Przejdź do głównej zawartości

Rafał Kubacki, mistrz świata w judo o walce z bykiem na planie "Quo vadis": Opatrzność czuwała!

JUDO. Rafał Kubacki trzydzieści lat temu zdobył pierwsze w swojej karierze mistrzostwo świata seniorów w judo. Jak sam przyznaje, jedną ze swoich najsłynniejszych walk stoczył natomiast z... bykiem Toro na planie filmu "Quo vadis". Jak wspomina swoje występy na macie, czym zajmuje się dziś? 
Rafał Kubacki trzydzieści lat temu wywalczył tytuł mistrza świata w judo. Foto archiwum prywatne
 
 
W tym roku minie 30 lat od kiedy zdobył pan pierwszy seniorski tytuł mistrza świata w judo. Dlaczego w młodości wybrał pan akurat tę dyscyplinę sportu? 
Na początku jako dziecko trenowałem pływanie i odnosiłem w nim sukcesy. Startowałem w barwach klubu Juvenia Wrocław. Przełom nastąpił gdzieś w czasach klasy ósmej szkoły podstawowej i pierwszej liceum. Akurat kolega z podwórka trenował judo w Gwardii Wrocław i ja też zainteresowałem się tą dyscypliną sportu. Grupy naborowe prowadził wtedy trener Jan Hurkot. Zaproponował mi, abym spróbował swoich sił w judo. Tak też się stało. Moje początki było ciekawe, bo miałem wprawdzie dużą wydolność, którą nabyłem trenując pływanie, ale nie posiadałem odpowiedniej techniki. W zasadzie od razu zacząłem starty w wadze ciężkiej. 
Pochodzi pan z usportowionej rodziny? 
- Mój tato, dziś już nieżyjący, miał taki epizod gry w koszykówkę, mama też próbowała swoich sił w sporcie, ale nie osiągali jakichś wybitnych wyników. Gdybym miał natomiast wskazać, kto zachęcał mnie do uprawiania sportu, to była moja mama. Uważała, że ja powinienem odnaleźć się właśnie w tej dziedzinie życia. Dziś, jako wykładowca akademicki oraz były sportowiec widzę to jeszcze inaczej. 
Czym różni się sport pana młodości od tego obecnego? 
- Dziś pełni on w ogóle inną rolę, bo musi rywalizować z innymi rozrywkami, jakie mają dzieci. Widzimy zresztą co się dzieje, dominuje siedzący tryb życia, gry komputerowe, telefony, zwolnienia z lekcji wychowania fizycznego. 
Pan, zanim zdobył tytuł mistrza świata seniorów w 1993 roku, przeszedł długą drogę, ale też naznaczoną sukcesami. 
- W latach 1985-87 trzy razy zdobywałem tytuły mistrza Europy juniorów. W 1986 roku po raz pierwszy wywalczyłem mistrzostwo świata w tej kategorii wagowej. Trzy lata później zostałem już mistrzem Europy seniorów w Helsinkach i brązowym medalistą mistrzostw świata w Belgradzie. Miałem także okazję powalczyć o awans do reprezentacji Polski na igrzyska olimpijskie w Seulu w 1988 roku. Rywalizowałem ze starszym o dziewięć lat zawodnikiem, ówczesny trener kadry postanowił dać szansę bardziej doświadczonemu judoce. On nie wywalczył medalu. Potem byłem już numerem 1 w Polsce swojej wadze. Po raz pierwszy na igrzyska pojechałem do Barcelony w 1992 roku, ale zakończyły się one dla mnie niepowodzeniem. Jedną walkę wygrałem, drugą przegrałem. Ponieważ zawodnik, któremu ja uległem, nie dostał się potem do finału kategorii, ja nie wystąpiłem już w repasażu. Mój udział w turnieju się zakończył. 
W tamtym czasie najbardziej utytułowanym judoką w Polsce był Waldemar Legień, zdobył dwa złote medale w igrzyskach w 1988 i 1992 roku. 
- Waldek na pewno dokonał czegoś, co nie udało się w polskim judo nikomu wcześniej. Nie dość, że wywalczył dwa złote medale na igrzyskach, to jeszcze dokonał tego w dwóch różnych kategoriach wagowych. Wielkie osiągnięcie! 
Z jakimi nadziejami jechał na Mistrzostwa Świata do Hamilton w Kanadzie w 1993 roku? 
- Powiem panu, że już wiele lat wcześniej napisałem sobie na kartce zdanie "Będę mistrzem świata". Trzymałem ją przy sobie, była dla mnie ogromną motywacją. 
Wydawało mi się, że skoro jestem najlepszy w świecie wśród juniorów, to przejście do seniorów będzie łatwiejsze. Jak to jednak w życiu bywa, ono mnie szybko zweryfikowało. Nadal jednak deklaracja spisana na kartce mnie obowiązywała, tego się trzymałem. 
Kiedy więc wróciłem z mistrzostw w Kanadzie, to w jednej ręce trzymałem złoty medal, w drugiej właśnie tę kartkę! Dziś, kiedy spotykam się z młodymi ludźmi, przekonuję ich, że wszystko jest możliwe, tylko potrzebne są chęci i odpowiednie nastawienie do realizacji celu. Sport daje młodemu człowiekowi najszybszą możliwość do tego, aby się wybić. 
Co było dla pana przełomowym momentem w tamtych mistrzostwach świata? 
- Półfinałowa walka w kategorii open, którą stoczyłem z Japończykiem Noyą Ogawą. On już był wtedy bardzo utytułowanym zawodnikiem, choć wcześniej miałem okazję rywalizować z nim tylko w sparingach. On stanowił podporę ówczesnej reprezentacji Japonii, był murowanym kandydatem do złota. Ja zwyciężyłem go przed czasem, rzucając na plecy i wygrywając przez ippon. Dla niektórych obserwatorów mistrzostw to było ogromne zaskoczenie. Ja natomiast czułem, że nadszedł ten moment, gdy mogę wygrać coś wielkiego. W ogóle startowałem wtedy w dwóch kategoriach wagowych. W grupie +95 kilogramów nie udało mi się jednak trafić do strefy medalowej. W open zdobył mistrzostwo świata, w finale pokonując przez wazari Niemca Henry'ego Stohra. 
Skoro mówimy o walce z Japończykami - wiadomo, oni stworzyli judo, ile dla nich znaczy. Czy ze względu na te tradycje, szkolenie, naturalne predyspozycje, pojedynki z nimi były w pańskich czasach jako zawodnika, trudniejsze? 
- Wiadomo, że Japonia to kolebka judo. Z drugiej strony znaleźli się w swojej historii także w takim momencie, że przegrywali z Europejczykami. Pierwszym judoką, który pokonał Japończyka (Akio Kaminagę - przyp. autora) w igrzyskach olimpijskich, był Holender Anton Geesink. Dokonał tego w 1964 roku w Tokio. Dla mnie to był zresztą taki wzór do naśladowania. Japończycy tamtą porażkę, przed własną publicznością, potraktowali jak żałobę narodową. Od tamtego czasu świat judo zaczął bardzo mocno deptać Japończykom po piętach. Po latach i oni przeanalizowali wszystko, dziś też zbierają większość medali w różnych mistrzowskich imprezach. W ogóle wyróżniają się dziś nacje, które mają, można tak powiedzieć, swoje style walki. Przykładem są choćby Kazachowie, Mongołowie, zawodnicy z Uzbekistanu. Mają własne tradycje, inne systemy przygotowań. Każda narodowa reprezentacja ma wypracowany jakiś swój styl, myśl szkoleniową. Jeśli o mnie chodzi, ja uwielbiałem walczyć z Japończykami czy np. Gruzinami, bo odpowiadał mi ich styl. 
Pańskim przeciwnikiem przed laty był też... byk z krwi i kości! Mowa oczywiście o roli Ursusa w filmie "Quo vadis", ekranizacji słynnej powieści Henryka Sienkiewicza. 
- To, co zobaczyli widzowie w filmie, było opowieścią stworzoną przez reżysera filmu Jerzego Kawalerowicza. Ja mogę porównać natomiast postać, którą ja grałem do odtwórców roli Ursusa w innych ekranizacjach amerykańskich czy europejskich, które powstały wiele lat wcześniej. Moja rola jest mocniej zaakcentowana. Zresztą, jeśli pan przeczyta "Quo vadis" Sienkiewicza kartka po kartce, to tak też przebiega film. 
Walka Ursusa z bykiem na arenie Coloseum z pewnością jest tą sceną, którą wielu widzów zapamiętało najbardziej. Na grzbiecie zwierzęcia naga kobieta, Ligia, chrześcijanka, wzięta w niewolę przez Rzymian. Wojownik Ursus, aby ją uwolnić, musiał powalić byka...
- To była w tamtych latach głośna produkcja filmowa, ale budżet nie był aż tak wielki, aby można było pozwolić sobie na jakieś animacje komputerowe czy coś podobnego. Wtedy aktor nie ma kontaktu ze zwierzęciem. Wielu porównywało "Quo vadis" do "Gladiatora" - filmu Ridleya Scotta, który na ekrany kin trafił nieco wcześniej. To były jednak całkowicie inne produkcje. 
Wprawdzie akcja jednej i drugiej mocowała się w Starożytnym Rzymie, ale jednak filmy opowiadały o całkiem innych rzeczach. Jeśli ktoś więc szukał dynamiki akcji z "Gladiatora" w naszej produkcji, to jednak popełniał błąd. Ja natomiast mogę powiedzieć dosłownie i w przenośni, że wiem, co to znaczy złapać byka za rogi!
Jak wyglądały w ogóle przygotowania do tej sceny? 
- Generalnie zwierzęta, występujące w tym filmie, przygotowywał Jacek Kadłubowski, jeden z najlepszych polskich kaskaderów. On przywiózł tego byka z innego planu filmowego. Zwierzę ważyło chyba z 1600 kilogramów, podczas gdy nasze, polskie byki ważą około 800-900 kg, maksymalnie tonę. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem na ranczo tego byka, zwał się Toro, to pomyślałem, że to może się jednak nie udać. Stadion Warszawski był akurat w remoncie, więc na potrzeby został zaadaptowany na cyrk cesarza rzymskiego Nerona. Kiedy przywieziono go na miejsce, to jednak między mną o Toro nawiązała się pewna nić współpracy. Ja oczywiście przećwiczyłem wszystkie przepychania w pozycji stojącej, bardziej dynamiczne, natomiast ta scena była największym przeżyciem dla dwóch dziewczyn, kaskaderek, które dublowały Magdę Mielcarz w roli Ligii. Kiedy ja walczyłem z Toro, one na przemian leżały na jego grzbiecie, ułożone na plecach, ich głowy znajdowały się koło łba byka. Zwierzę wbiegało na arenę, skakało. Po kilku takich skokach dziewczyny lądowały na piachu. Dziewczyny przeszły same siebie, natomiast sama scena, kiedy przekręcam łeb bykowi i powalam go na arenę zakończyła się powodzeniem, bo chyba sama Opatrzność nad nami czuwała. 
Toro był gigantycznym przeciwnikiem. Jak udało się panu powalić zwierzę? 
- Na plan filmowy przyjechał weterynarz, kolega Jacka Kadłubowskiego. Zaproponował, że może dożylnie podać bykowi środek, który osłabi go, dzięki czemu będzie mi łatwiej go powalić. Ja oczywiście w każdej chwili mogłem puścić jego roki, odskoczyć na bok, ale z każdą minutą zdawałem sobie sprawę, że przecież na grzbiecie byka leży kobieta. Jeżeli bezwładne zwierzę przewróciłoby się na bok razem z nią, to mogło dojść do nieszczęścia... Nie można było zastosować żadnych animacji. Byk po pierwszej dawce nieco się zachwiał, zaczęliśmy się mocować, ale wyglądało na to, że ten lek po prostu nie zadziałał. Dostał więc drugą, znów się zachwiał, ale wcale go nie osłabiło. 
"Woziłem się" z nim dwadzieścia minut, Toro nadal stał na nogach. Nie mogliśmy podać mu trzeciej dawki środka, bo to mogło zatrzymać jego akcję serca... Zaczęło się robić nerwowo, schodziłem na bok, popychałem go. W pewnym momencie chyba Opatrzność zlitowała się nad nami. W miejscu, gdzie na arenie był dół, mniej piasku, byk się potknął. 
Ja zastosowałem chwyt z judo - zszedłem w bok i wykręciłem mu głowę. Stracił moc w przednich nogach i równowagę, przewróciłem go. Ja jeszcze musiałem go zatrzymać, aby nie przetoczył się bezwładnie po kaskaderce, leżącej na jego grzbiecie...! Scenę nakręciliśmy. Wiele osób do dziś mnie pyta, jak ta walka wyglądała. 
 
Czym zajmuje pan się obecnie? 
- Od wielu pracuję na Akademii Wychowania Fizycznego we Wrocławiu, jestem tam adiunktem. Wspólnie z żoną (Agnieszka Rauk-Kubacka, mistrzyni Polski w akrobatyce sportowej - przyp. autora) prowadzimy swoją Akademię Sportu i Rekreacji stowarzyszenie, gdzie jestem trenerem judo. Dużo uwagi poświęcam także seniorom, piszę na ten temat książki, publikacje, wszystko ma na celu zachęcenie ich do aktywności, aby nie unikali ruchu czy wysiłku fizycznego. To jest ogromne wyzwanie dla naszego, starzejącego się społeczeństwa w kolejnych latach. 
Dziękuję za rozmowę. 
PIOTR STAŃCZAK

Rafał Kubacki (rocznik 1967) pochodzi z Wrocławia. Przygodę ze sportem zaczynał jako dziecko od pływania, w wieku 15 lat rozpoczął treningi judo w Gwardii Wrocław. Startował w kategoriach ciężkiej (+95 kilogramów) lub open. Reprezentował także Śląsk Wrocław i miejscowy AZS AWF. Był 17-krotnym mistrzem Polski seniorów, mistrzem Europy w 1989 roku, dwukrotnym mistrzem świata (z 1993 i 1997), wielokrotnym medalistą mistrzostw Europy i świata seniorów oraz juniorów. Trzy razy startował w igrzyskach olimpijskich: w Barcelonie (1992), Atlancie (1996) oraz Sydney (2000), ale tam nie zdobywał medali. Na koncie ma też złoty krążek Światowych Wojskowych Igrzysk Sportowych (1995). Był radnym miasta Wrocławia i sejmiku województwa dolnośląskiego. Zagrał także rolę Ursusa w filmie "Quo vadis" w reżyserii Jerzego Kawalerowicza. 
 

Mistrzostwa Świata w judo w 1993 roku. Fragment jednej z walk Rafała Kubackiego.
 

POLECAM: 

Komentarze

  1. Gdyby byk miał odpowiednią masę i był naprawdę agresywny i chętny walki, a całosć była prawdziwą walką to byk zrobiłby marmoladę z tego pulchnego pączusia.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Dawne gwiazdy futbolu uświetnią 100-lecie Klubu Sportowego Warka. Będzie wielka feta

PIŁKA NOŻNA. Klub Sportowy Warka obchodzi 100-lecie istnienia. Wielka impreza jubileuszowa odbędzie się w sobotę 24 czerwca. Wśród uczestników jest Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. Jej mecz z oldbojami Warki komentować będzie Dariusz Szpakowski. 

Dawne piłkarskie gwiazdy zagrają dla chorego Tymusia w Grodzisku Mazowieckim

PIŁKA NOŻNA. Trwa już odliczanie do charytatywnego turnieju na rzecz chorego Tymusia, który odbędzie się 27 stycznia 2024 roku w Grodzisku Mazowieckim koło Warszawy. Wystąpi między innymi Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. 

Polska - San Marino 1:0. Zamiast pogromu był wstyd! Bacciocchi: to my po meczu dawaliśmy autografy

PIŁKA NOŻNA. 28 kwietnia minie dokładnie 30 lat od sławetnego meczu Polska - San Marino w eliminacjach do Mistrzostw Świata w USA. Tamto spotkanie, które biało-czerwoni wygrali 1:0 pokazało, że żadnego przeciwnika nie wolno lekceważyć przed pierwszym gwizdkiem. Choć brzmi banalnie, to nasi piłkarze boleśnie o tym się przekonali...