarii. 
 
 
POLECAM: 
 
Znów wylosowaliśmy w grupie rywali “silnych oraz niewygodnych” - wicemistrzów Europy i - jak się później okazało - czwarty zespół świata Portugalczyków, ponadto Belgów, Serbów, Finów, Kazachstan, Armenię i Azerbejdżan. Tak liczną grupę przeciwników mieliśmy po raz pierwszy w dziejach. Zadanie było ciężkie, już po pierwszych konferencjach czy wypowiedziach nowego selekcjonera widać było, że ma na piłkę nożną zgoła inne spojrzenie niż nasi trenerzy, albo przynajmniej inaczej o niej opowiadał, co dla jego podopiecznych też okazało się dość istotne. Słynne stało się jego powiedzenie o tym, że powinniśmy “wyjść z drewnianych chatek”, które wielu kibiców, działaczy i trenerów odebrało za obrazę Polski, ale w podtekście miało chyba jednak inne znaczenie, dotyczyło mentalności ludzi polskiego futbolu, działaczy żyjących w swoim świecie, podczas gdy piłka nożna w innych rejonach globu rozwijała się, podążała do przodu. 

Tak czy inaczej, początki Beenhakkera w Polsce były bolesne. Przed rozpoczęciem eliminacji do Mistrzostw Europy rozegrał z reprezentacją jeden mecz towarzyski - przegraliśmy na wyjeździe z silną Danią 0:2 (0:1). Kompletną klapą okazał się start kwalifikacji, kiedy w Bydgoszczy przegraliśmy w fatalnym stylu z Finlandią 1:3 (0:0). Zaprezentowaliśmy się żenująco słabo, śmiem twierdzić, że była to jedna z najbardziej wstydliwych porażek kadry w pierwszych dwóch dekadach XXI wieku. Katem naszej reprezentacji okazał się wówczas doświadczony i słynny Fin Jari Litmanen. Zdobył dla “Suomi” dwa gole, jednego z rzutu karnego. Bramkę na 3:0 uzyskał dla gości Mika Vayrynen. Nastroju żenady nie poprawił nawet gol Łukasza Garguły w ostatniej minucie. Porażka 1:3 z Finami u siebie na początku eliminacji - mój Boże, było czego się obawiać… 
Tak na zawodników, jak i na Beenhakkera sypały się w Polsce gromy. Nie tworzyli zespołu lecz zlepek mniej lub bardziej znanych nazwisk. Tak to wówczas wyglądało i wynik wcale nie był jakiś przypadkowy, nieszczęśliwy czy pechowy. Nie, oddawał świetnie to, co działo się na boisku. 
Mecz z Finami odbył się 2 września, czasu na rozpamiętywanie porażki nie mieliśmy zbyt wiele. Cztery dni później na stadionie Legii Warszawa zmierzyliśmy się z Serbami, na papierze silniejszym zespołem niż Finlandia. Widać było jednak progres w grze naszej kadry, przede wszystkim w defensywie. Jasnym punktem drużyny okazał się Radosław Matusiak, gracz GKS Bełchatów, wtedy rewelacja naszej ekstraklasy. W 30 minucie urwał się serbskim obrońcom i popisał pięknym strzałem z około 18 metrów. Gol w debiucie poprawił nastroje nie tylko samemu Radkowi, ale też i wiernym kibicom naszej reprezentacji. Wprawdzie tego prowadzenia ostatecznie nie utrzymaliśmy, w 71 minucie Serbowie, za sprawą Danko Lazovicia, wyrównali. Mecz zakończył się remisem 1:1. Niestety, matematycznie wyglądało to wszystko bardzo źle, na początku kwalifikacji na własnym boisku wywalczyliśmy jedno “oczko” w dwóch meczach, zaś straciliśmy ich pięć. Z drugiej strony jakby już odbijaliśmy się od dna, gdzie znaleźliśmy się po niesławnej porażce z Finami. Do kolejnego meczu eliminacyjnego pozostawał miesiąc, Beenhakker miał o czym myśleć. 

7 października rozegraliśmy pierwszy, historyczny pojedynek międzypaństwowy z Kazachstanem. Jechaliśmy w nieznane, dodatkowo zdając sobie sprawę, że bez względu na to, jak trudny miałby to być teren, to tylko komplet punktów przedłużał nam nadzieje na to, aby szans na awans do Mistrzostw Europy nie zaprzepaścić już na początku kwalifikacji. Pojedynek w Ałmatach nie był w naszym wykonaniu porywający. Przeżywaliśmy męczarnie, ale ostatecznie, po golu Euzebiusza Smolarka w 52 minucie zainkasowaliśmy upragnione trzy “oczka” i pozostaliśmy w grze. Raptem cztery dni później mieliśmy już grać z Portugalią na Stadionie Śląskim. Na początku września wystąpiłem do PZPN o przyznanie akredytacji, ale tym razem moja redakcja jej nie otrzymała. Biłem się z myślami, czy inwestować w bilet, skoro kadra wyrabia takie numery. Nie było to tak, że moja miłość do reprezentacji była ślepa. Chciałem ją wspierać i czyniłem to, ale oczekiwałem też czegoś w zamian. Kibicowanie nie polega tylko na śpiewaniu “Polacy nic się nie stało” - z takiego założenia wychodziłem, zresztą do tej pory wychodzę. Wygrana z Kazachami na ich terenie przekonała mnie do tego, że może jednak warto, może coś wreszcie drgnie. W niedzielę, nazajutrz po spotkaniu w Ałmatach, zadzwoniłem do kuzynki i poprosiłem o to, żeby kupiła mi bilet w jakiejś w miarę “rozsądnej” cenie. - Przyjadę, to oddam ci kasę - powiedziałem. - Nie ma sprawy, będę z małym w parku na spacerze, podejdę do kas - odpowiedziała Kasia. Z małym, czyli moim chrześniakiem Karolem, który wówczas liczył obie półtora roku. W poniedziałek po południu odezwała się z pomyślną wiadomością - kupiła bilet. - Widzimy się w środę - odparłem. 
 
Czekałem te dwa dni jak na szpilkach. Niby czułem, że coś fajnego może się tego 11 października stać, ale z drugiej strony bałem się jak diabli, czy nasza reprezentacja podoła w starciu z utytułowanymi Portugalczykami, szczególnie, że formą i polotem w grze przez ostatni miesiąc nie rozpieszczała. Najwięcej analizowałem w poniedziałek, wtorek, środa mijała ekspresowo. Rankiem wsiadłem w pociąg relacji Lublin - Wrocław, trzygodzinna podróż do Katowic upłynęła szybko. Popołudnie spędziłem z rodziną, choć im bliżej było meczu, tym bardziej mnie nosiło. W końcu ruszyłem pieszo z Załęża. Zanim zbliżyłem się do Wesołego Miasteczka, obok mnie zatrzymał się samochód na łódzkich numerach rejestracyjnych. 
- Którędy na stadion? - zapytali? Zatknięty za szybę biało-czerwony szalik wskazywał jasno, gdzie jadą napotkani goście. Dwóch facetów i dziewczyna, wszyscy wymalowani na biało-czerwono. Ja w szaliku w naszych narodowych barwach. Pogadaliśmy chwilę o tym, co nas czeka. Do Chorzowa było blisko, choć im krótsza była droga do stadionu, tym większe już pojawiały się korki. 
Wysiadłem z ich auta, rozstaliśmy się, życząc powodzenia. Dziwnie się czułem, bo na ważny międzypaństwowy mecz, raz w życiu i właśnie wtedy, pojechałem całkowicie sam. Przed “kotłem czarownic” roiło się od stoisk z biało-czerwonymi gadżetami. Miałem swój szalik, ale na miejscu kupiłem jeszcze czerwony kapelusz z białym orzełkiem na przodzie. Do tego jeszcze małą koszulkę, dla chrześniaka. - Będzie miał chłopak pamiątkę po wizycie wujka na Śląskim - pomyślałem sobie, odchodząc od straganu w kierunku bramy wejściowej. 
 
Śpiewy, okrzyki, oklaski, trąbki, biel i czerwień dookoła, unoszący się dym z grillów, w dodatku rześka pogoda, jak na złotą polską jesień przystało. To wszystko sprawiało, że czułem się cholernie szczęśliwy, że tu jestem, mimo tego, że tym razem nie kierowałem się na trybunę prasową, lecz sektor znajdujący się w pobliżu słynnej wieży, czyli całkiem po przeciwnej stronie niż legendarny tunel wyjściowy na płytę boiska. Musiałem tylko pilnować małego, firmowego aparatu cyfrowego, bo jeden nieuważny ruch i pewnie zostałby podeptany przez tłum napierający na stadionową bramkę. Odetchnąłem, gdy już wszedłem na koronę obiektu a potem trafiłem na swój sektor. Nie miałem czasu upajać się tą atmosferą, bo za chwilę już piłkarze wychodzili na boisko. Gdy śpiewaliśmy hymn “Mazurka Dąbrowskiego”, świat aż drżał w posadach. Potem w górę wędrowały szaliki. Z tyłu co jakiś czas słychać było okrzyki, ktoś darł się po śląsku “Siadej, siadej!”, ale nikt ani myślał siadać. Więc wszyscy stali. Kątem oka patrzyłem na inne sektory - tam sytuacja była podobna. Biało-czerwona fala unosiła się po całym obiekcie, jak woda na morzu - raz spokojna, nagle gwałtowna i nieprzewidywalna. Pstrykałem więc zdjęcia, czas uważając na małą cyfrówkę. Emocje sięgnęły zenitu w 9 minucie. Portugalski bramkarz Ricardo sparował wprawdzie mocne uderzenie Mariusza Lewandowskiego, ale był już bezradny wobec dobitki “Ebiego” Smolarka! Stadion eksplodował, nie słyszałem własnych myśli. I tylko co jakiś czas gość z tyłu krzyczał to swoje słynne “siadej, siadej”. 
 
Zacząłem tak bardziej wnikliwie obserwować to, co działo się na boisku i ze zdumienia przecierałem oczy. Graliśmy agresywnie, stosowaliśmy pressing, szybko doskakiwaliśmy do rywali, nie pozwalając im rozwinąć skrzydeł. Kurde! To nie była ta sama drużyna co miesiąc wcześniej, w meczu z Finami. Fakt, że teraz grała trochę w zmienionym składzie, ale jednak ciężko było uwierzyć w taką metamorfozę w ciągu raptem 40 dni. Nasi piłkarze na szczęście nie rozmyślali, tylko robili swoje. W osiemnastej minucie Grzegorz Rasiak popisał się celnym podaniem do Smolarka, ten znalazł się w znakomitej sytuacji. Spojrzał jeszcze w prawo, w kierunku arbitra liniowego, czy ten nie sygnalizuje czasem spalonego. Nie sygnalizował. Ebi nie zastanawiając się długo, huknął pod poprzeczkę! Prowadziliśmy 2:0, w co aż trudno było uwierzyć! Ja i stojący obok szczęśliwy sąsiad popatrzyliśmy chwilę na siebie i rzuciliśmy się sobie w objęcia. Zabrzmiał głos spikera:
- 18 minuta, 2:0 dla Polski, bramkę zdobył Ebi…
- Smolareeek! - odpowiedzieliśmy.
- Ebi? - ponownie zapytał spiker.
- Smolareeeek! - krzyczeliśmy ile sił.
- 2:0 dla Polski - powtórzył spiker.
Czułem się jakbym znalazł się w innym świecie. To nie był jednak film fantastyczny. Rzecz działa się tu i teraz. Wygrywaliśmy, Cristiano Ronaldo, Deco, Nuno Gomes, Ricardo Carvalho, Simao Sabrosa i cała plejada innych gwiazd z Półwyspu Iberyjskiego odbijali się od polskiego muru. Nawet, jeśli któryś z naszych zawodników przegrał gdzieś pojedynek z rywalem, asekurował go drugi. To była drużyna, jeden za drugim wskakiwał w ogień. Świetnie spisywali się nasi boczni obrońcy - Paweł Golański i Grzegorz Bronowicki. Tego pierwszego wiele razy oglądałem wtedy w akcji w meczach jego zespołu w ekstraklasie, czyli Korony Kielce. Walczyli bez kompleksów. 
Beenhakker wbijał im do głów, że są silni i nie muszą obawiać się silniejszych i lepiej wyszkolonych technicznie przeciwników. Tak skutecznie to robił, że gdy wyszli na boisko, to uwierzyli, że tak jest. Na przerwę schodziliśmy prowadząc 2:0. Nie było czasu ochłonąć. 
Siedzę sobie na krzesełku, oddycham głęboko, a z głośników leci słynny utwór zespołu Queen “We will rock you”. Świetny kawałek, ale na Śląskim, wśród ponad 40 tysięcy kibiców na trybunach, brzmiał jeszcze bardziej kapitalnie. Nieco poniżej gość owinięty w wielką biało-czerwoną flagę tańczy i zagrzewa innych. Następni z nas podrywają się z miejsc. Raduje się moja dusza, ciało drży, ale w głowie, obok euforii, jakaś obawa, czy my tej zaliczki nie zmarnujemy. Nie takie cuda już wcześniej widziałem w wykonaniu polskich piłkarzy. Okazało się jednak, że po zmianie stron nadal graliśmy konsekwentnie. Kiedy szansę na 3:0 miał Żurawski, ale ostatecznie trafił tylko w słupek, rozległ się taki jęk zawodu, że pewnie słychać go było aż w rejonie stadionu GKS Katowice. Im bliżej było końcowego gwizdka, tym bardziej Portugalczycy nacierali, czując, że punkty wymykają im się z rąk. W 91 minucie Wojciecha Kowalewskiego pokonał Nuno Gomes. Ktoś obok ostrzegał: - Wszystko się może zdarzyć, pamiętasz mecz Bayernu z Manchesterem? - pytał kolegi. Nawiązywał do słynnego finału Ligi Mistrzów z 1999 roku. W 89 minucie United przegrywali 0:1, ale potem zdobyli dwa gole i sięgnęli po trofeum. Wspomnienie to zabrzmiało złowrogo, ale na szczęście nie sprawdziło się w naszym meczu. 
 
Nie ma co kryć, czas od strzelenia bramki przez Nuno do ostatniego gwizdka niemieckiego arbitra Volfganga Starka był jak wieczność. Nerwy, gwizdy, okrzyki. WRESZCIE GWIZDNĄŁ! WYGRALIŚMY 2:1! Nie pamiętam co się potem działo, bo fruwałem gdzieś w obłokach. Nie pamiętam, kiedy wylądowałem, ale stadion był jeszcze pełny, trybuny rozśpiewane. Sprawdziłem, czy z małym aparatem cyfrowym jest wszystko ok. Działał, więc zacząłem robić zdjęcia. Nie chciało mi się tego magicznego miejsca opuszczać. - Chwilo trwaj… - pomyślałem i uśmiechnąłem się widząc naszych piłkarzy na murawie, równie szczęśliwych i dziękujących nam za kapitalny doping. 
PIOTR STAŃCZAK  

 
EPILOG JUŻ 10 WRZEŚNIA

 
POLECAM: 
 
W POPRZEDNIM ODCINKU 
 
KSIĄŻKĘ "NA BIAŁO-CZERWONYM SZLAKU" JAKO EBOOK ZNAJDZIECIE TUTAJ 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dawne piłkarskie gwiazdy zagrają dla chorego Tymusia w Grodzisku Mazowieckim

PIŁKA NOŻNA. Trwa już odliczanie do charytatywnego turnieju na rzecz chorego Tymusia, który odbędzie się 27 stycznia 2024 roku w Grodzisku Mazowieckim koło Warszawy. Wystąpi między innymi Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. 

Euro 2024. Pierwszy trener Kacpra Urbańskiego zapewnia: jeszcze będzie o nim głośno! (WIDEO)

PIŁKA NOŻNA. Przed nami finały Mistrzostw Europy 2024 w Niemczech. W kadrze reprezentacji Polski znalazł się niespełna 20-letni Kacper Urbański, wychowanek Lechii Gdańsk, obecnie zawodnik włoskiego klubu FC Bologna. Młodego piłkarza wspomina jego pierwszy trener - Grzegorz Grzegorczyk z Akademii Piłkarskiej Lechii Gdańsk. 

Ryszard Staniek ciężko chory! Medalista olimpijski z Barcelony potrzebuje pomocy

PIŁKA NOŻNA. Ryszard Staniek, były piłkarz reprezentacji Polski oraz m.in. Górnika Zabrze i Legii Warszawa, uczestnik Ligi Mistrzów, jest ciężko chory. Ruszyła zbiórka pieniędzy na jego leczenie, rehabilitację oraz zakup samochodu. Liczy się każda złotówka!