Przejdź do głównej zawartości

Dariusz Gęsior o meczu Urugwaj - Polska: przed debiutem w reprezentacji walczyłem z... jelitówką

Dariusz Gęsior zapisał się w historii polskiej piłki nożnej jako ten, który w debiucie w pierwszej reprezentacji zdobył gola, a jego trafienie dało nam jak dotąd jedyne w historii zwycięstwo nad Urugwajem. 29 listopada minie dokładnie trzydzieści lat od tamtego triumfu w Montevideo. Jak wspomina go jeden z bohaterów meczu?
Dariusz Gęsior (z prawej) podczas meczu Olimpijczycy - Przyjaciele na PGE Narodowym w 30 rocznicę zdobycia srebrnego medalu igrzysk w Barcelonie. Foto Piotr Stańczak
 
Polska tylko raz pokonała dotąd Urugwaj w oficjalnym meczu, dzięki pańskiej bramce. Fakt, że działo się to w meczu towarzyskim, ale jednak warto wrócić wspomnieniami do takiego debiutu w pierwszej reprezentacji kraju. W Montevideo trzon naszej drużyny stanowili niedawni olimpijczycy z Barcelony i wyróżniający się piłkarze z polskiej ligi.
- To było tournee po Ameryce Południowej, które odbyło się już po zakończeniu rundy jesiennej w naszej lidze. Dostałem powołanie do reprezentacji jak wielu olimpijczyków. Sama podróż była bardzo długa, z przesiadką w Moskwie... Niestety, po tym locie mnie oraz Ryśka Stańka dopadła choroba, potocznie zwana jelitówką. Walczyliśmy z gorączką, pierwszy mecz z Argentyną, który nasza reprezentacja przegrała 0:2, obejrzeliśmy w pokoju hotelowym w telewizji. 
Można powiedzieć, że był to debiut z przygodami. 
- Na szczęście po kilku dniach zdołaliśmy się już wykurować i na drugie spotkanie przeciwko Urugwajowi byliśmy już gotowi. Zagrałem niezłe spotkanie, czułem się już dobrze i swoją postawę potwierdziłem bramką, którą zdobyłem w 84 minucie. 
Jak pan zapamiętał tamtą bramkową sytuację i w ogóle Urusów, jako ówczesnych przeciwników, którzy szykowali się do Copa America w 1993 roku? 
- Wiadomo, był to silny zespół, który do tamtego momentu przez kilkanaście lat nie przegrał meczu u siebie. Powiem tak, bardziej jednak skupialiśmy się na sobie i swojej grze, trenerzy przekazali nam podstawowe informacje o przeciwniku, w ogóle jako drużyna rozegraliśmy bardzo dobry mecz. Mimo, że to była towarzyska potyczka, to jednak spotkała się z zainteresowaniem miejscowej publiczności.
Jak padła bramka? W końcówce spotkania wykorzystałem dośrodkowanie Piotrka Świerczewskiego z lewej strony i ze środka pola karnego, strzałem głową pokonałem urugwajskiego bramkarza. Nie zapamiętałem nazwisk zawodników gospodarzy, jak już powiedziałem, mieliśmy swoje wytyczne i na nich skupialiśmy się na boisku. Najważniejsze, że zakończyliśmy tamto tournee zwycięsko. 
Ogólnie dla polskiego futbolu rok 1992 rok był szczególny, głównie ze względu na igrzyska olimpijskie w Barcelonie, z których przywieźliście srebrne medale. Jak pan wspomina swoje początki w pierwszej reprezentacji tuż po tamtej udanej imprezie? 
- Znałem dotychczasowych reprezentantów, starszych zawodników. Kiedy my rozgrywaliśmy eliminacje do igrzysk, oni walczyli o awans do finałów Mistrzostw Europy. Mieliśmy przeciwników w grupach z tych samych krajów (wówczas z Anglii, Irlandii oraz Turcji - przyp. autora). Spotykaliśmy się więc w czasie zgrupowań przed tymi meczami, jeździliśmy razem. To były takie czasy, że występowałem najczęściej w meczach towarzyskich czy wyjeżdżałem z kadrą na zagraniczne tournee, ale w meczach o punkty w eliminacjach grali już w większości ci, którzy występowali w klubach poza naszym krajem. Nawet jeśli człowiek pokazywał się z dobrej strony w sparingach, to w tych najważniejszych pojedynkach trenerzy dawali szansę innym. Cóż, takie były czasy i koncepcje, ale wyników nam to jednak nie dawało. 
Wróćmy jeszcze do olimpiady w Barcelonie. Czego mogła zazdrościć wam starszyzna z pierwszej reprezentacji, to na pewno warunków do przygotowań. O te dla młodzieżówki zadbała w dużej mierze Fundacja Olimpijska. 
- Mieliśmy zapewnione odpowiednie warunki na zgrupowaniach, sparingpartnerów. Tak naprawdę pod tym względem to my częściej wyglądaliśmy jak pierwsza reprezentacja. bo w dorosłej kadrze niekiedy brakowało wszystkiego i w sensie organizacyjnym wyglądała nie najlepiej. Trzeba szczerze przyznać, gdyby nie Zbigniew Niemczycki oraz jego fundacja, też pewnie prezentowalibyśmy się mało profesjonalnie. To były takie czasy, przemian w Polsce i na piłkarzach też się one jakoś odbijały. 
Kiedy trafił pan do kadry olimpijskiej Janusza Wójcika? 
- W moim przypadku to była naturalna kolej rzeczy, bo w juniorskich reprezentacjach Polski występowałem od 14 roku życia, pod wodzą różnych szkoleniowców - Marka Śledzianowskiego, Mieczysława Broniszewskiego, Janusza Wójcika i innych. Pamiętam, że na pierwszej konsultacji najmłodszych kadrowiczów spotkałem się z Darkiem Kosełą i właściwie z tej grupy tylko my po latach doszliśmy do końca młodzieżowej selekcji, czyli do drużyny olimpijskiej. Ja byłem powoływany na wszystkie zgrupowania, właściwie nie grałem tylko wtedy, jeśli miałem jakieś problemy zdrowotne. W sumie na różnych szczeblach wiekowych zaliczyłem około 150 występów w młodzieżowych reprezentacjach kraju. 
Jak pan wspomina Janusza Wójcika - postać barwną i dla wielu kontrowersyjną w polskim futbolu, ale jednak niekwestionowanego twórcę sukcesów reprezentacji olimpijskiej? 
- Potrafił nas zmotywować do walki i stworzyć kolektyw. Miał swoje powiedzonka, które potem krążyły tu i ówdzie, ale faktem jest, że stworzył grupę piłkarzy, którzy wiedzieli czego chcą, umiejętnie zorganizował selekcję. Mobilizował w ten sposób, że nie czuliśmy respektu przed żadnym przeciwnikiem. Doświadczenie zbieraliśmy też w sparingach. Kiedy jeździliśmy na zgrupowania do Niemiec, to mierzyliśmy się na przykład z Schalke 04 Gelsenkirchen czy HSV Hamburg. My, owszem, byliśmy młodzi, ale już wtedy dobrze radziliśmy sobie w lidze, kilku chłopaków było już kapitanami swoich zespołów. To byli ludzie, którzy często wiedli prym w swoich klubach, strzelali ważne bramki. W kadrze olimpijskiej stanowiliśmy więc mocny kolektyw. Decydujący dobór zawodników i selekcję musiał już wykonać trener Wójcik i w tym miał swoją niekwestionowaną zasługę. 
Ukoronowaniem występu na igrzyskach był finałowy mecz przeciwko gospodarzom, Hiszpanom na słynnym Camp Nou w Barcelonie. Jak pan go wspomina? 
- W pierwszym składzie grałem w inauguracyjnym spotkaniu przeciwko Kuwejtowi oraz właśnie finale z Hiszpanią, w czterech innych wchodziłem na boisko z ławki rezerwowych. Do dziś pamiętam tumult, głośny doping, ten cały "kocioł" na Camp Nou. Byliśmy w odległości dwóch, trzech metrów od siebie, a jeden drugiego niewiele słyszał. Taka wrzawa panowała praktycznie przez cały mecz. Zawsze, kiedy masz wynik 2:2 i w ostatniej minucie tracisz gola, to czujesz niedosyt, obojętnie jaka to ranga spotkania. Cóż dopiero mówić o finale igrzysk olimpijskich. Można teraz analizować, czy powinniśmy jakoś inaczej wybronić się po tym rzucie rożnym dla Hiszpanów. Jeśli ten remis utrzymałby się do końca regulaminowego czasu gry, to losy meczu różnie mogły się potem ułożyć. Na pewno to było ekscytujące widowisko, trzymające w napięciu do końcowych sekund.
Grając w drugiej linii zapewne często pan zmagał się z Pepem Guardiolą, wtedy kapitanem hiszpańskiej młodzieżówki. 
Miałem przejmować jego krycie w momencie, kiedy wkraczał na naszą połowę boiska. Warto natomiast pamiętać o tym, że często grał z pierwszej piłki, miał świetną technikę i przegląd pola. Nie był typem zawodnika, który długo trzymał futbolówkę przy nodze. Spotykaliśmy się jednak często, bo graliśmy na tych samych pozycjach. 
W pierwszej reprezentacji występował pan do końca lat 90., ale jeśli dostawał pan szansę, to głównie w meczach towarzyskich. Pana zdaniem dlaczego? 
- Jak już wspominałem wcześniej, gdy przychodziły mecze o punkty, trenerzy wystawiali piłkarzy z klubów zagranicznych, choć nie zawsze grali oni w pierwszych składach. Ja tymczasem cały czas występowałem w polskiej lidze. Innym powodem był znów problemy zdrowotne. Za kadencji trenera Henryka Apostela też rozgrywaliśmy tournee w Ameryce Południowej, wypadłem dobrze, strzelałem nawet bramki, choć nie były to mecze oficjalne. Wróciłem do kraju z naciągniętą łydką, miałem kilka tygodni przerwy w grze, znów omijały mnie ważne spotkania o punkty. Dużo można by tu wspominać, czasem decydowały problemy zdrowotne, a innym razem to selekcjonerzy dokonywali takiego a nie innego wyboru. Kto wie, może gdyby Janusz Wójcik wcześniej dostał do poprowadzenia pierwszą reprezentację, ta sytuacja, także dla mnie, byłaby inna. 
Kiedy po latach awansowaliśmy do mundialu w Korei Południowej i Japonii, pan był już poza tą kadrą.
- Miałem już swoje lata, mimo, że jeszcze nieźle radziłem sobie w polskiej lidze, to jednak nowy sztab stawiał na innych zawodników, miał swoje koncepcje. 
Jeśli chodzi o piłkę klubową, najdłużej występował pan w Ruchu Chorzów, potem przeszedł pan do Widzewa Łódź, który - choć zdobył mistrzostwo Polski - już borykał się z różnymi organizacyjnymi problemami. 
Mimo wszystko grywaliśmy jeszcze w europejskich pucharach, natomiast zagrać ponownie w Lidze Mistrzów już się Widzewowi nie udawało. Ogólnie było tak, że na początku rozgrywek pucharowych już musieliśmy mierzyć się z topowymi zespołami - włoskimi Fiorentiną, Parmą czy Udinese, AS Monaco z ligi francuskiej. Ciężko się było przebić. 
Z kolei w 1989 roku z Ruchem Chorzów zdobyłem mistrzostwo Polski, potem graliśmy w Pucharze Europy Mistrzów Krajowych z bułgarskim Sredecem Sofia, ale ja w tej batalii nie uczestniczyłem, bo leczyłem kontuzję łąkotki (u siebie "niebiescy" zremisowali 1:1, na wyjeździe przegrali 1:5 - przyp. autora). Siedem lat później walczyliśmy z Benficą Lizbona w Pucharze Zdobywców Pucharów. Wprawdzie na wyjeździe strzelił gola, ale niestety przegraliśmy 1:5, potem u siebie zremisowaliśmy 0:0. We wcześniejszej rundzie wyeliminowaliśmy walijski Llansantffraid. W swoich kolejnych klubach praktycznie co roku występowałem w europejskich pucharach. 
Należał pan do tych polskich znanych futbolistów, trzeba dodać, że nielicznych w latach 90. i na początku XXI wieku, którzy nigdy nie wyjechali do zagranicznego klubu. Właściwie co stało panu na przeszkodzie? 
- Byłem wychowankiem Ruchu, grałem dobrze, pojawiały się oferty z zagranicy, ale klub windował za mnie bardzo wysoką cenę. W 1989 roku chciał za mnie na przykład dwa miliony dolarów, a to były w tamtych czasach potężne pieniądze. Inni przychodzili do Chorzowa, mieli swoich menedżerów, potem wyjeżdżali zagranicę, ktoś ich wykupił za dużo mniejsze pieniądze. W moim przypadku było podobnie. Proszę sobie na przykład teraz wyobrazić, że polski piłkarz, dajmy na to 22-letni w reprezentacyjnym debiucie strzela gola w zwycięskim meczu z Urugwajem. Cóż by się działo wokół takiego zawodnika, jakie byłyby spekulacje co do jego transferu! Za moich czasów było inaczej, to kluby akurat podejmowały ostateczne decyzje. Pierwszy raz mogłem sam postanowić o przejściu do innego klubu, kiedy miałem już 33 lata i zamieniałem Amicę Wronki na Wisłę Płock. 
W ostatnich latach pracował pan już jako trener w młodzieżowych reprezentacjach Polski, obecnie w kadrze U-15. Jak sobie radzą pana aktualni podopieczni? 
- Do czerwca tego roku prowadziłem jeszcze drużynę do lat 17, z którą awansowałem do Mistrzostw Europy. Aktualną grupę selekcjonuję po to, aby właśnie za dwa lata walczyć z nią w eliminacjach do Euro U-17. Prowadzimy konsultacje, ostatnio wygraliśmy turniej w Bośni i Hercegowinie, teraz szykujemy się do towarzyskich meczów z Irlandią. Dziś praca z młodzieżą wygląda inaczej. Kluby mają swoich skautów, wyłapują zdolnych nastolatków z innych zespołów czy akademii piłkarskich. Z jednej strony przed młodymi otwierają się szanse, z drugiej strony różnie potem toczą się ich dalsze losy. 
Z piłki młodzieżowej przeskoczę do pierwszej reprezentacji Polski. Co według pana może zwojować w zbliżającym się mundialu w Katarze? 
- Myślę, że lepiej już, iż trafiliśmy do takiej grupy z Meksykiem, Argentyną i Arabią Saudyjską, niż mielibyśmy na tym etapie grać z topowymi zespołami z Europy. 
Przypomnę taką ciekawostkę - przed laty z Ruchem Chorzów grałem towarzysko z reprezentacją Meksyku, która szykowała się do mundialu. Zwyciężyliśmy, ja strzeliłem gola słynnemu Jorge Camposowi. 
Może teraz będzie podobnie i naszej reprezentacji uda się taka sztuka. Na pewno ten pierwszy mecz będzie miał duże znaczenie. Wszyscy jesteśmy ciekawi, jak będzie wyglądał ten mundial w listopadzie i grudniu. Z drugiej strony, nasza kadra zwykle jesienią radzi sobie dobrze, więc może i w tym możemy upatrywać swoich szans i pozytywów. Zawodnicy są w trakcie sezonu, nie tak przemęczeni, jak w czerwcu, już po rozgrywkach ligowych. Jakie znaczenie będą miały warunki w Katarze, klimat - tego się nie dowiemy, dopóki nie wystartuje rywalizacja. 
Dziękuję za rozmowę. 
PIOTR STAŃCZAK 

Dariusz Gęsior (rocznik 1969) jest wychowankiem Ruchu Chorzów, z tym klubem wywalczył mistrzostwo Polski w 1989 roku i puchar kraju w 1996. Występował także w Widzewie Łódź (mistrzostwo kraju w 1997 roku), Pogoni Szczecin, Amice Wronki, Wiśle Płock oraz Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski. W pierwszej reprezentacji Polski grał w latach 1992-99, w 22 meczach strzelił jednego gola. Z reprezentacją olimpijską wywalczył srebrny medal w igrzyskach w Barcelonie w 1992 roku. Był pomocnikiem lub obrońcą. Od kilku lat pracuje jako trener juniorskich i młodzieżowych reprezentacji kraju, aktualnie w kadrze U-15. 
 
Benefis na stadionie Ruchu Chorzów z okazji zakończenia piłkarskiej kariery przez Dariusza Gęsiora.
 
 
POLECAM:  

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dawne gwiazdy futbolu uświetnią 100-lecie Klubu Sportowego Warka. Będzie wielka feta

PIŁKA NOŻNA. Klub Sportowy Warka obchodzi 100-lecie istnienia. Wielka impreza jubileuszowa odbędzie się w sobotę 24 czerwca. Wśród uczestników jest Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. Jej mecz z oldbojami Warki komentować będzie Dariusz Szpakowski. 

Dawne piłkarskie gwiazdy zagrają dla chorego Tymusia w Grodzisku Mazowieckim

PIŁKA NOŻNA. Trwa już odliczanie do charytatywnego turnieju na rzecz chorego Tymusia, który odbędzie się 27 stycznia 2024 roku w Grodzisku Mazowieckim koło Warszawy. Wystąpi między innymi Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. 

Polska - San Marino 1:0. Zamiast pogromu był wstyd! Bacciocchi: to my po meczu dawaliśmy autografy

PIŁKA NOŻNA. 28 kwietnia minie dokładnie 30 lat od sławetnego meczu Polska - San Marino w eliminacjach do Mistrzostw Świata w USA. Tamto spotkanie, które biało-czerwoni wygrali 1:0 pokazało, że żadnego przeciwnika nie wolno lekceważyć przed pierwszym gwizdkiem. Choć brzmi banalnie, to nasi piłkarze boleśnie o tym się przekonali...