PIŁKA NOŻNA. W piątek 6 marca minie dokładnie 30 lat od pamiętnego meczu Legii Warszawa z Panathinaikosem Ateny w ćwierćfinale Ligi Mistrzów. Biorąc pod uwagę pogodę oraz stan murawy przy Łazienkowskiej, to cud, że spotkanie w ogóle doszło do skutku. Pamiętną batalię wspomina Jacek Bednarz, jeden z ówczesnych asów stołecznej drużyny.
Jacek Bednarz w barwach Reprezentacji Gwiazd Piłkarzy Polskich. Zdjęcia Piotr Stańczak.
Do dziś żaden polski klub nie doszedł w Lidze Mistrzów tak daleko, nie powtórzył tego ani rok później Widzew Łódź, ani dwie dekady potem ponownie Legia Warszawa. Więcej naszych ekip w tym elitarnym gronie jak dotąd nie zagrało...
Legia w Lidze Mistrzów!
Jesień 1995 roku była historyczna dla stołecznej drużyny. Podopieczni Pawła Janasa najpierw wyeliminowali szwedzkiego tuza IFK Goeteborg. W fazie grupowej Ligi Mistrzów zajęli drugie miejsce, za najlepszą wówczas ekipą Rosji, Spartakiem Moskwa a przed norweskim Rosenborgiem Trondheim oraz mistrzem Anglii, Blackburn Rovers. Legia była pierwszym polskim klubem w historii, który wystąpił w Lidze Mistrzów! Osiągnęła jednocześnie historyczny sukces, kwalifikując się do ćwierćfinału rozgrywek.
Na tym etapie "wojskowi" rywalizowali z mistrzem Grecji, Panathinaikosem Ateny, gdzie brylowali reprezentanci Polski - napastnik Krzysztof Warzycha oraz bramkarz Józef Wandzik. Pierwszy mecz miał odbyć się 6 marca 1996 roku. Doszedł do skutku, ale do historii bardziej przeszła... murawa boiska, na której toczył się tamten pojedynek. Określenie "murawa" nie jest jednak adekwatne do rzeczywistości, bowiem zamiast boiska przypominała błotną breję.
Okoliczności pamiętnego spotkania, zakończonego remisem 0:0, wspominam z Jackiem Bednarzem, ówczesnym, lewym pomocnikiem Legii. Ciekawostka - ze względu na wykształcenie nazywano go często "najlepszym prawnikiem wśród piłkarzy" oraz "najlepszym piłkarzem wśród prawników". 58-letni dziś były zawodnik spełnia się jako futbolowy menedżer.
To była przepaść!
Piotr Stańczak: Nie wszyscy mogą wiedzieć, czym obecnie zajmuje się dawny filar warszawskiej Legii? Pozostał pan przy piłce nożnej?
Jacek Bednarz: - W świecie futbolu obracam się od lat. Aktualnie zasiadam w zarządzie klubu Bruk-Bet Nieciecza. Nadal mam kontakt z piłką i dawnymi kolegami. Kiedy tylko czas pozwala, z dużą przyjemnością gram w Reprezentacji Gwiazd. To dla nas świetna okazja, żeby się spotkać w starym gronie, powspominać i choć na chwilę przypomnieć sobie, że kiedyś byliśmy młodzi, a życie wydawało się prostsze, lżejsze i wyjątkowo przyjemne.
Dziś wspominamy jednak moment, w którym wcale nie było lekko i przyjemnie. Za chwilę minie 30 lat od ćwierćfinału Ligi Mistrzów z Panathinaikosem. Żadna polska drużyna od tamtej pory nie zbliżyła się do tego wyniku. Pamięta Pan te obawy przed meczem w Warszawie, czy w ogóle dojdzie do skutku? Zima była wtedy wyjątkowo sroga.
- Dokładnie tak było. Już końcówkę fazy grupowej ze Spartakiem Moskwa w Warszawie, rozegraliśmy w potwornym mrozie (mecz odbył się 6 grudnia 1995 roku - przyp. autora). Wtedy jednak boisko było po prostu zmrożone, ale suche, bo nie mieliśmy opadów śniegu czy deszczu. Można było jeszcze na nim grać.
Pamiętajmy, że to były zupełnie czasy, żaden stadion w Polsce nie miał podgrzewanej murawy – takie standardy pojawiły się 20 lat później.
Dziś cała Ekstraklasa i połowa pierwszej ligi ma to w standardzie licencyjnym, nie mówiąc o podgrzewanych boiskach treningowych. Pod względem infrastruktury od tamtych czasów dzieli nas przepaść. W marcu 1996 roku musieliśmy sobie radzić inaczej.
CZYTAJ RÓWNIEŻ:
Bednarz: efekt był opłakany
Właśnie, proszę opowiedzieć o kulisach pierwszego spotkania z ateńskimi "Koniczynkami" w Warszawie.
- Zima była ciężka, boisko było zmrożone, pokrywał je śnieg. Wtedy w klubie narodził się pomysł, który przeszedł do historii – próba „rozmrożenia” boiska solą. Byliśmy wtedy młodzi i, mówiąc szczerze, trochę głupi, bo wydawało nam się, że klub robi za mało, by przygotować boisko. Dziś wiem, że było odwrotnie – panowała ekstremalna zima, a nikt w Polsce tak naprawdę nie miał pojęcia, jak poradzić sobie z taką aurą. UEFA nie chciała słyszeć o zmianie terminu, a jedyną alternatywą było rozegranie meczu na zastępczym stadionie, na przykład w Berlinie w Niemczech. Dla klubu było to finansowo nie do udźwignięcia. Wojsko i ochotnicy ruszyli więc z pomocą. Ktoś wpadł na pomysł, by na zamarzniętą murawę i lód wysypać kilka ton przemysłowej soli. Śnieg zaczął topnieć, ale efekt był opłakany...
6 marca wybiegliście nie na trawę, a na... no właśnie, na co?
- To nie było boisko, tylko jakaś przeraźliwa, śmierdząca breja. Z wierzchu śliska i grząska masa, a pod spodem wciąż twarda jak skała, zamarznięta ziemia.
Kompletnie nie wiedzieliśmy, jakie buty założyć. To był pierwszy i ostatni raz w mojej karierze, kiedy grałem w takich warunkach. Zarówno dla nas, jak i dla mistrzów Grecji, to było karkołomne zadanie, choć z drugiej strony piłkarzom Panathinaikosu mogły bardziej odpowiadać – oni przyjechali do Warszawy przede wszystkim po to, aby nie przegrać, łatwiej im było bronić się, wiedzieli, że dwa tygodnie później mieli rewanż u siebie w Atenach. Trudniej było w takim błocie konstruować akcje ofensywne, prowadzić płynną grę. Wydaje mi się, że także sędzia (Hiszpan Manuel Diaz Vega - przyp. autora) miał różne naciski, aby ten mecz odbył się za wszelką cenę, choćby po to, by nie rozwalać kalendarza rozgrywek UEFA. Jak już wspomniałem, jako młodzi piłkarze inaczej ocenialiśmy tę sytuację. Po latach, kiedy już pracowałem jako działacz, przekonałem się lepiej, jak to po prostu funkcjonuje.
Dla Pana, zawodnika bazującego głównie na szybkości i dynamice, gra na czymś takim musiała być katorgą...
- To prawda, na normalnej nawierzchni czułbym się znacznie lepiej, ale ta płyta odebrała atuty nam wszystkim, nie tylko mnie. Mieliśmy wtedy w Legii zawodników mocnych technicznie - Leszek Pisz, Jurek Podbrożny, Radek Michalski czy Tomek Wieszczycki – to byli ludzie, którzy potrafili grać w piłkę. Ja występowałem na lewym skrzydle, na prawej flance biegał równie szybki Grzesiek Lewandowski. Na tej brei wszystkie nasze umiejętności zastąpiła jednak loteria, przypadek. Mimo anormalnych warunków stworzyliśmy kilka dogodnych sytuacji, mogliśmy strzelić jedną czy dwie bramki, ale zabrakło szczęścia. Ja pod koniec spotkania byłem już tak sfrustrowany, że wdałem się w pyskówkę z sędzią, bo nie podyktował nam rzutu wolnego. Dostałem głupią żółtą kartkę, która - niestety - wykluczyła mnie z rewanżu w Atenach.
- Lubimy powspominać stare czasy - mówi Jacek Bednarz (pierwszy z prawej). Tu z dawnymi kolegami z Legii: Maciejem Szczęsnym (w środku) i Markiem Jóźwiakiem.
To była wielka strata, bo ówczesna kadra Legii wcale nie była wtedy taka szeroka, a musiała walczyć na dwóch frontach - w naszej lidze i w europejskiej elicie.
- Zdecydowanie. Przed rewanżem za kartki wypadłem ja i Marek Jóźwiak, co dla trenera Pawła Janasa było ogromnym problemem przed arcyważnym meczem w Atenach. Tamten sezon 1995-96 kosztował nas dużo sił. W tle działy się też złe historie organizacyjne – sponsor (Janusz Romanowski - przyp. autora) wycofywał się z klubu, trwały kłótnie z wojskiem o aspekty ekonomiczne. Patrząc na to z perspektywy czasu i wszystkich tych wydarzeń, osiągnęliśmy wtedy i tak bardzo dużo. Mimo, że straciliśmy tytuł mistrza kraju na rzecz Widzewa Łódź, to nie mamy się czego wstydzić po tamtym sezonie.
Sędzia "pilnował" w Atenach?
Rewanż w Atenach, przegrany 0:3, również do dziś budzi kontrowersje. Nie mógł Pan grać, ale oglądał Pan to z boku. Najwięcej mówiło się o pracy sędziego z Rosji Siergiej Husajnowa.
- Mam przekonanie graniczące z pewnością, że sędzia pilnował wtedy, byśmy nie zrobili Grekom krzywdy.
Nie minęło pół godziny gry (była 28 minuta - przyp. autora), gdy Marcin Jałocha wyleciał z boiska po faulu, który moim zdaniem nie zasługiwał na czerwoną kartkę. Legia zaczęła ten mecz dobrze, była groźna, ale arbiter szybko „ustawił” spotkanie. Kilka lat później podobną historię przeżyła w meczu z Panathikaikosem Wisła Kraków, wówczas działo się to w eliminacjach do Ligi Mistrzów. Oczywiście przyznaję, że nie jestem obiektywny, bo sercem byłem z kolegami z Legii, ale ten scenariusz wyglądał tak, jakby był z góry zaplanowany.
To jednak paradoks, że w czasach „ładowania akumulatorów” w polskich górach i gry na kartofliskach, polskie kluby osiągały lepsze wyniki w europejskich pucharach niż dziś, mając nowoczesne stadiony.
- To prawda, ale trzeba pamiętać o kontekście ekonomicznym. To były czasy przed prawami Bosmana i Webstera. Klub był w stanie przez pewien czas utrzymać w składzie najlepszych Polaków. Legia mogła kupić każdego, kogo chciała na krajowym rynku, i stworzyć dream team. W "mojej" Legii grało w sumie 13 reprezentantów kraju, wliczając tych z młodzieżowej kadry. Dziś to niemożliwe – zresztą od początku XXI wieku najzdolniejsi piłkarze wyjeżdżają z kraju niemal błyskawicznie. Wtedy natomiast bezdyskusyjnie ustępowaliśmy zachodnim klubom pod względem boisk, stadionów, zaplecza. To była dla nas trudna, bolesna różnica.
Zobacz poniżej skrót meczu Legia - Panathinaikos (0:0) 6 marca 1996 roku.
Shearer droższy niż cała Legia
Pod względem finansowym też była przepaść...
- Gigantyczna. Krążył taki żart, gdy graliśmy z Blackburn, że ich napastnik Alan Shearer zarabia miesięcznie tyle, ile cała nasza drużyna razem wzięta. I to była prawda! Oni mieli warunki, bazy i pieniądze od dekad, u nas kapitalizm i wolny rynek dopiero raczkowały. Kiedy pojechaliśmy do Anglii, murawa u nich wyglądała jak pole golfowe, dla nas to był standard jak na Wimbledonie. Dziś te różnice infrastrukturalne zniknęły, mamy piękne stadiony i bazy, a polska piłka pod tym względem wreszcie idzie do przodu. Jesienią mieliśmy cztery zespoły w Lidze Konferencji Europy, dwa rywalizują w niej jeszcze wiosną. To nie spadło nam z nieba, nasze kluby wywalczyły sobie te miejsca. Życzę Rakowowi Częstochowa i Lechowi Poznań, które pozostały w rozgrywkach, aby dołożyły jak najwięcej punktów, bo na tym skorzysta cała polska piłka. To drogowskaz, aby kluby inwestowały w infrastrukturę, szkolenie zawodników. Wierzę, że dzięki takim staraniom, w przyszłości, mistrz naszego kraju będzie wchodził do Champions League z automatu, dzięki wysokiemu współczynnikowi.
Wróćmy jeszcze do wydarzeń sprzed 30 lat. Gdyby miał Pan stworzyć swój prywatny ranking najlepszych meczów tamtej edycji, które wskazałby pan spotkania?
- Kluczowy był tak naprawdę dwumecz z IFK Goeteborg w kwalifikacjach do Ligi Mistrzów. U siebie zwyciężyliśmy 1:0, w rewanżu 2:1 (Bednarz zdobył wówczas drugą bramkę - przyp. autora). To był ten moment przełamania klątwy, udowodniliśmy sobie, że nie jesteśmy gorsi od zespołu, który wcześniej wygrywał w Champions League z europejskimi gigantami. Pod względem sportowym świetnie zagraliśmy w pierwszym meczu z Rosenborgiem w Warszawie (3:1), nieźle w drugim pojedynku ze Spartakiem w Moskwie, choć tam sędzia znów „pomógł” Rosjanom wygrać (2:1). Oczywiście w naszej, piłkarzy, ale też kibiców pamięci, zapadły dwa mecze z Blackburn Rovers.
Życzę dziś każdemu polskiemu zespołowi, by w dwóch spotkaniach z mistrzem Anglii nie przegrał ani razu i nie stracił nawet bramki!
To były spotkania, które spięły klamrą naszą przygodę. Pod koniec rozgrywek grupowych, w rewanżu z Rosenborgiem (0:4) i w ostatnim meczu ze Spartakiem u siebie (0:1), po prostu zabrakło nam już tej mocy i pewności siebie. To, co jednak przeżyliśmy, zostanie z nami na zawsze.
Dziękuję za rozmowę.
Ćwierćfinał Ligi Mistrzów 1995-96
1 mecz, 6 marca 1996: LEGIA WARSZAWA - Panathinaikos Ateny 0:0
LEGIA: Maciej Szczęsny - Marek Jóźwiak, Jacek Zieliński, Zbigniew Mandziejewicz - Grzegorz Lewandowski (77. Tomasz Wieszczycki), Radosław Michalski, Leszek Pisz, Ryszard Staniek, Jacek Bednarz - Cezary Kucharski (65. Tomasz Sokołowski I), Jerzy Podbrożny. Trener Paweł Janas.
Panathinaikos: Józef Wandzik - Tanasis Kolitsidakis, Dimitris Markos, Giannis Kalitsakis - Giorgos Savvas Georgiadis, Spyros Marangos (79. Giorgos Kapouranis), Stratos Apostolakis, Juan Jose Borelli, Giorgos Charalampos Goergiadis - K. Warzycha, Alexis Alexoudis. Trener Juan Ramon Rocha.
Żółte kartki: Jóźwiak, Bednarz - Markos, G.Ch. Georgiadis. Sędziował: Manuel Diaz Vega (Holandia). Widzów: 12.000.
W rewanżu, który odbył się 20 marca Legia przegrała 0:3 (0:1). Gole dla gospodarzy strzelili: dwie Krzysztof Warzycha w 34 i 52 minucie oraz Argentyńczyk Juan Jose Borelli w 72 min. Do półfinału Ligi Mistrzów awansował Panathinaikos. W tej fazie odpadł on z Ajaxem Amsterdam. Mecz w Holandii wygrał mistrz Grecji 1:0 (po trafieniu Warzychy), ale w Atenach górą byli podopieczni Luisa van Gaala, którzy zwyciężyli 3:0.
POLECAM:
Na biało-czerwonym szlaku: Cezary Kucharski o meczu z Panathinaikosem jesienią 1996 roku.







0 komentarze:
Prześlij komentarz