PIŁKA NOŻNA. 21 sierpnia minie dokładnie 30 lat od drugiego, pamiętnego meczu Widzewa Łódź z Broendby Kopenhaga w eliminacjach do Ligi Mistrzów. Podopieczni Franciszka Smudy przegrali 2:3, ale ta porażka dała im awans. Pamiętne czasy wspomina Andriej Michalczuk, wówczas jeden z filarów łódzkiej drużyny.
Andriej Michalczuk dziś chętnie wspomina potyczkę Widzewa z Broendby. Foto Mariusz Busiek/skarzysko24.pl.
O kulisach tamtych starć, szorstkiej ręce i charyzmie trenera Franciszka Smudy, pojedynkach z Diego Simeone oraz o nieśmiertelnym widzewskim charakterze rozmawiamy z legendarnym obrońcą i pomocnikiem tamtej drużyny, Andriejem Michalczukiem. To Ukrainiec posiadający polskie obywatelstwo, który w Widzewie występował w sumie przez dziesięć lat. Obecnie liczy sobie 59 wiosen.
Piotr Stańczak: Trudno nie pamiętać o okrągłej, 30 rocznicy meczów z Broendby Kopenhaga. Przypominają o niej dziennikarze, kibice.
Piotr Stańczak: Trudno nie pamiętać o okrągłej, 30 rocznicy meczów z Broendby Kopenhaga. Przypominają o niej dziennikarze, kibice.
Andriej Michalczuk: Pamiętam to doskonale, choćby jeszcze 25-lecie tamtego awansu do Ligi Mistrzów. Wtedy też chłopcy przyjechali do Łodzi, spotkaliśmy się i wspominaliśmy tamte czasy. Teraz mija już 30 lat. Czas upływa, ja dziś chodzę na mecze Widzewa, ale już tylko jako kibic. Nie działam w klubie i w ogóle w piłce. Czasem gdzieś media zaproszą mnie jako eksperta. Takie chwile jak te z 1996 roku na zawsze natomiast zostają w głowie i w sercu.
Wcześniej miał pan okazję występować z Widzewem w Pucharze UEFA, jesienią 1992 roku. Rywalizowaliście z Eintrachtem Frankfurt. W Łodzi padł remis 2:2, niestety, w rewanżu przegraliście aż 0:9 (!) i z europejskich pucharów wypadliście tak naprawdę na kolejne trzy lata.
Wcześniej miał pan okazję występować z Widzewem w Pucharze UEFA, jesienią 1992 roku. Rywalizowaliście z Eintrachtem Frankfurt. W Łodzi padł remis 2:2, niestety, w rewanżu przegraliście aż 0:9 (!) i z europejskich pucharów wypadliście tak naprawdę na kolejne trzy lata.
- To działo się za kadencji trenera Władysława Żmudy. W Łodzi rozegraliśmy naprawdę dobry, zacięty mecz. Bramki zdobyli dla nas Marek Koniarek i Bogdan Jóźwiak, prowadziliśmy 2:0, ekipa z Niemiec musiała odrabiać straty, niestety udało jej się to. Powiem szczerze, może ten wynik 2:2 trochę zamydlił nam oczy przed rewanżem? Pojechaliśmy do Frankfurtu, można tak powiedzieć, niczym z szabelkami na czołgi. Eintracht miał wtedy absolutnie kosmiczną ekipę – Axel Kruse, Anthony Yeboah i inni... Gdyby na początku meczu w Niemczech sędzia gwizdnął dla nas ewidentnego karnego, to wszystko mogło potoczyć się inaczej. Gdyby wówczas obowiązywał system VAR, być może mielibyśmy "jedenastkę". Jak później wyszło, pamiętamy...
W ogóle w rewanżu można było zagrać ostrożniej, bardziej defensywnie, ale jak to mówią: człowiek uczy się na błędach.
Na efekt tej nauki w europejskich rozgrywkach trzeba było jednak czekać kilka lat. Wszystko odmieniło się, gdy do Łodzi jako trener zawitał dziś już nieżyjący Franciszek Smuda.
- Franek przyniósł ze sobą zupełnie nową jakość i tę swoją słynną „niemiecką szkołę”. Bardzo dbał o dyscyplinę i to nie tylko na boisku. U niego nie było tak zwanej miękkiej gry, gdy wkurzył się na kogoś, potrafił rzucać bidonem. Kiedy ktoś spóźnił się na wyjazd, autokar ruszył bez niego, mieliśmy taką sytuację. Co do spraw czysto piłkarskich, zastosował nowoczesny, agresywny pressing, uczył nas na treningach natychmiastowego doskakiwania do rywala po stracie piłki. Ja osobiście wcześniej w polskiej lidze tego nie widziałem.
Poza tym Franz miał niesamowity nos. Wiedział o nas niemal wszystko: kto co robi, kto jak śpi, jak żyje.
Przystępując do walki o Ligę Mistrzów dokładnie zdawał sobie sprawę z tego, jakich wzmocnień potrzebuje. Chciał konkretnych ludzi, dostał Sławka Majaka, Jacka Dembińskiego, Pawła Wojtalę, Maćka Szczęsnego czy Radka Michalskiego, jeszcze wcześniej dołączył do nas Marek Citko. W kadrze miał niekiedy tylko 15 czy 16 zawodników, z czego w pełni zdrowych może trzynastu, ale to była prawdziwa zgrana paka! Transfery nowych piłkarzy były przemyślane, nie sprowadzano ich "hurtowo" czy "na wagę".
Nadszedł sierpień 1996 roku i decydujący o Lidze Mistrzów dwumecz z najlepszym duńskim zespołem, Broendby Kopenhaga. Pierwszy pojedynek w Łodzi wygraliście 2:1 po golach Dembińskiego i Majaka. Zaliczka była jednak skromna. Trzeba było spodziewać się bardzo trudnej przeprawy w rewanżu.
- Broendby pokazało już w Łodzi, że to nie jest jakiś przypadkowy zespół, tylko poukładana, groźna machina. Mieli w składzie wielu reprezentantów Danii. My byliśmy gotowi na ciężki mecz. Franek (Smuda - przyp. autora) mocno nas motywował, wbijał do głów, że do każdego meczu musimy podchodzić nastawieni na twardą walkę i grać do samego końca.
W rewanżu w Kopenhadze przeżyliście jednak prawdziwą drogę z piekła do nieba. Po pierwszej połowie przegrywaliście 0:2, ledwie zaczęła się druga - było już 0:3. Mistrz Danii był "w gazie", zanosiło się na katastrofę.
- Wiesz, niosła ich już sama atmosfera stadionu w Kopenhadze, żywiołowi kibice. Strzelili nam na 1:0, potem na 2:0 i po pierwszej połowie byliśmy pod ścianą. Zaczyna się druga część, a ty dostajesz kolejnego gonga na 3:0. W takim momencie musisz być jak prawdziwy basior (w terminologii łowieckiej tak nazywa się samca wilka, który przewodzi stadu - przyp. autora). Wstajesz z kolan jak bokser po ciężkim nokaucie i walczysz dalej. Już w przerwie w szatni ustaliliśmy, że po prostu wychodzimy i gramy swoje.
Smuda wypalił wtedy w swoim stylu: „No i co? Przegramy trzy, przegramy cztery. No to trzeba walczyć, próbować!”.Walczyliście i stał się cud! Sygnał, że nie wszystko stracone, nadszedł w 56. minucie.
- Dokładnie. Radek Michalski kapitalnie dograł do Marka Citki, ten strzelił na 3:1 i w tym momencie poczuliśmy to coś. Jak ja to mówię: dostaliśmy potężnego wiatru w żagle! Potem, już w samej końcówce padła druga bramka na 3:2. Do dziś trwają dyskusje, czy strzelił ją Majak, czy piłki dotknął Wojtala. Dla nas to nie miało wtedy żadnego znaczenia. Jako strzelca wpisano oficjalnie Pawła i niech tak zostanie – najważniejszy był awans. W samej końcówce Jacek Dembiński mógł jeszcze ustalić wynik na 3:3, bo miał ku temu kapitalną okazję. Nie udało się, szkoda, być może wtedy komentator radiowy Tomasz Zimoch nie musiałby krzyczeć rozpaczliwie "Turku, kończ ten mecz!" a dla Duńczyków byłby to całkowity nokaut psychiczny. Tak czy inaczej po końcowym gwizdku siedzieli załamani na murawie a ich kibice płakali.
Widzew zawsze słynął z tego charakteru – grał do końca za czasów Włodzimierza Smolarka i Zbigniewa Bońka w latach 80. i ten sam widzewski charakter pokazaliśmy my w Kopenhadze.
Skrót rewanżowego meczu Broendby Kopenhaga - Widzew Łódź (3:2).
W fazie grupowej Ligi Mistrzów zmierzyliście się z Atletico Madryt, Borussią Dortmund i Steauą Bukareszt. Wywalczyliście cztery punkty w sześciu meczach. Po latach został niedosyt czy trzeba przyznać, że to był optymalny wynik na ówczesne możliwości Widzewa?
- Patrząc z perspektywy czasu – tak, pewien niedosyt jest. Mogliśmy wywieźć remis z Bukaresztu a przegraliśmy 0:1, Powinniśmy zremisować w Madrycie, gdzie mieliśmy swoje sytuacje, a też minimalnie przegraliśmy. Nawet w Dortmundzie, gdzie ponieśliśmy porażkę 1:2, przez ostatnie 10 minut Borussia – późniejszy triumfator całej Ligi Mistrzów – nie wiedziała, co się dzieje na boisku bo tak mocno ją przycisnęliśmy, chcąc odrobić staty. Szkoda też remisu z mistrzem Niemiec na własnym stadionie. Było 2:2, od tamtej pory Borussia nie poniosła już porażki i pół roku później wygrała Champions League. Z drugiej strony nie ma co narzekać, przecież polski zespół wystąpił w elicie. Dziś jest co wspominać.
Czy któryś z meczów bądź konkretnych rywali w Lidze Mistrzów szczególnie zapadł panu w pamięć.
- Zapamiętałem zwłaszcza Argentyńczyka Diego Simeone z Atletico, choć akurat nie z tej pozytywnej strony. Jako zawodnik był bardzo nieprzyjemny, to gdzieś uszczypnął rywala, splunął pod nogi, dyskretnie stanął na stopę. Dokładnie taki sam nieustępliwy, prowokujący charakter ma jako trener.
Czego z perspektywy czasu można najbardziej zazdrościć dzisiejszym piłkarzom? Jeśli miałbym sam odpowiedzieć na to pytanie, to wskazałbym na stadiony.
- Fakt, mają przepiękne stadiony, nowoczesne, wygodne autokary, profesjonalne zaplecze... O pieniądzach nawet nie chcę wspominać. Dzisiaj chłopakom pozostaje tylko wychodzić na murawę i grać. Ale wie pan co? Tego, co my wtedy przeżyliśmy z kibicami i jakich emocji dostarczyliśmy ludziom, żaden dzisiejszy komfort nie zastąpi. Rok później nie awansowaliśmy do Ligi Mistrzów odpadając z włoską Parmą. W Łodzie przegraliśmy 1:3, ja strzeliłem gola. W tamtych latach trafialiśmy na rywali, gdzie pół składu stanowili reprezentanci najlepszych drużyn świata, jak Hernan Crespo, Matthias Sammer, Andreas Moeller i jeszcze wielu innych.
- Fakt, mają przepiękne stadiony, nowoczesne, wygodne autokary, profesjonalne zaplecze... O pieniądzach nawet nie chcę wspominać. Dzisiaj chłopakom pozostaje tylko wychodzić na murawę i grać. Ale wie pan co? Tego, co my wtedy przeżyliśmy z kibicami i jakich emocji dostarczyliśmy ludziom, żaden dzisiejszy komfort nie zastąpi. Rok później nie awansowaliśmy do Ligi Mistrzów odpadając z włoską Parmą. W Łodzie przegraliśmy 1:3, ja strzeliłem gola. W tamtych latach trafialiśmy na rywali, gdzie pół składu stanowili reprezentanci najlepszych drużyn świata, jak Hernan Crespo, Matthias Sammer, Andreas Moeller i jeszcze wielu innych.
My nie mieliśmy takich warunków jak dzisiejsze pokolenie, ale wygraliśmy coś znacznie cenniejszego - miejsce na zawsze w pamięci kibiców.
Dziękuję za rozmowę.
Kim Vilfort, kapitan Broendby Kopenhaga w 1996 roku:
- Nie ma co ukrywać, czuliśmy się faworytami przed dwumeczem z Widzewem i wiedzieliśmy, że mamy szansę przejść do następnej rundy. Na tym poziomie w piłce nożnej to szczegóły decydują zwykle o tym, czy wygrywasz rywalizację. Sądzę, że na przełomie całego dwumeczu pod względem piłkarskim byliśmy lepszym zespołem. Niestety, w drugim spotkaniu chyba zbyt szybko uwierzyliśmy, że sprawa naszego zwycięstwa i awansu jest już przesądzona i po prostu źle oceniliśmy sytuację na boisku. Być może w naszej grze pojawiło się zbyt duże rozluźnienie, kiedy już prowadziliśmy 3:0… To wszystko kosztowało nas brak awansu do Ligi Mistrzów.
Eliminacje do Ligi Mistrzów 1996-97
7 sierpnia 1996: WIDZEW ŁÓDŹ - Broendby Kopenhaga 2:1 (0:0)Bramka: 1:0 Jacek Dembiński 64 minuta, 2:0 Sławomir Majak 73, Ole Bjur 75.
WIDZEW: Maciej Szczęsny - Paweł Wojtala, Tomasz Łapiński (53. Marek Bajor), Radosław Michalski - Mirosław Szymkowiak, Zbigniew Wyciszkiewicz, Ryszard Czerwiec (75. Piotr Szarpak), Sławomir Majak, Rafał Siadaczka - Marek Koniarek, Marek Citko. Trener Franciszek Smuda.
Broendby: Mogens Krogh - Soren Colding, Lars Olsen, Per Nielsen, Peter Moeller, Aureljus Skarbalius - Ole Bjur, Allan Ravn, Kim Vilfort, Allan Nielsen (85. Kim Daugaard), Ruben Bagger (71. Thomas Thoegersen) - Peter Moeller (77. Ebbe Sand). Trener Ebbe Skovdahl.
Żółta kartka: Majak. Sędziował: Mario van der Ende (Holandia). Widzów: 6.300.
21 sierpnia 1996: Broendby Kopenhaga - WIDZEW ŁÓDŹ 3:2 (2:0)
Bramki: 1:0 Moeller 32, 2:0 Bjur 44, 3:0 Vilfort 48, 3:1 Citko 56, 3:2 Wojtala 88.
Żółta kartka: Majak. Sędziował: Mario van der Ende (Holandia). Widzów: 6.300.
21 sierpnia 1996: Broendby Kopenhaga - WIDZEW ŁÓDŹ 3:2 (2:0)
Bramki: 1:0 Moeller 32, 2:0 Bjur 44, 3:0 Vilfort 48, 3:1 Citko 56, 3:2 Wojtala 88.
Broendby: Krogh - Colding, Dan Eggen, P. Nielsen, Skarbalius - Bjur, A. Nielsen, Vilfort (75. Daugaard), Ravn - Bagger (67. Sand), Moeller (86. Bo Jannik Hansen).
WIDZEW: Szczęsny - Wojtala, Łapiński, Andriej Michalczuk - Szymkowiak (62. Bajor), Wyciszkiewicz (46. Dembiński), Michalski, Czerwiec, Siadaczka (76. Szarpak) - Majak, Citko.
Żółte karki: Bagger, A. Nielsen - Wyciszkiewicz, Michalski, Bajor. Sędziował: Ahmet Cakar (Turcja). Widzów: 18.000.
Faza grupowa Ligi Mistrzów 1996-97
- 11 września 1996: Borussia Dortmund - WIDZEW ŁÓDŹ 2:1 (1:0). Bramki: 1:0 Heiko Herrlich 45 min., 2:0 Herrlich 68, 2:1 Citko 84.
- 25 września 1996: WIDZEW ŁÓDŹ - Atletico Madryt 1:4 (1:2). Bramki: 0:1 Milinko Pantić 25, 0:2 Diego Simeone 32, 1:2 Marek Citko 45, 1:3 Simeone 58, 1:4 Kiko Narvaez 60.
- 16 października 1996: Steaua Bukareszt - WIDZEW ŁÓDŹ 1:0 (0:0). Bramka: 1:0 Daniel Bogusz 82, samobójcza. 30 października 1996: WIDZEW ŁÓDŹ - Steaua Bukareszt 2:0 (1:0). Bramki: 1:0 Majak 40, 2:0 Czerwiec 48
- 20 listopada 1996: WIDZEW ŁÓDŹ - Borussia Dortmund 2:2 (2:1). Bramki: 0:1 Paul Lambert 14, 1:1 Dembiński 15, 2:1 Dembiński 20, 2:2 Jurgen Kohler 60.
- 4 grudnia 1996: Atletico Madryt - WIDZEW ŁÓDŹ 1:0 (0:0). Bramka: 1:0 Pantić 83.
Źródło: Łączy nas Piłka i materiały własne.
POLECAM:
- Sławomir Majak - symbol charakteru Widzewa Łódź. Rzucił Broendby na kolana!
- Jacek Dembiński wspomina mecz Widzewa Łódź z Borussią Dortmund: to były szalone minuty
- Ryszard Czerwiec o meczu Widzewa Łódź ze Steauą Bukareszt: gol w Lidze Mistrzów to coś wyjątkowego
- Legia Warszawa w Lidze Mistrzów! Były kierownik drużyny wspomina mecze z IFK Goeteborg
- Kim Vilfort: Mistrzostwo Europy w 1992 roku było przełomem dla całego duńskiego futbolu








0 komentarze:
Prześlij komentarz