Przejdź do głównej zawartości

Łukasz Cieślewicz o piłkarzach z Wysp Owczych: potrafią urwać punkty faworytom

Łukasz Cieślewicz, pochodzący z Gniezna piłkarz i trener poznał futbol na Wyspach Owczych od podszewki. Z tą reprezentacją nasza kadra zmierzy się w grupie eliminacyjnej do Mistrzostw Europy w 2024 roku. Mój rozmówca opowiada o drużynie narodowej, rozwoju piłki nożnej i codziennym życiu w tym państwie. Obecnie pracuje jako trener w klubie HB Torshavn.
Pochodzący z Gniezna Łukasz Cieślewicz (z lewej) występował w lidze Wysp Owczych jako piłkarz, teraz jest tutaj trenerem. Fot. Alvur Haraldsen
 
 
Jako młody chłopak przed laty wyemigrował pan z rodziną z Polski, los skierował was właśnie na Wyspy Owcze. Proszę opowiedzieć, jak do tego doszło? 
- Najpierw, w 1999 roku przyjechał tu mój tata. Rozegrał tu jeden sezon, my - mama, brat i ja - dołączyliśmy do niego kilka miesięcy później. Ja też grałem w piłkę na Wyspach Owczych, ale potem, na sześć lat wyjechałem do Danii, potem wróciłem, tu kontynuowałem swoją karierę i także tu ją zakończę. Wywodzimy się ze sportowej rodziny, nasz ojciec Robert grał między innymi w Stilonie Gorzów, Śląsku Wrocław, jeszcze kilku innych polskich klubach, byliśmy przyzwyczajeni do przeprowadzek. Ja, nim wyjechaliśmy zagranicę, przez kilka lat jako dziecko grałem jeszcze w Mieszku Gniezno. 
Zanim przejdziemy do Wysp Owczych, proszę opowiedzieć o duńskim etapie kariery. 
- Przez 2,5 roku występowałem regularnie w drużynach juniorskich Broendby Kopenhaga, potem przez ponad trzy lata w innym klubie z tego miasta, Hvidovre. Tam grałem na zapleczu duńskiej ekstraklasy, już jako senior. 
Jak pan wspomina swoje początki na Wyspach? To jednak inne realia niż polskie czy duńskie? 
- Trafiłem do drużyny B36 Torshavn, z którą zdobyłem od razu w pierwszym sezonie tytuł mistrza kraju. Ogólnie to była ciekawa ekipa, w jej szeregach występowało wielu reprezentantów Wysp Owczych, grali piłkarze z zagranicy. Mile też zaskoczył mnie poziom sportowy, bo wcześniej, kiedy wyjeżdżałem stąd do Danii, był on słabszy. W ciągu tych kilku lat mojej nieobecności na Wyspach dużo się w tym temacie poprawiło. Na pewno sam fakt, że od razu w pierwszym sezonie wywalczyłem z zespołem tytuł mistrzowski zachęcał do tego, aby dalej kontynuować tu karierę. 
Mieszkańcy Wysp Owczych interesują się piłką nożną? 
- Na pewno jest to sport numer 1 w tym kraju, choć popularna jest także piłka ręczna. Szczypiorniak tutaj się rozwija, ale futbol jest zdecydowanie najpopularniejszy. Na mecze reprezentacji przychodzi pięć tysięcy kibiców, to jest dziesięć procent populacji całego kraju. 
Kibice tutaj interesują się także ligą angielską. Powiem tak, gdzie człowiek się nie uda, tam spotyka ludzi, z którymi można porozmawiać o piłce nożnej. 
Jaka jest baza dla zawodników, stadiony? 
- Na przełomie lat, od kiedy tu mieszkam i gram w piłkę, także w tym temacie wiele się zmieniło na lepsze. Tutejsze kluby także muszą dostosować się do nowych wymogów. Oświetlenie na stadionach jest na tyle dobre, że można transmitować wieczorne mecze w telewizji. Praktycznie wszystkie ligowe drużyny mają siłownie, fizjoterapeutów, trenerów od przygotowania fizycznego. Wiadomo, różnica tylko taka, że grają na sztucznych murawach, bo niestety w tych warunkach klimatycznych nie można utrzymać normalnego, trawiastego boiska. Widać, że kluby chcą iść do przodu, rozwijać się organizacyjnie. Jeśli mówimy o sprawach czysto sportowych - nie jest to profesjonalna liga, piłkarze pracują, chodzą do szkół bądź studiują, zaś futbolem zajmują się po popołudniu. 
Jaki system rozgrywek obowiązuje na Wyspach Owczych? 
- W najwyższej klasie rozgrywkowej występuje dziesięć zespołów, tyle samo w drugiej. Co roku spadają dwie drużyny i tyle samo awansuje. Oprócz mistrza kraju w europejskich pucharach grają jeszcze trzy zespoły z najwyższych miejsc w tabeli, w sumie więc na arenie międzynarodowej walczą cztery ekipy z Wysp Owczych. Ja obecnie nie jestem już czynnym zawodnikiem, pracuję jako trener w klubie HB Torshavn, w poprzednim sezonie zajęliśmy trzecie miejsce w pierwszej lidze. 
Wróci pan jeszcze na boisko jako zawodnik? 
- Zobaczymy, teraz postawiłem bardziej na pracę trenera, ale być może w kolejnym sezonie uda się jeszcze rozegrać kilka spotkań. W każdym razie nie nastawiam się już na jakąś mocną rywalizację o miejsce w wyjściowym składzie.  
Wyspy Owcze znajdują się na Morzu Norweskim, między Islandią, Norwegią i Wielką Brytanią. Jaki wpływ na grę w piłkę ma tutaj pogoda? 
- Każdy sezon zaczyna się w marcu, trwa do końca października. Mamy letnią, kilkutygodniową przerwę, ale czołowe drużyny, które występują w europejskich pucharach, grają praktycznie cały czas. Wiadomo, tutejsza pogoda nie rozpieszcza, szczególnie w okresie od października do marca. Nie ma jednak raczej takich sytuacji, że całkowicie paraliżuje rozgrywki na kilka tygodni. Zdarza się oczywiście, że pojedyncze mecze są przekładane na inne terminy, ale nie dochodzi do takich kłopotów, żeby drużyny nie mogły normalnie funkcjonować. Teraz, w styczniu i lutym trwa na przykład okres przygotowawczy do sezonu i przebiega bez zakłóceń. 
Pan jest jednym z nielicznych Polaków, którzy grali w piłkę na Wyspach Owczych. Czy występują tu również inni obcokrajowcy? 
- Są piłkarze z krajów skandynawskich, Serbowie, Słoweńcy, różne nacje. Oczywiście dużo zależy od tego, jaki trener pracuje w danym klubie. Byli tacy, którzy na przykład cenili sobie zawodników z Afryki, to właśnie stamtąd ściągali ich do drużyny. Najłatwiej pozyskać piłkarza ze Skandynawii, po prostu nie jest wtedy konieczne załatwianie dodatkowych formalności, wizy, pozwolenia na grę, co wiąże się z wypełnianiem większej ilości dokumentów. 
Z Polaków oprócz mnie obecnie najbardziej znany jest Michał Przybylski (grał m.in. w HB Torshavn - przyp. autora). Kiedy sięgnę pamięcią, więcej naszych rodaków występowało na Wyspach Owczych w czasach, kiedy czynnym zawodnikiem był mój ojciec Robert. 
Do bardziej znanych należał późniejszy trener Piotr Krakowski (wychowanek Wigier Suwałki - przyp. autora). Nie pamiętam oczywiście wszystkich, bo niektórzy przebywali tutaj tylko kilka miesięcy. 
Polska zagra z Wyspami Owczymi w eliminacjach do Mistrzostw Europy 2024. Jak w tym kraju kibice i piłkarze przyjęli losowanie i skład grupy, do której trafiły jeszcze Czechy, Albania i Mołdawia? 
- Z pewnym rozczarowaniem i bez większych emocji. Ponieważ Wyspy nie liczą się w walce o awans do wielkich imprez, miejscowi zawsze oczekują, że przynajmniej w eliminacjach będą podejmować u siebie drużyny ze ścisłej, europejskiej czołówki, że przyjadą gwiazdy z Anglii, Niemiec, Francji. Grupa jest taka, że wyspiarze mogą zawsze komuś urwać punkty, szczególnie na własnym boisku. Oczywiście zdecydowanymi faworytami będą Polacy i Czesi, ale już silniejsze reprezentacje miały tutaj problemy. Na pewno nikt, kto tu przyjedzie, nie może liczyć na lekkie, łatwe i przyjemne zwycięstwo. Na przełomie lat Wyspy Owcze wygrały u siebie choćby z Austrią 1:0, pokonały Grecję 2:1 na własnym boisku i na wyjeździe, bardzo udane było też ostatnie spotkanie z Turcją w Lidze Narodów, którą zwyciężyli u siebie 2:1. Mniej istotne jest, że rywale przyjechali tu w rezerwowym składzie. Nawet dublerzy z reprezentacji Turcji, wydawać by się mogło, są teoretycznie lepsi od wyspiarzy. Boisko pokazało co innego. To są mecze, do których kibice wracają od lat i jeszcze długo będą je wspominać. 
Kto jest najbardziej znanym zawodnikiem reprezentacji Wysp Owczych? 
- Aktualnie to pomocnik Brandu Hendriksson, znany m.in. z występów w szwedzkim Helsinborgu, który obecnie leczy kontuzję kolana. Szkolił się przed laty w piłkarskiej akademii FC Kopenhaga. Nieźle wyszkolony technicznie, przyjemnie patrzy się na jego grę. Ostatnio przeszedł do Fredrikstad w Szwecji. Innym znanym zawodnikiem jest napastnik Joan Simun Edmundsson, który przed laty reprezentował niemiecką Arminię Bielefeld, a obecnie występuje w lidze belgijskiej (w KSK Beveren - przyp. autora). Z pewnością na nich trzeba zwrócić szczególną uwagę, oni są kluczowi dla reprezentacji Wysp Owczych. 
Co wyspiarze wiedzą o polskiej piłce i naszych piłkarzach? Jak przyjęli informację o tym, że naszym nowym selekcjonerem jest Fernando Santos?
- Kibice wiedzą, kto to Robert Lewandowski, Piotr Zieliński, Wojciech Szczęsny. Ogólnie jednak wiedza przeciętnego kibica o reprezentacji Polski nie jest jakaś szczegółowa. Jak już zresztą mówiłem, starcie z Polską nie będzie dla wyspiarzy jakimś wielkim wydarzeniem, budzącym rekordowe zainteresowanie. 
Dominuje spokojne podejście, aczkolwiek Wyspy Owcze po cichu liczą też na to, że mogą urwać Polsce punkty. Najbardziej elektryzuje ich oczywiście nazwisko Lewandowski, które miejscowi dziennikarze wymieniają najczęściej. Media podawały też informację, że selekcjonerem reprezentacji Polski został Portugalczyk Fernando Santos, trener znany, utytułowany i doświadczony. Jego osoba, oprócz wyżej wymienionych piłkarzy, budzi tutaj uwagę. 
Kolejne pytanie jest z gatunku tych ciężkich, ale spróbujmy się zmierzyć z tematem. Jakie szanse miałyby najlepsze zespoły z Wysp Owczych z polskimi klubami? 
- Trudno powiedzieć. Sądzę, że cztery najlepsze wyspiarskie ekipy poradziłyby sobie w polskiej pierwszej lidze, może nie w ekstraklasie, ale na drugim poziomie rozgrywek. Z drugiej strony wyspiarskie kluby są też nieobliczalne. W zeszłym sezonie mistrz Wysp Owczych Klaksvik rywalizował z norweskim Bodo Glimt w eliminacjach do Ligi Mistrzów. Na wyjeździe przegrał 0:3, ale już u siebie zwyciężył 3:1. Niektóre zespoły mogłyby więc zaskoczyć nawet najlepsze polskie drużyny. Sam doświadczyłem czegoś podobnego kilka lat temu, kiedy w europejskich pucharach ograliśmy mistrza Czarnogóry 2:1 na jego terenie. 
Ceni pan sobie życie na Wyspach Owczych? Czy planuje pan powrót z rodziną do Polski? 
- Mieszka tu około 54 tysięcy osób. Życie tu jest spokojne, ale na pewno drogie. Oczywiście trzeba przyzwyczaić się do pogody, a tu prawie cały czas wieje wiatr. Klimat nie rozpieszcza, na przykład teraz większość wolnego czasu spędzamy w domu. 
To duży minus dla kogoś, kto jest przyzwyczajony do regularnych pór roku, słonecznego lata. Ogólnie nie czuć pośpiechu, stresu, jest bezpiecznie, więc to musimy zaliczyć na duży plus. Wiadomo, że po tylu latach pobytu zagranicą człowiek tęskni za Polską, choćby za tą inną pogodą. Z drugiej strony na Wyspach już zorganizowaliśmy sobie życie rodzinne, taka decyzja o powrocie nie jest łatwa, choć bierzemy ją pod uwagę. 
Pana młodszy brat Adrian także występuje na Wyspach Owczych? 
- Już nie. Od kilku lat mieszka w Anglii, występuje w lidze walijskiej (The New Saints - przyp. autora). Tam ma dziewczynę, dziecko i powrotu na Wyspy Owcze raczej nie bierze pod uwagę. 
Dziękuję za rozmowę. 
PIOTR STAŃCZAK 

 
Łukasz Cieślewicz (rocznik 1987) jest wychowankiem Mieszka Gniezno. Kiedy miał dwanaście lat, wraz z rodziną przeprowadził się na Wyspy Owcze. Tu jako junior reprezentował klub VB Vagur, potem grał w Danii. Reprezentował młodzieżowy zespół Broendby Kopenhaga oraz Hvidovre IF. Po powrocie na Wyspy Owcze występował kluby: B36 Torshavn, Vikingur Gota i HB Torshavn (tam obecnie pracuje jako trener). 

Łukasz Cieślewicz i jego bramki w piłkarskiej lidze Wysp Owczych. 
 
 
POLECAM: 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dawne gwiazdy futbolu uświetnią 100-lecie Klubu Sportowego Warka. Będzie wielka feta

PIŁKA NOŻNA. Klub Sportowy Warka obchodzi 100-lecie istnienia. Wielka impreza jubileuszowa odbędzie się w sobotę 24 czerwca. Wśród uczestników jest Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. Jej mecz z oldbojami Warki komentować będzie Dariusz Szpakowski. 

Dawne piłkarskie gwiazdy zagrają dla chorego Tymusia w Grodzisku Mazowieckim

PIŁKA NOŻNA. Trwa już odliczanie do charytatywnego turnieju na rzecz chorego Tymusia, który odbędzie się 27 stycznia 2024 roku w Grodzisku Mazowieckim koło Warszawy. Wystąpi między innymi Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. 

Polska - San Marino 1:0. Zamiast pogromu był wstyd! Bacciocchi: to my po meczu dawaliśmy autografy

PIŁKA NOŻNA. 28 kwietnia minie dokładnie 30 lat od sławetnego meczu Polska - San Marino w eliminacjach do Mistrzostw Świata w USA. Tamto spotkanie, które biało-czerwoni wygrali 1:0 pokazało, że żadnego przeciwnika nie wolno lekceważyć przed pierwszym gwizdkiem. Choć brzmi banalnie, to nasi piłkarze boleśnie o tym się przekonali...