Przejdź do głównej zawartości

Jacek Ziober: jako reprezentacja Polski niczego nie zwojowaliśmy, bo nie byliśmy kolektywem

Jacek Ziober był jednym z największych piłkarskich objawień w Polsce w drugiej połowie lat 80. Jego reprezentacyjna kariera z pewnością jednak nie zakończyła się tak, jak oczekiwałby tego sam zawodnik oraz kibice. Wychowanek Łódzkiego Klubu Sportowego wspomina swoje najlepsze mecze, ocenia także szanse obecnej kadry w zbliżających się Mistrzostwach Świata w Katarze. 
Jacek Ziober to jedna z legend ŁKS Łódź i 46-krotny reprezentant Polski. Foto Facebook/ŁKS Łódź
 
 
Od pana debiutu w reprezentacji Polski mijają 34 lata. Pamięta pan swoje pierwsze spotkanie w biało-czerwonych barwach? 
- Zmierzyliśmy się z Irlandią Północną w towarzyskim meczu w Belfaście. Zakończył się remisem 1:1. To było jeszcze za kadencji selekcjonera Wojciecha Łazarka. Miałem okazję do strzelenia bramki, której nie wykorzystałem, ale ogólnie zebrałem niezłe recenzje po tym debiucie. 
Warto dodać, że wcześniej przez wiele lat występował pan z powodzeniem w młodzieżowych reprezentacjach Polski. 
- Tak, w swoim sportowym życiu, jako reprezentant kraju przeszedłem praktycznie wszystkie szczeble wiekowe. Na pewno dużym sukcesem było trzecie miejsce w mistrzostwach Europy do lat 18 (odbyły się w 1984 roku w Związku Radzieckim - przyp. autora). Naszym trenerem był wówczas Mieczysław Broniszewski. Mieliśmy niezły zespół, między innymi z Mirosławem Dreszerem, Tomkiem Cebulą, Darkiem Wójtowiczem, Mirkiem Jaworskim, Jarkiem Giszką, nieżyjącym już Darkiem Marciniakiem i wieloma innymi. 
Jeśli chodzi o karierę klubową, w ŁKS Łódź najdłużej współpracował pan ze słynnym szkoleniowcem Leszkiem Jezierskim. 
- Bez wątpienia zawdzięczam mu bardzo dużo, to, że moja kariera w piłce rozwinęła się tak a nie inaczej. Musimy natomiast rozgraniczyć dwie sprawy. Pierwsza to treningi - dla mnie, jako młodego piłkarza, ale i wielu innych były naprawdę ciężkie i wymagające, niczym obozy przetrwania. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że te obciążenia odbiły się na moim zdrowiu dopiero w późniejszym wieku, a nawet odczuwam je jeszcze dziś (śmiech). Być może gdyby nie to, pograłbym w piłkę z pięć lat dłużej. Z drugiej jednak strony trzeba zaznaczyć, że Jezierski miał odwagę, aby w pewnym momencie właśnie mnie, 16-letniego młokosa, włączyć do drużyny seniorów ŁKS. W tamtych czasach, w ówczesnej pierwszej lidze nie było to przecież takie nagminne.  
Jezierski słynął z ciężkich treningów, ale z drugiej strony można powiedzieć, że w tamtym czasie nie był jednak jakimś wyjątkiem, wielu polskich szkoleniowców preferowało taką szkołę. 
- Fakt, nie był pod tym względem odosobniony, aczkolwiek to na pewno postać barwna i bardzo zasłużona dla naszego futbolu. Ja przeszedłem z nim bardzo długą drogę - od debiutu w pierwszej drużynie ŁKS po opaskę kapitana drużyny i jak już wspomniałem, wiele mu zawdzięczam. Przeżyliśmy wspólnie z drużyną wiele fajnych chwil, pomimo tego, że nie udało się wywalczyć w tamtym okresie żadnego znaczącego sukcesu. Nie zdobyliśmy nigdy mistrzostwa czy Pucharu Polski, ale decydowały też o tym różne względy, nie tylko sportowe. Leszek był dla mnie takim sportowym ojcem, choć duży wpływ mieli na mnie także trenerzy oraz nauczyciele z dzieciństwa i wczesnej młodości. Należał do nich Włodzimierz Tylak z ŁKS, który doprowadził nas do mistrzostwa Polski juniorów. On wyciągnął mnie z boiska szkolnego do klubu. Miałem też fajnego wuefistę Leszka Miazka, który też zaszczepił we mnie miłość do sportu.
Skoro jesteśmy przy szkoleniowcach - w pierwszej reprezentacji kraju pracował pan najpierw z Wojciechem Łazarkiem, potem z Andrzejem Strejlauem. To dwie różne trenerskie osobowości. 
Przede wszystkim odmienne charaktery. Co do trenera Łazarka - myślę, że w jego przypadku zabrakło gdzieś pewnej granicy. Na czym ona polega? Albo chce się być komikiem, albo trenerem reprezentacji. Niestety, szkoleniowca tego zapamiętaliśmy głównie ze "złotych powiedzonek" i dowcipów, którymi sypał jak z rękawa. Takie historyjki są fajne, ale do słuchania ich przy ognisku do samego rana (śmiech). 
Jeśli chodzi o trenera Strejlaua, miał dużą wiedzę, potrafił przygotować zespoły od strony taktycznej, wiedział, co chciałby osiągnąć, choć może teraz, po latach, widzę te różne rzeczy, powody, które sprawiły, że nie udało mu się z reprezentacją wywalczyć tego, co właśnie chciał. To były jednak dziwne czasy dla polskiej piłki. Widać było podziały, każdy region miał swoje ambicje - Warszawa, Śląsk, Wybrzeże, gdzieś w tym wszystkim byliśmy my, jako ci piłkarze z centralnej Polski. To odbijało się też na kadrze, bo każdy chciał przeciągać tę linę na swoją stronę, ugrać najwięcej, ale najbardziej dla siebie. Tworzyły się grupki, nie było między nami takiej wspólnoty. Dlatego też mogę posypać głowy popiołem dawnym kadrowiczom i sobie oczywiście też, że nic z reprezentacją nie osiągnęliśmy. 
Może to dziwić do tej pory, ponieważ pod względem indywidualnym, potencjału nie brakowało. 
- Nie brakowało... Jacek Urban, Darek Dziekanowski, Rysiek Tarasiewicz, Waldek Prusik, można wymieniać jeszcze wielu. Każdy miał umiejętności, występował w podstawowych składach w swoich klubach. W naszym przypadku nie było takich dyskusji jak dziś w Cafe Futbol czy innych programach, czemu ten czy tamten nie gra regularnie w lidze. Razem niczego jednak nie zwojowaliśmy, bo po prostu w reprezentacji nie stanowiliśmy kolektywu. 
W 1990 roku przeszedł pan z ŁKS do francuskiego Montpelier, co praktycznie zbiegło się w czasie ze świetnym w pana wykonaniu meczu towarzyskim z Belgią. Popularne "Czerwone diabły" szykowały się akurat do mundialu we Włoszech, spotkanie zakończyło się remisem 1:1, pan zdobył efektownego gola. Jak pan wspomina tamten pojedynek? 
Zakończyłem solowy, kilkudziesięciometrowy rajd. Może teraz zabrzmi to nieskromnie, ale to była bramka a'la Diego Maradona, zresztą, kto chce, może obejrzeć ją w internecie i porównać. Na pewno po tym spotkaniu moje akcje wzrosły i miało ono duży wpływ na finalizację transferu do Francji. 
Powiem natomiast też, że już wcześniej, kiedy ŁKS chciał mnie wytransferować do zagranicznego klubu, pojawiały się oferty z niemieckiej Bundesligi. Wtedy to był taki popularny kierunek dla wielu polskich piłkarzy. Przyznam jednak, że nie dla mnie, uważałem, że to liga toporna, siermiężna i ja, ze względu na styl gry i w ogóle swoją inną filozofię futbolu, raczej tam się nie odnajdę. Były też zapytania z Grecji, Belgii. Francuskie Montpellier mnie obserwowało, mój transfer do tego klubu poprowadził nieżyjący już menedżer Tadziu Fogiel. Po meczu Belgia - Polska ze strony Francuzów zapadła ostateczna decyzja na "tak". 
W kadrze dobrze radził pan sobie w potyczkach z ekipami z Beneluksu. Warto przypomnieć mecz towarzyski z Holandią w Eindhoven w 1991 roku. Też padł remis 1:1, pan zdobył gola w 87 minucie, chwilę potem wyrównał Denis Bergkamp. 
- To był jeden z takich pojedynków, który pokazał, że nasza reprezentacja ma duży potencjał. Trzeba przecież przypomnieć, że rok później, już w eliminacjach do mistrzostw świata, zremisowaliśmy z Holendrami w Rotterdamie 2:2. Wystąpiłem wtedy na środku pomocy. Andrzej Strejlau należał wówczas do tych trenerów, którzy zmieniali ustawienia, szukali innowacyjnego, optymalnego rozwiązania. Pamiętam, że w drugiej połowie na boisku pojawił się dziś już świętej pamięci Włodek Smolarek i mógł strzelić dla nas decydującą bramkę. Nasza reprezentacja w tamtym okresie "wiozła się" jeszcze na wspomnieniach kadry z 1974 czy 1982 roku, które zajmowały trzecie miejsce w mistrzostwach świata. Niestety, to jest tak, że jeśli nie robisz równie dobrego albo i lepszego wyniku, gdy nie piszesz własnej, nowej historii, to giniesz w ciszy. Nas było stać co najwyżej właśnie na takie pojedyncze zrywy. Faktem jest, że w szeregach naszych rywali występowały tuzy światowej piłki, jeśli do nich jeździliśmy, to z reguły na pożarcie. Z drugiej strony pamiętam mecze z Anglią u siebie, trzy razy byliśmy blisko ich pokonania, ale wszystko kończyło się remisami. Ostatni taki za moich reprezentacyjnych czasów miał miejsce w Chorzowie w 1993 roku, niestety nie mogłem w nim zagrać, ponieważ dzień wcześniej odniosłem kontuzję na treningu.
Jesienią 1993 roku pożegnał pan się z reprezentacją, która zresztą kończyła eliminacje do mundialu w USA w fatalnym stylu, przegrywając pięć ostatnich spotkań z rzędu. Co było według pana powodem? 
- Reprezentacja olimpijska, która zdobyła srebrny medal igrzysk w Barcelonie głosiła hasło o zmianie szyldu i dalszej jeździe, już bez starszyzny w składzie. Niestety, pogłębiły się te podziały, na mecz z Turcją (w październiku 1993 roku - przyp. autora) nie chciałem w ogóle przyjeżdżać. Dlaczego? Od jednego trenera usłyszałem, że są naciski, aby wstawiać do składu olimpijczyków, a my - ci "starzy" - mamy pojawić się na boisku w drugiej połowie i pokazać młodym, jak się gra w piłkę. To były takie bzdurne zagrywki, dziś co najwyżej można o tym opowiadać anegdoty. 
Wtedy jednak zabrakło wszystkim tego profesjonalizmu, nikt nie potrafił pokazać, że nie tędy droga, nie podburza się jednych na drugich. Wymiana pokoleniowa jest potrzebna, ale musi być prowadzona płynnie, stopniowo, nie w takiej atmosferze. Kiedy olimpijczycy doszli w końcu do steru w reprezentacji, to wiemy jaki był efekt w następnych latach... 
Mimo wszystko pan z reprezentacją pożegnał się w wieku zaledwie 28 lat. Dziś można powiedzieć, że zdecydowanie za wcześnie. 
- Po raz ostatni wystąpiłem przeciwko Turcji. Po wcześniejszych porażkach, jednej z Anglią i dwóch z Norwegią, na ten mecz już nikt z dotychczasowych kadrowiczów nie chciał jechać, eliminacje były przegrane. 
Za kilka tygodni kadra miała już jednak nowego selekcjonera, Henryka Apostela. Nikt z nowego sztabu już się panem nie interesował? 
- Powiem tak, to nie ja podjąłem decyzję o tym, że kończę grać w reprezentacji. O tym postanowił PZPN. Wie pan, w ogóle doszło do kuriozalnej sytuacji. Kadra grała towarzyski mecz w Hiszpanii, na zgrupowaniu poprosili Ryśka Stańka, z którym występowałem wtedy w Osasunie Pampeluna, aby przekazał mi, że mam oddać sprzęt, bo do reprezentacji nie zostanę już więcej powołany. Przelała się we mnie czara goryczy. Pomyślałem więc - kochani, jeśli tak, to jedźcie już dalej beze mnie. Zresztą o profesjonaliźmie kadry w tamtych latach można byłoby dużo mówić. Kłopoty z dresami, sprzętem były choćby przed meczem z Anglią w Chorzowie, kiedy musieliśmy głośno upominać się o swoje u władz PZPN. W meczu przeciwko San Marino w Łodzi musieliśmy wystąpić w koszulkach od miejscowego producenta. To pachniało amatorszczyzną, chyba nawet trampkarze mieli lepsze warunki niż pierwsza reprezentacja Polski. 
W czasach gry w kadrze występował pan w dwóch ligach - we francuskiej w barwach HSC Montpellier i hiszpańskiej w Osasunie Pampeluna. Jak porównałby pan oba te kluby? 
- We Francji było to wszystko bardziej poukładane, Montpellier sprowadzało piłkarzy, którzy odpowiadaliby stylowi gry drużyny, w Pampelunie odwrotnie - była jedna wielka łapanka. 
Z tego pierwszego klubu odszedł Henryk Kasperczak, którego bardzo szanuję. To jeden z najlepszych trenerów, z jakimi przyszło mi współpracować. Podchodził do futbolu innowacyjnie, sprawdzał różne ustawienia, w europejskich pucharach graliśmy na przykład trójką obrońców, nie obawiał się posadzić na ławce kolumbijskiej gwiazdy, Carlosa Valderramy. 
Potem trafiłem do Osasuny, choć przyznaję, ani ja, ani mój menedżer Tadziu Fogiel, nie mieliśmy do końca rozeznania, jaka panuje tam atmosfera i organizacja. Jan Urban złapał wtedy kontuzję, ja w La Liga strzeliłem 11 goli w dziewiętnastu meczach, w trzech meczach w europejskich pucharach zdobyłem dwie bramki. To było ponad 50 procent skuteczności całej drużyny. Niestety, nie udało się utrzymać w hiszpańskiej najwyżej klasie. Zabrakło tam profesjonalizmu, polityka kadrowa polegała na łataniu dziur czy sprowadzaniu zawodników na tak zwaną sztukę. 
Na koniec porozmawiajmy o zbliżających się mistrzostwach świata w Katarze. Czego pan się spodziewa po tym mundialu. 
- Ze względu choćby na porę rozgrywania turnieju wiele zespołów będzie musiało liczyć na łut szczęścia. Piłkarze są bowiem na różnym etapach rozgrywek ligowych, nie ma też czasu na jakieś dłuższe przygotowania, a start w takiej imprezie z marszu może różnie się zakończyć. Spodziewam się, że namieszać mogą drużyny, nazwijmy je, "egzotyczne", zaś część ekip z Europy będzie borykało się z różnymi problemami. Według mnie o wyniku mogą decydować niuanse, lepsza dyspozycja dnia, może być w tym wszystkim wiele przypadkowości. 
O co w takim razie może powalczyć reprezentacja Polski? 
- W Polsce mamy w sobie takie coś, że lubimy dmuchać balon oczekiwań do maksimum, tylko, że kiedy on pęka, to jest wielkie rozgoryczenie. Trzeba więc podchodzić do tego ostrożnie. Choć mam na przykład zastrzeżenia co do gry Piotrka Zielińskiego, to liczę na to, że to może być jego turniej. Tak samo na to, że trener Czesław Michniewicz trafi z ustawieniem i taktyką. Raczej nie powinniśmy grać z jednym tylko wysuniętym napastnikiem, bo kiedy rywale wyłączą z gry "Lewego", to możemy mieć duży problem. Ostatnie mecze Barcelony w europejskich pucharach pokazały, że jest to możliwe i nasi mundialowi przeciwnicy zdają sobie z tego sprawę. Tak jak most nie trzyma się tylko na jednym filarze, tak my nie możemy polegać od lat tylko na dyspozycji Roberta Lewandowskiego. Jeśli trafimy z taktyką, zagramy solidnie, unikniemy kontuzji i dopisze nam szczęście, może awansować do fazy pucharowej. 
Dziękuję za rozmowę. 
PIOTR STAŃCZAK 

Jacek Ziober (rocznik 1965) jest wychowankiem ŁKS Łódź. Z tego klubu przeszedł do francuskiego HSC Montpellier, następnie hiszpańskiej Osasuny Pampeluna. Po powrocie do kraju występował w Amice Wronki, następnie grał także w amerykańskim klubie Tampa Bay Mutiny. Był napastnikiem lub pomocnikiem. Po zakończeniu kariery prowadził jako trener reprezentację Polski w piłce plażowej oraz kluby Górnik Łęczyca, Laktoza Łyszkowice, KS Orzeł Kazimierz a także Zgodę Chotecz Beach Soccer Team (w siatkówce plażowej). W pierwszej reprezentacji Polski grał w latach 1988-93, w 46 meczach zdobył osiem bramek. 

Skrót meczu Belgia - Polska (1:1) w 1990 roku i gol Jacka Ziobera.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dawne gwiazdy futbolu uświetnią 100-lecie Klubu Sportowego Warka. Będzie wielka feta

PIŁKA NOŻNA. Klub Sportowy Warka obchodzi 100-lecie istnienia. Wielka impreza jubileuszowa odbędzie się w sobotę 24 czerwca. Wśród uczestników jest Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. Jej mecz z oldbojami Warki komentować będzie Dariusz Szpakowski. 

Dawne piłkarskie gwiazdy zagrają dla chorego Tymusia w Grodzisku Mazowieckim

PIŁKA NOŻNA. Trwa już odliczanie do charytatywnego turnieju na rzecz chorego Tymusia, który odbędzie się 27 stycznia 2024 roku w Grodzisku Mazowieckim koło Warszawy. Wystąpi między innymi Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. 

Polska - San Marino 1:0. Zamiast pogromu był wstyd! Bacciocchi: to my po meczu dawaliśmy autografy

PIŁKA NOŻNA. 28 kwietnia minie dokładnie 30 lat od sławetnego meczu Polska - San Marino w eliminacjach do Mistrzostw Świata w USA. Tamto spotkanie, które biało-czerwoni wygrali 1:0 pokazało, że żadnego przeciwnika nie wolno lekceważyć przed pierwszym gwizdkiem. Choć brzmi banalnie, to nasi piłkarze boleśnie o tym się przekonali...