Przejdź do głównej zawartości

Grzegorz Szamotulski wspomina mecze w reprezentacji. Po alarmie bombowym w Anglii obronił karnego

W latach 90. był najmłodszym bramkarzem, który zadebiutował w dorosłej, piłkarskiej reprezentacji Polski. Grzegorz Szamotulski miał nieco ponad dwadzieścia lat, kiedy po raz pierwszy zagrał w biało-czerwonych barwach w meczu o punkty. Spotkanie z Mołdawią (2:1) odbyło się 10 listopada 1996 roku w Katowicach. Dziś popularny "Szamo" wspomina swoje reprezentacyjne początki. 
Grzegorz Szamotulski podczas Święta Piłki Nożnej 2022, które odbyło się na stadionie PGE Narodowym w Warszawie. Foto Piotr Stańczak
 
Jest pan wychowankiem Lechii Gdańsk, natomiast w kadrze narodowej zadebiutował pan już jako bramkarz warszawskiej Legii. Jak pan wspomina towarzyskie spotkanie z Cyprem? 
- Mecz odbył się na stadionie GKS-u Bełchatów. Nie wzięło w nim udziału kilku zawodników Widzewa Łódź, którzy kilka dni wcześniej świętowali awans do Ligi Mistrzów, a wcześniej zostali powołani na pojedynek z Cypryjczykami. W tym gronie był też bramkarz Maciej Szczęsny. Gdyby dojechał, pewnie on stanąłby między słupkami w wyjściowym składzie. Ówczesny selekcjoner reprezentacji Antoni Piechniczek dał mi w takiej sytuacji szansę występu. Mecz zakończył się remisem 2:2. 
Kilka tygodni później rozpoczęły się eliminacje do Mistrzostw Świata we Francji. W pierwszym, przegranym meczu z Anglią bronił jeszcze Andrzej Woźniak, ale w kolejnym, przeciwko Mołdawii, wystawił już pana. 
- Zwyciężyliśmy 2:1, w końcówce meczu prawie obroniłem rzut karny Mołdawian (wykonał go Siergiej Kleszczenko - przyp. autora). Ostatnio oglądałem tę sytuację w internecie. Po latach już ciężko przytaczać jakieś szczegóły, ale pamiętam, że broniłem w miarę poprawnie. 
Trochę szkoda tej "jedenastki", ktoś z naszych obrońców powiedział mi, żebym rzucił się w lewą stronę. Tak też zrobiłem, wyczułem intencje strzelca, ale nie udało się sięgnąć piłki. 
Kiedy pan wchodził do reprezentacji, prym w niej wiedli doświadczeni gracze jak Piotr Nowak, Krzysztof Warzycha, wielu olimpijczyków z Barcelony z 1992 roku. Jak pan aklimatyzował się w tym gronie? 
- Wszystko przebiegało w porządku, starsi koledzy nie dawali mi jakoś odczuć, że jestem niedoświadczonym młokosem w kadrze. Każdy ze mną rozmawiał, dawał cenne wskazówki. Na treningach miałem okazję podziwiać umiejętności strzeleckie Krzysia Warzychy, który był najlepszym wówczas napastnikiem Panathinaikosu Ateny czy Piotrka Nowaka, wtedy wiodącego gracza TSV 1860 Monachium. Był w niesamowitym gazie, no i ta jego świetna lewa noga! Jednym z młodszym piłkarzy w kadrze był Marek Citko, który w tamtym czasie robił furorę. Trudno mi się wypowiadać, czy trener Antoni Piechniczek miał przysłowiowego nosa, że postawił akurat na mnie, ale wtedy, kiedy dostawałem szansę, starałem się wykorzystać ją jak najlepiej. 
Trzy miesiące po meczu przeciwko Mołdawii w eliminacjach do mundialu zagrał pan w towarzyskiej potyczce z mistrzami świata, Brazylią, w Goianii. 
- Atmosfera meczu z mistrzami świata była gorąca, na stadionie zasiadło 80 tysięcy ludzi. O gościnności trudno było mówić, bo kiedy szykowaliśmy się do rozgrzewki, wyproszono nas z boiska i musieliśmy przenieść się do jakiejś salki. Nie oszukujmy się, jechaliśmy tam na pożarcie. W Polsce była zima i dopiero trwał okres przygotowawczy, a stanęliśmy naprzeciwko piłkarzy o wielkich nazwiskach z silnych klubów. W ataku Brazylijczyków brylowali Romario i Ronaldo. Trzeba przyznać, że nas rozstrzelali, dobrze, że w końcówce zdobyliśmy dwa gole, dzięki czemu rozmiary porażki były mniejsze (2:4). Na pewno natomiast fantastycznym uczuciem było zagrać z mistrzami świata przy tak licznej publice. 
Eliminacje do mistrzostw świata nie były jednak udane, ustąpiliśmy pola potęgom - Włochom i Anglikom. 
- W wyjściowym składzie pojawiłem się jeszcze w meczu w Gruzją w Katowicach (4:1), w pojedynkach z Włochami oraz wyjazdowych w Mołdawii i Gruzji byłem rezerwowym, bo wtedy bronił Aleksander Kłak. Kiedy natomiast graliśmy przeciwko Anglikom, zarówno u siebie jak i na wyjeździe, byłem poza kadrą, ponieważ grałem wtedy w młodzieżówce, którą prowadził Edward Lorens. Pamiętam, że w Anglii, w Volverhampton, w eliminacjach do młodzieżowych mistrzostw Europy zremisowaliśmy 0:0. 
Właśnie, mimo iż był to pojedynek młodzieżówek, to jednak pan zapewne miło go wspomina ze względu na dobrą postawę. 
- W ogóle ten mecz toczył się z przygodami. Ponieważ na stadionie znaleziono tajemniczą torbę i było podejrzenie, że może w nim znajdować się bomba, spotkanie opóźniło się o dwie godziny, zanim służby potwierdziły, że nie ma żadnego zagrożenia. 
Mecz oczywiście wspominam bardzo dobrze, obroniłem karnego, którego strzelał Emile Heskey. Kolega z drużyny Mariusz Piekarski żartował potem po spotkaniu, że jestem niczym "Jan Tomaszewski z Warszawy" (śmiech). Dzień później na Wembley oglądaliśmy spotkanie pierwszych reprezentacji, które nasz zespół przegrał 1:2. 
W sumie w kadrze pracował pan z czterema trenerami - Antonim Piechniczkiem, Januszem Wójcikiem, Jerzym Engelem oraz Pawłem Janasem. Jak pan wspomina tych szkoleniowców? 
- Jeśli chodzi o dwóch ostatnich, w reprezentacji pod ich wodzą zagrałem niewiele spotkań. Za kadencji Engela zostałem powołany raz, na mecz z Hiszpanią (0:3), gdzie siedziałem na ławce, zaś bronił Radek Majdan. Z kolei za czasów Janasa wystąpiłem w dwóch towarzyskich meczach - z Macedonią (3:0) i Maltą (4:0). Trener Piechniczek był i jest dla mnie legendą naszej piłki. Mam do niego olbrzymi szacunek, także za to, że swego czasu odważył się postawić na mnie, jako 20-latka, który miał niewielkie doświadczenie ligowe w Polsce. Trener, szukając debiutantów, wybierał między mną i o dwa lata starszym Arkiem Onyszko i zdecydował się wystawić mnie, za co jestem mu bardzo wdzięczny. Dopiero po latach uświadomiłem sobie, jakie korzyści wyniosłem z tego okresu pracy z trenerem Piechniczkiem. Jeśli chodzi o Janusza Wójcika - zawsze miałem z nim bardzo dobry kontakt, oprócz reprezentacji pracowałem z nim jeszcze w Śląsku Wrocław. Rządził twardą ręką, czasem potrafił mocno opierdzielić, ale też go ceniłem. 
Kiedy przychodził pan do Legii Warszawa, zespół ten występował w Lidze Mistrzów. Pan jednak na swoją szansę debiutu w europejskich pucharach musiał poczekać do kolejnego sezonu. Jak pan wspomina właśnie te pucharowe starcia z legionistami? 
- W Lidze Mistrzów bronił dobrze Maciek Szczęsny, ja oglądałem te rozgrywki z ławki rezerwowych. Maciek był wtedy pewną "jedynką", tym bardziej, kiedy do ŁKS Łódź wypożyczono Zbyszka Robakiewicza. Od Maćka mogłem się tylko uczyć. W ćwierćfinale Champions Leauge opadliśmy z Panathinaikosem Ateny. Kilka miesięcy później zmierzyliśmy się z nim ponownie, już w Pucharze UEFA. Szczęsnego już w Legii nie było, odszedł do Widzewa Łódź. Ja byłem pierwszym bramkarzem legionistów. W Atenach przegraliśmy 2:4, w Warszawie pokonaliśmy ich 2:0 i awansowaliśmy dalej. Decydującego gola w końcówce zdobył Czarek Kucharski. Inne spotkanie, które utkwiło mi w pamięci, to z Besiktasem Stambuł w tych samych rozgrywkach w sezonie 1996-97. Na wyjeździe przegraliśmy 1:2, przy Łazienkowskiej był remis 1:1, dalej awansowała drużyna z Turcji. Mnie jako młodego bramkarza napędzała atmosfera gry przy żywiołowo reagującej publiczności. 
Czy jako bramkarz miał pan napastników z drużyn rywali, którzy szczególnie dali się panu we znaki? 
- Trudno powiedzieć, człowiek w tamtych czasach nie dokonywał jakiś większych analiz. Zresztą, nie było też tak licznych sztabów trenerskich, które skupiałyby się na detalach w grze napastników rywali. Ja raczej koncentrowałem się na swojej postawie. 
Będąc w Legii mogłem skorzystać z cennych porad choćby Lucjana Brychczego czy Jacka Kazimierskiego, którzy zajmowali się bramkarzami. Dużo nauczyłem się od samych zawodników - Maćka Szczęsnego, Zbyszka Robakiewicza. Mogę się tylko cieszyć, że znaleźli się przed laty na mojej piłkarskiej drodze. 
Występował pan też w wielu klubach zagranicznych. Który z okresów gry na saksach wspomina pan najlepiej? 
- Na pewno dwa lata a Admirze Wacker Moedling w Austrii, gdzie grałem ze swoimi rodakami - Tomkiem Iwanem oraz Adamem Ledwoniem. Dobrze wspominam też okres w innym austriackim klubie Sturmie Graz a także w szkockich zespołach - Dundee United oraz Hibernian Edynburg. Wszystkie te kluby łączy to, że miałem dobrych trenerów bramkarzy, łapałem z nimi wspólny język. 
Przed nami mundial w Katarze. Na co pan liczy, jeśli chodzi o naszą reprezentację? 
- Oby te mistrzostwa trwały dla nas jak najdłużej. Z drugiej strony musimy być ostrożni, nie pompować nadmiernie balonika oczekiwań. Jedźmy do Kataru rozegrać po prostu dobry turniej, liczę też na to, że bohaterem będzie strzegący naszej bramki Wojtek Szczęsny, który - przypomnijmy - swoją świetną postawą w barażu ze Szwecją, przyczynił się tego, że w tych finałach wystąpimy. Mam nadzieję, że przełamie się też wreszcie podczas wielkiego turnieju. Na pewno na to zasłużył. 
Dziękuję za rozmowę. 
PIOTR STAŃCZAK 

Grzegorz Szamotulski (rocznik 1976) jest wychowankiem Lechii Gdańsk. Był bramkarzem. Występował także w Hutniku Warszawa, Polonii Warszawa, Legii Warszawa, Śląsku Wrocław, Amice Wronki, Jagiellonii Białystok, Koronie Kielce, Warcie Poznań, Olimpii Elbląg i KTS Weszło. Grał też w zagranicznych klubach: Admirze Wacker Moedling i Sturmie Graz w Austrii, Dundee United oraz Hibernian FC w Szkocji, angielskim Preston North End, izraelskim FC Aszdod oraz słowackim DAC 1904 Dunajska Streda. W pierwszej reprezentacji Polski występował w latach 1996-2003, zagrał w trzynastu meczach. Po zakończeniu kariery pracował też jako trener bramkarzy m.in. w Koronie Kielce, Legii Warszawa (a także w rezerwach tego klubu), Pogoni Grodzisk Mazowiecki, Miedzi Legnica, Zniczu Pruszków i Zagłębiu Lubin.
 
Grzegorz Szamotulski broni rzut karny podczas meczu ligi szkockiej.
 
 

POLECAM: 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dawne piłkarskie gwiazdy zagrają dla chorego Tymusia w Grodzisku Mazowieckim

PIŁKA NOŻNA. Trwa już odliczanie do charytatywnego turnieju na rzecz chorego Tymusia, który odbędzie się 27 stycznia 2024 roku w Grodzisku Mazowieckim koło Warszawy. Wystąpi między innymi Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. 

Euro 2024. Pierwszy trener Kacpra Urbańskiego zapewnia: jeszcze będzie o nim głośno! (WIDEO)

PIŁKA NOŻNA. Przed nami finały Mistrzostw Europy 2024 w Niemczech. W kadrze reprezentacji Polski znalazł się niespełna 20-letni Kacper Urbański, wychowanek Lechii Gdańsk, obecnie zawodnik włoskiego klubu FC Bologna. Młodego piłkarza wspomina jego pierwszy trener - Grzegorz Grzegorczyk z Akademii Piłkarskiej Lechii Gdańsk. 

Ryszard Staniek ciężko chory! Medalista olimpijski z Barcelony potrzebuje pomocy

PIŁKA NOŻNA. Ryszard Staniek, były piłkarz reprezentacji Polski oraz m.in. Górnika Zabrze i Legii Warszawa, uczestnik Ligi Mistrzów, jest ciężko chory. Ruszyła zbiórka pieniędzy na jego leczenie, rehabilitację oraz zakup samochodu. Liczy się każda złotówka!