Ryszard Komornicki o Meksyku'86 i Urbanie. "Janek jest dla tej kadry jak lekarz"

PIŁKA NOŻNA. W marcu reprezentacja Polski powalczy w barażach o awans do finałów mundialu 2026 w Ameryce Północnej. Jeśli awansuje, swój pierwszy mecz w grupie rozegra przeciwko Tunezji w meksykańskim Monterrey! To miejsce bardzo dobrze zna Ryszard Komornicki, były piłkarz naszej kadry, który występował w Mistrzostwach Świata 1986! 
Ryszard Komornicki (na małym zdjęciu) liczy na to, że nasza reprezentacja zagra w mundialu 2026. Zdjęcia Piotr Stańczak i archiwum prywatne. 

Baraże są dwustopniowe. 25 marca 2026 roku reprezentacja Polski pod wodzą Jana Urbana zmierzy się z Albanią na PGE Narodowym w Warszawie. Jeśli pokona tego rywala, 31 marca zagra z Ukrainą lub Szwecją. Ten drugi mecz zdecyduje, która z drużyn pojedzie na finały mundialu w USA, Meksyku oraz Kanadzie. 

Polacy jeszcze nie są pewni awansu, ale już wiedzą, z kim ewentualnie zagrają w grupie F. "Biało-Czerwoni" zmierzą się kolejno z: 
  • Tunezją - 15 czerwca, Monterrey (Meksyk), godzina 4.00 polskiego czasu,
  • Holandią - 20 czerwca, Houston (USA), godz. 19.00 polskiego czasu, 
  • Japonia - 26 czerwca, Dallas (Japonia), godz. 1.00 polskiego czasu. 
Jeśli Polacy zakwalifikują się do mundialu, nasza futbolowa historia zatoczy koło! Kadra powróci do Monterrey dokładnie po 40 latach! Mistrzostwa z 1986 roku dobrze pamięta 66-letni dziś Ryszard Komornicki, były pomocnik naszej reprezentacji oraz piłkarz Górnika Zabrze czy FC Aarau ze Szwajcarii. Obecnie mieszka właśnie w kraju Helwetów, ale na bieżąco obserwuje, co dzieje się w polskim futbolu. Sam w biało-czerwonych barwach rozegrał 20 spotkań, nie strzelił żadnego gola. 

Pewnie wielu kibiców, pamiętających pana sprzed lat, jest ciekawych, czym dziś zajmuje się Ryszard Komornicki? 
- Dziś robię tylko dobre wrażenie (śmiech). Tak już poważnie, to śledzę oczywiście, co dzieje się w piłce nożnej. Nie widzę siebie raczej w roli menedżera, ale kto wie, może jeszcze kiedyś spróbuję sił jako trener (w poprzednich latach Komornicki pracował jako szkoleniowiec w różnych klubach w Szwajcarii, ostatnio było to FC 08 Villingen - przyp. autora). W tej chwili odpoczywam, ale obserwuję, co dzieje się w polskiej piłce, mam kontakt z niektórymi trenerami, można powiedzieć, że jestem na bieżąco. 
Jak pan przyjął nominację Jana Urbana, swego dawnego klubowego i reprezentacyjnego kolegi, na selekcjonera naszej reprezentacji? 
- Z jednej strony zazdroszczę Jankowi, ale z drugiej wiem, jaka ciąży na nim presja. Oczywiście lepiej znałem go jako piłkarza, mniej jako trenera, ale znając jego charakter, podejście do futbolu, też popierałem taką decyzję. Myślę, że w krótkim jeszcze okresie swojej pracy, zrobił z drużyną to, co najważniejsze. Ma ona realne szanse na awans do mundialu, atmosfera w zespole jest dużo lepsza niż wcześniej. Janek pracował jako trener w Polsce, ale jest też związany z piłką hiszpańską, ma doświadczenie z tamtejszych boisk. Uważam, że jego nominacja to dobre posunięcie. 

Ryszard Komornicki (z prawej) z Janem Urbanem, dawnym boiskowym kolegą, dziś selekcjonerem reprezentacji Polski. 

Dwa remisy z Holandią, wygrane z Finlandią i Litwą, drugie miejsce w grupie. Najmniej zadowoleni możemy być po wymęczonym zwycięstwie 3:2 z Maltą na zakończenie eliminacji. 
- Sytuację naszej reprezentacji można porównać do wychodzenia z choroby. Potrzebny jest lekarz, który przepisze nam tabletki, abyśmy wrócili do zdrowia. W trakcie leczenia mogą pojawić się słabsze momenty i właśnie za taki należy uznać mecz na Malcie. 
Janek, właśnie jak ten lekarz, zrobił dużo dobrej roboty i wprowadził do kadry pewien spokój. 
Nie oczekujmy jednak, że od razu wszystko będzie fajnie grało. Może nawet lepiej, że takie spotkanie przytrafiło się w listopadzie, po to, żeby znów nie towarzyszyła nam zbyt duża euforia, aby nie pompować balonika. Myślę, że Janek ma swoją koncepcję i wie, czego chce. Wiadomo, kibice czy media będą narzekać w przypadku słabszego występu, ale zwycięzców się nie sądzi. Jeśli bowiem będziemy notorycznie niezadowoleni nawet w razie wygranych, to znaczyłoby, że coś jest nie tak z naszymi oczekiwaniami. Przypomnijmy, że jeszcze pół roku temu, kiedy trenerem reprezentacji był Michał Probierz, stan naszej kadry, atmosfera wokół niej były katastrofalne. Dziś kadrowicze zmierzają do tego, żeby odgrywać jakąś rolę a nie - za przeproszeniem - kopać się po czołach. 
40 lat temu Polska nie musiała grać w barażach, o tej porze byliście już pewni gry w mistrzostwach w Meksyku. Może to pytanie nie powinno paść tylko do pana, ale czy na etapie przygotowań do tamtego turnieju, sztab kadry, PZPN, nie popełniły jakichś błędów w planowaniu przygotowań. Czy to później nie odbiło się na wynikach? Mam na myśli aklimatyzację, wybór ośrodka przygotowań na miejscu.  
- Poproszę o inny zestaw pytań (śmiech). Co mogę powiedzieć, osobiście byłem niezadowolony z tego, jak zaprezentowaliśmy się w turnieju, pomimo, że wyszliśmy z grupy (Polska zremisowała z Maroko 0:0, pokonała Portugalię 1:0, przegrała z Anglią 0:3, w 1/8 finału uległa Brazylii 0:4 - przyp. autora). Pamiętam, że na zgrupowanie kadry, my, piłkarze Górnika, udaliśmy się bezpośrednio po finale Pucharu Polski, w którym przegraliśmy 1:4 z GKS Katowice. Jeszcze tego samego wieczoru dotarliśmy do Warszawy i chyba już drugiego dnia wylecieliśmy na obóz do Niemiec. Nie do mnie, jako piłkarza, należało ocenianie, czy plan przygotowań był właściwy. Mogę powiedzieć tylko, że zabrakło nam trochę oddechu, regeneracji po ciężkim ligowym sezonie. Pojechaliśmy do Niemiec i z marszu zaczęliśmy przygotowania do mistrzostw świata. Mówię to oczywiście ze swojej perspektywy, bo inni koledzy mogli czuć się bardziej wypoczęci, może mieli większą przerwę od piłki.  

Skrót meczu Brazylia - Polska (4:0) w mundialu w Meksyku. 

Do tej pory ludzie wspominający meksykański mundial mówią o ciężkim klimacie na miejscu, który dla was - Europejczyków - był trudny do wytrzymania. 
- Powiem tak - ja zawsze byłem i jestem wdzięczny za to, że w ogóle miałem okazję uczestniczyć w takiej imprezie i grać w reprezentacji. Na pewno nie wszystko przebiegało idealnie, tym bardziej jeśli weźmiemy pod uwagę tamtejszy klimat i pogodę, wilgotność powietrza, ale z drugiej strony boiska do treningów były tak fajne, że nie chciałem z nich schodzić. Najgorsze było jednak zmęczenie po sezonie ligowym. Mimo, że ważyłem niewiele, to na miejscu w Meksyku i tak schudłem (śmiech). Nie znam się na planowaniu przygotowań, nie będę tego oceniał, myślę tylko, że część z nas zasłużyła na dłuższy odpoczynek między sezonem w Polsce a wyjazdem na mistrzostwa. 
Nie można jednak mówić, że na naszą słabą grę wpłynął tylko klimat. Były też inne problemy. Zawiedliśmy jako zespół i tyle. 
Paradoksalnie można powiedzieć, że najlepsze momenty turnieju kadra miała chyba w ostatnim, przegranym 0;4 spotkaniu z Brazylią w 1/8 finału. 
- Nasza reprezentacja miała w tamtym czasie kłopot bogactwa na przykład w pomocy. Mieliśmy wielu mocnych zawodników drugiej linii, na co dzień występujących w Górniku Zabrze, Legii Warszawa, Lechu Poznań, Widzewie Łódź czy Śląsku Wrocław. To byli topowi piłkarze w swoich klubach. Siłą rzeczy nie każdy mógł jednak zagrać w reprezentacji tyle, ile by oczekiwał. Stąd niektórzy byli niezadowoleni. Ja na przykład w kadrze często występowałem na boku pomocy, mimo, że nominalnie byłem graczem środka pola. Nie chcę się jednak skarżyć. Co do meczu z Brazylią - wiadomo, rywal światowej klasy, inny, korzystniejszy niż w Monterrey klimat w Guadalajarze, fantastyczna atmosfera na trybunach, 40 tysięcy kibiców "Canarinhos" i my, nie mający nic do stracenia. Zawodnicy, którzy wcześniej grali w mistrzostwach niewiele, dostali ostatnią szansę, żeby się pokazać. Ja nie poleciałem wtedy na mecz z Brazylią, oglądałem go w telewizji. Cóż, ciężko po takiej porażce mówić, że zagraliśmy jakiś dobry mecz. 0:4 to po prostu 0:4... Żaden powód do zadowolenia. Według mnie najlepszy mecz rozegraliśmy w grupie przeciwko Portugalii, zwyciężyliśmy 1:0 po golu świętej pamięci Włodka Smolarka. Ogółem turniej był dla nas słaby i nie ma co usprawiedliwiać się klimatem, nawet jeśli był faktycznie ciężki. 

Mecz Polska - Portugalia na mundialu'86 w Meksyku. Komornicki (z lewej) w pojedynku z Antonio Sousą. Foto Getty Images. 

Historia zatacza koło, mundial po 40 latach powraca do Ameryki Północnej, choć teraz drużyny będą grać nie tylko w Meksyku, ale również w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Nie jesteśmy pewni awansu, ale wiemy już, z kim zagramy w grupie. 
- Grupa z Holandią, Japonią i Tunezją nie wydaje się być arcytrudna. Niedawno dwukrotnie zremisowaliśmy z Holandią w eliminacjach, nie jest to zespół będący poza naszym jakimkolwiek zasięgiem. Potrzeba nam pokory, ale nie możemy jej mylić ze strachem. Na pewno mamy szansę wyjść z grupy. Problem jaki może nam doskwierać to podróże między stadionami, gdzie przyjdzie grać mecze. Tym jednak kadra będzie zajmować się dopiero wtedy, gdy wygra baraże o awans. Od tego trzeba zacząć. 
Pierwszy mecz zagralibyśmy z Tunezją w Meksyku, w dodatku w Monterrey! Coś jakby powtórka z rozrywki. 
- Podobnie jak my w 1986 roku przeciwko Maroko. Takie drużyny są nieobliczalne i na pewno łatwiej będzie im przystosować się do tamtejszego klimatu niż Europejczykom. Ci piłkarze są przyzwyczajeni do takiej pogody. Nie wiem natomiast, jak będzie na boiskach w USA. Nie mówiłbym więc dziś za dużo, co możemy. Grunt to dobrze przygotować się do turnieju. 
Swoim młodszym kolegom dałbym natomiast radę - skoncentrujcie się na zespole, grajcie dla niego, nie myślcie przede wszystkim o swoich ambicjach.
Z ponad 20 zawodników z kadry każdy chciałby zagrać w wyjściowym składzie, ale trener nie może wystawić wszystkich. Ci, którzy usiądą na ławce rezerwowych muszą czuć się częścią drużyny, solidarność na takiej imprezie jest bardzo ważna. Nawet jeśli nie gram, to wspieram kolegów, czekam na swoją szansę. Media podgrzewają atmosferę, jest zainteresowanie kibiców, ale grunt, żeby kadra miała zapewniony spokój. Mówi pan o grupowych rywalach. Mnie najbardziej boli, że my zawsze mówimy dużo o przeciwniku, nawołujemy ciągle do wiary we własne siły, a to powinno być oczywiste, jeśli masz w reprezentacji zawodników grających w mocnych ligach, takich z potencjałem. Czego mielibyśmy się obawiać? Kiedy wychodzisz na boisko, musisz być przekonany, że sobie poradzisz. Śmiesznie brzmi np. motywowanie piłkarzy Barcelony, FC Porto czy Aston Villi, żeby uwierzyli we własne siły, podobnie w przypadku innych. Jedyne zastrzeżenie, jakie mógłbym mieć do Janka Urbana, to gra trójką obrońców. Jeśli jednak taki system będzie się sprawdzał i będą wyniki, to daj Boże tylko takie dylematy. Nie chcę jednak niczego selekcjonerowi, swemu dawnemu koledze z boiska podpowiadać, bo ma doświadczenie i kompetencje. 
Ma też Albanię, jako pierwszego rywala w barażach o finał mundialu. Co może pan powiedzieć o tym przeciwniku? 
- Jak już wspomniałem, nie przywiązujmy do rywali większej wagi niż do własnych umiejętności oraz możliwości. Marzec to czas kiedy rozgrywki ligowe są w pełni, wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, że nie można przed barażami zorganizować np. dwutygodniowego zgrupowania. To już nie te czasy, ale z tym mierzą się wszystkie reprezentacje. Jako trener pracowałem w klubach między innymi z graczami z Albanii czy Kosowa. 
To nacje, mające umiejętności, waleczne, ale najtrudniej przychodzi im sprostać dyscyplinie taktycznej. Jeżeli na boisku coś nie układa się po ich myśli, potrafią się denerwować, dekoncentrować, górę biorą emocje. 
Nie wolno im natomiast pozwolić rozwinąć skrzydeł, pograć piłką, wtedy jest naprawdę ciężko ich powstrzymać. Wie pan, tak się złożyło, że ja swój pierwszy i ostatni mecz w reprezentacji rozegrałem właśnie przeciw Albanii. Pierwszy w 1984 roku w eliminacjach do mundialu'86, zaś ten pożegnalny cztery lata później w kwalifikacjach do mistrzostw świata'90. Już wtedy byli trudnym przeciwnikiem. 
Swego czasu rozmawiałem z Agustinem Kolą, który zdobył bramkę w meczu Polska - Albania w 1984 roku w Mielcu. Dla nich, graczy żyjących w totalitarnym komunizmie, okazja do rywalizacja z taką ekipą jak Wy czterdzieści lat temu, była nie lada wydarzeniem. 
- Pamiętam tamto spotkanie, w drugiej połowie pojawiłem się na boisku w miejsce Kazia Budy. My jednak wyszliśmy na to spotkanie słabo skoncentrowani. Albańczycy mieli dużo jakości w ofensywie, w obronie skutecznie nam przeszkadzali, skutecznie wychodząc do kontrataków. Efekt był taki, że zremisowaliśmy 2:2, odrabiając straty na dziesięć minut przed końcem. To już szmat czasu, ale jedno się nie zmieniło - nie można podchodzić do rywala na zasadzie takiej, że szybko ich rozklepiemy. Wierzę, że obecny sztab reprezentacji dobrze rozpracuje Albanię. Przede wszystkim natomiast musimy grać konsekwentnie. Nie możemy z drugiej strony, w meczu u siebie, nastawiać się tylko na wybijanie przeciwnika z rytmu. Z całym szacunkiem dla Albanii, ale jeśli ona miałaby w Warszawie dyktować warunki gry, to oznaczałoby, że z naszą reprezentacją nie jest ok. 
Nie chodzi o dominowanie, bo ja tego słowa w sensie piłkarskim nie lubię, ale o pokazanie rywalowi, że nic tutaj dziś nie ugracie. 
Skoro wracamy pamięcią do czasów komunistycznych w Albanii, to ja mam jeszcze jedno wspomnienie odnośnie naszych meczów z tą drużyną. 
Proszę opowiedzieć. 
- Wiosną 1985 roku graliśmy w Tiranie rewanżowy mecz właśnie w eliminacjach do mundialu w Meksyku. Kiedy wylądowaliśmy na miejscu, przywitał nas szpaler wojskowych z karabinami. Pieczołowicie nas kontrowali, sprawdzali dokumenty, torby, wszystko kazali z nich wyciągać. Na stadionie Heysel w Brukseli odbył się wtedy ten mecz Juventusu z Liverpoolem, w czasie którego doszło do zamieszek i tragedii na trybunach (zginęło 39 osób - przyp. autora). Chcieliśmy obejrzeć mecz w telewizji, siedzieliśmy w sali konferencyjnej, Włodek Smolarek miał krótkie spodenki. Podszedł portier i powiedział mu, żeby założył dłuższe, bo nie wolno siedzieć w krótkich. Włodek odpowiedział coś w stylu "daj mi spokój, co mi tu będziesz nakazywał". 
Ten więc wyłączył telewizor i dał do zrozumienia - albo Smolarek założy długie spodnie, albo nie ma transmisji! 
Taki to był restrykcyjny kraj a dla nas jednak coś zupełnie niespotykanego. Mecz wygraliśmy 1:0 po golu Zbyszka Bońka, który kilkadziesiąt godzin wcześniej zagrał z Juventusem na tym Heysel... 

Komornicki jako trener szwajcarskiego FC 08 Villingen. Foto archiwum prywatne. 

Od historii oraz Albanii przejdźmy do Szwajcarii, gdzie pan mieszka na co dzień. Reprezentacja tego kraju, w przeciwieństwie do nas, jest już pewna gry w mundialu. W grupie zmierzy się z gospodarzami, Kanada, Katarem i jeszcze jednym zwycięzcą barażu. Jaka atmosfera panuje wśród kibiców w kraju Helwetów? 
- Szwajcarzy żyją teraz hokejem na lodzie, ewentualnie skokami narciarskimi w Engelbergu. Piłkarze swój ostatni mecz w eliminacjach zremisowali w Kosowie 1:1, awansowali, ale kibice byli bardzo niezadowoleni. No ok, nie zwyciężyli, ale cel osiągnęli, jadą na mundial, tymczasem fani gwiżdżą i wyrażają dezaprobatę. Dziwne prawda? Tu jednak futbol nie wywołuje aż takich emocji jak hokej, skoki narciarskie czy slalomy giganty. Występy piłkarzy nie rozgrzewają mediów, nie ma długich analiz czy komentarzy. Tutaj nie rozmawia się przez długie miesiące o grze reprezentacji. Może większe zainteresowanie będzie już bliżej samych mistrzostw. Sama reprezentacja ma kilku doświadczonych graczy, stanowią kolektyw i mogą na mundialu odegrać ważną rolę. Początkowo kiepsko układała się współpraca nowego trenera (Muratan Yakina - przyp. autora) z najlepszym zawodnikiem kadry Granitem Xakką, ale w końcu doszli do porozumienia. Wcześniej reprezentacji Szwajcarii wiodło się różnie, przegrywali mecze, tracili punkty, ale wygląda na to, że wyciągnęli wnioski i dziś pokazują jedność na boisku. Mają solidny zespół i sam jestem ciekaw, jak poradzą sobie w finałach mistrzostw. 
Dziękuję za rozmowę.  

POLECAM: 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Włodzimierz Lubański o swej kontuzji i Royu McFarlandzie: nie zaatakował mnie złośliwie

Francja - Polska 1:1. W Parku Książąt prawie doszło do cudu. Byliśmy o krok od pokonania przyszłego mistrza świata!