Przejdź do głównej zawartości

Roman Kosecki o meczu Hiszpania - Polska: Zubizaretta mówił "Kosa, zejdź mi z oczu"!

9 lutego 1994 roku w Teneryfie odbył się towarzyski mecz piłkarski Hiszpania - Polska. Po niezłej grze biało-czerwoni zremisowali 1:1, gola dla naszej reprezentacji zdobył Roman Kosecki. Popularny "Kosa" wspomina zarówno tamto spotkanie jak i okres swojej gry w Atletico Madryt. 
Z Romanem Koseckim autor poniższego wywiadu spotkał się przed laty podczas Półmaratonu Rejów w Skarżysku-Kamiennej. Fot. Piotr Stańczak
 
 
Tamten remis 29 lat temu z silną Hiszpanią dawał wtedy nadzieje, że reprezentacja Polski, po nieudanych eliminacjach do mundialu w USA, łapie jednak drugi oddech. 
- Pamiętam to spotkanie. Był to nasz pierwszy mecz pod wodzą nowego selekcjonera Henryka Apostela. Szykowaliśmy się do eliminacji do Mistrzostw Europy w Anglii. Ta nowa kadra była już wtedy odmłodzona, do głosu coraz bardziej dochodzili w niej olimpijczycy - Andrzej Juskowiak, Wojciech Kowalczyk, Jurek Brzęczek, Marek Koźmiński oraz inni. Hiszpanów prowadził z kolei Javier Clemente. Oni również mieli bardzo silny zespół. Ponieważ występowałem wtedy w Atletico Madryt, znałem wszystkich reprezentantów Hiszpanii, na co dzień rywalizowaliśmy ze sobą w lidze. Spotkanie też dostarczyło bardzo wiele emocji. Ja stoczyłem mnóstwo pojedynków zwłaszcza z Sergi Barjuanem, który zdobył gola na 1:0 dla gospodarzy. Znałem jego czy Alberta Ferrera z Barcelony. To byli szybcy, twardzi, boczni obrońcy.
Pan doprowadził do wyrównania na 1:1 tuż przed końcem pierwszej połowy. Pamięta pan tę bramkową sytuację?
- Akcję zapoczątkował Wojtek Kowalczyk, przeprowadził szybki rajd, ale nie zdołał oddać strzału na bramkę Hiszpanów, bo piłkę w ostatniej chwili wybił mu obrońca. Trafiła jednak do mnie a ja strzeliłem lewą nogą do siatki. 
To był szybki mecz, dużo emocji, my mieliśmy swoje sytuacje podbramkowe, ale Hiszpanie również. Ja mogłem pokusić się w innej sytuacji o kolejnego gola, ale źle uderzyłem piłkę. Choć to był mecz towarzyski, to na pewno wynik 1:1 nas ucieszył. 
Apropos "Kowala" - to prawda, że przyczynił się pan do jego transferu z Legii Warszawa do Betisu Sewilla, który sfinalizowano kilka miesięcy później? 
- Hiszpanie pytali mnie oczywiście o Wojtka, pozytywnie wypowiedziałem się o umiejętnościach "Kowala", ale o wszystkim decydowała wtedy jego forma. Działacze z Sewilli już wcześniej zresztą obserwowali naszego napastnika i w końcu udało im się pozyskać Wojtka.
Spotkanie odbyło się trzy miesiące po słynnym meczu, jaki w barwach Atletico rozegrał pan przeciwko FC Barcelona. Zwyciężyliście 4:3, pan był bohaterem tamtej batalii. Zdobył pan dwa gole i zaliczył asystę przy czwartym trafieniu!
- Kiedy po spotkaniu z Hiszpanią schodziliśmy z boiska, ich słynny bramkarz Andoni Zubizaretta podszedł do mnie i powiedział: "Kosa, nie chcę cię już więcej widzieć" (śmiech). Tak się akurat złożyło, że kiedy graliśmy przeciwko Barcelonie, to zdarzało się, że strzelałem mu gole. Wtedy pokonałem go w meczu naszych reprezentacji. Oczywiście w Atletico występowało wówczas wielu wspaniałych zawodników, jak Roberto Solozabal, Jose Luis Caminero, Kiko Narvaez, Luis Garcia, Manolo, potem dochodzili kolejni, między innymi Diego Simeone. W klubie brakowało tylko organizacyjnej stabilizacji, ponieważ prezes Jesus Gil bardzo często zmieniał trenerów, ja odszedłem, gdy szkoleniowcem był Serb Radomir Antić. Zespół pod względem sportowym trzymał jednak wysoki poziom, kiedy ja występowałem już we francuskim FC Nantes, Atletico wywalczyło mistrzostwo Hiszpanii, później grało w Lidze Mistrzów.
Pod względem charakteru, predyspozycji piłkarskich można powiedzieć, że liga hiszpańska była dla pana odpowiednia.
- Wiadomo, tam ceni się zawodników szybkich, dobrze wyszkolonych technicznie, przy tym potrafiących grać widowiskowo. Hiszpanie kochają emocje na boisku i właśnie takich piłkarzy. Na pewno mogę powiedzieć, że był to dla mnie udany okres w klubowej karierze, wiele niezapomnianych pojedynków z gwiazdami, których wtedy na hiszpańskich boiskach nie brakowało.
Mówił pan o tym, że remis 1:1 w pierwszym spotkaniu pod wodzą Henryka Apostela dał reprezentacji i jej kibicom nadzieję na lepsze wyniki. Potem jednak i tak nie udało się wywalczyć awansu do finałów Mistrzostw Europy...
- Mieliśmy naprawdę niezły zespół. Kowalczyk grał w Betisie Sewilla, Andrzej Juskowiak w Sportingu Lizbona, ja w Atletico, potem FC Nantes, Krzysiek Warzycha w Panathinaikosie Ateny, posiadaliśmy solidnych bramkarzy: Maćka Szczęsnego, Andrzeja Woźniaka, mógłbym jeszcze wymieniać kolejnych piłkarzy, także tych z reprezentacji olimpijskiej, która w 1992 roku wywalczyła srebrny medal igrzysk w Barcelonie. Niestety, czegoś nam zawsze brakowało do osiągnięcia celu. Trzeba dodać, że w tamtych latach trudniej było zakwalifikować się do mistrzowskich turniejów, przejść grupy eliminacyjne, gdzie zawsze trafialiśmy na potęgi europejskie i światowe.
Mówi się, że ówczesnym kadrowiczom grającym w latach 90. brakowało profesjonalnego podejścia do gry w drużynie narodowej. Co pan na to? 
- Remisowaliśmy z silnymi Holendrami czy Francuzami, będąc o krok od zwycięstw, walczyliśmy jak równy z równym z Rumunami, którzy byli rewelacją mundialu w USA. Jeśli ktoś twierdzi, że takie wyniki na boisku mogliśmy osiągnąć grając na przysłowiowej "bani", to opowiada bzdury. 
Profesjonalizmu brakowało w sprawach organizacyjnych, jako reprezentanci Polski musieliśmy wiele razy martwić się o stroje, sprzęt, takie sprawy, które teraz są czymś oczywistym. Jako piłkarz wspierałem "Solidarność", chciałem zmian w kraju, a kiedy upadła komuna, to jeden z ministrów powiedział swego czasu, że na sport brakuje pieniędzy, bo teraz w kraju są ważniejsze sprawy.
Na początku lat 90. doszło do zmiany pokoleniowej w kadrze. Mówił pan o olimpijczykach, że dochodzili do głosu. Jak panu, jako jednemu ze starszych zawodników, układały się relacje z młodszymi kolegami?
- Oni potrafili grać w piłkę, większość zagrała w dorosłej reprezentacji, jak już mówiłem, tworzyliśmy ciekawy zespół. Być może hasła o zmianie szyldu, wygłaszane po igrzyskach w Barcelonie, były wtedy zbyt szumne, to co mówił świętej pamięci trener Janusz Wójcik nie przysparzało mu zwolenników w związku czy wśród innych polskich szkoleniowców. Pewnie wtedy przydałoby się więcej spokoju, mniej hurraoptymistycznych zapowiedzi.
Wracając do czasów pana występów w Hiszpanii, utrzymuje pan kontakty z dawnymi kolegami z Atletico Madryt?
- Tak, rok temu brałem udział w spotkaniu drużyny weteranów, było sympatycznie, pożartowaliśmy, powspominaliśmy, każdy z nas zmienił się po latach (śmiech). Pod koniec lutego jadę na podobne spotkanie do Francji, będziemy wspominali mecze FC Nantes z Juventusem Turyn w półfinale Ligi Mistrzów w sezonie 1995-96. Dostałem zaproszenie na to wydarzenie od prezesa klubu Waldemara Kity, znów będzie okazja powspominać. 
Roberto Solozabal, z którym kiedyś rozmawiałem, wspominał Koseckiego jako gościa, który był szybki na boisku i kochał rock'n'rolla. 
- O tak, dzięki mnie koledzy z Hiszpanii nauczyli się, co to rock'n'roll. Zresztą, nazywali mnie właśnie "Rockero" (śmiech). 
 
 
Roman Kosecki (w górnym rzędzie, pierwszy z lewej) dziś jest też trenerem Reprezentacji Gwiazd Piłkarzy Polskich. Fot. Archiwum drużyny
 

Od wspomnień przejdźmy jeszcze do współczesności. Reprezentacja Polski pod wodzą nowego selekcjonera Fernando Santosa rozpocznie w marcu eliminacje do Mistrzostw Europy. Na co pan liczy? W teorii nasza grupa eliminacyjna nie należy do najsilniejszych.
- Może to jest slogan, ale nie ma dziś łatwych przeciwników i łatwych eliminacji. Potrzeba, aby nowy szkoleniowiec tchnął w zespół nowego ducha, żeby pokazała też futbol, który będzie podobał się kibicom. Powiem tak, jeśli usłyszę kiedykolwiek, że naszym podstawowym celem bez względu na wszystko jest wyjście z grupy, to przestanę oglądać reprezentację w mistrzostwach. To, że reprezentację stać na dobry wynik, pokazały przecież Mistrzostwa Europy w 2016 roku we Francji. Jak pamiętamy, dotarliśmy do ćwierćfinału, gdzie przegraliśmy z Portugalią po rzutach karnych. 
Dziękuję za rozmowę. 
PIOTR STAŃCZAK 

Roman Kosecki (rocznik 1966) jest wychowankiem Ursusa Warszawa. Występował także w Gwardii oraz Legii Warszawa, tureckim Galatasaray Stambuł. Grał też w Hiszpanii - w Osasunie Pampeluna oraz Atletico Madryt, we Francji - FC Nantes oraz HSC Montpellier a także w USA (Chicago Fire). W pierwszej reprezentacji Polski w latach 1988-95 rozegrał 69 spotkań, strzelił 19 goli. Po zakończeniu piłkarskiej kariery założył szkółkę piłkarską Kosa Konstancin. Był też działaczem piłkarskim, wiceprezesem Polskiego Związku Piłki Nożnej do spraw szkolenia. Sprawował także mandat posła z ramienia Platformy Obywatelskiej. Obecnie jest również trenerem Reprezentacji Gwiazd Piłkarzy Polskich. 
 
 
Protokół meczowy, 9 lutego 1994 roku, Teneryfa

Hiszpania - Polska 1:1 (1:1) 

Bramki: 1:0 Sergi Barjuan 19 min., 1:1 Roman Kosecki 38. 
Hiszpania: Zubizaretta - Chano, Alkorta, Abelardo - Otero, Hierro (46. Guardiola), Sergi - Minambres, Nadal (46. Camarasa), Gonzalez (46. Begiristain) - Salinas (46. Castano). Trener Javier Clemente.
Polska: Woźniak - Grembocki, Łapiński, Bąk (46. Staniek), Jegor - Kosecki, Lewandowski (78. Czerwiec), Brzęczek, Jałocha (72. Jaskulski) - Kowalczyk, Juskowiak (63. Bałuszyński). Trener Henryk Apostel.   

 
Skrót meczu towarzyskiego Hiszpania - Polska z 9 lutego 1994 roku w Teneryfie.
 


POLECAM: 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dawne piłkarskie gwiazdy zagrają dla chorego Tymusia w Grodzisku Mazowieckim

PIŁKA NOŻNA. Trwa już odliczanie do charytatywnego turnieju na rzecz chorego Tymusia, który odbędzie się 27 stycznia 2024 roku w Grodzisku Mazowieckim koło Warszawy. Wystąpi między innymi Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. 

Euro 2024. Pierwszy trener Kacpra Urbańskiego zapewnia: jeszcze będzie o nim głośno! (WIDEO)

PIŁKA NOŻNA. Przed nami finały Mistrzostw Europy 2024 w Niemczech. W kadrze reprezentacji Polski znalazł się niespełna 20-letni Kacper Urbański, wychowanek Lechii Gdańsk, obecnie zawodnik włoskiego klubu FC Bologna. Młodego piłkarza wspomina jego pierwszy trener - Grzegorz Grzegorczyk z Akademii Piłkarskiej Lechii Gdańsk. 

Ryszard Staniek ciężko chory! Medalista olimpijski z Barcelony potrzebuje pomocy

PIŁKA NOŻNA. Ryszard Staniek, były piłkarz reprezentacji Polski oraz m.in. Górnika Zabrze i Legii Warszawa, uczestnik Ligi Mistrzów, jest ciężko chory. Ruszyła zbiórka pieniędzy na jego leczenie, rehabilitację oraz zakup samochodu. Liczy się każda złotówka!