Przejdź do głównej zawartości

Na biało-czerwonym szlaku: pomeczowa analiza (epilog)

Kończy się mecz Polska - Portugalia w Chorzowie. Upojony zwycięstwem biało-czerwonych wychodzę ze stadionu i próbuję przecisnąć się przez tłum kibiców, kierując w stronę promenady generała Ziętka w śląskim parku. - Leooooo, Leoooo, Leoooo! - słychać dookoła. - Ebi Smolarek! - dodaje inna grupa. 
Reprezentacja Polski przed meczem towarzyskim z Portugalią 29 lutego 2012 na Stadionie Narodowym w Warszawie. Było to pierwsze spotkanie kadry na tym obiekcie. Foto prywatne
 
Pobliskie knajpki znów zapełniają się szczęśliwymi kibicami. Mam ochotę wypić piwo, ale w ostatnim momencie zmieniam zdanie. Podążam spacerkiem w stronę Wesołego Miasteczka. Nigdzie mi się nie spieszy. Przede mną maszerują kolejne grupki w biało-czerwonych barwach, za mną też. Na chwilę wyłączam się z tego co się dzieje tu i teraz. W głowie migają kolejne obrazki - Italia 1990 w telewizji, Barcelona 92, finał olimpijski, następnie mecz Polska - Anglia w 1993 roku w Chorzowie, wszystko to miesza się ze wspomnieniami meczów na popularnej “posadzie” przy lesie. Warto było to wszystko przeżyć, żeby dziś, wieczorem 11 października 2006 roku znaleźć się akurat w tym miejscu! Niby to początek eliminacji, jeszcze nie świętujemy żadnego awansu, ale pojedynek, który przechodzi do historii i ja zdaję sobie sprawę z tego, że będę go wspominał za dziesięć, piętnaście i więcej lat. Dziwne to, bo przecież w następnych latach przeżyłem jeszcze wiele pozytywnych emocji w czasie meczów biało-czerwonych. 
 
17 listopada 2007 roku Polska wygrała z Belgią 2:0 (znów po dwóch golach Smolarka juniora), znów na tym samym stadionie. Wtedy w Chorzowie świętowałem historyczny awans do finałów Mistrzostw Europy w Austrii i Szwajcarii! Z chłopakami ze Stąporkowa czy Skarżyska jeździłem jeszcze na wiele meczów, wspólnie z małżonką i szwagrem “otwierałem” nowy stadion we Wrocławiu, wreszcie nadeszło Euro 2012, strefa kibica podczas pamiętnego meczu z Rosją. Na kadrę pogniewałem się na jakiś dłuższy czas, kiedy w 2013 roku przegrała w Warszawie z Ukrainą 1:3, styl kiepski, w dodatku na Narodowym było chłodniej niż w styczniu na zawodach Pucharu Świata w skokach narciarskich w Zakopanem. Przeprosiłem się z reprezentacją trochę później. To nie jest miłość łatwa i ślepa z mojej strony. 
 
POLECAM: 

W meczu z Portugalią w 2006 roku przełamaliśmy pewną niemoc. Pokonaliśmy drużynę z absolutnej europejskiej i światowej czołówki. Nic nie działo się przypadkiem, my to zwycięstwo wywalczyliśmy zasłużenie. Wreszcie człowiek nie rozpamiętywał jakichś słupków, poprzeczek, czerwonych kartek, baboli bramkarza, niczego nie brakowało, a gol stracony w ostatniej minucie nie zabrał nam punktów i nadziei a tylko zmniejszył rozmiary wygranej. Zawodnicy byli bohaterami i trener także. Gdy tak maszerowałem promenadą Ziętka, a potem minąłem Wesołe Miasteczko, ulicę Bracką i zmierzałem na katowickie Załęże, rozmyślałem. Zastanawiałem się, czemu tyle czasu przyszło czekać na taką victorię reprezentacji Polski, dlaczego całe lata 90. jakie pamiętam minęły bez awansu do poważnej imprezy. Wtedy huczało w głowie od emocji i ciężko było znaleźć odpowiedź na to pytanie. Dziś wcale nie jest to łatwiejsze. Tamta dekada była specyficzna. Dopiero upadła komuna, coraz więcej piłkarzy wyjeżdżało do klubów zagranicznych, raz lepszych raz gorszych, ale liczyło się to, aby wyjechać, choćby i po to, żeby posmakować innego standardu życia. Po to, aby podreperować swój budżet ale i swego klubu w Polsce, gdyż ten zwykle ledwie wiązał koniec z końcem. Wielkie zakłady pracy sukcesywnie upadały bądź przeżywały trudne chwile i wycofywały się ze sponsorowania sportu. Piłkarze aklimatyzowali się zagranicą w różny sposób, jedni radzili sobie lepiej, inni szybko znikali w przeciętniactwie, popadali w niebyt. 
Wielu miało umiejętności i potencjał, ale zebrani razem w jednym miejscu i czasie, nie potrafili stworzyć silnej, pewnej siebie drużyny narodowej. Żaden selekcjoner nie zdołał zbudować takiego zespołu ze zlepku indywidualności i różnych charakterów. Zabrakło też liderów. 
Wina nie leży jednak tylko po stronie Strejlaua, Apostela, Piechniczka czy Wójcika. Swoje błędy na pewno popełniali, ale piłkarze nie pozostają rozgrzeszeni. Kiedy już zdarzały się lepsze mecze, czy jakieś udane okresy w eliminacjach, że wnosili się na wyższy poziom, to potem przychodziły momenty, gdzie znów czegoś zabrakło. Na przykład szczęścia. Wracały jak bumerang te nieszczęsne słupki, poprzeczki, czerwone kartki, błędy bramkarzy. Wszystko działo się prawem serii, nieszczęście goniło nieszczęście, albo również trafialiśmy na europejskich potentatów, mecze z nimi przegrywaliśmy już w głowach, gdzieś w szatni czy tunelach wyjściowych na stadion. Gdy z jakąś potęgą zaliczyliśmy dobry jeden mecz, w rewanżach nie mieliśmy wiele do powiedzenia. Zespół, który nie potrafi ustabilizować formy, nie jest świadomy swej siły, nie jest godzien grać w wielkiej imprezie. Inne realia, krótsze zgrupowania przed ważnymi meczami (nie było jeszcze terminów narzuconych z góry przez FIFA i UEFA na przerwy między rozgrywkami eliminacyjnymi a ligowymi), to wszystko też miało znaczenie. Niby ci piłkarze znali się dobrze, ale jakoś nie potrafili wypracować wspólnego stylu gry i takiej psychicznej, mentalnej pewności siebie. Oczywiście nie bez znaczenia był i ogólny stan futbolu ligowego w Polsce, błędy jakie popełniały kolejne władze PZPN, niedostatki w szkoleniu, brak bazy, stadionów, różne problemy organizacyjne, gdzieś wreszcie te afery korupcyjne w tle. Do dziś niektórych nie udało się rozwiązać, doszły jeszcze inne. Czasy się zmieniły i wyzwania także.  
Jesienią 2001 roku reprezentacja Polski wreszcie przełamała klątwę Bońka i Piechniczka sprzed 15 lat i awansowała do Mistrzostw Świata. 
 
Kadra Engela wypracowała sobie to wszystko, czego nie potrafiły uczynić drużyny tuż przed nią. Miała stabilny i wyrównany skład, swój konsekwentny styl gry, w niektórych momentach dopisywało jej szczęście, ale i ono jest bardzo ważne. Kolejne zwycięstwa budowały atmosferę, której też nie sposób nie docenić. Oczywiście wszystko to diabli wzięli na mundialu w Korei, ale to już temat na całkowicie inną rozprawkę. W XXI wieku mocną, jak na naszą miarę i możliwości, ekipę stworzył również Paweł Janas. Gdy on bił się o awans do finałów Mistrzostw Świata w 2006 roku, uległ tylko Anglikom i to dwukrotnie nieznacznie. W spotkaniach o punkty z innymi rywalami biało-czerwoni zrobili swoje, nawet, jeśli męczyli się z przeciętnymi ekipami, to ostatecznie byli skuteczniejsi. Wychodzili z różnych opałów. Tu również mówimy o eliminacjach, bo na turnieju finałowym znów nastąpiła klapa. Podobnie spisywała się kadra Leo Beenhakkera. Miała swój styl gry, Holender potrafił wydobyć z zawodników wszystko to co mieli najlepsze. To również wystarczyło na eliminacje, gdyż Euro w Austrii i Szwajcarii zakończyli na jednym punkcie w trzech spotkaniach w grupie. Problem XXI wieku jest inny niż ostatniej dekady poprzedniego stulecia. Tym razem przebrnięcie eliminacji już nie było dla nas czymś niewykonalnym, mission impossible. Główna bolączka polega na tym, że słabo spisujemy się w samych turniejach finałowych, to jest fatum nowej generacji i tej nieco starszej. Wyjątkiem było Euro 2016, kiedy reprezentacja pod wodzą Adama Nawałki, dotarła do ćwierćfinału. Czy tę granicę przełamiemy na mundialu w Katarze? Nie wiem, bo piszę te słowa kilka miesięcy przed naszym pierwszym spotkaniem w grupie z Meksykiem… 

Wielu z was pewnie zapyta o przyczynę niepowodzeń, szczególnie tych reprezentacji lat dziewięćdziesiątych. Trudno wskazać jedną a nawet kilka. Czasem o wyniku decydują detale, innym razem sumienna praca, cierpliwość i konsekwencja, niekiedy jest tak, że zespół obejmuje dany trener, dobiera taką a nie inną grupę zawodników i wspólnie osiągają sukces ze sobą w tym konkretnym czasie. Za dwa-trzy lata czegoś już może brakować. 
Można sobie zadać pytanie - czy Kosecki, Ziober lub dwóch Warzychów byli indywidualnie gorszymi piłkarzami od Krzynówka, Smolarka juniora lub Żurawskiego? Czy Boruc i Bako to ten sam bramkarski poziom? Nie sposób odpowiedzieć jednoznacznie. 
Piłkarze różnych pokoleń lubią porównywać się na przykład do swych poprzedników lub następców. To normalne, ale nigdy nie poznamy odpowiedzi, kto był lepszy. Każdy grał w innych realiach i nie sposób wyciągnąć proste wnioski. Serca kibiców podbijają ci, którzy wygrywają, trafiają do bramki przeciwników, przegrani zawsze będą analizować, co poszło nie tak i upływ lat paradoksalnie wcale im tego nie ułatwia. Nie zmienia się w piłce jedno - trzeba strzelić minimum tego jednego gola więcej od rywala. To prosta gra, może być bardziej techniczna, taktyczna, fizyczna czy dynamiczna, ale na końcu liczy się to, co wpadnie do siatki. Punktów nikt nie zdobywa za to, ile poprzeczek lub słupków obije bądź ilu przeciwników okiwa. Tak było w 1991, 2000, 2012 roku, tak jest i obecnie. Kochamy gdybanie, porównania, analizy, ale właśnie to w piłce jest najpiękniejsze. Prostota i zarazem nieprzewidywalność. Futbol jest nieobliczalny nie tylko dla graczy znad Wisły i Odry. W mojej książce znaleźliście wywiady również ze znanymi zawodnikami zagranicznymi, dla których lata 90. były okresem prosperity, ale nierzadko także rozczarowań. Każdy próbuje w swój sposób wyjaśnić, czemu raz potrafili wznieść się na najwyższy poziom, potem zaś długo czekać na powtórzenie sukcesów, często już daremnie. 

Oglądając kolejne pokolenia kadrowiczów, czy to przed telewizorem, czy na żywo na stadionach, swoje przeżyłem, oj przeżyłem… Na przemian traciłem i odzyskiwałem w nich wiarę, kiedy już radzili sobie dobrze, ciągle z tyłu głowy miałem, czy coś się nie popsuje. Tak to z małego chłopca zmieniałem się w “podlotka”, młodego, a potem już dorosłego faceta, zaś ta reprezentacja i w ogóle sport ciągle mi towarzyszą. Emocje przeżywam często podobne, co wtedy kiedy miałem 10-15 lat. Dziękuję, że wytrwaliście ze mną do tego momentu. Musiałem te emocje wyrzucić z siebie, wspomnienia zgromadzone przez lata. Nadal rozgrywam te mecze i tak już zostanie. Wiem, że ze swojego “biało-czerwonego szlaku” nigdy nie zejdę. 29 marca 2022 roku, kiedy Polska pokonała w barażu Szwecję 2:0 na nowym Stadionie Śląskim, dzięki temu awansowała do finałów Mistrzostw Świata w Katarze, skończyłem właśnie 42 lata. Taki miałem prezent na koniec pracowitego wtedy dnia! Odchodząc późnym wieczorem od komputera pomyślałem sobie, że wspomnienia wspomnieniami, ale jednak tu i teraz pisze się nowa historia. Piękna czy rozczarowująca? Tego dziś nie wiem.  

Książkę dedykuję wszystkim chłopakom, z którymi i przeciwko którym kiedykolwiek grałem w piłkę. Niektórych już nie ma, odeszli do tego innego świata... Dedykuję ją także wszystkim zawodnikom i trenerom naszej reprezentacji czy klubów, ale i naszym przeciwnikom. To wy dostarczyliście mi tych emocji i wspomnień. Dedykuję ją także dziennikarzom sportowym, których teksty czytałem. Wielu z was było dla mnie inspiracją. Na “do widzenia” napiszę krótko - gramy dalej! 
PIOTR STAŃCZAK 

 
W POPRZEDNIM ODCINKU: 
 
KSIĄŻKĘ "NA BIAŁO-CZERWONYM SZLAKU" JAKO EBOOK ZNAJDZIECIE TUTAJ   

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dawne gwiazdy futbolu uświetnią 100-lecie Klubu Sportowego Warka. Będzie wielka feta

PIŁKA NOŻNA. Klub Sportowy Warka obchodzi 100-lecie istnienia. Wielka impreza jubileuszowa odbędzie się w sobotę 24 czerwca. Wśród uczestników jest Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. Jej mecz z oldbojami Warki komentować będzie Dariusz Szpakowski. 

Dawne piłkarskie gwiazdy zagrają dla chorego Tymusia w Grodzisku Mazowieckim

PIŁKA NOŻNA. Trwa już odliczanie do charytatywnego turnieju na rzecz chorego Tymusia, który odbędzie się 27 stycznia 2024 roku w Grodzisku Mazowieckim koło Warszawy. Wystąpi między innymi Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. 

Polska - San Marino 1:0. Zamiast pogromu był wstyd! Bacciocchi: to my po meczu dawaliśmy autografy

PIŁKA NOŻNA. 28 kwietnia minie dokładnie 30 lat od sławetnego meczu Polska - San Marino w eliminacjach do Mistrzostw Świata w USA. Tamto spotkanie, które biało-czerwoni wygrali 1:0 pokazało, że żadnego przeciwnika nie wolno lekceważyć przed pierwszym gwizdkiem. Choć brzmi banalnie, to nasi piłkarze boleśnie o tym się przekonali...