Przejdź do głównej zawartości

Jerzy Kruszczyński - mistrz "jedenastek"! Strzelał gole potęgom: Juventusowi i Barcelonie! Udało się to niewielu Polakom

PIŁKA NOŻNA. Jerzy Kruszczyński miał patent na strzelanie goli futbolowym potęgom z rzutów karnych. Pewnie egzekwował "jedenastki" w spotkaniach Lechii Gdańsk z Juventusem Turyn oraz Lecha Poznań z FC Barcelona! Jak wspomina słynne mecze w europejskich pucharach w latach 80. minionego stulecia? 
Jerzy Kruszczyński, niegdyś bohater meczów Lechii Gdańsk i Lecha Poznań w europejskich pucharach dziś przekazuje futbolową wiedzę młodszym pokoleniom. Zdjęcia archiwum prywatne.

 
Czterdzieści lat temu, jesienią 1983 roku, Lechia Gdańsk rozegrała dwumecz, który już na zawsze zapisze się w jej historii. W Pucharze Zdobywców Pucharów ówczesny polski drugoligowiec zmierzył się z potęgą tamtych czasów - Juventusem Turyn w pierwszej rundzie Pucharu Zdobywców Pucharów. Pięć lat później te mamy te same rozgrywki, tyle, że teraz druga runda i dwumecz Lecha Poznań z FC Barcelona. W obu pojedynkach wystąpił 65-letni dziś Jerzy Kruszczyński. Mało tego, strzelił po jednej bramce obu piłkarskim potęgom!

Mamy jesień 1983 roku, Lechia Gdańsk szykuje się do spotkań z Juventusem Turyn. Cofnijmy się te 40 lat wstecz - jakie nastroje towarzyszyły Wam, kiedy dowiedzieliście się z kim zagracie? 
Jerzy Kruszczyński: - Zacznijmy od tego, że ja jestem wychowankiem Pogoni Szczecin, potem, w czasie służby wojskowej, występowałem w innej drużynie z tego miasta - Arkonii. Kiedy wróciłem do cywila, chciałem ponownie grać w barwach "portowców", ale okazało się, że Pogoń nie jest w stanie zapewnić mi mieszkania. Do klubu przybyło wcześniej wielu innych piłkarzy z zewnątrz i dla mnie zabrakło lokum. Może to dziś zabrzmi dziwnie, ale w tamtych czasach dla zawodnika ważne było mieszkanie i talon na samochód. Tymczasem interesowały się mną dwa kluby - Olimpia Poznań i Lechia Gdańsk. W tym pierwszym szkoleniowcem był Eugeniusz Różański, który trenował mnie jeszcze w czasach juniorskich w Pogoni Szczecin. Chciał mnie ściągnąć do Poznania, zresztą wiele mu zawdzięczam. Lechia miała natomiast w dorobku zdobyty Puchar Polski i perspektywę gry w europejskich rozgrywkach. To mnie przekonało, aby wybrać Gdańsk i po latach mogę powiedzieć, że podjąłem dobrą decyzję. 
Nazwa "Juventus Turyn" działała jednak na wyobraźnię! 
Kruszczyński: - Klub, ba, cały Gdańsk opanowała euforia na wieść o tym, że zagramy przeciwko Michelowi Platiniemu, Zbyszkowi Bońkowi oraz kilku włoskim mistrzom świata z 1982 roku! 
Paolo Rossi, Claudio Gentile, Marco Tardelli, Antonio Cabrini jeszcze wielu innych, trener Giovanni Trapattoni, Dino Zoff jako szkoleniowiec bramkarzy. Ciarki przechodziły po plecach na samo wspomnienie nazwisk tych gwiazd. 
Zanim jednak doszło do starć z Juventusem, wziąłem udział w obozie Lechii w Starogardzie Gdańskim. Tam, jako drużyna, zaczęliśmy się całkiem dobrze zgrywać. Trzeba przypomnieć, że to był młody zespół, niewielu piłkarzy miało wtedy ukończone 25 lat a część była jeszcze nastolatkami, choćby Jacek Grembocki, Andrzej Marchel czy Darek Wójtowicz, którzy liczyli sobie po osiemnaście wiosen. Do najstarszych zaliczał się m.in. Leszek Kulwicki, miał 32 lata, ja 24, podobnie jak Maciek Kamiński, który do Lechii przeszedł z Bydgoszczy. Z jednej strony Juventus robił ogromne wrażenie, ale z drugiej jakoś swobodnie, bez wielkiej presji podeszliśmy do tych spotkań. Nie było widać po chłopakach jakiegoś spięcia. Juventus zaprosił nas wcześniej na tournee w Szwajcarii, abyśmy mogli się pokazać, my, zespół, który jeszcze kilka miesięcy wcześniej grał w trzeciej lidze (w sezonie 1982-83 Lechia awansowała do drugiej ligi, odpowiedniczki obecnej pierwszej jako zaplecza ekstraklasy - przyp. autora). Rozegraliśmy tam trzy lub cztery sparingi, strzeliłem sześć czy siedem bramek. Juventus zwrócił na mnie uwagę, bo kiedy już grali z nami, to dostałem indywidualnego "plastra" - krył mnie Sergio Brio. 
Pierwsze spotkanie, 14 września 1983 roku, rozegraliście w Turynie. Wy, świeżo upieczeni drugoligowcy w samej "jaskini lwa"! 
Kruszczyński: - Zanim doszło do meczu, byliśmy jeszcze na audiencji u papieża Jana Pawła II w jego rezydencji, akurat odbywała się Komunia Święta. Dostaliśmy pamiątkowe różańce. Papież przyznał, że oczywiście kibicuje nam, ale nie chce tego głośno mówić, żeby nie narazić się Włochom, bo wtedy wyrzuciliby go z Watykanu (śmiech). 
Mecz jak mecz, po niespełna pół godzinie gry przegrywaliśmy 0:4, taki wynik utrzymał się do przerwy. Po zmianie stron dołożyli nam jeszcze trzy gole i ulegliśmy 0:7 (cztery gole zdobył Domenico Penzo, dwa Michel Platini, jednego Paolo Rossi - przyp. autora). Nie mogliśmy, jak to się brzydko mówi, pierdnąć... Próbowaliśmy wyprowadzać jakieś kontry, ale jednak w wielu momentach paraliżował nas strach. Wielu z nas, zwłaszcza tych młodszych, było w ogóle ciekawych, jak "na żywo" wygląda Rossi, król strzelców mistrzostw świata (śmiech). Co tu mówić, tę wysoką porażkę przyjęliśmy z godnością. Pamiętam, że tej jesieni Lech Poznań rywalizował w Pucharze Europy z Athletic Bilbao i przegrał na wyjeździe 0:4. Dziennikarze pisali, że w sumie my, jako beniaminek polskiej drugiej ligi, zaprezentowaliśmy się w Turynie lepiej, niż mistrz naszego kraju w Hiszpanii. Paradoksalnie to nas podbudowało, fakt, że daliśmy mniejszą plamę niż najlepsza drużyna w Polsce. 
 

Jerzy Kruszczyński dziś ma 65 lat, spędza wiele czasu w wnuczętami. Zdjęcia: archiwum prywatne.


Tym bardziej, że dwa tygodnie później to gwiazdy z Turynu przyjechały do Gdańska. 
Kruszczyński: - Zanim doszło do rewanżu, rozegraliśmy jeszcze mecze w drugiej lidze, wpadliśmy w ten rytm. Nasi trenerzy, Jerzy Jastrzębowski, jego asystent Józef Gładysz, reszta sztabu, kierownictwa, starała się spokojnie przygotować nas do drugiego meczu. Wiedzieliśmy, że pod żadnym względem, sportowym i nie tylko, nie możemy porównywać się z Juventusem i trzeba tylko cieszyć się, że mamy okazję zagrać przeciwko takiej gwieździe. Z jednej strony motywowaliśmy się, że tanio skóry u siebie nie sprzedamy, wzajemnie przed sobą pokazywaliśmy, że się nie boimy. Z drugiej wiedzieliśmy, że nie możemy ruszyć na nich całym impetem, bo szybko nas skarcą i gdzieś tam trzęsły nam się gacie, żeby przed własną publiczności nie powtórzyła się tylko taka porażka jak w Turynie (śmiech). Gdańsk, "Solidarność", Lech Wałęsa, cała otoczka meczu, to też jednak gdzieś nas napędzało. 
W Gdańsku było to wielkie święto, nie tylko sportowe!
Kruszczyński: - Kiedy zeszliśmy z rozgrzewki do szatni, trochę pokrzyczeliśmy, skandowaliśmy też "Wałęsa, Wałęsa!", potem dowiedzieliśmy się, że Platini zacznie mecz jednak na ławce rezerwowych. To także nas podbudowało i oczywiście sama obecność naszych kibiców. 
Wiele osób wdrapało się na okoliczne drzewa, aby widzieć, co dzieje się na boisku, inni wisieli na banerach reklamowych, gdzie tylko mogli (na stadionie oficjalnie zasiadło około 35 tysięcy kibiców - przyp. autora). Ujęło nas to, chwyciło za serce. Patrzył na nas Gdańsk ale i cała Polska. 
Ostatecznie przegraliście honorowo 2:3. Jak pan wspomina sam mecz? 
Kruszczyński: - Daliśmy z siebie wszystko. Do przerwy przegrywaliśmy 0:1 (po bramce Beniamino Vignoli - przyp. autora), ale tuż po zmianie stron wyrównał Marek Kowalczyk, zaś kilkanaście minut później ja zdobyłem tę pamiętną bramkę na 2:1 z rzutu karnego, który sędzia podyktował za faul na Rysiu Polaku. Przez jakiś czas towarzyszyła nam euforia, ale potem Juventus wyrównał (po bramce Roberto Tavoli - przyp. autora) i następnie strzelił trzeciego gola (jego autorem był Zbigniew Boniek - przyp. autora). Zapewne rywale nie zagrali na tak zwanym pełnym gazie, Platini wszedł na boisko dopiero na ostatnie dwadzieścia kilku minut, kiedy już przegrywali 1:2. Goście z drugiej strony nie mogli pozwolić sobie na jakąś wpadkę, walcząc przecież w Europie o prestiż i pieniądze. 
 
Jerzy Kruszczyński to prawdziwa legenda Lechii Gdańsk.
 
 
Wróćmy do pana bramki na 2:1. Jerzy Kruszczyński podchodzi do tego rzutu karnego i co w tym momencie myśli? Wiedząc, że od jego strzału z jedenastu metrów zależy, czy Lechia obejmie prowadzenie w spotkaniu z piłkarskimi gigantami? 
Kruszczyński: - Nie miałem od początku kariery problemu z wykonywaniem karnych. Już na swoim pierwszym obozie w Lechii przekonałem trenera do tego, że mogę być etatowym wykonawcą "jedenastek" w zespole. Miałem taką taktykę, że przed uderzeniem zawsze czekałem na ruch bramkarza i dopiero wtedy kierowałem piłkę w dany róg, przeciwległy do tego, w który rzucił się przeciwnik. Teraz jednak czułem duże ciśnienie, ale koledzy do mnie podchodzili, motywowali. Wytrzymałem tę wojnę nerwów, zmyliłem Tacconiego, on poszedł w lewą stronę, ja strzeliłem w prawą! Przyznam natomiast, że grając w Lechii jeszcze przez następne dwa lata nigdy nie pomyliłem się wykonując karne.
Jak wyglądało wasze spotkanie z samym Bońkiem, wtedy wielką gwiazdą nie tylko polskiego futbolu? 
Kruszczyński: - Przed laty grał w jednym zespole, Zawiszy Bydgoszcz, z naszym trenerem Jurkiem Jastrzębowskim. Witając się z drużyną, najwięcej rozmawiał z nim, z pozostałymi na lotnisku to "cześć, cześć", jakieś kurtuazyjne wymiany uprzejmości, pozdrowień i tyle. 
Dzięki Bońkowi natomiast w ogóle dostaliśmy na pamiątkę koszulki Juventusu po meczu w Gdańsku, bo początkowo rywale nie chcieli się nimi wymienić. Pogratulował występu, życzył nam powodzenia. Zachował się fair, choć dla niego w tamtych czasach mogliśmy być niczym trampkarze (śmiech). 
Nieliczni z nas gdzieś grali w drugiej lidze, reszta wcześniej najwyżej w trzeciej a inni w ogóle dopiero przyszli z drużyny juniorów. Byliśmy postrzegani tak, jak np. dzisiejsze reprezentacje Wysp Owczych czy Andory, w dodatku zespół zza tak zwanej żelaznej kurtyny. Boniek to była natomiast piłkarska gwiazda w świecie, ale myślę, że wiele też o nas samym Włochom opowiedział. 
Dwa mecze i zderzenie z wielką piłką oraz światowymi gwiazdami! 
Kruszczyński: - Dla każdego z nas! Ja grałem wcześniej w Pogoni, w drugiej lidze, występowałem najwyżej w Pucharze Intertoto, czy jako junior siedziałem na ławce i obserwowałem te mecze. Tymczasem tu trzeba było od razu wypłynąć na szerokie wody i postawić się Juventusowi, który kilka miesięcy później wywalczył Puchar Zdobywców Pucharów, zaś rok później Puchar Europy Mistrzów Krajowych. Byliśmy szanowani, gdzie tylko człowiek pojawił się w mieście, w sklepie, na plaży czy rodzinnym spacerze, to kibice podchodzili, gratulowali, Lechia budziła szacunek. Na tej fali zresztą wygraliśmy drugą ligę, awansowaliśmy do pierwszej, ówczesnej ekstraklasy. Zresztą, jeszcze dziś niektórzy kibice w Gdańsku mnie rozpoznają po tych kilkudziesięciu latach. Wspaniała sprawa! 
 

Jerzy Kruszczyński ma swoje miejsce w Alei Sław Lechii Gdańsk.


W pewnym momencie zmienił pan jednak klubowe barwy i przeszedł do Lecha Poznań. Jak doszło do tego transferu?
Kruszczyński: - Z Lechią miałem podpisany 5-letni kontrakt. W Gdańsku zmienił się tymczasem trener, Jastrzębowskiego zastąpił Bogusław "Bobo" Kaczmarek, potem drużynę objął Wojciech Łazarek, późniejszy selekcjoner naszej reprezentacji. Różnie nam się wiodło, natomiast ja i tak nie brałem pod uwagę przenosin do innego klubu, miasta. Należę do ludzi, którzy przywiązują się do miejsca, środowiska, są wobec niego lojalni. Nastąpiła jednak taka sytuacja, że po powrocie z wakacji, w 1985 roku Łazarek oznajmił mi, że ustalono już moje przejście do Lecha Poznań. Niezbyt mi to odpowiadało, wiedziałem, że w czołowym zespole kraju, niedawnym mistrzu Polski, jest silna konkurencja - Mirek Okoński, Mariusz Niewiadomski, Czesiu Jakołcewicz, Darek Kofnyt, Jarek Araszkiewicz, Heniu Miłoszewicz i inni. Obawiałem się o miejsce w składzie, w Gdańsku tymczasem miałem ważną umowę i jednak pewną pozycję w zespole, uznanie kibiców, strzelałem gole, odnosiłem indywidualne sukcesy, bo dwukrotnie byłem wybierany najlepszym piłkarzem województwa. Do Zagłębia Lubin chciał mnie też ściągnąć trener Eugeniusz Różański. W Gdańsku jednak usłyszałem, że mogę odejść tylko do Lecha, bo chodzi o poprawę sytuacji kadrowej i finansowej w klubie. Do Lechii przyszło z Poznania trzech zawodników, ja trafiłem do stolicy Wielkopolski i... przeżyłem to strasznie. 
Czas pokazał, że pańskie obawy co do przenosin na Bułgarską były bezpodstawne. 
Kruszczyński: - Drużyna przyjęła mnie dobrze, z Mirkiem Okońskim a później z Bogusiem Pachelskim tworzyłem zgrane duety napastników. Nie omijały mnie wahania formy czy kontuzje, ale też przez ostatnie 2,5 roku gry w Lechu byłem kapitanem zespołu. Ciekawostką jest, że jeszcze w czasach gry w Lechii rywalizowaliśmy z Lechem o Superpuchar Polski, wygraliśmy 1:0 po mojej bramce i był to mój pierwszy gol dla gdańszczan.
W 1988 roku razem z "Kolejorzem" sięgnął pan po puchar kraju i zaczął pisać kolejną historię. Jesienią, w Pucharze Zdobywców Pucharów, zmierzył pan się z kolejnym gigantem - FC Barceloną? 
Kruszczyński: - Wywalczenie tego Pucharu Polski osłodziło nam nieco nastroje, bowiem w polskiej lidze przeżywaliśmy pewien regres formy i kibice nas krytykowali. W pierwszej rundzie Pucharu Zdobywców Pucharów wyeliminowaliśmy albański zespół Flamurtari Wlora i trafiliśmy na Barcelonę. Nastroje były jednak inne od tych, które towarzyszyły Lechii Gdańska, kiedy wylosowała Juventus. Tam był jednak pewien strach przed kompromitacją, tu, jako zawodnicy Lecha, niegdyś mistrza Polski i czołowej drużyny kraju, czuliśmy jednak swoją wartość i wierzyliśmy, że z Barceloną powalczymy o awans do kolejnej rundy. 
Druga sprawa to perspektywa gry na słynnym stadionie Camp Nou. Przecież to marzenie chyba każdego chłopca, grającego w piłkę a pewnie i wielu starszych zawodników! Nie każdemu jest dane je spełnić, tymczasem my mieliśmy jechać do Barcelony i walczyć z ekipą słynnego Johanna Cruyffa. 
Żartowaliśmy nawet, że będziemy rywalom "zakładać siatki" (śmiech). Oczywiście w ten sposób wzajemnie się motywowaliśmy, mieliśmy zgrany zespół i świetnym trenerów, Henryka Apostela, jego asystenta Jerzego Kasalika. Wiedzieliśmy jednak, z kim przyjdzie nam się mierzyć i gdzieś z tyłu głowy też siedziały wielu te mecze Lecha z Bilbao czy Lechii z Juventusem sprzed kilku lat. Różnie wiodło się polskim klubom w europejskich pucharach. Stadion w Barcelonie, tamtejsze piłkarskie muzea, ta gablota z pucharami, kapliczka to jeszcze inna sprawa, wszystko robiło na nas kolosalne wrażenie. 
26 października 1988 roku to jednak wy, lechici, wywarliście takowe na piłkarskiej Europie, remisując na Camp Nou 1:1. 
Kruszczyński: - Rozmawialiśmy przed meczem, żartując o tym "zakładaniu siatek" i coś się sprawdziło, ponieważ Boguś Pachelski uczynił to Andoniemu Zubizaretcie, bramkarzowi Barcelony, strzelając gola na 1:1 w 71 minucie! My straciliśmy bramkę w pierwszej połowie, kiedy rzut karny wykorzystał Robert Fernandez. 
Gdy przyjechaliśmy na stadion, wszystko wydawało się gigantyczne, nawet szatnie przypominające wielkością pół boiska piłkarskiego (śmiech). Hymn Barcelony, doping kibiców, ta muzyka, człowiek czuł, jakby stawał się nagle... małym człowieczkiem. 
Pamiętam dobrze powitanie drużyn przed meczem, spikera, który miał trudności z wymawianiem naszych nazwisk. Słyszeliśmy: "Paczelski, Kluczynski" (śmiech). To jednak też w jakimś sensie nas rozluźniło. Były momenty, że Barcelona mocniej nas cisnęła i mieliśmy problemy, ale też staraliśmy się kontrować i jak najdłużej utrzymywać przy piłce. Różnie nam to wychodziło, bo przecież rywale słynęli ze znakomitej techniki. Sama walka w takim meczu nie wystarczy, trzeba też myśleć taktycznie. Byliśmy natomiast konsekwentni, ambitni, w wielu sytuacjach dopisało nam szczęście. Kiedyś Boguś wyrównał na 1:1, ten głośny Camp Nou nagle ucichł i wszyscy się dziwili, na co stać polski zespół. Rysiu Jankowski świetnie spisywał się w bramce, Damian Łukasik indywidualnie krył Gary'ego Linekera i nie pozwolił słynnego Anglikowi, królowi strzelców mistrzostw świata z Meksyku, zdobyć gola, ani w Barcelonie ani w rewanżu w Poznaniu. Cały zespół zasłużył na wielkie uznanie. 

POLECAM: 

Z pewnością niedosyt towarzyszył Wam po meczu u siebie. 1:1 po dogrywce, dramatyczne rzuty karne, które Lech przegrał 4:5. 
Kruszczyński: - Takich spotkań się nie zapomina, cios za cios, walka jak równy z równym! Już kilka godzin przed pierwszym gwizdkiem niektórzy kibice zajmowali miejsca na stadionie, z ciepłą herbatką obok, grali w karty, organizowali sobie czas tak, aby tylko jak najszybciej doczekać się samego meczu. Kilka dni przed rewanżem z Barceloną graliśmy ligowy mecz z Jagiellonią Białystok, w którym strzelałem karnego. Zmyliłem bramkarza, ale trafiłem w słupek. Mimo, że wygraliśmy, to czułem zawahanie, w rozmowie z kolegami stwierdziłem, że na razie rezygnuję z wykonywania "jedenastek". I cóż, traf chciał, że w pojedynku przeciwko Barcelonie dostaliśmy karnego i pojawił się dylemat, kto ma go egzekwować. Wszyscy spoglądali w moją stronę. Zdecydowałem się strzelać, Zubizaretta rzucił się w prawy róg, ja strzeliłem w prawy, ""wyczekałem" go do samego końca. Objęliśmy prowadzenie, ale po kilku minutach Roberto Fernandez wyrównał na 1:1. W drugiej połowie dogrywki mieliśmy dwie lub trzy doskonałe okazje, szkoda, że żadnej nie udało się wykorzystać. Byliśmy bardzo zmęczeni. Przed karnymi zapadła decyzja, że ja będę uderzał w pierwszej serii. Znów udało mi się zmylić bramkarza Barcy. Rzucił się w lewą stronę, ja kopnąłem piłkę w środek bramki. Nerwy były duże, Cruyff już nie wytrzymywał, chciał iść do szatni... Ostatecznie przegraliśmy 4:5, łezka niejednemu z nas zakręciła się w oku ze smutku, ale kibice bardzo ciepło podziękowali nam za ten mecz. Takie życie... 
Ja akurat mam takie szczęście, że w swojej karierze rozegrałem mecze przeciwko piłkarskim potęgom - Juventusowi oraz Barcelonie. Jednemu i drugiemu zespołowi strzeliłem gole z karnych! Chyba niewielu Polakom udała się taka sztuka. 

 

 
Skrót meczu Lech Poznań - FC Barcelona (1:1, karne 4:5) 9 listopada 1988 roku.
 
 
Po dobrych meczach pucharowych w latach 80. było w ogóle jakieś zainteresowanie Panem ze strony trenerów reprezentacji Polski? 
Kruszczyński: - Dostałem przed laty powołanie, ale tylko do reprezentacji olimpijskiej, którą prowadził Waldemar Obrębski. Występowałem wówczas w Lechii. Dla mnie to był zaszczyt, zagrałem 25 minut w jednym spotkaniu. Na tym wszystko się zakończyło. Szkoda tamtejszej ekipy, w 1984 roku Polska, jak też wiele krajów z bloku wschodniego, zbojkotowały igrzyska w Los Angeles. Nawet, jeśli awansowalibyśmy na ten turniej, to nie wzięlibyśmy w nim udziału... Cóż, nie ma co gdybać, myślę, że w polskiej piłce i tak osiągnąłem dużo. 
Dziś mieszka pan w Szwecji, gdzie był pan również trenerem. 
Kruszczyński: - Tak. Tuż po meczach Lecha z Barceloną dopięliśmy mój transfer do szwedzkiego Gislaveds. Tamtejsi sponsorzy oglądali te nasze pucharowe pojedynki, kontaktowali się z zaprzyjaźnionymi Polakami. Do Hammarby trafił Piotrek Skrobowski, też kolega z Lecha, ja do trzecioligowego Gislaveds, gdzie dostałem pozwolenie na pracę i pobyt w Szwecji. Warunki finansowe też miałem 2-3-krotnie lepsze niż wówczas w Lechu. I właśnie z tej trzeciej ligi szwedzkiej odszedłem po latach na sportową emeryturę, potem byłem też trenerem w tym klubie, przez trzy lata szkoliłem kobiecy zespół w drugiej lidze. W piłkę grały tam dwie moje córki. Teraz trenuję wnuczęta, pomagam trochę w zajęciach w klubie, kilka razy w roku odwiedzam Polskę, Szczecin czy Gdańsk, jeśli tylko mogę, spotykam się z dawnymi kolegami z boiska. Mecze polskiej ekstraklasy też oglądam, staram się być na bieżąco. 
Dziękuję za rozmowę. 
 
 
   
Skrót meczu Lechia Gdańsk - Juventus Turyn (2:3) we wrześniu 1983 roku 
(z włoskim komentarzem).

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dawne gwiazdy futbolu uświetnią 100-lecie Klubu Sportowego Warka. Będzie wielka feta

PIŁKA NOŻNA. Klub Sportowy Warka obchodzi 100-lecie istnienia. Wielka impreza jubileuszowa odbędzie się w sobotę 24 czerwca. Wśród uczestników jest Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. Jej mecz z oldbojami Warki komentować będzie Dariusz Szpakowski. 

Dawne piłkarskie gwiazdy zagrają dla chorego Tymusia w Grodzisku Mazowieckim

PIŁKA NOŻNA. Trwa już odliczanie do charytatywnego turnieju na rzecz chorego Tymusia, który odbędzie się 27 stycznia 2024 roku w Grodzisku Mazowieckim koło Warszawy. Wystąpi między innymi Reprezentacja Gwiazd Piłkarzy Polskich. 

Polska - San Marino 1:0. Zamiast pogromu był wstyd! Bacciocchi: to my po meczu dawaliśmy autografy

PIŁKA NOŻNA. 28 kwietnia minie dokładnie 30 lat od sławetnego meczu Polska - San Marino w eliminacjach do Mistrzostw Świata w USA. Tamto spotkanie, które biało-czerwoni wygrali 1:0 pokazało, że żadnego przeciwnika nie wolno lekceważyć przed pierwszym gwizdkiem. Choć brzmi banalnie, to nasi piłkarze boleśnie o tym się przekonali...