Przejdź do głównej zawartości

Jacek Cyzio, były piłkarz Legii wspomina mecze z Sampdorią i Manchesterem. "Blizny na udzie po Genui oraz gratulacje od Alexa Fergusona"

Jacek Cyzio jako zawodnik Legii Warszawa mierzył się z europejskimi potęgami - Sampdorią Genua, Manchesterem United oraz FC Barceloną. Ma także swoje miejsce w panteonie sław tureckiego Trabzonsporu. Po zakończeniu zawodniczej kariery pozostał przy futbolu. W jakiej roli? 
Jacek Cyzio obecnie występuje między innymi w Reprezentacji Gwiazd Piłkarzy Polskich. 
Foto pochodzi z archiwum tej drużyny
 
 
Na początku stycznia zmarł Gianluca Vialli, gwiazda włoskiej piłki lat 90. Pan miał okazję mierzyć się z nim w czasie, kiedy Legia grała z Sampdorią Genua w ćwierćfinale Pucharu Zdobywców Pucharów 32 lata. Jak pan go wspomina? 
- Sampdoria z Viallim na czele była w tamtym czasie potęgą. W 1991 roku zdobyła zresztą mistrzostwo Włoch. To była wielka gwiazda tego zespołu, tak samo jak ówczesnej reprezentacji Italii. Vialli, Paolo Mancini, Gianluca Pagliuca w bramce oraz wiele innych sław - jest kogo wspominać. Oczywiście na boisku byli to bardzo trudni, nieprzyjemni rywale. Kiedy graliśmy rewanż w Genui i ważyły się losy awansu do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów, włoski zespół szukał różnych sposobów, aby nas wybić z rytmu, łącznie z kopaniem, pluciem czy nawet... gryzieniem! Czuli, że szansa wymyka im się z rąk. U siebie wygraliśmy 1:0, na wyjeździe padł remis 2:2 i ten wynik dawał awans Legii. To była dla nich duża porażka, ale po meczu zarówno Mancini jak i Vialli podeszli do nas, kiedy czekaliśmy przy swoim autokarze. Przeprosili za różne niesportowe zachowanie i brutalną grę, pogratulowali awansu. Dobrze to zapamiętałem. 
Przed rokiem, kiedy rozmawiałem z pana ówczesnym kolegą z Legii, Piotrem Czachowskim, wspominał, że już przed pierwszym meczem w Warszawie piłkarze Sampdorii wzbudzili waszą ciekawość choćby z tego względu, że przyjechali na stadion w jednakowych, gustownych garniturach. Dziś takie porównania mogą budzić śmiech.
- Wie pan, to tak, jakby porównać obecną Legię, która przyjeżdża do zespołu z A-klasy, choć i tam już wiele drużyn ma jednakowe stroje dla piłkarzy. My, jak na tamte czasy w Polsce, byliśmy ubrani modnie (śmiech). Jeden miał strój pumy, inny Adidasa, trzeci Lotto, niektórzy mieli na sobie swetry a jeszcze inni popularne koszulki polo. Prezentowaliśmy się jak grupa udająca się na wycieczkę krajoznawczą. Podobne odczucia mieliśmy dwa lata wcześniej, kiedy mierzyliśmy się ze słynną Barceloną Johanna Cruyffa, także w europejskich pucharach. Jechaliśmy na Camp Nou, nie mieliśmy nawet koszulek na zmianę czy tych z długim rękawem. Kosmiczna różnica! 
Teraz kiedy o tym po latach opowiadamy, młodzież nie dowierza. Z drugiej strony my, przyjeżdżający na mecze ze sławami w koszulkach polo i dżinsach kupionych na bazarze, potrafiliśmy awansować do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów. 
W Genui przeżywaliście dramaturgię, każdy dziś wspomina ten remis 2:2, oba gole 19-letniego debiutanta Wojciecha Kowalczyka, który strzelał gole europejskim sławom, choć jeszcze na dobre nie powąchał piłki w polskiej lidze. Nie byłoby jednak tego awansu, gdyby nie zwycięstw 1:0 dwa tygodnie wcześniej w Warszawie. 
- Nie pamiętam, abyśmy przed meczami z Sampdorią odczuwali jakąś presję, nie byliśmy faworytem, to ekipa z Genui walczyła o mistrzostwo Włoch i miała w składzie gwiazdy światowego formatu. W tamtych rozgrywkach wcześniej wyeliminowaliśmy Aberdeen, wówczas też silny, czołowy klub ze Szkocji. Nie mieliśmy więc naprawdę nic do stracenia. Nie posiadaliśmy szerokiej kadry, ławka rezerwowych była bardzo wąska. Trener miał do dyspozycji średnio czternastu graczy, na szczęście jakoś omijały nas kontuzje. Oczywiście polska liga jakby spadła na dalszy plan, nie byliśmy w stanie na wysokim poziomie rywalizować w pucharach i na krajowym podwórku, gdzie w sezonie 1990-91 zajęliśmy odległe miejsce od czołówki. Oczywiście, wygrana w Warszawie nas podbudowała, ale mimo to do Genui nie jechaliśmy jako faworyci, włoscy dziennikarze byli przekonani, że Sampdoria nas rozniesie. Na pewno to też gdzieś nas podrażniło. Dzień przed meczem siedzisz w hotelu, widzisz jak tamtejsza telewizja pokazuje prawdopodobnych półfinalistów i nie widzisz w tym gronie swojej drużyny. Czujesz wewnętrzną złość, dodatkową mobilizację. 
Ówczesny sztab szkoleniowy Legii na czele z trenerem Władysławem Stachurskim dobrze jednak rozpracował rywali, co w dobie bez internetu, mediów społecznościowych, nie było łatwe. Stachurski dał szansę Kowalczykowi i to był strzał w dziesiątkę. 
- Zgadza się, w tym temacie przysłużył się także asystent Stachurskiego Ryszard Kosiński, który był taką dobrą duszą tamtego zespołu. Sztab dysponował kasetami wideo z nagranymi meczami Sampdorii, ich zdobycie nie było wówczas takie łatwe. Co do "Kowala" - trener Stachurski oczywiście trafił z tą zmianą, ale tak naprawdę nie miał zbyt wielkiego pola manewru. Mógł wpuścić albo jego, albo Artura Salamona, mówimy o pierwszym meczu z Sampdorią w Warszawie. Obaj mało grali w lidze. Andrzej Łatka, który był podstawowym zawodnikiem, doznał kontuzji, Kowalczyk wszedł w jego miejsce w pierwszej fazie spotkania. Pokazał się z dobrej strony i w Genui wybiegł na boisko już w podstawowym składzie. To było największe odkrycie tego dwumeczu i zresztą dobrze pamiętamy, ile Wojtek znaczył dla Legii i polskiej piłki w następnych latach. 
Trzeba dodać, że jeszcze przed meczami z Sampdorią, które odbyły się w marcu 1991 roku, zimą stołeczny klub opuścił Roman Kosecki. 
- Tak, to był filar naszego ataku. Na pewno jego odejście osłabiło naszą kadrę, oba była wąska. Pamiętam, że z konieczności do środka obrony trener przesunął Darka Kubickiego, w tamtym sezonie kontuzje wykluczyły z gry Krzysztofa Budkę, nie był w stanie wiele nam pomóc. Cóż, daliśmy radę i teraz rozmawiamy o tym po 32 latach. 
Zresztą co roku dzwonią do mnie dziennikarze, wspominamy, opowiadam o bramce, którą strzeliłem Manchesterowi United w półfinale Zdobywców Pucharów. Co tu mówić, człowiek cały czas na tej fali "jedzie" (śmiech). Z drugiej jednak strony od tamtej pory żaden polski klub nie doszedł w europejskich pucharach tak daleko. To był wielki sukces całego naszego ówczesnego futbolu. 
Do półfinałowego dwumeczu z Manchesterem United także nie przystępowaliście jako faworyci, pozostawało tylko pokazać się na tle angielskiego potentata, zwłaszcza, że apetyty wielu kibiców po ograniu Sampdorii były już wyostrzone.
- W półfinale był Manchester United, Juventus Turyn, FC Barcelona i my! Obojętnie, na kogo byśmy nie trafili, to każdy z tych zespołów był potentatem. W ogóle po tym dwumeczu z United zostaliśmy docenieni przez ówczesnego nowego menedżera Manchesteru Alexa Fergusona, który w kolejnych latach wprowadził ten zespół na wielkie piłkarskie salony. 
Pan szczególnie zapamiętał pewnie pierwszy mecz z angielskim zespołem w Warszawie. Niestety, przegrany 1:3. 
- Tak, zdobyłem gola na 1:0, ale chwilę potem Manchester wyrównał. Tak się cieszyliśmy z tego prowadzenia, że nie wszyscy zdołali wrócić na swoją połowę, Anglicy wznowili grę i strzelili bramkę. Dziś sędzia by na to nie pozwolił, nakazałby poczekać, aż piłkarze z drużyny, która zdobyła gola, wrócą na swą część boiska, na własne pozycje, ewentualnie mógłby pokazać kartki za zbytnią opieszałość. Tuż po tym czerwoną kartkę dostał za faul Marek Jóźwiak i właściwie wszystko się w naszej ekipie posypało. Bądźmy szczerzy, nawet grając w komplecie byłoby nam ciężko osiągnąć dobry wynik z Manchesterem, a co dopiero w dziesiątkę... 
Jak pan wspomina moment zdobycia tej bramki na 1:0? Padła po waszej ładnej i szybkiej akcji. 
- Tak, przy mojej bramce asystował Piotrek Czachowski. Więcej szczegółów nie pamiętam, lepiej jest mi tę akcję ocenić, kiedy teraz oglądam fragmenty meczu, powtórki. Wtedy po prostu zwariowaliśmy! Euforia była ogromna. Nasi kibice na stadionie również. Nie ma jednak czemu się dziwić, byliśmy drużyną, na którą w Europie nikt nie stawiał, a tu nagle poczuliśmy, że możemy coś ugrać w starciu z Anglikami. Ulegliśmy jednak 1:3, zasłużenie, w osłabieniu nie daliśmy rady rywalom, wśród których największą gwiazdą był Walijczyk Mark Hughes (strzelił w Warszawie gola na 2:1 dla MU - przyp. autora). Z drugiej strony w rewanżu w Manchesterze pokazaliśmy się z ambitnej, bardzo dobrej strony i zremisowaliśmy 1:1. Właśnie po tamtym spotkaniu Ferguson wyszedł na płytę boiska i nakazał swoim zawodnikom, aby wymienili się z nami koszulkami, choć ci nie mieli na to ochoty. Dla nas to były natomiast niesamowite pamiątki. Menedżer United docenił w ten sposób naszą postawę w tym meczu, ale i całych rozgrywkach. Komplementował nas Ferguson, wcześniej szkoleniowiec Sampdorii Vujadin Boskov, doceniła prasa w Europie. Tego się nie zapomina. 
W tamtej edycji Pucharu Zdobywców Pucharów zderzyliście się z różnymi stylami gry rywali, inni prezentowali Włosi, inny Wyspiarze. 
Daliśmy radę. Już po dwumeczu z Sampdorią wiedzieliśmy, że musimy nastawić się na ciężką walkę, nic więcej nam nie pozostało. Zespół z Genui prezentował w wielu momentach agresywną, brutalną grę. Do dziś jako "pamiątkę" pozostały mi na udzie cztery blizny, rywal kopnął mnie nakładką z tyłu, stałem akurat w miejscu, gdzie doszło do jakichś przepychanek. 
Szykowaliśmy się na podobną przeprawę z Manchesterem, ale trzeba przyznać, że angielski zespół na boisku prezentował się fair. Oczywiście walka była twarda, ale nie dochodziło do takich sytuacji, jak kilka tygodni wcześniej w Genui. 
W europejskich pucharach daliście radę, ale w rodzimej lidze już nie, plasując się daleko od czołówki tabeli, zaś rok później otarliście się nawet o strefę spadkową. Wspominał pan już o wąskiej kadrze, czy były jakieś inne powody słabszej postawy w kraju?
- W 1991 roku zakończyliśmy sezon w środku tabeli, w finale Pucharu Polski w Piotrkowie Trybunalskim przegraliśmy z GKS Katowice 0:1 i dla mnie to był ostatni, pożegnalny mecz w barwach Legii. Odszedłem do Turcji, w kolejnym sezonie Legię prowadził trener Krzysztof Etmanowicz, odeszła część piłkarzy, zespół znalazł się w kryzysie, w 1991 roku, kiedy nie zdobyliśmy Pucharu Polski. Odszedł sponsor generalny klubu Jerzy Wojtysiak, zarządcą klubu stało się tylko wojsko. Nie był to zbyt szczęśliwy czas dla Legii, sytuacja poprawiła się dopiero wtedy, gdy Etmanowicza zastąpił Janusz Wójcik. 
Pan już te wydarzenia w Warszawie mógł śledzić tylko z dystansu. W 1991 roku wybrał pan Turcję, Trabzonspor, kierunek wtedy w Polsce mało doceniany, ale warto podkreślić, że w tamtym okresie futbol nad Bosforem poczynił bardzo duże postępy. Jak wyglądała pana aklimatyzacja w tym kraju? Był to jednak, tak nazwijmy, inny świat.
- Zanotowałem bardzo dobre wejście, bo już w debiucie w Trabzonsporze strzeliłem gola, w klubie zameldowałem się dwa tygodnie wcześniej. Potem stałem się czołowym piłkarzem ligi, w pewnym momencie dostałem nawet propozycję przyjęcia tureckiego obywatelstwa, wiedzieli, że mogę nawet wystąpić w ich kadrze, bo w reprezentacji Polski nie rozegrałem żadnego oficjalnego meczu. W sumie spędziłem tam cztery sezony, z tym, że po złamaniu nogi pauzowałem praktycznie cały jeden rok. Moja aklimatyzacja w Turcji przebiegała bez większych problemów, starałem się od początku uczyć języka, choćby chodząc z żoną na zakupy. Turcy to doceniali. Trabzonspor był wtedy i do dziś jest jednym z potentatów tureckiej ligi, oprócz Galatasaray, Fenerbahce i Besiktasu Stambuł. W Trabzonie mam swoje miejsce wśród sław klubu, moje zdjęcie znajduje się na ścianie obecnego stadionu, razem z wizerunkami innych byłych znakomitych piłkarzy tego zespołu. Do tej pory zapraszają mnie tam na różne imprezy, turnieje, pamiętają o mnie miejscowi dziennikarze. Jeśli mówimy o piłce tureckiej - na pewno duży wkład w jej rozwój piłki miał na początku lat 90 znany duński trener Sepp Piontek. Prowadził reprezentację tego kraju, on pokazywał Turkom, jak się gra i trenuje w Europie, uczył głównie taktyki, bo z techniką było dużo łatwiej - to zawsze była mocna strona tamtejszych piłkarzy. Piontek trenował kadrę, ale pośrednio przyczynił się i do tego, że podniósł się poziom ligi. Także kluby zaczęły zatrudniać trenerów z zagranicy. 
Mnie w Trabzonie prowadził Belg Urbain Braems, który w latach 70. był szkoleniowcem Włodzimierza Lubańskiego w KSC Lokeren. To właśnie nasz były znakomity napastnik, potem menedżer piłkarski, polecił mnie belgijskiemu trenerowi. Ten, choć nie widział mnie wcześniej w akcji, zaufał Lubańskiemu i ściągnął mnie do Trabzonu, kupując trochę jak przysłowiowego kota w worku (śmiech). 
Warto dodać, że w Turcji pracowali w tamtych latach między innymi Anglik Gorden Milne, Niemiec Christoph Daum. Każdy z nich dokładał swoją cegiełkę do rozwoju piłki w tym kraju.
Na przełomie lat 90. był pan czołowym zawodnikiem w polskiej lidze, ale w reprezentacji Polski pan nie zaistniał. Trener Andrzej Strejlau nie widział Jacka Cyzio w kadrze.  Proszę opowiedzieć ze swej perspektywy - dlaczego?
- To jest w ogóle trudny temat. Powołanie do pierwszej reprezentacji dostałem jeszcze od poprzedniego trenera Wojciecha Łazarka. Grali w niej Jan Urban, Darek Dziekanowski, Ryszard Tarasiewicz, Waldemar Prusik. wielu innych, wówczas świetnych polskich piłkarzy. Ja regularnie występowałem w młodzieżowych reprezentacjach kraju w różnych kategoriach wiekowych. Do pierwszej zostałem powołany w czasie, kiedy leczyłem kontuzję mięśnia czworogłowego uda. Miałem 18 lat, występowałem wtedy w Pogoni Szczecin, w lidze w ośmiu spotkaniach strzeliłem bodajże siedem bramek. Niestety, potem doznałem tej kontuzji. W klubie byli szczęśliwi, że dostałem powołanie, ale ja nie grałem w piłkę od trzech miesięcy. Pojechałem jednak na zgrupowanie reprezentacji do Wisły, spotkałem się ze znakomitymi polskimi zawodnikami, choć przez dwa tygodnie praktycznie nie trenowałem z powodu kontuzji. Potem pojechałem z kadrą na turniej towarzyski do Izraela. Zagrałem pół godziny w jednym meczu, ale później okazało się, że nie został zaliczony do oficjalnych spotkań reprezentacji Polski. Niedługo potem z Pogoni do Legii ściągnął mnie trener Strejlau, który w 1989 roku został selekcjonerem kadry. Ja grałem najlepiej jak mogłem, występowałem z drużyną w europejskich pucharach, gdzie zawędrowaliśmy w 1991 roku, to już wiemy. Mimo to powołania nigdy już później nie otrzymałem, choć dostawałem pochwały z każdej strony. 
W Turcji, w Trabzonie zdobyłem wicemistrzostwo i puchar tamtego kraju, byłem uznawany za jednego z najlepszych obcokrajowców w lidze tureckiej, ale nikt ze sztabu reprezentacji nigdy nie pofatygował się nawet, aby mnie tam zobaczyć w akcji. Cóż, widocznie w kadrze występowali wtedy lepsi ode mnie... Żałuję, że nie dostałem szansy, aby zaliczyć choćby jeden oficjalny w pierwszej reprezentacji, ale widocznie tak musiało być. 
W Turcji spotykał się pan zapewne z ówczesnymi reprezentantami kraju: Romanem Koseckim, Piotrem Soczyńskim, Jarosławem Bako. 
- Do tego grona zaliczał się jeszcze Adam Zejer. Oni mieszkali w Stambule, reprezentowali tamtejsze kluby, częściej pozostawali w kontakcie. Trabzon leży 1200 kilometrów dalej. Spotykałem się więc z nimi głównie wtedy, kiedy nasze drużyny grały przeciwko sobie. Potem udawaliśmy się do restauracji, znały się także nasze żony. 
Karierę piłkarską skończył pan w Polsce, ale nadal pozostał pan przy futbolu. Czym obecnie zajmuje się czołowy przed laty gracz Legii? 
- Mieszkam w Pruszkowie, swego czasu prowadziłem akademię piłkarską, ale zawiesiłem jej działalność w czasie pandemii. Obecnie pracuję w szkółce piłkarskiej LKS Chlebnia koło Grodziska Mazowieckiego. Mamy doskonałe warunki, pięć boisk trawiastych, możemy liczyć na wsparcie burmistrza. Dyrektorem sportowym jest Juliusz Kruszankin, zajęcia prowadzi i doradza Darek Kubicki, a więc także byli zawodnicy Legii. To ciekawy projekt i cieszę się, że mogę w nim uczestniczyć. 
Gra pan jeszcze w rozgrywkach weteranów? 
- Swego czasu występowałem w drużynie Legia Champions, ale aktywność tego zespołu także zatrzymała pandemia koronawirusa, a szkoda, bo była okazja spotykać się z kibicami w różnych częściach Polski. Teraz gram w Reprezentacji Gwiazd Piłkarzy Polskich, razem z wieloma byłymi reprezentantami kraju i czołowymi przed laty ligowcami. Także jesteśmy zapraszani na różne wydarzenia, towarzyskie turnieje. Nie mam zbyt wiele czasu na grę, bo oprócz pracy w LKS Chlebnia komentuję też ligę czeską w Polsacie, Ligę Mistrzów czy eliminacje do piłkarskich imprez. Zobaczymy, czy będę kontynuował to w tym roku. Gram na tyle, na ile pozwala czas i zdrowie. 
Trudno nie zapytać o to, co działo się w czasie mundialu w Katarze, w wykonaniu naszej reprezentacji. Jak pan ją ocenia, kto powinien zostać następcą Czesława Michniewicza? 
- Na trenerskiej giełdzie padają różne ciekawe nazwiska potencjalnych zagranicznych selekcjonerów, ale prezes Cezary Kulesza i w ogóle PZPN muszą sobie odpowiedzieć na pytanie - co chcą osiągnąć? Zatrudniać kolejnego obcokrajowca na krótki czas, z głośnym nazwiskiem, ale bez doświadczeniu w prowadzeniu reprezentacji, jak np. Anglik Steven Gerard? W naszym zespole następuje zmiana pokoleniowa. Robert Lewandowski nadal jest w formie, nawet teraz, kiedy rozmawiamy, oglądam mecz Barcelony z Realem Madryt, Barca prowadzi 3:0, Robert strzelił drugiego gola (ostatecznie Katalończycy wygrali z Królewskimi 3:1 w finale Superpucharu Hiszpanii - przyp. autora). Ma jednak 34 lata i niebawem będziemy potrzebowali następców. Podobnie wygląda sytuacja Kamila Glika. 
Uważam, że szansę poprowadzenia reprezentacji powinien dostać Janek Urban. To znakomity przed laty piłkarz, przyzwyczajony do gry pod presją, z doświadczeniem zdobytym na boiskach w Hiszpanii. Jako szkoleniowiec posiada autorytet. Mógłby z pomocą młodszych, polskich szkoleniowców, swoich asystentów budować coś na lata. 
Warto także rozważyć, czy nie powierzyć stanowiska Henrykowi Kasperczakowi. To wprawdzie starszy szkoleniowiec, ale z bardzo bogatym boiskowym i trenerskim doświadczeniem. Myślę, że jego asystentami mogliby zostać np. Urban czy Marek Papszun, w kolejnych latach ktoś z nich kontynuowałby to, co zaczął Kasperczak. Oczywiście to jest moje stanowisko, nie wiem, czy władze związku w ogóle taką opcję biorą pod uwagę. Przed nami jednak eliminacje do Mistrzostw Europy, już w marcu gramy pierwszy mecz z groźnymi Czechami. Mamy w grupie m.in. Albanię, której nie wolno lekceważyć. Naprawdę nie możemy sobie pozwalać na jakieś tymczasowe ruchy z obcokrajowcami, kadra potrzebuje szkoleniowca, który będzie ją budował z wizją, z perspektywą na lata, nie na chwilę.  
Dziękuję za rozmowę. 
PIOTR STAŃCZAK 
 
POLECAM: 
 
Skrót meczu Legia Warszawa - Manchester United (1:3) i gol Jacka Cyzio w półfinale 
Pucharu Zdobywców Pucharów wiosną 1991 roku.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dawne gwiazdy futbolu uświetnią 100-lecie Klubu Sportowego Warka. Będzie wielka feta

PIŁKA NOŻNA. Klub Sportowy Warka obchodzi 100-lecie istnienia. Wielka impreza jubileuszowa odbędzie się w sobotę 24 czerwca. Wśród uczestników jest Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. Jej mecz z oldbojami Warki komentować będzie Dariusz Szpakowski. 

Dawne piłkarskie gwiazdy zagrają dla chorego Tymusia w Grodzisku Mazowieckim

PIŁKA NOŻNA. Trwa już odliczanie do charytatywnego turnieju na rzecz chorego Tymusia, który odbędzie się 27 stycznia 2024 roku w Grodzisku Mazowieckim koło Warszawy. Wystąpi między innymi Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. 

Polska - San Marino 1:0. Zamiast pogromu był wstyd! Bacciocchi: to my po meczu dawaliśmy autografy

PIŁKA NOŻNA. 28 kwietnia minie dokładnie 30 lat od sławetnego meczu Polska - San Marino w eliminacjach do Mistrzostw Świata w USA. Tamto spotkanie, które biało-czerwoni wygrali 1:0 pokazało, że żadnego przeciwnika nie wolno lekceważyć przed pierwszym gwizdkiem. Choć brzmi banalnie, to nasi piłkarze boleśnie o tym się przekonali...