Przejdź do głównej zawartości

"Pusa jako dik za sex v hotelu", czyli kulisy meczu Czechy - Polska w październiku 2009 roku

- To může být jejich výhoda i nevýhoda - tak Milan Baros, gwiazdor reprezentacji Czech oceniał fakt, że reprezentacja Polski, z którą jego drużynie przyszło zmierzyć się 9 października 2009 roku, ma nowego trenera. Leo Beenhakkera zastąpił Stefan Majewski, pseudonim "Doktor". Cóż, byłem na tamtym meczu w Pradze, widziałem, co się działo. 
 9 października 2009, mecz Czechy - Polska na Generali Arenie w Pradze. W naszym sektorze było tamtego wieczoru naprawdę gorąco! Foto prywatne
 
 
Zanim przejdę do spotkania w czeskiej stolicy, cofnę się krótko do historii, acz niedalekiej. Po nieudanym występie w finałach Euro 2008 w Austrii i Szwajcarii stanowisko selekcjonera reprezentacji Polski zachował Holender Leo Beenhakker, ale klimat wokół kadry i samego sędziwego trenera pogorszył się. Między nim a zawodnikami jakby nie było już tej "chemii" co wcześniej, Leo łączył pracę w kadrze z doradzaniem w Feyenoordzie Rotterdam. Uzyskał na to zgodę od prezesa PZPN Michała Listkiewicza, ale kiedy ten w 2008 roku odszedł już ze stanowiska, relacje szkoleniowca z nowym sternikiem polskiej piłki, Grzegorzem Lato, delikatnie mówiąc, nie układały się najlepiej. 
 
Niestety, wyniki nie broniły Holendra. Nie licząc jednego świetnego meczu z Czechami w Chorzowie (2:1) w pozostałych spotkaniach ze Słowacją, Słowenią oraz Irlandią Północną radziliśmy sobie słabo. Pozytywnym akcentem, który przeszedł do historii polskiej reprezentacji było niewątpliwie zwycięstwo 10:0 nad San Marino w Kielcach, najwyższe dotąd w dziejach naszej kadry. Ponieważ jednak gubiliśmy niemiłosiernie punkty w starciach z wyżej wymienioną trójką grupowych rywali, o awansie do mundialu w Republice Południowej Afryki mogliśmy zapomnieć. 
 
Czara goryczy przelała się we wrześniu 2009 roku, kiedy przegraliśmy w Słowenii 0:3, ostatecznie grzebiąc swoje szanse na występ w finałach mistrzostw. Beenhakker stracił posadę, choć sposób przekazania mu dymisji (na parkingu przed stadionem w Mariborze) zakrawał na kpinę. Mimo, że spora część kibiców była już zmęczona niemocą Beenhakkera i jego wybrańców, to jednak prezes Lato też cieszył się wśród sympatyków biało-czerwonych kiepską sławą. Do finałów Euro 2012 w Polsce i na Ukrainie pozostawały już niespełna trzy lata, a tymczasem nasze piłkarstwo tkwiło w maraźmie. Następca Holendra, Stefan Majewski, jako tymczasowy selekcjoner, nie miał łatwego zadania, a tym bardziej wdzięcznego, bo to jemu przyszło zgasić światło - czytaj: dograć do końca nieudane eliminacje do mundialu. 

9 października 2009 roku Polska rozegrała w Pradze rewanżowy pojedynek z Czechami. Ze swoją ówczesną "paczką" postanowiliśmy wybrać się nad Wełtawę, zdając sobie sprawę, że jest to wyprawa czysto turystyczna, bez szans na świętowanie awansu. Ten wyjazd w pewnym stopniu jednak nas elektryzował. Myślę, że po trzynastu latach żaden z nas nie żałuje! Czeskie media i służby znacznie więcej uwagi poświęcały przed tym pojedynkiem nam - polskim kibicom. Obawiały się zamieszek, najazdu tysięcy sympatyków biało-czerwonych i do spotkania przygotowywały wręcz jak do wojny. 
 
Aspekt sportowy zszedł kompletnie na drugi plan. Kiedy w drodze do Pragi zaopatrzyłem się na stacji paliw w czeską prasę, nie było trudno zauważyć, że pojedynek z polskimi sąsiadami jakoś szczególnie nie zajmuje uwagi czeskich mediów, nie licząc spodziewanego najazdu naszych kibiców. Znana bulwarówka "Blesk" poświęciła na przykład najwięcej miejsca aferze obyczajowej z żonatym ówczesnym kapitanem Sparty Praga Tomasem Repką i znaną modelką Vladką Erbovą w rolach głównych. "Pusa jako dík za sex v hotelu!" - grzmiał tytuł na pierwszej stronie plotkarskiej gazety. W tłumaczeniu oznaczał pocałunek w podziękowaniu za seks w hotelu, jakim mieli oboje wymienić się po zakończeniu miłosnych uniesień i wyjściu na zewnątrz. Na tymże pocałunku przyłapał piłkarza i czeską piękność fotoreporter "Blesku". 
 
 
POLECAM: 
 
Stefan Majewski ze swoją kadrą i jej problemami nie miał więc szans przebić się na czołówki tej gazety oraz też innych czy mediów w kraju naszego południowego sąsiada. W zapowiedziach meczu, jakie pojawiały się na stronach sportowych, dominował umiarkowany optymizm. Tak można było wywnioskować z wypowiedzi, jakie dochodziły do prasy z czeskiego obozu. Był on zresztą, jak pokazał wieczór w Pradze, całkiem uzasadniony. Wygrali tylko polscy kibice - dopingiem, który zagłuszył sektory czeskich fanów.
 
Najlepiej oddam atmosferę tamtego wyjazdu sprzed 13 lat, udostępniając początkowy fragment swojego ebooka "Na biało-czerwonym szlaku". Czytajcie poniżej: 

9 października 2009. Chłopaki budzą mnie z drzemki na przednim siedzeniu busa. - Zaraz wjeżdżamy do Czech, trzeba wymienić kasę - usłyszałem głos jednego z chłopaków. Ocknąłem się, leniwie odprowadziłem wzrokiem tabliczkę z napisem “Szklarska Poręba”. Za chwilę faktycznie meldujemy się w Republice Czeskiej. Zatrzymujemy się obok jednego z zajazdów. Jest kantor, można wymienić złotówki na korony, choć ja to zrobiłem jeszcze w kraju. Idzie szybko i sprawnie, wsiadamy, ruszamy. Ktoś z chłopaków rzuca pytanie: - Jak się nazywał Czech z mistrzostw we Włoszech, ten, który był wicekrólem strzelców? 

Zaczęliśmy się zastanawiać, tak mijały kolejne minuty. I nic, pamięć zawiodła. Z rozważań po kilku minutach wybił nas patrol czeskiej policji. Dają znak do tego, aby zatrzymać się na parkingu obok zajazdu. Proszą o dokumenty. Przeglądają dowody, sprawdzają, czy nie jesteśmy notowani, czy nie posiadamy zakazów stadionowych. Trwa to krótko. Możemy ruszać w drogę. Kierujemy się w stronę Pragi, ale niedługo potem znów sprawdza nas inny patrol, choć tym razem już możemy wysiąść z naszego busa i przejść do pobliskiej stacji paliw. Z Tomkiem, jednym z organizatorów całej wyprawy ciągle zastanawiamy się, jak nazywał się ten czeski napastnik. - Mam na końcu języka. Chodź, zapytamy ich - wskazuję mu dwójkę młodych czeskich policjantów. Ci przyglądają nam się bacznie, ale widząc, że nie podążamy w ich kierunku z agresywnym nastawieniem tylko obserwują z ciekawością dwóch gości w biało-czerwonych barwach. 
- Pane, pane - próbuję uparcie błysnąć znajomością czeskiego - wasz, napastnik, Italia 90 - mówię i w pewnym momencie prezentuję ruch głowy, taki, jak gdybym uderzał piłkę głową. Śmieją się ci dwaj, śmieje się Tomek. - No, jak nie wiecie pane, Italia 90 - kontynuuję z uporem maniaka. - Nevíme, jsme mladí - mówi jeden z policjantów. 
Robi się śmiesznie, nadal traktują nas z dystansem, ale widać, że bawi ich cała sytuacja. Mnie nie bawi, zrezygnowany idę do busa. - Nic się nie znają, co z tego, że młodzi. Jest mecz, takie rzeczy o swoich piłkarzach się wie - mamroczę pod nosem. Nawet im pokazałem, jak ten as Czechosłowacji uderzał z główki. Ruszamy w kierunku Pragi. Gdy meldujemy się na miejscu, jest już wieczór. W stolicy Czech panował stan podwyższonej gotowości, wszystko z okazji przyjazdu tysięcy polskich kibiców. Gdzieś tam słychać strzały z broni hukowej, w pobliżu stukają kopyta policyjnych koni. Dzieje się! Docieramy na stadion. Pod bramką, którą wchodzimy na polski sektor tłok. Stoimy, mamy chwilę, żeby temu wszystkiemu się przyjrzeć. W pewnym momencie Tomek szturcha mnie i uśmiecha się: - Ty, wiem. Thomas Skuhravy! - wypalił z satysfakcją. - Faktycznie! - odpowiadam. Do licha, tyle czasu zajęło nam, zanim przypomnieliśmy sobie nazwisko słynnego czeskiego, długowłosego napastnika, dla którego mundial we Włoszech był piłkarską imprezą życia. I to w dodatku przed samym wejściem na sektor, kiedy atmosfera wokół stadionu była naprawdę gęsta i gorąca. Dla porządku napiszę, że wieczorem przegraliśmy wtedy z Czechami 0:2, nie mając już szans na awans do mundialu w Republice Południowej Afryki. Tak kapitalnego dopingu w wykonaniu kilku tysięcy kibiców reprezentacji Polski, jak wówczas na stadionie w Pradze, nigdy już później nie przeżyłem. 

Epilog sprawy jest w zasadzie taki, że cztery dni później, na pustym Stadionie Śląskim w Chorzowie (kibice zbojkotowali mecze reprezentacji) i w śnieżycy Polska przegrała ze Słowacją 0:1 po golu samobójczym Seweryna Gancarczyka, który zmusił do kapitulacji Jerzego Dudka w trzeciej minucie potyczki. O ironio! W "kotle czarownic", gdzie wiele razy w historii my świętowaliśmy awanse do wielkich imprez i dziejowe triumfy, świętowali tym razem Słowacy. Pierwszy raz od 15 lat, kiedy powstała ich reprezentacja (po rozpadzie Czechosłowacji), zakwalifikowali się do mundialu! Naszym kosztem. 
PIOTR STAŃCZAK

P.S Nie mam pojęcia, czy Repka i Erbova nadal obdarzali się pocałunkami wychodząc z hoteli, w każdym razie miłośnikom czeskiej obyczajówki polecam link poniżej, na dowód tego, że nie kierują mną żadne, hm, fantazje. 


Polecam natomiast do obejrzenia własną galerię zdjęć z wyjazdu do Pragi i meczu Czechy - Polska. 
















Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dawne gwiazdy futbolu uświetnią 100-lecie Klubu Sportowego Warka. Będzie wielka feta

PIŁKA NOŻNA. Klub Sportowy Warka obchodzi 100-lecie istnienia. Wielka impreza jubileuszowa odbędzie się w sobotę 24 czerwca. Wśród uczestników jest Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. Jej mecz z oldbojami Warki komentować będzie Dariusz Szpakowski. 

Dawne piłkarskie gwiazdy zagrają dla chorego Tymusia w Grodzisku Mazowieckim

PIŁKA NOŻNA. Trwa już odliczanie do charytatywnego turnieju na rzecz chorego Tymusia, który odbędzie się 27 stycznia 2024 roku w Grodzisku Mazowieckim koło Warszawy. Wystąpi między innymi Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. 

Polska - San Marino 1:0. Zamiast pogromu był wstyd! Bacciocchi: to my po meczu dawaliśmy autografy

PIŁKA NOŻNA. 28 kwietnia minie dokładnie 30 lat od sławetnego meczu Polska - San Marino w eliminacjach do Mistrzostw Świata w USA. Tamto spotkanie, które biało-czerwoni wygrali 1:0 pokazało, że żadnego przeciwnika nie wolno lekceważyć przed pierwszym gwizdkiem. Choć brzmi banalnie, to nasi piłkarze boleśnie o tym się przekonali...