Przejdź do głównej zawartości

Holandia - Polska 2:2. W Rotterdamie 30 lat temu najpierw było pięknie, potem do akcji wkroczył... van Vossen

Andrzej Strejlau, selekcjoner reprezentacji Polski do dziś czeka na parasol od Dicka Advocaata. Z kadrą oficjalnie pożegnał się Włodzimierz Smolarek, zaś na trybunach zasiadła jego rodzina. Swoje pierwsze gole w drużynie rywali zdobył Peter van Vossen. 14 października 1992 roku, trzydzieści lat temu, w meczu Holandia - Polska w Rotterdamie działo się dużo! Powspominajmy! 
Tak dziś wyglądają strzelcy bramek w pamiętnym meczu Holandia - Polska z 14 października 1992 roku. Od lewej: Peter van Vossen, Marek Koźmiński oraz Wojciech Kowalczyk.
 
 
Do tamtego czasu pojedynki polsko-holenderskie, nawet, kiedy rywale byli już wyżej notowani, dostarczały z reguły wiele emocji. "Pomarańczowi" preferowali bowiem widowiskowy, ofensywny futbol, zaś biało-czerwonym najwyraźniej to odpowiadało i często szli na wymiany ciosów. Bez względu na końcowe wyniki raczej nigdy nie wiało nudą. Nie sięgając daleko do historii, warto wspomnieć, że w 1991 roku w towarzyskiej potyczce obu zespołów padł remis 1:1, oba gole w samej końcówce. W 87 minucie Polacy objęli prowadzenie po golu Jacka Ziobera, ale kilkadziesiąt sekund później wyrównał Denis Bergkamp, wtedy wschodząca gwiazda "Pomarańczowych". Dla naszej drużyny był to jeden ze sprawdzianów przed decydującymi meczami z Irlandią oraz Anglią w eliminacjach do Mistrzostw Europy w 1992 roku. 
 
Na finały w Szwecji ostatecznie nie pojechaliśmy, choć niewiele brakowało. Wkrótce okazało się, że ponownie zagramy z Holendrami już o punkty, w eliminacjach do mundialu w Stanach Zjednoczonych. Do naszej grupy trafili też Anglicy, Norwegowie, Turcy oraz reprezentacja San Marino. Kibice spodziewali się wtedy, że aby awansować do mistrzostw świata, trzeba wyprzedzić w grupie albo Anglików albo Holendrów i zapewnić sobie minimum drugie miejsce. Jeszcze wtedy chyba nikt nie spodziewał się, że najbardziej tak naprawdę namieszają... Norwegowie. 
 
 
Skrót meczu towarzyskiego Holandia - Polska (1:1), który odbył się w sierpniu 1991 roku.
 
 
Jesienią 1992 roku przystępowaliśmy do eliminacji, choć świadomi siły największych rywali, to jednak i z pewnym optymizmem. Świeżo w pamięci mieliśmy przecież srebrny medal reprezentacji olimpijskiej w Barcelonie. Młodzież zaczęła śmielej pukać do kadry, z którą dopiero co pożegnali się tacy rutyniarze jak Ryszard Tarasiewicz, Jan Urban, Dariusz Dziekanowski, Dariuszowie Wdowczyk i Kubicki. Wydawać by się jednak wtedy mogło, że olimpijczycy szybko nie tylko zapełnią po nich lukę, ale i wreszcie po latach pomogą reprezentacji awansować na wielki turniej. Początek eliminacji do amerykańskiego mundialu nie był może porywający, ale najbardziej cieszył komplet punktów (wtedy za zwycięstwo przyznawano jeszcze dwa, nie trzy "oczka"). Pokonaliśmy w Poznaniu Turcję 1:0 po pięknym uderzeniu Tomasza Wałdocha, nomen omen filaru defensywy wspomnianej drużyny olimpijskiej z Barcelony. Mieliśmy trzy tygodnie do kolejnego spotkania - z Holendrami w Rotterdamie. 
 
POLECAM: 
 
"Pomarańczowi" na przełomie lat 80. i 90. byli jedną ze światowych futbolowych potęg. W 1988 roku zdobyli mistrzostwo Europy (w eliminacjach do tego turnieju w grupie pokonali między innymi Polskę). Jako jedni z faworytów jechali na mundial we Włoszech dwa lata później, ale tam odpadli w fazie pucharowej, nie zakwalifikowali się do półfinału, co niderlandzcy kibice a i sama ich drużyna, odebrali z dużym niedosytem. W 1992 roku nie udało im się również obronić tytułu mistrzów Europy. W półfinale imprezy w Szwecji przegrali w rzutach karnych z Duńczykami, którzy kilka dni później sięgnęli po koronę najlepszych na starym kontynencie. Dla Marco van Bastena, Ruuda Gullita, Franka Rijkaarda, Ronalda Koemana, Martina Woutersa i innych mistrzostwa świata w USA były właściwie ostatnią okazją ku temu, aby jeszcze przed końcem kariery powalczyć ponownie o tytuł na wielkiej imprezie. Niby gra Holendrów nadal cieszyła kibicowskie oko, ale od pamiętnego Euro'88 czegoś im jednak brakowało. Na domiar złego kiepsko zaczęli eliminacje do mundialu, przegrywając z Norwegią w Oslo 1:2... To właśnie wtedy Wikingowie, dowodzeni przez selekcjonera Egila "Drillo" Olsena, dali jasny sygnał reszcie stawki w grupie - halo, my też powalczymy o awans!
 
Holendrzy nie mogli sobie pozwolić na kolejną wpadkę na początku eliminacji. 14 października w Rotterdamie to oni byli faworytem. Wtedy jednak padał deszcz, był silny wiatr, co z pewnością utrudniało grę na stadionie De Kuip. Ówczesny selekcjoner naszej reprezentacji Andrzej Strejlau, w wywiadzie, jaki znalazł się w mojej książce "Na biało-czerwonym szlaku" opowiadał: - Była ulewa, ciężkie warunki, siedzieliśmy na ławce z moim asystentem Leszkiem Ćmikiewiczem i trzęśliśmy się z zimna. Zawodników rezerwowych wysłaliśmy w zadaszone miejsce, aby tam się rozgrzewali i przynajmniej mieli suche buty. Poprosiłem nawet ówczesnego trenera Holendrów Dicka Advocaata, by przygotował dwa parasole. Do dziś tego nie zrobił - śmieje się Strejlau. 

POLECAM: 

Warunki atmosferyczne nie przeszkodziły jednak Polakom kapitalnie rozpocząć tego meczu. W 19 minucie Marek Koźmiński dobił uderzenie Romana Koseckiego i dał biało-czerwonym prowadzenie. Holenderski bramkarz Stanley Menzo jeszcze nie zdążył otrząsnąć się po pierwszym ciosie, a dwie minuty później otrzymał kolejny. Tym razem musiał wyjmować piłkę z siatki po uderzeniu głową Wojciecha Kowalczyka. As atutowy Legii Warszawa i reprezentacji olimpijskiej celował z trudnej pozycji, z ostrego kąta, po dośrodkowaniu Koseckiego. Precyzyjnie umieścił futbolówkę w lewym rogu. Dla Menzo, który wywodzi się z Surinamu, a w tamtych latach był raczej zmiennikiem Hansa van Breukelena, to spotkanie nie było udane, choć w pewnym sensie w drugiej połowie zrehabilitował się za nieudany początek. Tak czy inaczej po 21 minutach Polska prowadziła 2:0 i zanosiło się naprawdę na sensację. 
 
Holendrom zajrzało w oczy widmo drugiej z rzędu eliminacyjnej porażki. Gwiazdorów z Niderlandów wyręczył jednak Peter van Vossen. 24-latek dopiero zaczynał występy w pomarańczowych barwach. Debiutował w niej w marcu 1992 roku, potem jednak, ze względu na złe wskaźniki krwi, musiał odpocząć od futbolu i nie znalazł się w kadrze na Euro w Szwecji. Jesienią kłopoty zdrowotne miał już za sobą, Advocaat dał szansę zawodnikowi Anderlechtu Bruksela, a ten odwdzięczył mu się z nawiązką. W 43 minucie w ekipie gospodarzy odżyły nadzieje, Van Vossen otrzymał prostopadłe podanie ze środka pola od Rijkaarda i znalazł się sam na sam z Jarosławem Bako. To była w ogóle ciekawa sytuacja, gdyż po lewej stronie Peter miał Marco van Bastena. Gdyby podał mu piłkę, gwiazda Oranje zapewne tylko dopełniłaby formalności mając przed sobą pustą bramkę. Van Vossen kopnął jednak piłkę tuż obok Baki i umieścił ją w siatce. 
 
Strzelec gola tak wspominał tamtą akcję w wywiadzie w mojej książce "Na biało-czerwonym szlaku": - Gdy byłem młodym chłopakiem, miałem okazję oglądać van Bastena tylko w telewizji (śmiech). Zawsze chciałem grać tak jak on i razem wystąpić w jednej drużynie. Pod koniec pierwszej połowy otrzymałem prostopadłe podanie, znalazłem się sam na sam z polskim bramkarzem i strzeliłem obok niego. Marco biegł po mojej lewej stronie, znajdował się na na czystej pozycji, mógł czuć się zawiedziony, że nie podałem mu piłki - wspominał van Vossen. Egoizm blondwłosego napastnika w tej konkretnej sytuacji przyniósł jednak Holendrom korzyść w postaci kontaktowej bramki. 
 
POLECAM: 
 
Na przerwę reprezentacja Polski schodziła z prowadzeniem 2:1, było wiadomo, że w drugiej połowie czekaj ją mordercza batalia. Niestety, tuż po wznowieniu gry, w 48 minucie, stadionowy spiker razem z z holenderską publicznością po raz drugi skandowali nazwisko van Vossen. Tym razem dobił on strzał Bergkampa, wcześniej Bako nie zdołał złapać mokrej piłki i "wypluł" ją przed siebie. Peter skwapliwie z tej okazji skorzystał. Mecz z Polską pochodzący z miasteczka Zierikzee napastnik a potem trener do dziś wspomina z sentymentem. Choćby z tego względu, że zagrał w wyjściowej jedenastce razem z gwiazdami, które jeszcze kilka lat wcześniej podziwiał w telewizji. Ciekawostka jest taka, że w czasach gry w belgijskim KSK Beveren van Vossen za kolegę z drużyny miał krakowianina Marka Kusto, byłego znakomitego reprezentanta Polski lat 70. i początku 80. - Zapamiętałem go jako młodego, walecznego, silnego fizycznie, szybkiego i charakternego napastnika. Miał zadatki na świetnego zawodnika, co zresztą potwierdził w kolejnych latach, kiedy już nie grał w Belgii. To był ogólnie taki okres w historii tego klubu, gdzie ściągnięto wielu młodych i ambitnych zawodników, także z zagranicy. Peter był właśnie jednym z nich - mówił Kusto, którego też cytuję w mojej książce "Na biało-czerwonym szlaku".

Potyczek z van Vossenem z kolei nie wspominają zbyt miło oczywiście polscy obrońcy, grający wówczas w Rotterdamie. Szczególny pech dopadł Piotra Czachowskiego, wtedy zawodnika włoskiego Udinese. - Doznałem w tamtym pojedynku potwornej kontuzji, w starciu z rywalem, który strzelił nam dwa gole. Pod koniec pierwszej części meczu zerwałem wszystkie więzadła w stawie skokowym. Miałem potem olbrzymie problemy ze zdrowiem, leczyłem tę nogę przez ponad trzy miesiące, do gry w barwach Udinese wróciłem pod koniec stycznia 1993 roku. Byłem zdruzgotany, ale z drugiej strony reprezentacja to reprezentacja, grając w biało-czerwonych barwach z orzełkiem na piersi człowiek dawał z siebie wszystko - opowiadał Czachowski - również w wywiadzie w moim ebooku "Na biało-czerwonym szlaku". 

Po przerwie przeważali Holendrzy, ale Polacy wytrzymali już ich zdecydowany napór. Mecz zakończył się remisem 2:2. Przed pierwszym gwizdkiem sędziego nasza reprezentacja pewnie wzięłaby taki wynik w ciemno, po końcowym miała prawo odczuwać pewien niedosyt. Zresztą, ten rezultat nie zadowalał też gospodarzy. Na De Kuip w Rotterdamie miało miejsce jeszcze jedno historyczne wydarzenie. Po raz ostatni w reprezentacji Polski wystąpił Włodzimierz Smolarek. Legenda polskiej piłki lat 80. "Wlodi", bo tak nazywali go Holendrzy, występował wtedy w tamtejszej lidze, w FC Utrecht i był cenionym zawodnikiem. W temacie jego występu w październiku 1992 znów oddaję głos Andrzejowi Strejlauowi: - Przed meczem dziennikarze rozważali, po co ja Smolarka powołuję do kadry, w jakim celu. Tymczasem właśnie Włodziu miał, można tak powiedzieć, piłkę meczową, ale jego strzał z szesnastu metrów obronił Menzo. Nawiasem mówiąc dwa tygodnie później Smolarek w meczu ligowym, z podobnej odległości, temu samemu bramkarzowi strzelił gola - opowiada były selekcjoner naszej kadry. 

Ostatnie spotkanie wówczas 36-letniego napastnika było też ważnym  wydarzeniem dla jego rodziny. - Całą rodziną zasiedliśmy na stadionie w Rotterdamie, obiekcie wypełnionym wtedy po brzegi, pamiętam nawet kolor krzesełek - czerwony. Wszyscy wiedzieli już wtedy, że to ostatni, symboliczny mecz taty w reprezentacji Polski. Wcześniejszych jego spotkań w kadrze nie pamiętam, gdyż byłem za mały. Do meczu w Rotterdamie polscy piłkarzy przygotowywali się zresztą w moich stronach, tam gdzie mieszkałem. Znałem to boisko od podszewki - opowiadał mi kilka miesięcy temu syn Włodzimierza, Euzebiusz Smolarek, jedna z gwiazd reprezentacji Polski na początku XXI wieku. 
 
 
POLECAM: 

Niewiele brakowało, a jego ojciec zdobyłby wówczas zwycięskiego gola. Wygrał pojedynek z Rijkaardem i miał przed sobą już tylko ciemnoskórego Menzo. Holenderski bramkarz interweniował tym razem bez zarzutu. Smolarek na boisku pojawił się w 65 minucie, zmienił Kowalczyka. Sam fakt wspólnego występu w reprezentacji z medalistą mundialu w Hiszpanii był przeżyciem dla ówczesnych młodych polskich kadrowiczów, między innymi dla Dariusza Adamczuka. 
 
- Dla mnie jako chłopaka z Pogoni Szczecin czymś niezapomnianym był mecz przeciwko holenderskim gwiazdom - van Bastenowi, Rijkaardowi, Koemanowi i jeszcze wielu innym. To raz, a dwa - ze względu na Włodzimierza Smolarka. Co mogę powiedzieć, pamiętam go z mistrzostw świata w Hiszpanii oraz Meksyku, jak strzelał gole drużynie NRD w eliminacjach do tego pierwszego mundialu, kiedy Polska wygrała 3:2 w Lipsku. I oto właśnie w Rotterdamie miałem okazję zagrać z nim wspólnie w biało-czerwonych barwach. To było dla mnie zetknięcie z żywą legendą polskiego futbolu. Nigdy wcześniej do głowy by mi nie przyszło, że wystąpię razem ze Smolarkiem - opowiada Adamczuk, olimpijczyk z Barcelony, obecny dyrektor sportowy Pogoni Szczecin, którego też cytuję w mojej książce. 

POLECAM: 

Mecz w Holandii dał Polakom nadzieję, że mogą powalczyć o awans na mundial. Niestety, 1993 rok, nie licząc pamiętnego meczu z Anglią w Chorzowie (1:1) był jednak pasmem niepowodzeń, rozczarowań i blamaży. Eliminacje kończyliśmy właśnie meczem z "Pomarańczowymi" w Poznaniu. Przegraliśmy wówczas 1:3, na stadionie, na którym zasiadło ponad dziesięć tysięcy kibiców z Holandii. To właśnie oni świętowali awans swej drużyny do World Cup'94, z drugiego miejsca w grupie (pierwsze zajęła rewelacyjna Norwegia). Siedem miesięcy później podopieczni Advocaata dotarli do ćwierćfinału mundialu w USA, tam przegrali po zaciętym spotkaniu z Brazylią 2:3, późniejszym mistrzem świata. 
PIOTR STAŃCZAK 

 
Poniżej znajdziecie skrót meczu Holandia - Polska z 14 października 1992 roku 



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dawne gwiazdy futbolu uświetnią 100-lecie Klubu Sportowego Warka. Będzie wielka feta

PIŁKA NOŻNA. Klub Sportowy Warka obchodzi 100-lecie istnienia. Wielka impreza jubileuszowa odbędzie się w sobotę 24 czerwca. Wśród uczestników jest Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. Jej mecz z oldbojami Warki komentować będzie Dariusz Szpakowski. 

Dawne piłkarskie gwiazdy zagrają dla chorego Tymusia w Grodzisku Mazowieckim

PIŁKA NOŻNA. Trwa już odliczanie do charytatywnego turnieju na rzecz chorego Tymusia, który odbędzie się 27 stycznia 2024 roku w Grodzisku Mazowieckim koło Warszawy. Wystąpi między innymi Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. 

Polska - San Marino 1:0. Zamiast pogromu był wstyd! Bacciocchi: to my po meczu dawaliśmy autografy

PIŁKA NOŻNA. 28 kwietnia minie dokładnie 30 lat od sławetnego meczu Polska - San Marino w eliminacjach do Mistrzostw Świata w USA. Tamto spotkanie, które biało-czerwoni wygrali 1:0 pokazało, że żadnego przeciwnika nie wolno lekceważyć przed pierwszym gwizdkiem. Choć brzmi banalnie, to nasi piłkarze boleśnie o tym się przekonali...