Przejdź do głównej zawartości

Arkadiusz Onyszko o reprezentacji olimpijskiej i występach w Danii: w Aalborgu przegrałem tylko raz

Bramkarz Arkadiusz Onyszko był najmłodszym piłkarzem kadry olimpijskiej, która trzydzieści lat temu zdobyła srebrny medal igrzysk w Barcelonie. Wielu kibicom, zwłaszcza duńskim, znany jest także jako autor kontrowersyjnej książki "Fucking Polak". Jego karierę przerwały poważne problemy zdrowotne. 
 Arkadiusz Onyszko wystąpił we wrześniu tego roku w meczu Olimpijczycy - Przyjaciele na stadionie PGE Narodowym w Warszawie. Fot. Piotr Stańczak

 
 
Do reprezentacji olimpijskiej trafił pan jako 17-latek, w momencie, kiedy ważyły się losy jej awansu do igrzysk w Barcelonie. Jak pan wspomina swoje początki w kadrze Janusza Wójcika? 
- Zadebiutowałem w towarzyskim meczu reprezentacji olimpijskiej Holandia - Polska, który odbył się we wrześniu 1991 roku w Utrechcie. Zremisowaliśmy 1:1. Na początku spotkania zastąpiłem Aleksandra Kłaka, który doznał kontuzji. Rozegrałem świetne spotkanie. Pamiętam, że holenderskiej bramki bronił wtedy Edwin van der Saar. Ja byłem najmłodszym zawodnikiem drużyny olimpijskiej, a mimo to znalazłem się także w dorosłej kadrze, która nieco później walczyła z Holendrami w Eindhoven! W meczu pierwszych reprezentacji padł remis 1:1, w naszej bramce bronił Jarek Bako. Pamiętam, że na to spotkanie wiózł mnie samochodem ówczesny sekretarz Polskiego Związku Piłki Nożnej Michał Listkiewicz. Ja zasiadłem na ławce, bo do Holandii nie mógł przyjechać inny z naszych bramkarzy. Na co dzień występowałem wtedy w Zawiszy Bydgoszcz. Myślę, że do gry w reprezentacji olimpijskiej przyczyniły się też moje udane spotkania z kadrze do lat osiemnastu. W eliminacjach do Mistrzostw Europy nie puściłem ani jednej bramki.
W olimpijskiej etatowym bramkarzem był wówczas Aleksander Kłak, pan jego zmiennikiem. Wczesną wiosną 1992 roku, kiedy walczyliśmy o awans do igrzysk, ponieśliście wysoką porażkę 0:5 z Danią w Aalborgu. Tak się złożyło, że na początku meczu musiał pan zastąpić Kłaka między słupkami, bo ten odniósł kontuzję. Domyślam się, że jeśli zachowały się panu jakieś wspomnienia z tej potyczki, to tylko przykre... 
- Zapamiętałem, że była fatalna pogoda, zimno. I nazwiska dwóch Duńczyków - Moellera i Molnara, którzy strzelili po dwa gole. Cóż, już do przerwy przegrywaliśmy 0:5, ten wynik utrzymał się do końca spotkania. Powiem tak, paradoksalnie, gdy po latach występowałem już w lidze duńskiej, nigdy w tym czasie nie przegrałem w Aalborgu. 
Wtedy jednak, po porażce kadry olimpijskiej, swoje przeżyłem. Kiedy wróciliśmy do kraju po tym meczu, nawet jeden z taksówkarzy na lotnisku zagadnął "Onyszko, czemu tyle bramek przepuściłeś?". Z drugiej strony byłem młodym chłopakiem, nie chciałem tego wszystkiego rozpamiętywać, udało mi się szybko podnieść.
Jak pana przyjęli koledzy w reprezentacji - jako właśnie tego najmłodszego?
- Bardzo dobrze. Dla młodego chłopaka to bardzo ważne, aby udanie wejść do drużyny, zaaklimatyzować się w niej. Myślę, że pomógł mi na pewno ten świetny towarzyski mecz, jaki rozegrałem w Holandii. Zapewniłem sobie dobry start, przy tym pomogłem zespołowi. 
Trener Janusz Wójcik dawał panu więcej fory z racji wieku? 
- W tamtych czasach był jednym z topowych polskich szkoleniowców. Bardzo dobrze wspominam współpracę z Wójcikiem. Przede wszystkim jego mocną stroną było mobilizowanie zawodników do walki. Robił to w taki sposób, że nie czuliśmy się słabsi, gorsi od kogokolwiek z rywali. Dzięki wsparciu Fundacji Olimpijskiej mieliśmy zapewnione znakomite warunki przygotowań do igrzysk. W styczniu 1992 roku wyjechaliśmy między innymi na obóz do Dubaju w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Wójcik na pewno rozumiał to, że byłem najmłodszy, ale z drugiej strony, z racji wieku, miałem też w kadrze swoje obowiązki. Nosiłem sprzęt, byłem niczym drugi kierownik drużyny (śmiech). Takie były czasy, ale dzięki temu człowiek uczył się też szacunku do starszych piłkarzy. Dzięki Wójcikowi trafiłem też później z Zawiszy do warszawskiej Legii. 
Z którymś z kolegów z reprezentacji olimpijskiej zżył się pan szczególnie? 
- Starałem się dobrze żyć ze wszystkimi kolegami, natomiast pamiętam, że już w czasie olimpiady w Barcelonie, w wiosce olimpijskiej mieszkałem w jednym pokoju z naszym najlepszym snajperem Andrzejem Juskowiakiem. On wziął mnie wówczas pod swoje "skrzydła". 
Mecze na olimpiadzie oglądał pan z ławki. Któryś z pojedynków szczególnie utkwił panu w pamięci? 
- Na pewno finał z Hiszpanami na Camp Nou w Barcelonie. Ten tumult, atmosfera! Kiedy na przykład gospodarze oddawali strzał na naszą bramkę i był on niecelny, to nawet jęk zawodu w wykonaniu stutysięcznej publiczności robił wrażenie. To jest ciężko opisać, to trzeba przeżyć. Przyznam, że tak dopiero po dwudziestu latach, po zakończeniu piłkarskiej kariery, zdałem sobie sprawę, na jak niesamowitej imprezie wówczas byłem i że jestem srebrnym medalistą olimpijskim. 
Przegraliśmy finał 2:3 po golu straconym w ostatniej minucie. To będzie banalne pytanie, ale jakie były wówczas reakcje kolegów, pana, całego sztabu po tej porażce z Hiszpanią? 
- Nie ma co ukrywać, kiedy tracisz decydującą bramkę w samej końcówce, to czujesz ogromny zawód. Dopiero później, gdy emocje zaczęły już opadać, zespół zaczął uświadamiać sobie, jak świetny wynik uzyskał. Czas zresztą pokazał, że na przełomie ostatnich trzydziestu lat żadna polska drużyna w grach zespołowych nie zdobyła medalu na olimpiadzie. 
Jak pan zapamiętał samą atmosferę igrzysk w Barcelonie? 
- Swoją rywalizację zaczęliśmy jeszcze przed otwarciem olimpiady, w Saragossie mierzyliśmy się wtedy z Kuwejtem. Ponieważ dotarliśmy do finału, to wyjeżdżaliśmy z kolei z wioski jako jedni z ostatnich. Na pewno duże zainteresowanie wzbudzali koszykarze amerykańscy, ówczesne gwiazdy NBA. Oni sięgnęli po złoto, niemniej jednak nie mieszkali na co dzień w wiosce olimpijskiej. Spotkaliśmy ich tylko podczas ceremonii otwarcia, staliśmy blisko siebie.  
Skupmy się na tym, co działo się po Barcelonie. Mimo, że występował pan w mocnych ligowych zespołach, to jednak w kolejnych latach praktycznie nie zaistniał pan w pierwszej reprezentacji. Dlaczego? 
- Rozegrałem dwa spotkania - jedno za kadencji trenera Antoniego Piechniczka (towarzyskie z Łotwą, zwycięskie 3:2 - przyp. autora) i drugie za czasów Wójcika (2:0 z Litwą, także towarzyskie - przyp. autora). Działo się to jednak pięć lat po igrzyskach w Barcelonie. Myślę, że moje losy w dorosłej kadrze mogły potoczyć się inaczej, gdyby Wójcik po olimpiadzie dostał od razu stanowisko selekcjonera. Ogólnie cała reprezentacja pod jego wodzą miałaby wtedy większe szanse awansować na wielką piłkarską imprezę, do finałów mistrzostw świata czy Europy. Potencjał zespołu olimpijskiego został zaprzepaszczony.
Niestety, w 1992 roku hasło "Zmieniamy szyld i jedziemy dalej" najwyraźniej nie spodobało się niektórym ludziom, którzy byli wówczas u władzy w polskiej piłce. Zresztą, nie tylko ja, ale także Alek Kłak praktycznie nie zaistniał w tej pierwszej reprezentacji, a był to przecież etatowy bramkarz drużyny olimpijskiej. 
Jak pan wspomina współpracę i zarazem rywalizację z Kłakiem? 
- Był w kadrze olimpijskiej niekwestionowaną "jedynką", natomiast ja zmiennikiem. Dostawałem szanse jedynie wtedy, kiedy łapał kontuzje. Miał charakter, był niesamowicie pracowity, na boisku bronił skutecznie i widowiskowo. Jako drużyna zawsze mogliśmy na Alka liczyć. Co ciekawe, w zespole olimpijskim nie mieliśmy trenera bramkarzy. Dopiero na jednym z ostatnich zgrupowań przed wyjazdem na igrzyska, do Kamienia koło Rybnika dojechał szkoleniowiec, który na co dzień opiekował się bramkarzami w Iglopolu Dębica, klubie Kłaka. Dużo się pod tym względem zmieniło, bo teraz najmłodsze reprezentacje młodzieżowe mają trenerów bramkarzy. 
Wasze pokolenie - olimpijczyków - zanim trafiło do klubów, przechodziło, można tak powiedzieć, szkołę życia na podwórkach. Młodzież ma dziś zbyt komfortowe warunki, brakuje motywacji do walki o sukcesy? 
- Na pewno my nie mieliśmy tyle pokus i możliwości spędzania wolnego czasu. Nie było gier Play Station, telefonów komórkowych czy innych gadżetów, więc pozostawało podwórko. Pierwsze szlify piłkarskie zbieraliśmy właśnie tam lub ewentualnie na lekcjach wf, których wtedy młodzież nie unikała. Dzięki temu miałeś już sprawność ogólną, potrafiłeś zrobić przewrót w przód, tył, przeskoczyć przez popularnego kozła. Już w szkole uczyłeś się podstaw. Kiedyś my sami chodziliśmy, czy jeździliśmy na treningi, dziś to rodzice podwożą dzieci na zajęcia. Czasy się zmieniły, powstało dużo szkółek, akademii. Mam nadzieję, że ich działalność zaprocentuje w przyszłości i podniosą poziom piłkarski. 
Czego na pewno możecie pozazdrościć dzisiejszej młodzieży, to jednak warunków do treningu, choćby boisk ze sztuczną nawierzchnią. 
- Kiedy ja zaczynałem grać w piłkę, to głównie na piachu czy na jakimś glinianym podłożu. Było twardo, wiele razy zdarłem kawał skóry, byłem poobijany, ale to też kształtowało charakter. Co ciekawe, często grałem ze starszymi od siebie. Jakoś tak mi zostało do czasów drużyny olimpijskiej i początków w naszej lidze.
Kto był pana bramkarskim idolem? 
Słynny Niemiec Harald Toni Schumacher, który zresztą napisał książkę - autobiografię (pod tytułem "Gryźć trawę" - przyp. autora). Oglądałem też na kasecie wideo jego treningi. To był wówczas prawdziwy rarytas. 
Ja zresztą od początku grałem w bramce, mój tata też kiedyś bronił w Lubliniance, więc w pewnym sensie to taka rodzinna tradycja. Lubiłem tę rolę, nawet kiedy było zimno, zakładałem skórzane rękawice i stałem między dwoma cegłówkami, które służyły jako słupki od bramki, tak broniłem strzały kolegów. Uwielbiałem się rzucać za piłką. 
Na początku XXI wieku, kiedy nasza reprezentacja kwalifikowała się już do mistrzostw świata, selekcjonerzy nie stawiali już na Onyszkę. Konkurencja była zbyt mocna? 
- Jerzy Dudek w Liverpoolu, Artur Boruc w Celticu Glasgow, Artur Matysek w Bayerze Leverkusen i... Onyszko w Odense. Już samo to porównanie mówi samo za siebie. Oni grali w wielkich klubach, ja w lidze duńskiej, która jest jednak mało znana. W tym kraju zdecydowanie lepsze wyniki osiągała zawsze reprezentacja niż kluby. Z drugiej strony sądzę, że w okresie, kiedy byłem u szczytu formy grając w Danii, zasłużyłem choćby na szansę, na powołanie, abym mógł pokazać się na zgrupowaniu. Takowej jednak nie dostałem. Cóż, z drugiej strony nie cierpię dziś z tego powodu, widocznie tak miało być, trochę rozumiem selekcjonerów, że stawiali akurat na innych bramkarzy z bardziej znanych klubów. 
W Danii zyskał pan jednak miano skandalisty po wydaniu słynnej książki "Fucking Polak", gdzie pisał pan między innymi o tym, że nienawidzi homoseksualistów. 
- Na pewno niektóre słowa, jakich użyłem w książce były niepotrzebne. Co mogę powiedzieć - znajdowałem się na innym etapie życia, targały mną różne emocje, niepotrzebnie wypowiadałem się na temat spraw, które nie dotyczyły bezpośrednio mnie. 
Nie wiem czy ponownie, jako jeszcze czynny zawodnik, zdecydowałbym się pisać jakąkolwiek książkę, tym bardziej, że w Danii cieszyłem się uznaniem kolegów z drużyny i kibiców. Dziś jestem starszy, mądrzejszy, bardziej doświadczony, inaczej patrzę na to, co dookoła. Było, minęło... 
Po powrocie do kraju miał pan duże problemy zdrowotne, zakończyły się pomyślnym przeszczepem nerki. Musiał pan zakończyć karierę sportową. Jak choroba odbiła się na pana późniejszym życiu? 
- Od przeszczepu mija już dziewięć lat. Nerka funkcjonuje bardzo dobrze, cały czas znajduję się pod kontrolą lekarzy specjalistów. Myślę, że w Polsce ogólnie mamy bardzo dobrych nefrologów, mogę to śmiało potwierdzić. Wiadomo, ja muszę się pilnować, dbam o zdrowie i kondycję, nie korzystam z używek, na pewno zwracam większą uwagę na odżywianie niż wcześniej. Obecnie nie pracuję w żadnym klubie, odpoczywam w domu, czy wrócę do pracy w piłce nożnej - tego nie wiem. Przyjdzie czas na taką decyzję. 
Odpoczywając będzie pan mógł natomiast z uwagą śledzić zbliżający się mundial w Katarze. Na co pan liczy jeśli chodzi o reprezentację Polski? 
- Wyjście z grupy to będzie w naszej sytuacji naprawdę duży sukces. 
Mecze biało-czerwonych w Lidze Narodów tak naprawdę zbyt wiele powodów do optymizmu nam nie dały. 
- Liga Narodów... Wiadomo, toczą się tam mecze o stawkę, ale to jednak zupełnie coś innego niż mistrzowska impreza. Sam fakt gry na mundialu budzi już u piłkarza większą mobilizację. Liga Narodów może co najwyżej pomóc trenerowi sprawdzić jeszcze innych zawodników, jakieś możliwe warianty czy ustawienia. Wiadomo, lepiej grać w tej pierwszej dywizji, ale trudno te rozgrywki porównywać do mistrzostw świata i snuć po nich jakieś dalekosiężne wnioski. 
Dziękuję za rozmowę. 
PIOTR STAŃCZAK 

Arkadiusz Onyszko (rocznik 1974) jest wychowankiem Lublinianki. Od początku był bramkarzem. Występował także w Zawiszy Bydgoszcz, Legii Warszawa, Polonii Warszawa, Warcie Poznań, Lechu Poznań, Widzewie Łódź oraz klubach w Danii - Viborg FF, Odense BK, FC Midtjyland, Silkeborg IF. Po powrocie do kraju grał w Odrze Wodzisław i ponownie w stołecznej Polonii. Karierę sportową musiał zakończyć z powodów zdrowotnych, kiedy stwierdzono u niego niewydolność nerki. Po przeszczepie pracował jako trener bramkarzy w Motorze Lublin oraz młodzieżowych reprezentacjach Polski do lat 17 i 18. W pierwszej reprezentacji Polski rozegrał dwa spotkania. Z olimpijską zdobył srebrny medal igrzysk w Barcelonie. 
 
Interwencja bramkarska Arkadiusza Onyszki z czasów gry w duńskim Odense.

 
 
POLECAM:  

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dawne piłkarskie gwiazdy zagrają dla chorego Tymusia w Grodzisku Mazowieckim

PIŁKA NOŻNA. Trwa już odliczanie do charytatywnego turnieju na rzecz chorego Tymusia, który odbędzie się 27 stycznia 2024 roku w Grodzisku Mazowieckim koło Warszawy. Wystąpi między innymi Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. 

Euro 2024. Pierwszy trener Kacpra Urbańskiego zapewnia: jeszcze będzie o nim głośno! (WIDEO)

PIŁKA NOŻNA. Przed nami finały Mistrzostw Europy 2024 w Niemczech. W kadrze reprezentacji Polski znalazł się niespełna 20-letni Kacper Urbański, wychowanek Lechii Gdańsk, obecnie zawodnik włoskiego klubu FC Bologna. Młodego piłkarza wspomina jego pierwszy trener - Grzegorz Grzegorczyk z Akademii Piłkarskiej Lechii Gdańsk. 

Ryszard Staniek ciężko chory! Medalista olimpijski z Barcelony potrzebuje pomocy

PIŁKA NOŻNA. Ryszard Staniek, były piłkarz reprezentacji Polski oraz m.in. Górnika Zabrze i Legii Warszawa, uczestnik Ligi Mistrzów, jest ciężko chory. Ruszyła zbiórka pieniędzy na jego leczenie, rehabilitację oraz zakup samochodu. Liczy się każda złotówka!