Robert Lewandowski (z prawej, na pierwszym planie) i Piotr Zieliński (nr 10) mieli swój strzelecki udział w zwycięstwie Polski nad Albanią. Zdjęcia Piotr Stańczak.
Remisy z Holandią i męczarnie na Malcie
Przyznam Wam szczerze, obawiałem się tej konfrontacji z Albanią i bynajmniej nie dlatego, że nie wierzę w Jana Urbana oraz jego selekcjonerski "nos". W listopadzie ubiegłego roku miałem wbrew pozorom problem z jednoznaczną oceną jego drużyny. Nie jest bowiem łatwo o wnioski, jeśli zestawimy obok siebie dwa remisy z silną Holandią i zarazem zwycięstwo w męczarniach na Malcie (3:2).
- Jeśli taki mecz miał się przytrafić, to lepiej, że w listopadzie, gdy nie miał już znaczenia dla układu tabeli, niż w marcu w barażu - mówił mi kilka tygodni później Ryszard Komornicki, były reprezentant Polski i zarazem kolega Urbana z kadry (razem grali w mundialu w Meksyku'86).
Demony jednak wróciły...
Trudno było nie przyznać racji byłemu pomocnikowi zabrzańskiego Górnika. W czwartek na PGE Narodowym byliśmy wprawdzie faworytem, ale Polacy w przeszłości pokazywali już niejednokrotnie, że różnie sobie w tej roli radzą... Przeciwnik też był - tak to nazwijmy - z gatunku tych "niewygodnych", trudnych. Niby nasza kadra jest inna od tej sprzed trzech lat, która przegrała w Albanii 0:2 w eliminacjach do Euro 2024, ale jednak człowiek ma obawę, że stare demony powrócą.
Faktycznie, w czwartek na PGE Narodowym wróciły i to w najmniej spodziewanym momencie. Wydawało się, że po 10-15 minutach szybkiej, błyskotliwej gry, nasi reprezentanci ułożą sobie to spotkanie po swojej myśli. Później zaczęły się jednak proste błędy, w poczynania Biało-Czerwonych wkradła się nerwowość, straciliśmy impet pod bramką rywala, zaś defensywa przestała być szczelnym monolitem.
Albania wyczuła swoją szansę
W pewnym momencie przypomniały mi się już pewne sytuacje z czasów kadencji Michała Probierza, kiedy reprezentacja liczyła tak zwane minuty dobrej gry, w spotkaniach, jakie ostateczne przegrywała. Ba, czasem obejrzeliśmy nawet niezłą jedną połowę w wykonaniu drużyny, ale finalnie nic to nie dawało. Albańczycy to wprawdzie nie jest zespół z europejskiej czołówki, ale na tyle doświadczony, że "wyczuł krew" i swoją szansę. Przed przerwą wystarczył błąd Jana Bednarka, który skwapliwie wykorzystał napastnik gości i faktycznie demony wróciły!
Dla Jana Urbana, jako selekcjonera, była to zapewne jego najtrudniejsza 15-minutowa przerwa, od kiedy prowadzi reprezentację (czyli już ponad pół roku). Musiał bowiem zmotywować piłkarzy na drugą połowę. Łatwo powiedzieć, że to tylko jeden gol i szybko można odrobić straty, trudniej wykonać, tym bardziej, że Albańczycy groźnie kontratakowali. Na pewno długo będą jeszcze rozpamiętywać, czemu zmarnowali stuprocentową sytuację przy stanie 1:0 i jak to się stało, że niebawem stracili bramkę na 1:1... Cóż, to ich problem. Polacy musieli walczyć o to, aby przejąć kontrolę na boisku.
"Lewy", "Zielu" i Grabara!
Robert Lewandowski, choć wyraźnie w słabszej ostatnio formie, zrobił na PGE Narodowym to, czego od niego oczekujemy. W trudnym momencie i niełatwej pozycji popisał się celną "główką" i mecz zaczął się od nowa. Jak na rasowego snajpera przystało! Piotr Zieliński kilka razy próbował zaskoczyć bramkarza Albanii strzałami z dystansu, aż wreszcie mu się to udało i trafił na 2:1. Ten gol przesądził o naszym zwycięstwie.
Znów mieliśmy zresztą furę szczęścia, bo jeszcze przy stanie 1:1 Kamil Grabara obronił strzał przeciwnika z pola karnego. To była sytuacja, kiedy już widziałem piłkę trzepocącą w siatce naszej bramki... Nasz golkiper, też niezbyt doświadczony, jeśli chodzi o reprezentacyjne występy, pokazał, że wcale nie musimy drżeć o wynik, jeśli ze składu wypadnie Łukasz Skorupski.
Bramkarz Kamil Grabara - jeden z bohaterów meczu z Albanią.
Wnioski przed Szwecją
Pokonaliśmy tego niewygodnego rywala i już wiemy, że 31 marca zagramy w Solnej ze Szwecją, która tego samego dnia ograła w Walencji Ukrainę 3:1. To będzie całkiem inny mecz, niż ten przeciwko Albanii. Trzeba będzie pokazać inne atuty, inną taktykę. Rywal wprawdzie od lat znajduje się w kryzysie, ale kto wie, czy właśnie nie nabrał wiatru w żagle pokonując naszego wschodniego sąsiada.
Nie porównujmy też spotkania, które nas czeka, do barażu o mundial 2022, kiedy za czasów Czesława Michniewicza pokonaliśmy Szwedów 2:0 w Chorzowie. Teraz piszemy całkiem inną historię. Na pewno nie możemy pozwolić sobie na taką grę w obronie jak w czwartek na PGE Narodowym, bo może nas to naprawdę dużo kosztować - konkretnie brak udziału w i tak już rozbudowanym 48-zespołowym mundialu.
POLECAM:
Włodzimierz Lubański w Stąporkowie! Realizacja Piotr Stańczak.







0 komentarze:
Prześlij komentarz