List do mistrza. Ostatni gong Mariana Kasprzyka
SPORTY WALKI. Nie żyje Marian Kasprzyk, mistrz olimpijski w boksie, zmarł w wieku 86 lat. Miałem okazję spotkać go wielokrotnie na różnych imprezach pięściarskich w województwie świętokrzyskim, gdzie się urodził i skąd pochodziła jego rodzina. Jeden z wywiadów szczególnie zapadł mi w pamięć.
Marian Kasprzyk w czasie obchodów 100-lecia Polskiego Boksu w Kielcach. Zdjęcia Piotr Stańczak.
Oto mój list do nieżyjącego już mistrza, Mariana Kasprzyka:
Wszyscy piszą dziś o igrzyskach olimpijskich Tokio w 1964 roku. Nie mogłem przeżywać ich osobiście. Mój ojciec był dopiero urwipołciem, uczącym się czytać, pisać i liczyć w wiejskiej szkole. Ja urodziłem się szesnaście lat później. Dziś każdy dziennikarz, specjalizujący się w sportach walki czy konkretnie w boksie, będzie wspominał Pana morderczy finał z Ricardasem Tamulisem, Litwinem startującym w barwach Związku Sowieckiego. Będzie pisał o pańskich złamanych palcach, o złocie olimpijskim, które wykuł Pan w bólu, jakiego my – dzisiejsi kibice – nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić. Serwisy informacyjne przerzucają się Pana statystykami, datami, sukcesami i czarno-białymi zdjęciami z lat Pana młodości.
Tamulis już nie jest wrogiem
Tamulis czekał na Pana na niebiańskim ringu dłuższy czas, niespełna osiemnaście lat, od 22 kwietnia 2008 roku. Dziś jednak już nie skrzyżujecie rękawic, nie ściśniecie się w klinczu, wasze oddechy będą spokojne. Nie wiem, może już wpadliście sobie w objęcia. Niegdyś ringowi wrogowie, dziś kompani. Niegdyś tak samo zadziorni, nieustępliwi, teraz uśmiechnięci, którzy nie muszą tam, na górze, już niczego nie udowadniać. Ani Pan, mistrzu, ani Tamulis, nie musicie nerwowo zerkać w stronę sędziego, na to, czyją rękę uniesie.
Dopiero po latach dowiedziałem się, że urodził Pan się w Kołomani w gminie Zagnańsk. Ja dziesięć kilometrów dalej na północ, w Nowym Odrowążku. Kiedy zacząłem interesować się boksem, moimi idolami byli już młodsi od Pana pięściarze - Wojciech Bartnik, Tomasz Borowski czy wreszcie Andrzej Gołota. Życie kibicowskie było dla mnie łaskawe - po latach z każdym z nich miałem okazję zrobić wywiad, chwilę porozmawiać.
Pamiętny wywiad
Gdy teraz zamykam oczy, nie widzę Pana jednak na najwyższym stopniu podium w 1964 roku. Widzę Pana jesienią 2010, w gabinecie ówczesnego dyrektora Miejskiego Centrum Sportu w Skarżysku-Kamiennej Krzysztofa Randli.
Za drzwiami, w hali sportowej trwał turniej, który wspólnie z Miastem Skarżyskiem zorganizował Marcin Najman. Pięściarze obijali rękawice, marząc o sławie, a ja siedziałem tam z Panem i z Jerzym Kulejem oraz ze wspomnianym dyrektorem MCSiR. Byłem wtedy jedynym dziennikarzem, który rozmawiał z Wami w gabinecie. Pamiętam tę chwilę tak wyraźnie, jakby to było wczoraj – ten specyficzny spokój, który od Pana bił.
Jesień 2010, gala boksu w Skarżysku. Od lewej: Krzysztof Randla, ówczesny dyrektor MCSiR, Marian Kasprzyk, Jerzy Kulej, prezydent miasta Roman Wojcieszek.
Bałem się...
Pan Jurek był wulkanem energii. Opowiadał anegdoty, sypał żartami, kradł show – jak to on. Spoważniał na chwilę, gdy wspominał wczesne dzieciństwo z lat okupacji w Częstochowie. A Pan? Pan siedział obok z tym swoim charakterystycznym, skromnym półuśmiechem. Wielki mistrz, który nie musiał nic nikomu udowadniać, który już czekał aż odpocznie w swoich czterech ścianach w Bielsku-Białej. Patrzyłem wtedy na Pana dłonie – te same, które kiedyś kruszyły opór najtwardszych rywali świata – a one teraz spokojnie spoczywały na blacie stołu.
Jerzy Kulej żartował, że dziś nie wyglądacie już obaj na takich, których należy się bać. Ja jednak miałem obawy, że nie zdążę zapisać każdego Pana gestu, tej niesamowitej pokory, która biła od człowieka-legendy. Było w tym spotkaniu, tym wywiadzie coś magicznego. Rozmawialiśmy, a ja marzyłem tylko o tym, żeby wystarczyło kasety magnetofonowej, włożonej do kieszonki srebrnego dyktafonu. Tak, to był wywiad retro, więc sprzęt w pewnym sensie też retro.
Ta sama impreza w Skarżysku. Z dyrektorem MCSiR, Kasprzykiem i Kulejem, słynny trener boksu Andrzej Gmitruk (drugi z lewej). On zmarł osiem lat później...
Już tam na Pana czekali
Pamiętam, jak pomyślałem wtedy: „Siedzę z dwoma herosami polskiego boksu, dzierżąc ten dyktafon, a oni otwierają przede mną wspomnienia. Nie było to łatwe, bo co jakiś czas ktoś przychodził, niektórzy kibice niecierpliwili się, czekali na pamiątkowe zdjęcia z mistrzami.
Nie odnalazłem taśmy z zapisem tamtej rozmowy, choć. Może to i dobrze? Niektóre spotkania powinny zostać tylko w pamięci tych, którzy tam byli. Pan Jurek odszedł 13 lipca 2012 roku, dziś Pan dołączył do kompana z reprezentacji czy innych, drzwi do niebiańskiej hali otworzył Wam trener Feliks "Papa" Stamm. To co, poboksujecie trochę, czy tylko powspominacie, patrząc z góry na nas, toczących jeszcze walki ze swoim życiem. Walki cięższe niż te ringowe. Spotkał Pan tam wreszcie swoją ukochaną żonę, odeszła przed laty, tu na ziemi zmagała się z ciężką chorobą. Już nic Was nie rozdzieli!
Ja czuję jednak obowiązek, by otworzyć te drzwi gabinetu MCSiR i pokazać Wam, jakimi ludźmi byli, gdy gasły światła jupiterów. Za jakiś czas powrócę do opisywania wyników, prezentacji tabel, grafik, postów. Dziś wolę się zatrzymać. Czuję, jakbyście do mnie mówili - młody chłopaku, opisuj, jacy byliśmy, kim byliśmy, żeby o nas wiedzieli jeszcze młodsi od ciebie.
Z tego narożnika już się nie wraca...
Dziś, gdy po 16 latach od tamtego spotkania piszę te słowa, czuję, że domyka się pewna pętla. Jerzy Kulej odszedł pierwszy, teraz Pan dołączył do niego w narożniku, z którego już się nie wraca. Ale dla mnie, tamten gabinet w Skarżysku pozostanie otwarty na zawsze.
Dziękuję Panu za to, że jako nastolatek mogłem Pana podziwiać w starych kronikach, a jako dorosły mężczyzna – mogłem uścisnąć Pana dłoń w mieście, gdzie zaczynałem swoją przygodę jako dziennikarz sportowy. To był mój najważniejszy „wywiad na wyłączność”.
Odpoczywaj Mistrzu. Przeżyłeś 86 lat. Nie musisz już czekać nerwowo na koniec przerwy między rundami, zdejmij już te rękawice. W Twoim życiowym narożniku w końcu zapanował spokój.
Twój kibic i dziennikarz
POLECAM:
Finał olimpijski w Tokio 1964, waga 67 kg: Marian Kasprzyk vs Ricardas Tamulis.






Komentarze
Prześlij komentarz