Przejdź do głównej zawartości

Olimpijczycy chcieli zmiany szyldu, był głośny powrót a nawet... audiotele. Jak wybierano selekcjonerów w latach 90?

Prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej Cezary Kulesza zapowiedział na Twitterze, że we wtorek poznamy nowego selekcjonera naszej reprezentacji. Czekając na nominację warto przypomnieć, jak zatrudniano nowych trenerów kadry w latach 90., kiedy pod wodzą krajowych szkoleniowców ciągle liczyliśmy na awans do wielkiej imprezy, a jednak największym reprezentacyjnym sukcesem okazało się srebro olimpijskiej młodzieżówki.
Byli selekcjonerzy reprezentacji Polski z lat 90., od lewej: Henryk Apostel, Antoni Piechniczek oraz Andrzej Strejlau. Foto z archiwum prywatnego Elżbiety Panas i H. Apostela.
 
 
Latem 1992 roku piłkarska reprezentacja olimpijska wracała w hucznych nastrojach z igrzysk w Barcelonie, gdzie zdobyła srebrny medal. W euforii, która udzieliła się nie tylko piłkarzom, ale również wielu kibicom, na lotnisku Okęcie padło wtedy słynne hasło "Zmieniamy szyld i jedziemy dalej". Oznaczało nic więcej, jak zmianę na stanowisku selekcjonera pierwszej reprezentacji Polski. Opiekun młodzieżówki Janusz Wójcik sprawdził się jako szkoleniowiec kadry olimpijskiej, którą sprawnie budował przez trzy lata, ale też dał się poznać jako dobry motywator i organizator. Wspierana przez Fundację Olimpijską Zbigniewa Niemczyckiego drużyna miała warunki do gry i treningu lepsze niż nawet dorosła reprezentacja. Na fali barcelońskiego srebra młodzi deklarowali, że pod wodzą tego samego szkoleniowca chcą występować w dorosłej kadrze, bo jego osoba może zwiększyć szanse na awans do mundialu w USA. 
 
Selekcjonerem pierwszej reprezentacji był Andrzej Strejlau, trener już doświadczony i posiadający swoją markę, niemniej jednak nie mogący pochwalić się wtedy sukcesami z kadrą na początku lat 90. Drużyna nie awansowała do finałów Mistrzostw Europy w Szwecji, choć pozostawiła po sobie niezłe wrażenie i do końca walczyła w grupie z Anglią czy Irlandią. Późną jesienią 1991 roku z kadrą pożegnało się jednak całe grono doświadczonych zawodników urodzonych na początku lat 60. - Jan Urban, Dariusz Dziekanowski, Dariusz Wdowczyk, Ryszard Tarasiewicz, Dariusz Kubicki. Stało się jasne, że kadrę czeka wymiana pokoleniowa i właśnie olimpijczycy mieli ją w miarę bezboleśnie zapełnić.

Nie było zmiany szyldu

Prawie wszyscy podopieczni Wójcika zadebiutowali w pierwszej reprezentacji kraju, część nawet rok przed igrzyskami, reszta w 1992 roku, tuż przed lub zaraz po olimpiadzie. PZPN nie dokonał jednak zmiany na stanowisku selekcjonera. Ówczesnym władzom związku, starszym działaczom chyba nie za bardzo podobał się styl pracy i charakter Wójcika. Choć mógł pochwalić się medalem olimpijskim, to popleczników wśród ludzi rządzących wtedy polskim futbolem nie miał. Strejlau pozostał więc na stanowisku, próbując budować reprezentację z doświadczonych piłkarzy (Roman Szewczyk, Roman Kosecki, Jacek Ziober, Robert Warzycha, Krzysztof Warzycha, Jarosław Bako - większość już wtedy grała w klubach zagranicznych bądź szykowała się do wyjazdów na saksy), wyróżniających się ligowców i wreszcie olimpijczyków. Skutek był różny, bo w eliminacjach do mundialu w USA na przełomie 1992 i 1993 roku biało-czerwoni potrafili rozegrać bardzo dobre mecze (z Holandią 2:2 na wyjeździe i Anglią 1:1 u siebie) jak też i kompletnie się zbłaźnić (1:0 z San Marino po golu strzelonym ręką). Jesienią 1993 roku mieli jeszcze szansę na awans (do finałów wchodziły dwie najlepsze drużyny z grupy), ale to właśnie wtedy wszystko zaczęło się sypać jak domek z kart. Po porażce z Anglikami na Wembley 0:3 Andrzej Strejlau zapowiedział, że jeśli dwa tygodnie później nie zwycięży Norwegów w Oslo, to poda się do dymisji. 
- Postawiłem sprawę jasno, nie jestem przecież politykiem, który kurczowo trzyma się stanowiska - mówił niespełna trzydzieści lat później. Niestety, słowa danego mediom i kibicom musiał dotrzymać. Mimo niezłego i zaciętego spotkania Polska uległa rewelacyjnym wówczas Skandynawom 0:1, Strejlau na pomeczowej konferencji prasowej w Oslo ogłosił swój koniec w pracy z reprezentacją. 
Nasza kadra po dwóch porażkach z rzędu zachowała już tylko matematyczne szanse na awans, ale rozbita psychicznie drużyna nie była w stanie już się pozbierać do końca eliminacji. W ostatnich trzech spotkaniach poprowadził ją Lesław Ćmikiewicz, wcześniej asystent Strejlaua, były reprezentant Polski, członek wspaniałej ekipy Orłów Górskiego z lat 70. Kadra podupadała coraz bardziej, po porażce z Norwegami 0:3 w Poznaniu przyszła wstydliwa porażka z Turcją 1:2 na wyjeździe. Eliminacje zakończyła przegraną z Holendrami 1:3 na stadionie poznańskiego Lecha. Biało-czerwoni zajęli czwarte miejsce w grupie za Norwegami, Holandią, Anglią (nie pojechała na mundial do USA), wyprzedzając jedynie Turków i amatorów z San Marino. Zamiast o wyjeździe na finały mistrzostw świata, trzeba było myśleć o tym, jak się pozbierać po czarnej jesieni. Ćmikiewicz był tylko tymczasowym selekcjonerem, który miał dograć eliminacje. Związek zaczął poszukiwania nowego trenera. 

Wspomnienia z Parc de Princess

Szansy nie dostał Janusz Wójcik, wtedy prowadzący Legię Warszawa. PZPN postawił na doświadczonego szkoleniowca Henryka Apostela, który z sukcesami prowadził Lecha Poznań, zaś jesienią 1993 pracował w Górniku Zabrze. W latach 80. także z powodzeniem szkolił reprezentacje młodzieżowe, z kadrą do lat 18 wywalczył dwa razy wicemistrzostwo Europy. Propozycja, jaką złożył mu prezes związku Kazimierz Górski była dla samego zainteresowanego zaskakująca. Wszak w Zabrzu miał odbudować potęgę Górnika, pod jego wodzą zabrzanie znów zaczęli liczyć się w walce o mistrzostwo kraju. Apostel doszedł jednak do porozumienia z władzami śląskiego klubu, przejął reprezentację, choć tę decyzję - jak ostatnio wspominał - musiał dobrze przemyśleć. W końcu objął kadrę, w Zabrzu jego miejsce zajęła legenda tego klubu, były bramkarz Hubert Kostka. Za kadencji Apostela w reprezentacji pojawiali się nowi piłkarze, bardziej do głosu zaczęli dochodzić niektórzy olimpijczycy z Barcelony (Andrzej Juskowiak był najskuteczniejszym strzelcem kadry w czasie, kiedy prowadził ją selekcjoner rodem z Bytomia), a filarami byli doświadczeni zawodnicy, ograni w ligach zagranicznych jak Roman Kosecki i Piotr Nowak. Niestety, także temu zespołowi nie udało się awansować do finałów dużej imprezy, w tym przypadku Euro 1996 w Anglii. 
W pamięci kibiców zapadł z pewnością mecz z Francją na Parc de Princess w Paryżu, zakończony remisem 1:1, gdzie bohaterem był nasz bramkarz Andrzej Woźniak. Także pod wodzą Apostela reprezentacja odniosła najwyższe zwycięstwo w latach 90. - 5:0 nad Słowacją w Zabrzu. 
Finisz eliminacji był jednak fatalny. Po porażce ze Słowakami 1:4 kadra znów zaczęła przypominać ruinę, w dodatku kończyliśmy ten mecz w fatalnej atmosferze, bo czerwone kartki ujrzeli Kosecki oraz Piotr Świerczewski. O awansie do finałów Mistrzostw Europy trzeba było zapomnieć, pożegnalne spotkanie eliminacji z Azerbejdżanem na wyjeździe zakończyło się bezbramkowym remisem i tylko dopełniło czary goryczy. Polska zajęła czwarte miejsce w grupie ustępując Rumunii, Francji, nawet Słowacji, wyprzedzając Izrael i Azerów. Apostel pożegnał się z reprezentacją narodową i w ogóle na pewien czas z pracą trenerską. Wrócił do niej pod koniec dekady w ówczesnym beniaminku ekstraklasy, KSZO Ostrowiec Świętokrzyski. 

Nieudany come back Piechniczka

Misję odbudowy reprezentacji PZPN powierzył pod koniec 1995 roku Władysławowi Stachurskiemu, który niespełna pięć lat wcześniej doprowadził Legię Warszawa do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów. Niestety, w reprezentacji ten doświadczony szkoleniowiec kompletnie sobie nie poradził. Po kiepskich wynikach meczów towarzyskich (między innymi sławetnym 0:5 z Japonią, 1:1 z Białorusią) pożegnał się ze stanowiskiem, przejął je Antoni Piechniczek. Twórca sukcesu kadry z 1982 roku, jakim było trzecie miejsce w Mistrzostwach Świata w Hiszpanii, szybko przekonał się jednak, że w ciągu dziesięciu lat przerwy jakie miał w prowadzeniu reprezentacji, futbolowe realia, nie tylko w Polsce zmieniły się, z wieloma graczami nowego pokolenia nie było mu łatwo znaleźć wspólny język, a że Piechniczek to też trener, który lubił postawić na swoim, to i konfliktów nie brakowało. Do tego trzeba jeszcze dodać bardzo silną grupę eliminacyjną do mundialu w 1998 roku we Francji - z Anglikami i Włochami na czele oraz niewygodnymi ekipami Mołdawii i Gruzji. Za kadencji Piechniczka eksplodował talent Marka Citki, gracz Widzewa Łódź szykował się do zagranicznego wyjazdu, ale wiosną 1997 roku odniósł ciężką kontuzję. 
Po porażkach z Włochami 0:3 na wyjeździe i Anglią 0:2 w Chorzowie straciliśmy definitywnie szanse na awans do mundialu, Piechniczek zrezygnował z dalszego prowadzenia kadry. Pierwszy raz w swojej szkoleniowej karierze trenował reprezentację przez pięć lat (1981-86), ale jego druga kadencja wyniosła tylko rok. 
Co zapamiętamy z tej ostatniej? Choć to porażka, to jednak warto wracać pamięcią do meczu z Anglią na Wembley (1:2), kiedy przez wiele momentów walczyliśmy z Lwami Albionu jak równy z równym. 

Po odejściu Piechniczka tymczasowym selekcjonerem został jego dotychczasowy asystent Krzysztof Pawlak i pod jego wodzą Polska pokonała w Katowicach Gruzję 4:1, ale było to tylko zwycięstwo na otarcie łez, bo szans na awans i tak już nie mieliśmy. 

Nic dwa razy się nie zdarza...

Ponownie rozpoczęło się poszukiwanie nowego selekcjonera. Słoneczko wreszcie zaświeciło dla Janusza Wójcika, który po pięciu latach od barcelońskiego srebra doczekał się wreszcie tej nominacji. Nie bez znaczenia dla decyzji władz PZPN był zapewne fakt, że "Wójt" nieprzerwanie cieszył się popularnością wśród kibiców. Telewizja przeprowadziła nawet latem 1997 roku sondaż audiotele i większość pytanych właśnie jego widziała jako opiekuna kadry. Wójcik i jego wybrańcy nieźle radzili sobie w pierwszych meczach towarzyskich, w mieszanych nastrojach dograli eliminacje do Mistrzostw Świata (3:0 z Mołdawią i 0:3 z Gruzją na wyjazdach) i szykowali szable na kolejną wojnę, czyli eliminacje do Euro 2000 w Belgii i Holandii. Wójcik ze swoimi wybrańcami na początek kwalifikacji pokonał na wyjeździe Bułgarię 3:0 i miało to swoją wymowę, gdyż w tamtej dekadzie Christo Stoiczkow i spółka liczyli się w Europie i na świecie (czwarte miejsce w mundialu w USA). Cieszył się dobrą atmosferą wokół kadry do momentu, kiedy przyszło mierzyć się z faworytami grupy. Dwie porażki z rzędu z Anglią 1:3 na Wembley oraz Szwecją 0:1 w Chorzowie mocno nadwątliły zaufanie kibiców do Wójcika i jego zespołu. Ci zresztą do dziś pamiętają defensywne ustawienie, na jakie zdecydował się jadąc do Anglii. 
 
Jesienią 1999 roku Polska miała jeszcze szansę na awans do baraży, ale po porażce w ostatnim spotkaniu w Szwecji 0:2 ostatecznie je pogrzebała. Dla nieżyjącego już dziś Wójcika tamta przegrana i trzecie miejsce w grupie oznaczały koniec pracy na selekcjonerskim stołku. Trener próbował stawiać na sprawdzonych zawodników, trzon kadry budując z olimpijczyków z Barcelony, niemniej jednak były to już inne realia, inna specyfika dorosłej piłki od młodzieżowej, nie wszyscy jego dawni wybrańcy byli teraz w optymalnej formie. Nic dwa razy się nie zdarza... 
Na pewno finisz eliminacji odbył się bez blamażów, wszak do ostatniego spotkania pozostawaliśmy w grze. Nie brak z drugiej strony i głosów, że gdyby Wójcik dostał szansę kilka lat wcześniej, bezpośrednio po igrzyskach, jego losy oraz polskiej reprezentacji mogłyby potoczyć się zupełnie inaczej. Czy tak by się stało - o tym już się nie przekonany... 
Pod koniec 1999 roku faworytami do objęcia schedy po Wójciku wydawali się być głównie: Henryk Kasperczak, już doświadczony w pracy w klubach francuskich czy z reprezentacjami Wybrzeża Kości Słoniowej i Tunezji a także Franciszek Smuda, który trzy lata wcześniej wprowadził łódzki Widzew do Ligi Mistrzów. Władze PZPN na czele z prezesem Michałem Listkiewiczem zdecydowały się jednak na inny, niespodziewany wariant - zatrudnienie Jerzego Engela. To szkoleniowiec, który w przeszłości prowadził między innymi Legię Warszawa, ale chude dla polskiej piłki lata 90. spędził w klubach na Cyprze. Pod koniec dekady odbudować siłę Polonii Warszawa i w 2000 roku doprowadzić ją do mistrzostwa kraju. Na pewno w tamtym okresie wśród szerszej kibicowskiej braci był niedoceniany, ale okazała się później, że niesłusznie. Przebudował reprezentację, zdobył się na kilka odważnych personalnych ruchów i dokonał tego, czego od 1986 roku nie udało się zrealizować żadnemu innemu selekcjonerowi - awansował do finałów mundialu! Turniej w Korei zakończył się wszak niepowodzeniem, ale to już inna historia... 
PIOTR STAŃCZAK 
 
 
POLECAM: 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dawne gwiazdy futbolu uświetnią 100-lecie Klubu Sportowego Warka. Będzie wielka feta

PIŁKA NOŻNA. Klub Sportowy Warka obchodzi 100-lecie istnienia. Wielka impreza jubileuszowa odbędzie się w sobotę 24 czerwca. Wśród uczestników jest Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. Jej mecz z oldbojami Warki komentować będzie Dariusz Szpakowski. 

Dawne piłkarskie gwiazdy zagrają dla chorego Tymusia w Grodzisku Mazowieckim

PIŁKA NOŻNA. Trwa już odliczanie do charytatywnego turnieju na rzecz chorego Tymusia, który odbędzie się 27 stycznia 2024 roku w Grodzisku Mazowieckim koło Warszawy. Wystąpi między innymi Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. 

Polska - San Marino 1:0. Zamiast pogromu był wstyd! Bacciocchi: to my po meczu dawaliśmy autografy

PIŁKA NOŻNA. 28 kwietnia minie dokładnie 30 lat od sławetnego meczu Polska - San Marino w eliminacjach do Mistrzostw Świata w USA. Tamto spotkanie, które biało-czerwoni wygrali 1:0 pokazało, że żadnego przeciwnika nie wolno lekceważyć przed pierwszym gwizdkiem. Choć brzmi banalnie, to nasi piłkarze boleśnie o tym się przekonali...