Przejdź do głównej zawartości

Na biało-czerwonym szlaku, część 1: Jak zostałem Rijkaardem! Italia zmieniła moje życie. Gary, niech cię szlag...

"Na biało-czerwonym szlaku" to książka, która zrodziła się z pasji do piłki nożnej i w ogóle sportu. Od dziś będę publikował ją w odcinkach na moim blogu. Zachęcam do lektury i podróży po wielkich stadionach oraz lokalnych i wiejskich boiskach. Startujemy! Dziś część pierwsza.
21 maja 1989 roku, ja w czasie Pierwszej Komunii. Niby to zdjęcie nie ma nic wspólnego z piłką nożną, ale... Na europejskich boiskach królował wtedy AC Milan, ja na szkolnym boisku byłem w tamtym czasie "Frankiem Rijkaardem". Foto prywatne
 
 
KRÓTKA PIŁKA (WSTĘP)
9 października 2009. Chłopaki budzą mnie z drzemki na przednim siedzeniu busa. - Zaraz wjeżdżamy do Czech, trzeba wymienić kasę - usłyszałem głos jednego z chłopaków. Ocknąłem się, leniwie odprowadziłem wzrokiem tabliczkę z napisem “Szklarska Poręba”. Za chwilę faktycznie meldujemy się w Republice Czeskiej. Zatrzymujemy się obok jednego z zajazdów. Jest kantor, można wymienić złotówki na korony, choć ja to zrobiłem jeszcze w kraju. Idzie szybko i sprawnie, wsiadamy, ruszamy. Ktoś z chłopaków rzuca pytanie: - Jak się nazywał Czech z mistrzostw we Włoszech, ten, który był wicekrólem strzelców? 

Zaczęliśmy się zastanawiać, tak mijały kolejne minuty. I nic, pamięć zawiodła. Z rozważań po kilku minutach wybił nas patrol czeskiej policji. Dają znak do tego, aby zatrzymać się na parkingu obok zajazdu. Proszą o dokumenty. Przeglądają dowody, sprawdzają, czy nie jesteśmy notowani, czy nie posiadamy zakazów stadionowych. Trwa to krótko. Możemy ruszać w drogę. Kierujemy się w stronę Pragi, ale niedługo potem znów sprawdza nas inny patrol, choć tym razem już możemy wysiąść z naszego busa i przejść do pobliskiej stacji paliw. Z Tomkiem, jednym z organizatorów całej wyprawy ciągle zastanawiamy się, jak nazywał się ten czeski napastnik. - Mam na końcu języka. Chodź, zapytamy ich - wskazuję mu dwójkę młodych czeskich policjantów. Ci przyglądają nam się bacznie, ale widząc, że nie podążamy w ich kierunku z agresywnym nastawieniem tylko obserwują z ciekawością dwóch gości w biało-czerwonych barwach. 
- Pane, pane - próbuję uparcie błysnąć znajomością czeskiego - wasz, napastnik, Italia 90 - mówię i w pewnym momencie prezentuję ruch głowy, taki, jak gdybym uderzał piłkę głową. Śmieją się ci dwaj, śmieje się Tomek. - No, jak nie wiecie pane, Italia 90 - kontynuuję z uporem maniaka. - Nevíme, jsme mladí - mówi jeden z policjantów. 
Robi się śmiesznie, nadal traktują nas z dystansem, ale widać, że bawi ich cała sytuacja. Mnie nie bawi, zrezygnowany idę do busa. - Nic się nie znają, co z tego, że młodzi. Jest mecz, takie rzeczy o swoich piłkarzach się wie - mamroczę pod nosem. Nawet im pokazałem, jak ten as Czechosłowacji uderzał z główki. Ruszamy w kierunku Pragi. Gdy meldujemy się na miejscu, jest już wieczór. W stolicy Czech panował stan podwyższonej gotowości, wszystko z okazji przyjazdu tysięcy polskich kibiców. Gdzieś tam słychać strzały z broni hukowej, w pobliżu stukają kopyta policyjnych koni. Dzieje się! Docieramy na stadion. Pod bramką, którą wchodzimy na polski sektor tłok. Stoimy, mamy chwilę, żeby temu wszystkiemu się przyjrzeć. W pewnym momencie Tomek szturcha mnie i uśmiecha się: - Ty, wiem. Thomas Skuhravy! - wypalił z satysfakcją. - Faktycznie! - odpowiadam. Do licha, tyle czasu zajęło nam, zanim przypomnieliśmy sobie nazwisko słynnego czeskiego, długowłosego napastnika, dla którego mundial we Włoszech był piłkarską imprezą życia. I to w dodatku przed samym wejściem na sektor, kiedy atmosfera wokół stadionu była naprawdę gęsta i gorąca. Dla porządku napiszę, że wieczorem przegraliśmy wtedy z Czechami 0:2, nie mając już szans na awans do mundialu w Republice Południowej Afryki. Tak kapitalnego dopingu w wykonaniu kilku tysięcy kibiców reprezentacji Polski, jak wówczas na stadionie w Pradze, nigdy już później nie przeżyłem. 

Przypadek Skuhrawego pokazuje jednak, że pamięć kibica bywa zawodna. Dopóki nie przeleje tego na papier, nie będzie miał pewności, że gdzieś ta wiedza, z wiekiem mu nie uleci… Więc przelewam to, co przeżyłem kibicując biało-czerwonym (ale nie tylko) na przełomie lat. Od dziecka po dorosłego faceta, w którym - kiedy tylko zaczyna grać reprezentacja - znów odzywa się we mnie to dziecko. Już jednak nie przynudzam! Polecam lekturę oraz liczne wywiady. Powspominajmy razem - kibice, piłkarze, nasi dawni rywale zagraniczni oraz wszyscy ci, którzy w latach 90. zdobywali ważne gole na światowych i europejskich turniejach.
Zaczynajmy!

 
 
- Goool, Proszę Państwa, Włodzimierz Smolarek! – z błogiej dziecinnej drzemki wyrwał mnie charakterystyczny głos Dariusza Szpakowskiego, komentującego na antenie telewizji mecz Polaków z Portugalią na Mundialu w Meksyku w 1986 roku. Miałem wtedy sześć lat i nawet nie bardzo zdawałem sobie sprawę z tego, że właśnie rozpoczyna się dla mnie życiowa misja sportowego kibica i sprawozdawcy.

Wtedy Polacy wygrali 1:0, a ja dopiero po wielu latach dowiedziałem się, że skądinąd przeżyłem historyczną chwilę – to był jedyny gol jaki na tamtych mistrzostwach zdobyliśmy i trochę taki symbol głębokiego kryzysu naszego futbolu, jaki dopiero miał na dobrą sprawę nadejść. 
 
POLECAM: 
 

Piłką nożną i sportem zacząłem tak na dobre interesować się dopiero później, pod koniec lat 80. Akurat wtedy na topie był głównie włoski AC Milan z holenderskim, gwiazdorskim tercetem – Marco van Bastenem, Ruudem Gullitem i Frankiem Rijkaardem. Wychowywałem się w małej wsi Nowy Odrowążek na północy Kielecczyzny. Trzydzieści lat temu dzieciaki nie miały tam innych atrakcji, jak tylko gra w piłkę gdzieś na nieużytkowanych pastwiskach, czy pod lasem z dala od domostw. Starsze pomagały w gospodarstwach, ale sport ogólnie był na topie, tyle, że w wydaniu czysto amatorskim i pasjonackim. W szkole podstawowej graliśmy z kolei na betonowym boisku i często nazywaliśmy się właśnie „Guulitami”, „van Bastenami” czy „Rijkaardami”. My z Nowego Odrowążka byliśmy Milanem, chłopaki z Odrowążka (nazwaliśmy go “starym”) to był dla nas “Niverpul”. Rzecz jasna chodziło o angielską legendę, FC Liverpool, która to zresztą w tamtym okresie była potęgą, ale nielubianą w Europie ze względu na liczne chuligańskie wybryki kiboli. 
My przeważnie kopaliśmy biedronówki, bądź gumowe piłki, które szybko lądowały na drewnianych deskach i przebijały je gwoździe. Dopiero, kiedy mój ojciec wrócił z zagranicznego kontraktu z Leningradu (dziś Sankt Petersburg) i przywiózł futbolówkę z indyjskiej skóry, człowiek miał wreszcie rarytas jak diabli! Dbałem o nią, przetrwała cztery lata, choć też niejednokrotnie była zszywana… 
Impulsem do kopania futbolówki były dla mnie jednak tak naprawdę dopiero Mistrzostwa Świata we Włoszech w 1990 roku. Ale bohaterami moimi (i moich rówieśników) wcale nie byli Polacy. Ot bardziej znałem wyżej wymienionych Holendrów, Kameruńczyka Rogera Millę tańczącego przy narożnikach po strzelonych bramkach, wiedziałem oczywiście kto to Diego Maradona, Lothar Matthaeus, ale – o dziwo - najbardziej „kręciła” mnie gra blondwłosego Argentyńczyka Claudio Caniggi, czy choćby Czecha Thomasa Skuhravego, albo brytyjskiego weterana w bramce Lwów Albionu Petera Shiltona, ekstrawaganckiego Kolumbijczyka Carlosa Valderramy czy jego rodaka, bramkarza Rene Higuity. 
Po brzydkim finale wygranym przez Niemców zachodnich napisałem w swoim kajecie, gdzie skrupulatnie notowałem wyniki Mundialu wielkimi literami „RFN (Republika Federalna Niemiec) MISTRZEM ŚWIATA”. Pewne było jedno - turniej w słonecznej Italii bezpowrotnie już zmienił moje życie, banalnie od momentu gdy zobaczyłem jak w meczu otwarcia broniąca tytułu Argentyna przegrała z Kamerunem 0:1. Fachowcy i różni specjaliści dziś oceniają, że tamten mundial był nudny, ale dla mnie chyba jedyny w swoim rodzaju. Pierwszy! 
Potem już nic nie było takie samo, piłka zawładnęła moim życiem, choć jako dziesięciolatek nie zdawałem sobie do końca sprawy, jak rodzi się we mnie coś szczególnego. Wtedy po prostu bawiłem się tym i chłonąłem jak gąbka wiedzę o piłkarzach, drużynach, stadionach, miastach. Obok szkoły działał jeszcze wtedy jedyny w okolicy kiosk. Tam któregoś dnia kupiłem piłkarzyki i “dogrywałem” te mecze z Włoch na swojej planszy. Czułem niedosyt po tym, co widziałem w telewizji. Było mi mało. Grając piłkarzykami analizowałem - może ten powinien kopnąć tu, a nie tak, jak uczynił w prawdziwym meczu. Ot, nauka taktyki możliwa dzięki zwykłej zabawie z kulką z łożyska. Dla chcącego nic trudnego. Niestety, sprężyny w piłkarzykach długo nie wytrzymały. Po włoskich mistrzostwach były już mocno zużyte.  
 
POLECAM: 
 

Mecze reprezentacji Polski zacząłem regularnie śledzić dopiero w 1991 roku. Ekipa Andrzeja Strejlaua walczyła akurat o przepustki na Euro 92 w Szwecji. Pamiętam mecz z Turcją, który wygraliśmy 3:0, choć był nerwowy i szarpany. Gole zdobyli wtedy dwaj przedstawiciele rocznika 1962 – Ryszard Tarasiewicz i Jan Urban, trzeciego dołożył Roman Kosecki (rocznik 66). Aż mi żal „cztery litery” ściska, ile byśmy dali za taki wynik z Turkami na przykład dekadę później, podczas mundialu w Korei i Japonii, jakie oni zrobili postępy, a jakie my… Lata dziewięćdziesiąte przepracowali piłkarze znad Bosforu solidnie. Wtedy, w 1991 roku, nikt się jeszcze na poważnie z nimi nie liczył w Europie, a tym bardziej w świecie. A teraz pytanie, drodzy kibice – pamiętacie tego skurczybyka Gary’ego Linekera? He He, pytanie retoryczne. Anglik o niewinnej twarzy młodzieniaszka z collegu okazał się być katem polskiej piłki na przełomie lat 80. i 90. 
 
Jesienią decydowały się losy awansu do Euro, nawet przez jakiś moment mieliśmy awans w ręku. W ostatniej kolejce Turcy niespodziewanie prowadzili z Irlandią, a my w Poznaniu wygrywaliśmy z Anglikami po golu Romana Szewczyka 1:0. Ależ było to wszystko cholernie blisko! Ale Angole mieli tego Linekera. Zawsze potrafił się znaleźć w polu karnym. Taki „lisek-chytrusek”. Przechytrzył polską obronę na kwadrans przed końcem, gdy pierdyknął nożycami i Józef Wandzik był bez szans… Mecz zakończył się remisem 1:1, który nic nam de facto nie dawał, bo to nie my mieliśmy na to Euro do Szwecji jechać. 
 
Co pamiętam jeszcze – angielskich kiboli, w tamtym czasie cieszących się złą sławą. W końcu to było raptem sześć lat po słynnej tragedii na stadionie Heysel… Tamta jesień 1991 była dla mnie smutna. Marzyłem tak bardzo, żebyśmy kiedyś tych Angoli butnych załatwili, żeby ten Lineker wreszcie zakończył karierę i nas nie katował. 
Gdybym mógł, powiedziałbym mu wtedy swym szczeniackim głosem – Gary, niech cię szlag! Co ty nam zrobiłeś i czemu nas tak krzywdzisz? Tak właśnie, to Lineker zaczął mi uświadamiać, że piłka – w całym swoim pięknie i uroku – bywa również okrutna. Człowiek musiał czegoś na osłodę poszukać w końcu i znalazł! Długo to trwało, bo całą zimę i kawał wiosny.
Całkiem udany i historyczny już dziś dla polskiej piłki kopanej rok 1992 wcale jednak nie rozpoczął się dla biało-czerwonych tak różowiutko… Wybrańcy Andrzeja Strejlaua pojechali do Szwecji, owszem – ale nie na Mistrzostwa Europy, lecz majową towarzyską potyczkę z drużyną Trzech Koron, która szykowała się akurat do roli gospodarzy tej imprezy. Biało-czerwoni dostali łomot okropny, 0:5… uff, jakie szczęście, że dowiedziałem się o wszystkim dopiero pod koniec relacji na antenie Pr. 1 Polskiego Radia, a nie przyszło męczyć się przed ekranem TV. To był jeden blamaż, a o drugi niestety postarała się olimpijska reprezentacja prowadzona przez trenera Janusza Wójcika. Młodzieżówka walczyła akurat o awans do turnieju piłkarskiego na olimpiadę w Barcelonie. Drużyna, która jeszcze pół roku wcześniej radziła sobie z powodzeniem z równolatkami z Anglii czy Irlandii (ogrywając obie ekipy), teraz mierzyła się z Duńczykami w Aalborgu. Ależ nam zafundowała występ… Totalny nieład, brak pomysłu na grę. Skończyło się również na 0:5 i już zacząłem sobie wybijać z głowy igrzyska w stolicy Katalonii. W rewanżu w Polsce zremisowaliśmy 1:1, a bramkę w końcówce zdobył Andrzej Juskowiak. Nie pamiętam dalszych regulaminowych niuansów, ale tak się stało, że ten gol i ta bramka i w konsekwencji remis zapewniły nam jednak bilety do Hiszpanii. Wtedy poznałem znaczenie terminu „kuchenne drzwi”. 
 
Mało kto, chyba prócz nich samych, w ogóle spodziewał się, że chłopaki „Wójta” cokolwiek zwojują w tej słonecznej Barcelonie, mowa konkretnie o medalu. Ponieważ jednak nadeszły już wakacje, mogłem do woli śledzić relacje telewizyjne z przygotowań młodzieżówki do olimpiady. Na kogo liczyłem oprócz „Józka”. Ano właśnie! Tu muszę się zatrzymać, nawet wrócić do 1991 roku i meczów Legii Warszawa z Sampdorią Genua w ćwierćfinale Pucharu Zdobywców Pucharów. Włochów na czele z Gianlucą Viallim, Roberto Mancinim czy łysiejącym wtedy Massimo Lombardo pognębił 19-letni wtedy młokos z warszawskiego Bródna. Zwał się Wojciech Kowalczyk! Polubiłem „Kowala” za te bramki, za styl bycia, za to, że dla mnie jako dzieciaka stał się pewną nadzieją. Skoro ojciec miał Deynę, Latę (zaznaczam – jako piłkarza, nie polityka, działacza i prezesa PZPN) czy Szarmacha, dlaczegóż ja miałbym nie mieć swojego piłkarza, którego mógłbym darzyć szczególną sympatią. 
Wojtek wybijał się wtedy do pierwszej reprezentacji, wchodził doń prawdziwym przebojem. No i był to taki gość, którego mógłbym na przykład traktować jak starszego brata, co to tłumaczy jak bramki strzelać należy. Tak więc pokładałem nadzieję w „Kowalu”, Juskowiaku, także Aleksandrze Kłaku, bramkarzu, w którym widziałem w przyszłości golkipera z prawdziwego zdarzenia w dorosłej reprezentacji.
Lato 1992 stało się dla mnie bezapelacyjnie jednym z najpiękniejszych okresów w kibicowskim życiu (nawet do tej pory, mimo, iż przekroczyłem już czterdziestkę). O pierwszym meczu z Kuwejtem mogę powiedzieć tyle, że dwie bramki zdobył Juskowiak i karnego niemiłosiernie spartolił Mirosław Waligóra… Prawdziwe emocje przyszły dopiero w drugim spotkaniu olimpijskiego turnieju z Włochami, wówczas młodzieżowymi mistrzami Europy z Demetrio Albertinim i Dino Baggio na czele. Chyba nas zlekceważyli, bo potem srodze się zawiedli. Cattenacio w wydaniu młodzieżowym nie poskutkowało, wzięło w łeb, gdy do roboty wzięli się gracze Wójcika. Juskowiak, Ryszard Staniek i Grzegorz Mielcarski dobili pewnych siebie Włochów. O matko! 3:0 z Włochami! Nawet jeśli chodziło o mecz młodzieżówek na niedocenianym jeszcze wtedy turnieju olimpijskim, to jednak robiło piorunujące wrażenie. 
 
Po remisie ze Stanami Zjednoczonymi (2:2) oraz zwycięstwie nad egzotycznym Katarem (2:0) dostaliśmy się do półfinału. Tu czekała Australia. Wygraliśmy 6:1, ale ci, co ów mecz dobrze pamiętają nigdy nie powiedzą, że to było to łatwe spotkanie. Wprost przeciwnie! Zwłaszcza w pierwszej połowie męczyliśmy się okrutnie. Wprawdzie wygrywaliśmy 2:1, ale ci rywale z Antypodów nie prezentowali się jak przysłowiowe piłkarskie ogórki. Z tego co pamiętam mieli w swych szeregach nawet zawodników posiadających rodzinne korzenie w byłej Jugosławii, twardzi byli i nieustępliwi. Dopiero po przerwie pękli pod biało-czerwoną nawałnicą! Kowalczyk, Juskowiak oraz spółka rozbili Australijczyków w pył. Ojciec wspominał, że podobnie było dziesięć lat wstecz, gdy drużyna Antoniego Piechniczka pokonała Peru (5:1) na Mundialu także w Hiszpanii. 
 
 
POLECAM: 
W ogóle z ojcem w czasie tamtego wieczoru historia była bardzo ciekawa. Początek sierpnia to był czas żniw. Młockarnia krążyła we wsi, od jednego gospodarstwa do drugiego. Młóciła zboże od rana do późnego wieczora, akurat u nas już koło dwudziestej, w czasie półfinału. To był bardzo ciepły, wręcz upalny czas. Ojciec co jakiś czas przerywał robotę, podchodził do okna mojego pokoju i wtedy pytał z ciekawością o wynik, po czym wracał do stodoły. Ja pełniłem rolę sprawozdawcy. Potem, gdy już obejrzał powtórki meczu, mówił, że gra naszych młodzieżowców przypomina mu zabójcze kontrataki reprezentacji z lat 70. i 80. Wielką sprawą było słyszeć dla mnie coś podobnego, gdyż ojciec wiele mi opowiadał o Orłach Górskiego, bohaterach jego młodości. 

Po triumfie nad Australią wpadłem w dużą euforię! Z kim gramy w finale? Z Hiszpanią! Fakt, silni gospodarze, może nawet lepsi technicznie, ale przed tą naszą kontrą nie będą w stanie się zabezpieczyć. Tak myślałem! Finał w obecności 90 tysięcy widzów na legendarnym Camp Nou w Barcelonie nawet przed telewizorem mógł przyprawić o mocny dreszczyk podniecenia. Kurcze, co by się dopiero działo, gdyby człowiek siedział tamże w środku całego kotła!!! Zaczyna się właśnie historyczny mecz, w pierwszej połowie radzimy sobie jak równym z równym, choć trochę piłkarskich szachów też było. Graliśmy trochę zachowawczo, Hiszpanie też nie kwapili się jakoś do skomasowanych ataków. 
Wreszcie w 44 minucie Kowalczyk wyłuskał przed polem karnym piłkę Lopezowi, znalazł się sam na sam przed bramkarzem rywali i celnie przymierzył tuż przy słupku! Gooool!!! O kurde, a to się porobiło! Jest przerwa, łapę z ganku piłkę z indyjskiej skóry i pędzę z nią na bramę. Koniecznie musiałem przymierzyć tuż przy słupku. Tak jak „Kowal”. Raz się nie udało, to ponownie, ale majstersztyk musi być! Najwyżej ojciec nowe sztachety wprawi! 
Po kwadransie wracam przed TV, a piłkarze na płytę barcelońskiego „piekła”. Akurat we wsi odbywały się żniwa, pracowały maszyny, ale ich hałas był zagłuszany. Tylko ojciec, znów zajęty robotą z innymi co jakiś czas podbiegał do okna i pytał, jaki wynik. Długo tym prowadzeniem się nie nacieszyliśmy… - I gol, Alfonso. Nie, Abelardo… - zakomunikował Dariusz Szpakowski, gdy Hiszpanie wyrównali na 1:1. Potem prowadzenie dał im niejaki Kiko… - Kur… - wyrwało mi się mimochodem. Ale nadzieje dał jeszcze Ryszard Staniek, który na kwadrans przed końcem wyrównał stan meczu na 2:2. Widziałem w oczach naszych orłów zmęczenie, ale i nadzieje. Dużo ich kosztował ten pojedynek w katalońskiej niecce, w parny, sierpniowy wieczór. Martwiłem się, jak wytrzymamy dogrywkę, ale niepotrzebnie, bo nawet do niej nie dotrwaliśmy. W ostatniej minucie błąd naszej obrony wykorzystał Kiko Narvaez (wywiad z nim znajdziecie TUTAJ). 
Przegraliśmy 2:3… Siedzę przed tym ekranem i łzy napływają do oczu. Kurde, nie przeżyłem tak nawet tej bramki Linekera w Poznaniu. A tu dałem upust emocjom. Cisza, nic nie mówię. Ojciec podbiega do okna, mówię mu co i jak… Cholera, czemu to się akurat tak potoczyło, dlaczego w tym meczu, w tej minucie, w tej sekundzie… 
Złote medale na tamtych igrzyskach zdobywali przecież: pięcioboista Arkadiusz Skrzypaszek, judoka Waldemar Legień, a mnie jakoś tego złota piłkarzy brakowało do kolekcji… Pamiętam dobrze, z telewizyjnej relacji Grzegorza Mielcarskiego, który wtedy uklęknął na płycie, wsparł się na rękach i tkwił tak nieruchomo. Gdzieś w duchu dławił tę porażkę. Ja jeszcze w ciemności wybiegłem z piłką na podwórko. Próbowałem cofnąć czas, kopać tak, jak ja bym to właśnie zrobił w tych decydujących momentach gorącego katalońskiego starcia… Buch w sztachety, jeszcze buch w metalowy słupek, kamienna twarz. Ależ ja byłem wtedy wkurzony, że oni tego złota nie zdobyli! Gdybym mógł, sam bym wbiegł na to Camp Nou w ten parny wieczór i pomógł naszym chłopakom. Pozostało jednak odegrać się na nieszczęsnych sztachetach, wrotach do stodoły. Tylko mój pies Misiek był zadowolony, bo mógł wieczorem pohasać ze mną do woli. 
PIOTR STAŃCZAK 

 
 
W NASTĘPNYM ODCINKU - 19 SIERPNIA 
Jak polubiłem wilka z Sarajewa * Walczyłem w Wietnamie * Ile talentów zmarnowano? 
 
 
 
KSIĄŻKĘ "NA BIAŁO-CZERWONYM SZLAKU" JAKO EBOOK ZNAJDZIECIE TUTAJ

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dawne gwiazdy futbolu uświetnią 100-lecie Klubu Sportowego Warka. Będzie wielka feta

PIŁKA NOŻNA. Klub Sportowy Warka obchodzi 100-lecie istnienia. Wielka impreza jubileuszowa odbędzie się w sobotę 24 czerwca. Wśród uczestników jest Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. Jej mecz z oldbojami Warki komentować będzie Dariusz Szpakowski. 

Dawne piłkarskie gwiazdy zagrają dla chorego Tymusia w Grodzisku Mazowieckim

PIŁKA NOŻNA. Trwa już odliczanie do charytatywnego turnieju na rzecz chorego Tymusia, który odbędzie się 27 stycznia 2024 roku w Grodzisku Mazowieckim koło Warszawy. Wystąpi między innymi Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. 

Polska - San Marino 1:0. Zamiast pogromu był wstyd! Bacciocchi: to my po meczu dawaliśmy autografy

PIŁKA NOŻNA. 28 kwietnia minie dokładnie 30 lat od sławetnego meczu Polska - San Marino w eliminacjach do Mistrzostw Świata w USA. Tamto spotkanie, które biało-czerwoni wygrali 1:0 pokazało, że żadnego przeciwnika nie wolno lekceważyć przed pierwszym gwizdkiem. Choć brzmi banalnie, to nasi piłkarze boleśnie o tym się przekonali...