Z TRASY, Z RINGU, Z BOISKA. Trzy dyscypliny, ponad 10 godzin morderczej walki z trasą i własnym organizmem. 20-letni Adam Zakrzewski z Wyszkowa ma za sobą debiut w pełnym dystansie zawodów Iron Man w portugalskim Cascais. Opowiedział mi o początkach w boksie, ucieczce przed kontuzjami, kompletowaniu sprzętu od zera i o tym, jak smakuje meta nad Atlantykiem.
Adam Zakrzewski podczas zawodów Iron Man Portugal w Cascais. Zdjęcia archiwum prywatne.
Piotr Stańczak: Masz dopiero 20 lat, a na koncie już taki rewelacyjny wynik. O triathlonie jeszcze porozmawiamy, ale opowiedz, jak w ogóle zaczęła się twoja przygoda ze sportem? Domyślam się przecież, że nie wstałeś pewnego dnia z kanapy z myślą: „a co tam, zrobię Iron Mana”.
Adam Zakrzewski: - Skąd, absolutnie nie! Od dziecka trenowałem sport. Zaczęło się od piłki nożnej, w którą grałem przez jakieś 5-6 lat. Później przyszła mała przerwa, bo nabawiłem się kontuzji kolana. Nic wielkiego, nie musiałem przechodzić żadnej operacji, ale doznałem zwapnienia kości piszczelowej i musiałem na pół roku odpuścić. Cóż, jako 12-, 13-letni chłopak, zacząłem wtedy trochę rozrabiać, szlajać się bez celu po mieście. Energia mnie roznosiła, ale zawsze czułem, że sport to jednak moja właściwa droga. Wróciłem do niego, a gdy miałem 14 lat, zacząłem trenować boks, który najbardziej mi pomógł, ukształtował mnie. Przez sześć lat zaliczyłem kilka walk bokserskich. W 2025 roku, kiedy miałem 19 lat, pomyślałem sobie "skoro mam już tę wydolność, to wystartuję w maratonie". W październiku tamtego roku przebiegłem swój pierwszy dystans 106 kilometrów – Bison Ultra Trail!
Ooo, grubo! Od razu ultramaraton?
- Tak. W tamtym roku miałem już ciche marzenie o Iron Manie, ale wiedziałem, że to cholernie drogi sport oraz ciężka impreza, wówczas nie miałem na to jeszcze przestrzeni ani pieniędzy. Najpierw chciałem sprawdzić, czy w ogóle dam radę biegać na takich dystansach. Przekonałem się, że wszystko jest możliwe, jeśli tylko człowiek mocno się zmobilizuje. Idąc tym tropem, w tym roku zrobiłem pełnego Iron Mana!
20 lat i tytuł Iron Mana. Pokuszę się o stwierdzenie, że niewielu twoich rówieśników, mimo wszystko próbuje sił w takich konkurencjach. Startują raczej starsi, doświadczeni, zaprawieni również w innych dyscyplinach sportu.
- Fakt, bardzo mało ludzi w moim wieku widziałem na trasie w Portugalii, ale nie tylko. Przed rokiem biegłem maraton wokół jeziora Wigry, byłem jednym z najmłodszych zawodników. Faktycznie, młodzi ludzie nie garną się dziś szczególnie do uprawiania jakiegokolwiek sportu, co dopiero triathlonu, który dodatkowo wymaga też kosztów.
Skąd w ogóle impuls do startu w triathlonie? Ktoś cię namówił, zainspirował, czy to była w pełni twoja osobista decyzja?
- Nikt mnie nie namawiał, po prostu wiedziałem, że chcę to zrobić. Czekałem tylko na odpowiedni moment i kiedy zobaczyłem, że już mogę, że jestem w stanie sobie poradzić, to po prostu skorzystałem z okazji. Gdy miałem 19 lat, było dla mnie za wcześnie, miałem za mało finansów. Teraz wiem, że gdyby to działo się rok temu, też dałbym radę, ale spokojnie wolałem najpierw zrobić solidny podkład biegowy.
Twój rodzinny Wyszków w województwie mazowieckim przeciętnemu kibicowi kojarzy się mocno z piłką nożną i sekcją futbolową w tamtejszym klubie Bug. Ty też tam zaczynałeś?
- Tak, trenowałem w Bugu. W Wyszkowie mamy zresztą bardzo fajne trasy rowerowe, ludzie z Warszawy zjeżdżają do nas na rower, bo mamy tu pocięte lasy, pola i wioski, gdzie samochody nie przeszkadzają tak bardzo jak w wielkim mieście. Dbam o formę u siebie na miejscu. Na co dzień jestem też trenerem, instruktorem boksu i biegania, uczę także początkujących.
Przygotowania do Iron Mana zajęły Ci około osiem miesięcy. Dla kogoś postronnego to dużo czasu, ale dla triathlonisty startującego na pełnym dystansie? To mogło być na przysłowiowy styk!
- Tak, to było dość specyficzne. Gdyby ktoś zszedł pewnego dnia z kanapy i powiedział, że w ciągu ośmiu miesięcy zdobędzie tytuł Iron Mana, to bym szczerze odradził – ze względów zdrowotnych, mogłoby się to źle skończyć. Ja jednak całe życie uprawiałem sporcie. Dodam, że w wieku 18 lat pojechaliśmy z kolegą na rowerach aż do Chorwacji – pokonując 2000 kilometrów! Miałem też już doświadczenia biegowe na najdłuższych dystansach, wszak ukończyłem ultramaraton. Jedynym moim problemem na początku było… pływanie. W lutym tego roku dopiero uczyłem się wyczynowo pływać! Gdy po raz pierwszym przepłynąłem dwie długości basenu, czułem jak po walce bokserskiej. Krok po kroku dało się to jednak poukładać.
Właśnie, pod względem sprzętowym też startowałeś niemal od zera?
- Zgadza się. Musiałem skompletować absolutnie wszystko: rower, piankę triathlonową, buty, sznurówki triathlonowe gumowe, żebym w strefie zmian nie tracił czasu na wiązanie. Trenowałem na zwykłym gravelu, na którym jechałem po Chorwacji. Nie jestem przecież jakimś rozpoznawalnym sportowcem. Bez wsparcia ludzi i sponsorów byłoby mi naprawdę ciężko zrealizować cel. Osobiście nie mam wielkiego budżetu. Pomogło mi siedmiu lokalnych sponsorów z Wyszkowa – od stomatologicznej Kliniki dla ciebie, przez biuro podróży Zapach wakacji, firmę Bio-Shop, Marcina Muszela z Fizjo Spine, Daniela Sępkowskiego, Wojciecha Sobocińskiego po firmę Hello Yellow. Bez nich ten start w Portugalii nie doszedł do skutku.
Dlaczego postanowiłeś wystartować w zawodach Iron Man akurat w Portugalii?
- Szukałem możliwości startu w różnych europejskich krajach. Wcześniej kusiła mnie już Hiszpania, ale tam zapisy do takich zawodów kończą się rok przed imprezą, kilka minut po otwarciu zgłoszeń, jest tak duże zainteresowanie. Portugalia z kolei to też jest ciepło, piękne tereny nad oceanem, pogoda dopisała. W Cascais wszystko zagrało idealnie. Dodam, że właśnie tam zaliczyłem swoje pierwsze w życiu zagraniczne zawody, wśród ponad dwóch tysięcy uczestników. Pojechała ze mną moja dziewczyna Wiktoria, która cały czas niesamowicie mnie wspierała, w każdej chwili startu i podczas przygotowań. W Portugalii spotkałem też Polaków - zarówno wśród kibiców jak i dwóch zawodników na trasie.
Jak wyglądał sam dzień startu – 17 października w Cascais?
- Wystartowaliśmy rano, o godzinie 8.30. Wszedłem do wody z grupą rywali i… popłynęło mi się niesamowicie dobrze. W triathlonie najgorsze są panika w wodzie, czyjeś przypadkowe kopniaki – ja na szczęście nie miałem z tym żadnego problemu, fale w ogóle mi nie przeszkadzały. Potem wyszedłem z wody na rower i tam na trasie przeżyłem najtrudniejszy moment. Miałem ze sobą dwa bidony z żelami w energetycznymi, a planowałem wypijać jeden bidon na 2,5-3 godziny. Tymczasem opróżniłem pierwszy bidon już w godzinę! Przyjąłem 300 gram węglowodanów na godzinę – olbrzymia dawka. Na szczęście żołądek to wytrzymał, choć potem przez resztę rowerowego wyścigu i całego maratonu żołądek mocno się odzywał!
Kulisy startu Adama Zakrzewskiego w zawodach Iron Man w Portugalii.
Bieganie całego maratonu po przepłynięciu 3,8 kilometra a następnie przejechaniu rowerem 180 km to chyba moment, w którym głowa musi wygrać z ciałem.
- Najpiękniejsze w tym wszystkim było to, że nigdy w życiu nie czułem się tak dobrze na żadnych zawodach. Ta atmosfera, widoki, ocean niosły mnie niesamowicie. Pokonałem 226 kilometrów w 10 godzin i 28 minut! Zająłem 15. miejsce w kategorii wiekowej 18-24 lata na oficjalnych mistrzostwach pod szyldem Iron Man w debiucie. Cale zawody wygrał Francuz Remi Conte, który pokonał dystans w 8 godzin i 17 minut. W ogóle jego rodacy znaleźli się też na podium.
Co czujesz człowiek, kiedy przekracza tę metę?
- Czuję, że to dopiero początek. Życie to maraton. Człowiek widzi, że można wycisnąć z siebie jeszcze więcej, jeśli poprawi się pływanie i uniknie błędów przy nawodnieniu. Mięśnie potrafię zregenerować w ciągu kilku dni, ale te emocje zostaną ze mną na zawsze.
Poniżej galeria zdjęć ze startu Adama Zakrzewskiego w Portugalii.
"Z trasy, z ringu, z boiska"
To wyjątkowy cykl na moim blogu, w którym opisuję dokonania polskich sportowców, tych nie z pierwszych stron portali oraz gazet. Przedstawiam ludzi takich jak właśnie Adam Zakrzewski - nietuzinkowych, którzy mogą być inspiracją dla takich jak my, a jacy żyją wśród nas. Pokazuję ludzi z pasją, walczących ze swymi słabościami, pokusami, dla których sport to nie tylko medale, puchary i trofea. Chcielibyście pochwalić się swoją sportową drogą i historią? Piszcie emaile pod adres: stanczakpiotr30@gmail.com lub wiadomość na Facebooku na stronie bloga "Na biało-czerwonym szlaku"!
POLECAM:
Na biało-czerwonym szlaku": "Moje Alpe Cermis". Wideo Piotr Stańczak.
















0 komentarze:
Prześlij komentarz