Przejdź do głównej zawartości

Henryk Luberecki wspomina 30-lecie mistrzostwa Polski dla Iskry Kielce: łza w oku się kręci

PIŁKA RĘCZNA. Trzydzieści lat temu, wiosną 1993 roku, pierwszy w historii tytuł mistrza Polski wywalczyła Iskra Kielce. Jednym z filarów drużyny był Henryk Luberecki, pochodzący z Elbląga szczypiornista, który ma za sobą także występy w reprezentacji kraju. Dziś ma 59 lat, z dużym sentymentem wspomina pojedynki sprzed lat i atmosferę dawnej, kieleckiej hali. Co robi obecnie? 
 
Henryk Luberecki - na zdjęciu z lewej jako gracz Iskry Kielce świętujący mistrzostwo Polski, z prawej już jako szkoleniowiec pracujący w Niemczech. Zdjęcia Archiwum prywatne
 
 
Trzydzieści lat temu wywalczył pan z Iskrą historyczne mistrzostwo kraju, ale do Kielc trafił pan wcześniej. 
- Przez cztery lata, może pięć występowałem w juniorskich i młodzieżowych reprezentacjach Polski, do 17 do 21 roku życia. Potem moje umiejętności nie wystarczyły do tego, aby myśleć o grze w dorosłej kadrze. Reprezentowałem wtedy Stal Mielec, plasowaliśmy się raczej w dolnej części tabeli ówczesnej pierwszej ligi. Trafiłem do Kielc, ale tu moje początki również nie były łatwe. Dla mnie przełomowy okazał się moment, kiedy zacząłem służbę wojskową i trafiłem do Lublinianki. Tam uwierzyłem w siebie, w swoje umiejętności. Oprócz treningów z drużyną ćwiczyłem także indywidualnie i to dużo mi pomogło. Kiedy po czternastu miesiącach wróciłem do Kielc, to dookoła wszyscy mówili: "Heniek wrócił, no to dobrze". Tymczasem ja w pierwszym spotkaniu w Zabrzu oddałem siedem rzutów i wszystkie kończyły się bramkami. Pięć goli padło z tak zwanych "kręciołków", w których wówczas w Polsce specjalizował się głównie Marek Kordowiecki (były zawodnik Anilany Łódź, Stali Niemiec oraz klubów niemieckich - przyp. autora). Wielu dziwiło się, że takie bramki zdobywa też Luberecki. Byli w szoku! Wróciłem do Kielc, tu dane mi było przeżyć niezapomniane momenty w karierze. W sezonie 1993 roku zdobyliśmy tytuł mistrza Polski, choć jeszcze sezon wcześniej broniliśmy się przed spadkiem z pierwszej ligi! 
Jak pan wspomina tamtą drużynę, która w kraju zaskoczyła wszystkich rywali? 
- To była w większości grupa chłopaków z Kielc i okolic, ja też już zaliczałem się do miejscowych, bo występowałem tu od wielu lat, z przerwą na służbę w wojsku. Ci gracze, którzy dopiero co utrzymali się w lidze, zostali najlepszą drużyną w kraju! Oczywiście, dzisiejsza drużyna Industrii Kielce, bazująca w dużej mierze na obcokrajowcach i zawodnikach pochodzących spoza Kielc ma sukcesy, także w Lidze Mistrzów, ale ja na to patrzę nieco inaczej. 
My byliśmy jak znajomi z podwórka, kibice tamtą drużynę do dziś darzą ogromnym sentymentem, zresztą ja również. Pamiętam, że kiedy w sezonie 1992-93 wygraliśmy trzy mecze z rzędu, uwierzyliśmy w siebie, że stać nas na mistrzowski tytuł. 
Oczywiście nie były to łatwe czasy, w Polsce dopiero co zmienił się ustrój, w sporcie wiele rzeczy funkcjonowało jeszcze, nazwijmy to tak, po partyzancku. Najpierw my, jako zawodnicy, mieliśmy etaty w Iskrze Kielce, potem wspierali nas sponsorzy, drużynę organizował świętej pamięci trener Edward Strząbała. Oczywiście na pieniądze nikt nie narzekał, ale z perspektywy lat można powiedzieć, że do profesjonalizmu to jednak sporo brakowało.
Fantastyczni kibice zasiadający na trybunach starej hali przy ulicy Krakowskiej 72 także z pewnością byli waszym dodatkowym atutem.
- Praktycznie na każdym spotkaniu hala wypełniała się do ostatniego miejsca. Kiedy już dochodziło do spotkań, gdzie ważyły się losy mistrzowskiego tytułu, kibice musieli czekać czasem po kilka godzin, aby dostać się na swoje miejsce na widowni. Kiedy na przykład godzinę wcześniej wychodziliśmy na parkiet na rozgrzewkę, trybuny już były wypełnione. Tego nigdy wcześniej w Kielcach nie było, zresztą w Polsce też takie obrazki były niespotykane. Tamta atmosfera była naprawdę nie do przecenienia. 
Ja nie potrafię opowiadać o tych czasach nie wzruszając się przy tym. Mam na kasecie wideo kilka naszych spotkań z tamtego sezonu, nie mówię, że często, ale co jakiś czas oglądam te mecze i wtedy łezka w oku się kręci. 
Jakieś mecze szczególnie utkwiły panu w pamięci? 
- Kiedy zdobywaliśmy pierwsze mistrzostwo w 1993 roku, w systemie rozgrywek nie było jeszcze fazy play-off. Graliśmy każdy z każdym, mecz i rewanż, w sumie dwadzieścia sześć spotkań, z czego przegraliśmy może trzy. Po latach nie wszystko człowiek już tak dobrze pamięta. Play-offy wyłaniały mistrza w następnym sezonie, 1993-94. Decydujące spotkania były bardzo zacięte, wtedy naszymi najgroźniejszymi rywalami były Warszawianka, Petrochemia Płock, Śląsk Wrocław. W kolejnym sezonie także wywalczyliśmy mistrzostwo kraju, pokonując w finałowej fazie Warszawiankę. To było coś niesamowitego. 
Jak bardzo według pana zmieniła się piłka ręczna na przełomie lat? 
- Kiedyś jako zawodnik podnosiłem do góry puchary, dziś jestem trenerem w Niemczech. Radzę sobie (śmiech). Kilka lat temu zrobiłem licencję Master Coach, staram się podnosić swoje kwalifikacje. Mimo tego, że posiadam bogate doświadczenie zawodnicze, to staram się też rozwijać wiedzę teoretyczną. Śledzę nowinki. Piłka ręczna bardzo się zmieniło, poczynając od takich elementów jak szybkość, wytrzymałość, przygotowanie fizyczne. Dostrzegam wiele różnych niuansów. 
Proszę opowiedzieć o swojej reprezentacyjnej karierze. 
- Kiedy wróciłem do Kielc z Lublinianki, zacząłem się wyróżniać, średnio zdobywałem w meczach po sześć, siedem bramek. Byłem zawodnikiem leworęcznym, moja skuteczność była doceniana. 
W gazetach analizowano każdego z nas, kto zdobył ten pierwszy tytuł mistrza. Ja występowałem na prawym skrzydle i prasa określała, że jestem najlepszy w Polsce właśnie na tej pozycji. 
Karierę w reprezentacji kończył już Zbigniew Plechoć, więc ja wskoczyłem na jego miejsce. Grałem między innymi z Bogdanem Wentą, dzisiejszym prezydentem Kielc. W sumie występowałem w kadrze narodowej przez wiele lat, grałem między innymi w Mistrzostwach Świata grupy B, zarówno w reprezentacji juniorów jak i tej dorosłej. Wielkich sukcesów tam nie osiągaliśmy, ale z samego udziału w tych imprezach mam wiele wspomnień. Rozegrałem te kilkadziesiąt spotkań w narodowych barwach i tego człowiek nie zapomina. 
Jak potoczyła się pańska kariera, kiedy opuścił pan Kielce? 
- Występowałem w niemieckich zespołach, najpierw dwa sezony spędziłem w trzecioligowym TSV Ladbergen. Potem przez cztery lata grałem w HSG Rodgau Nider-Roden - w trzeciej Bundeslidze. Następnie dostałem propozycję poprowadzenia jako trener zespołu HSV Gotzenhain. Awansowałem z nim do trzeciej ligi. W moim przypadku koniec kariery był płynny, bo byłem jeszcze grającym trenerem, wystawiałem się do gry czasem na całe spotkania, niekiedy na połówki. Potem już dawałem szansę tym, którzy byli młodsi i szybsi ode mnie (śmiech). Kończyłem karierę sportową, gdy miałem już 39 lat. Nie chciałem już się dalej szarpać, postanowiłem zostać trenerem, potem przyszły czasy, kiedy musiałem zdobyć licencję, aby dalej pracować jako szkoleniowiec w miejscowych klubach. Teraz prowadzę zespół TGS Seligenstadt (Bezirksliga, liga regionalna). 
 
 
Henryk Luberecki (w dolnym rzędzie, w czerwonej bluzie) jako trener niemieckiego TGS Seligenstadt. Pierwszy z prawej jego syn, Jacek. Fot. Archiwum prywatne
 
 
Ma pan kontakt z dawnymi kolegami z Iskry Kielce? 
- Niestety, ubolewam nad tym, że niezbyt częsty. Bardzo chętnie odwiedziłbym Kielce, może jeśli ktoś zorganizowałby jakieś spotkanie po latach. Co ciekawe, mój syn Jacek także gra w piłkę ręczną, przed laty zadebiutował w polskiej Superlidze, w Spójni Gdynia i swój pierwszy mecz rozegrał przeciwko Vive Kielce. Rzucił sześć bramek. Zobaczymy, może on kiedyś pójdzie w moje ślady i wystąpi w kieleckiej drużynie. Słyszałem o tym, że teraz przyszłość obecnego zespołu (Industrii - przyp. autora) nie jest pewna, są problemy finansowe, ale mam nadzieję, że wszystko się tam poukłada.
Jak pan ocenia obecną reprezentację Polski, którą poprowadzi już nowy trener Marcin Lijewski? 
- Jeśli ktoś myśli o jakichś znaczących sukcesach, to musi być dużym optymistą. Niestety, obecne pokolenie kadrowiczów jest słabsze od tego, które przed laty zdobywało medale mistrzostw świata, od zawodników typu Sławomira Szmala, Karola Bieleckiego i wielu innych. Teraz brakuje nam zawodników, którzy mogliby rywalizować z czołówką światową czy europejską. Powiem szczerze, dotychczasowy szkoleniowiec naszej reprezentacji Patryk Rombel, nie posiadał takiego autorytetu i doświadczenia, które jest potrzebne do prowadzenia kadry. Liczę na to, że Marcin Lijewski poradzi sobie na nowym stanowisku, trzeba być optymistą, choć zadanie będzie miał trudne, bo jednak - jak już powiedziałem - zawodników światowej klasy dziś w polskiej kadrze raczej nie widać. 
Dziękuję za rozmowę.  
PIOTR STAŃCZAK 

 
Henryk Luberecki z żoną Katarzyną, rodowitą kielczanką. Foto Archiwum prywatne 

 
POLECAM: 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dawne gwiazdy futbolu uświetnią 100-lecie Klubu Sportowego Warka. Będzie wielka feta

PIŁKA NOŻNA. Klub Sportowy Warka obchodzi 100-lecie istnienia. Wielka impreza jubileuszowa odbędzie się w sobotę 24 czerwca. Wśród uczestników jest Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. Jej mecz z oldbojami Warki komentować będzie Dariusz Szpakowski. 

Dawne piłkarskie gwiazdy zagrają dla chorego Tymusia w Grodzisku Mazowieckim

PIŁKA NOŻNA. Trwa już odliczanie do charytatywnego turnieju na rzecz chorego Tymusia, który odbędzie się 27 stycznia 2024 roku w Grodzisku Mazowieckim koło Warszawy. Wystąpi między innymi Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. 

Polska - San Marino 1:0. Zamiast pogromu był wstyd! Bacciocchi: to my po meczu dawaliśmy autografy

PIŁKA NOŻNA. 28 kwietnia minie dokładnie 30 lat od sławetnego meczu Polska - San Marino w eliminacjach do Mistrzostw Świata w USA. Tamto spotkanie, które biało-czerwoni wygrali 1:0 pokazało, że żadnego przeciwnika nie wolno lekceważyć przed pierwszym gwizdkiem. Choć brzmi banalnie, to nasi piłkarze boleśnie o tym się przekonali...