Polecane

14 września 2026

Wspomnienia ze Stadionu Śląskiego. Z boiska pod lasem do "kotła czarownic"

KULISY. Mam na imię Piotr, skończyłem 46 lat, żonaty, dwie córki. Wiedzą, że kochają piłkę nożną, razem ze mną przeżywają stadionowe emocje, trzymają za mnie kciuki, gdy sam wybieram się na mecze. Czasem opowiadam im o „kotle czarownic” (śmiech). Już wiedzą, że to nie czarownice chodzi. Na pewno nie o te, które według legend, latają na miotłach w moich rodzinnych stronach – Górach Świętokrzyskich. 
Ja obok mojej wystawy na Superauto.pl Stadionie Śląskim w Chorzowie. Foto Mariusz Molik. 
 
Poniższy tekst jako wspomnienia ze Stadionu Śląskiego, razem z moimi fotografiami, znalazł się na ekspozycji z okazji 70-lecia "kotła czarownic", można go było zobaczyć, przeczytać w czasie Legendarnego Meczu Polska - Anglia (4:2) w Chorzowie. Spotkanie i otwarcie wystawy odbyło się 5 września 2026 roku. Inicjatorem akcji była grupa Nasz Śląski. 
 
*     *    *    *    * 
 
W pewnym momencie dorosłego już życia uświadomiłem sobie, że Stadion Śląski w Chorzowie (dziś Superauto.pl Stadion Śląski) jest jakby wyznacznikiem mojego kibicowskiego a może i zawodowego życia. 
 
Na początku lat 90. minionego stulecia po raz pierwszy opowiedział mi o nim ojciec, który – jako młody pracownik kopalni „Wujek” – oglądał na tym obiekcie słynny mecz Polska – Holandia (4:1) w 1975 roku. Chłonąłem te opowieści o głośnym dopingu, stadionowej akustyce, atmosferze, trzymając piłkę przy nodze. Potem – czy to z kumplami lub sam – wychodziłem na pobliską łąkę i tam kopałem piłkę. Często niemiłosiernie cięły komary, ale ja przecież nie mogłem się ich bać, skoro chciałem być nowym Lubańskim, Bońkiem czy Gorgoniem! Niekiedy w samotności, jedyny doping jaki miałem, dawały mi z trawy cykady, świerszcze i koniki polne. Droga z małej wsi, Nowego Odrowążka, na chorzowski Stadion Śląski wydawała mi się wtedy tak daleka, tak niemożliwa do pokonania, niczym podróż na Księżyc. 

Droga na Śląski jak podróż na księżyc

Nie zapomnę 29 maja 1993 roku, meczu Polska – Anglia w Chorzowie. Zremisowaliśmy 1:1, zwycięstwo było blisko, straciliśmy gola w 83 minucie. Cały dygotałem przed telewizorem, po końcowym gwizdku rozpłakałem się. Byłem zły na Iana Wrighta, który strzelił nam tę bramkę ale też na cały świat. Tak liczyłem, że uda się wygrać z Anglią na Śląskim niemal dwadzieścia lat po sławnym spotkaniu z 1973 roku (2:0). Gdy już się uspokoiłem, jeszcze po meczu wybiegłem na podwórko, zabrałem piłkę. Kopałem ją w drewniane ogrodzenie. Ech, gdybym to ja był wtedy na boisku, zablokowałbym dośrodkowanie Tony’ego Dorigo z lewej flanki, może ubiegłbym Wrighta, a wcześniej strzelił dla Polski na 2:0, czego nie potrafił Marek Leśniak! 
 
POLECAM: 
Było już ciemno, mój pies Misiek biegł przy mnie, a ja jeszcze dopracowywałem te strzały, myślą, co zrobiłbym inaczej będąc w skórze naszych piłkarzy. Długo nie mogłem zasnąć, myśląc o tym, że kiedyś to ja zagram na Śląskim albo będę kibicował, a moja drużyna wreszcie pokona tę Anglię. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że sama droga do chorzowskiego giganta staje się dla mnie coraz krótsza, że to wcale nie jakaś odległa planeta, o mojego domu dzieli się raptem… ponad dwieście kilometrów! 

Prawie powąchałem murawy Śląskiego

Wiosną 2004 roku, jeszcze przed mistrzostwami starego kontynentu w Portugalii, wybrałem się z rodziną wizytą do cioci oraz kuzynek w Katowicach. Nie mogłem więc darować sobie okazji, musiałem wybrać się na Stadion Śląski w Chorzowie. Wtedy był to największy taki obiekt w Polsce, nad wejściem do tunelu widniał wielki szyld “Stadion Śląski - Narodowy”. 



Autor wspomnień na Stadionie Śląskim – Narodowym w Chorzowie w maju 2004 roku. Zdjęcia – archiwum prywatne. 

Pamiętam, że to było leniwe niedzielne przedpołudnie. Weszliśmy na obiekt, gdyż jedna z bram była otwarta. Trochę pochodziłem po trybunach, upajałem się widokiem na cały stadion, potem zszedłem nisko na płytę i postanowiłem pokonać jedno okrążenie na legendarnej bieżni. Zmęczony zatrzymałem się znów w rejonie ławek rezerwowych, ale byłem cały w “skowronkach”! Postanowiłem zejść na bieżnię. Najpierw zaliczyłem lekki trucht, potem przyspieszenie, wreszcie sprint i w pewnym momencie „zaliczyłem mocną glebę”. Przekręciłem się z brzucha na plecy, popatrzyłem w niebo.
 
- Cholera, leżę w miejscu, gdzie biegały piłkarskie sławy! - zacząłem gadać do siebie i uświadamiać sobie, że oto w takich okolicznościach, w niedzielę, przy lekko siąpiącym deszczu, spełniło się jedno z moich dziecięcych marzeń - odwiedzić słynny Stadion Śląski. Teraz miałem 24 lata i cieszyłem się jak szczeniak, który do późnego wieczora kopał piłkę pod lasem, nie zważając na to, że niemiłosiernie tną komary.
Prawie powąchałem murawy “kotła czarownic” i byłem szczęśliwy jak diabli! 
- No, to teraz to ja wam wszystkim pokażę - pomyślałem sobie, kiedy już wychodziliśmy z obiektu. Odpoczywając w jednym z parkowych ogródków postanowiłem wtedy, że muszę przyjechać tu za niecałe cztery miesiące, na mecz Polska - Anglia. Wiedziałem, że na pewno tu wrócę, nie ma innej opcji! 
 
 
Przy okazji Legendarnego Meczu Polska - Anglia spotkałem w loży Stadionu Śląskiego Włodzimierza Lubańskiego, legendę naszej piłki. Foto Piotr Stańczak.  

Co ja robię tu?

Byłem już wtedy początkującym dziennikarzem sportowym. Latem 2004 roku z niecierpliwością czekałem na to, aż Polski Związek Piłki Nożnej zacznie przyjmować wnioski o akredytacje na tamto spotkanie. Nasza reprezentacja jeszcze przed potyczką z Lwami Albionu przegrała na wyjeździe ze Szwecją 1:3, zremisowała z USA 1:1 (w Chicago), by wreszcie w połowie sierpnia w Poznaniu dostać bolesną lekcję od Duńczyków. Przegraliśmy 1:5 (0:2), honorowego gola uzyskał Maciej Żurawski. - Jest fatalnie, w dodatku tuż przed startem eliminacji, co się z nimi dzieje… - myślałem wówczas. 
 
Mój niepokój zdawał się być uzasadniony, mimo siły i klasy Danii. Dostawać takie lanie, choćby to miało miejsce w sparingach - nie zdarzało nam się to często, nawet, jeśli borykaliśmy się z kryzysami formy. Kilka dni po tym meczu PZPN na swojej stronie internetowej wreszcie opublikował listę dziennikarzy, którzy dostali akredytacje na arcyważny mecz z Anglią.  Czytam, czytam, w pewnym momencie… 
O matko, ale cyrk - jestem na liście. Upewniam się kilka razy, ale naprawdę pisze tam “Piotr Stańczak, Tygodnik Skarżyski”. 
Musiałem wyjść na chwilę z redakcji, aby ochłonąć i zaczerpnąć świeżego powietrza. Długo to do mnie nie docierało. 

POLECAM: 
4 września kadra zaczęła tymczasem eliminacyjne batalie. Na tak zwany pierwszy ogień poszła Irlandia Północna, z którą zagraliśmy na wyjeździe. Widać było, że biało-czerwoni wyciągnęli wnioski z wysokiej porażki z Duńczykami. W Belfaście zwyciężyli 3:0 (2:0), do siatki gospodarzy trafili: Maciej Żurawski, Piotr Włodarczyk oraz Jacek Krzynówek. Dobrze rozpoczęliśmy eliminacje, w głowie był już tylko pojedynek z Anglią. Na wyjazd do Chorzowa szykowałem się od wielu dni, wciąż jakby nie wierząc, czy to mi się czasem nie śni. Musiałem też przekonywać szefostwo redakcji, że ma to w ogóle sens. Wiadomo, przez nich przemawiała “lokalność”, a mecz Polska - Anglia dla lokalnego tygodnika nie był jednak jakimś priorytetem. Może i było w tym trochę racji, ale uparłem się i ostatecznie zdecydowałem, że pojadę nawet na własny koszt. 
 
Już w dniu meczu, 8 września Anno Domini 2004. W pociągu ze Skarżyska-Kamiennej siedziałem jak na szpilkach, ale trzy godziny upłynęły szybko i zameldowałem się w Katowicach. Udałem się do hotelu w centrum, już nie pamiętam jego nazwy, tam odebrałem akredytację, którą z dumą przeglądałem z każdej strony. Popołudnie spędziłem u kuzynostwa na Załężu, na mecz udałem się pieszo, najpierw Gliwicką, potem Bracką, w stronę Wesołego Miasteczka, później już alejkami wojewódzkiego parku w Chorzowie. Piękna sprawa, maszerowałem i delektowałem się tą atmosferę. Im bliżej do Stadionu Śląskiego, tym więcej bieli i czerwieni, okrzyków “Polska, Polska!”, pisk trąbek. Piwo w ogródkach lało się strumieniami. Miałem też ochotę wypić piwo, ale powstrzymałem się. - Dobra, po robocie, po meczu - stwierdziłem. Wchodząc na stadion bramką dla mediów i oficjeli na szczęście uniknąłem tłoku.
Wszedłem w sam środek “kotła czarownic” i… Potem już nic nie było takie samo, jak wcześniej. 
Wchłonęła mnie ta atmosfera, trybuny, śpiewy, skandowanie, gwizdy. Stewardzi pomogli dotrzeć do biura prasowego, gdzie można było już wziąć składy Polaków i Anglików. Na trybunie prasowej każdy dziennikarz miał wyznaczone swoje miejsce. Odnalazłem własne, usiadłem i upajałem się widokiem stadionu, murawy, akurat nasi piłkarze kończyli rozgrzewkę. 

To, co potoczyło się dalej, było dla mnie już jak piękny sen. Pracowałem jak automat, w swoim notatniku skrupulatnie opisywałem akcje z jednej, drugiej strony, co się działo i w której minucie. I uśmiechałem się pod nosem, szczęśliwy, że tu właśnie teraz jestem. Co jakiś czas zastanawiam się tylko - co ja tu robię? Jak to się stało, że tu się znalazłem? Nie szukałem zresztą odpowiedzi na te pytania. Upajałem się chwilą! W 38 minucie serca jednak zadrżały, Jermain Defoe oszukał naszych obrońców i dał Anglikom prowadzenie. Na przerwę to oni schodzili zadowoleni, zresztą, w ostatnim kwadransie pierwszej odsłony przewaga wyspiarzy była wyraźniejsza. Mogłem wtedy z bliskiej dość odległości obserwować, jak swoje uwagi, poza anteną, wymieniają komentujący mecz w telewizji Dariusz Szpakowski i Grzegorz Mielcarski. Zacząłem delikatnie obserwować innych dziennikarzy, jak pracują, co robią w czasie przerwy. 
 
POLECAM: 

Polska kontra Anglia i… ja! 

Wyszedłem tylko do WC, na chwilę do biura prasowego, ale chciałem jak najszybciej zjawić się na trybunie, żeby dalej chłonąć tę atmosferę. Całe szczęście, że zasiadłem wcześniej, nie musiałem nigdzie się przepychać i w 48 minucie… widziałem z góry Kamila Kosowskiego, który podaje piłkę Maciejowi Żurawskiemu, a ten celuje w samo okienko bramki Paula Robinsona. Jeeeeeest! Mamy 1:1. Podrywają się nasi kibice, podrywają i dziennikarze, wpadam w objęcia swojego sąsiada, on w moje! 
 
Nasza radość nie trwa jednak długo, dziesięć minut później akcja Anglików przenosi się pod naszą bramkę, niefortunnie interweniuje nasz obrońca Arkadiusz Głowacki. Piłka trzepoce w siatce… Przegrywamy 1:2… - Nic się nie stało, Polacy nic się nie stało! - skandują biało-czerwone trybuny. Staramy się, ale Anglicy tego wieczoru okazują się drużyną lepszą, o tę nieszczęsną jedną bramkę. Gary Neville, John Terry, David Beckham, Steven Gerrard, Frank Lampard, Michael Owen - nazwiska ówczesnych gwiazd rywala można wymienić jednym tchem. 
 
Włoski sędzia Stefano Farina gwizdnął wreszcie po raz ostatni… Nie miałem jednak czasu analizować szczegółowo tego meczu. Za chwilę na konferencji pojawili się trenerzy: Paweł Janas, dziś już nieżyjący Szwed Sven Goran Eriksson, który był selekcjonerem Anglików oraz rzecznik PZPN Michał Kocięba, który prowadził konferencję. “Fajerwerków” w wypowiedziach nie było, trochę kurtuazji, wiadomo było, że to Eriksson jest tym wygranym. Janas był smutny, niepocieszony, zamyślony, choć przyznał, że przegraliśmy przecież z jedną z najlepszych drużyn świata. 

W drodze powrotnej na Załęże zamówiłem już taksówkę, zatrzymała się nieopodal Alei Żyrafy. Przenocowałem u kuzynek, ale tak naprawdę zaliczyłem może cztery godziny snu. Z wrażenia jeszcze długo huczało mi w głowie, cały czas rozgrywałem te akcje, rozpamiętywałem, co działo się na Śląskim. 

Nawet rankiem, gdy o szóstej gnałem na pociąg, na dworzec w Katowicach, po drodze zaopatrując się w “Przegląd Sportowy”, “Sport” oraz “Dziennik Zachodni”. Miałem na sobie jeszcze biało-czerwony szalik. 
   
Mecz Legend Polska - Anglia w Chorzowie. Gol Macieja Makuszewskiego na 1:0. Wideo Piotr Stańczak. 

Polska - Portugalia – nie do wiary!

7 października 2006 rozegraliśmy pierwszy, historyczny pojedynek międzypaństwowy z Kazachstanem. Jechaliśmy w nieznane, dodatkowo zdając sobie sprawę, że bez względu na to, jak trudny miałby to być teren, to tylko komplet punktów przedłużał nam nadzieje na to, aby szans na awans do Mistrzostw Europy nie zaprzepaścić już na początku kwalifikacji. Pojedynek w Ałmatach nie był w naszym wykonaniu porywający. Przeżywaliśmy męczarnie, ale ostatecznie, po golu Euzebiusza Smolarka w 52 minucie zainkasowaliśmy upragnione trzy “oczka” i pozostaliśmy w grze. Raptem cztery dni później mieliśmy już grać z Portugalią na Stadionie Śląskim. Jako kibic biłem się z myślami, czy inwestować w bilet, skoro kadra wyrabia takie numery. Nie było to tak, że moja miłość do reprezentacji była ślepa. Chciałem ją wspierać i czyniłem to, ale oczekiwałem też czegoś w zamian. Kibicowanie nie polega tylko na śpiewaniu “Polacy nic się nie stało” - z takiego założenia wychodziłem, zresztą do tej pory wychodzę. 
 
Wygrana z Kazachami na ich terenie przekonała mnie do tego, że może jednak warto, może coś wreszcie drgnie. W niedzielę, nazajutrz po spotkaniu w Ałmatach, zadzwoniłem do kuzynki i poprosiłem o to, żeby kupiła mi bilet w jakiejś w miarę “rozsądnej” cenie. - Przyjadę, to oddam ci kasę - powiedziałem. - Nie ma sprawy, będę z małym w parku na spacerze, podejdę do kas - odpowiedziała Kasia. Z małym, czyli moim chrześniakiem Karolem, który wówczas liczył obie półtora roku. W poniedziałek po południu odezwała się z pomyślną wiadomością - kupiła bilet. - Widzimy się w środę - odparłem. 
 
Czekałem te dwa dni jak na szpilkach. Niby czułem, że coś fajnego może się tego 11 października stać, ale z drugiej strony bałem się jak diabli, czy nasza reprezentacja podoła w starciu z utytułowanymi Portugalczykami, szczególnie, że formą i polotem w grze przez ostatni miesiąc nie rozpieszczała. Najwięcej analizowałem w poniedziałek, wtorek, środa mijała ekspresowo. Rankiem wsiadłem w pociąg relacji Lublin - Wrocław, trzygodzinna podróż do Katowic upłynęła szybko. Popołudnie spędziłem z rodziną, choć im bliżej było meczu, tym bardziej mnie nosiło. W końcu ruszyłem pieszo z Załęża. Zanim zbliżyłem się do Wesołego Miasteczka, obok mnie zatrzymał się samochód na łódzkich numerach rejestracyjnych. 
  
- Którędy na stadion? - zapytali? Zatknięty za szybę biało-czerwony szalik wskazywał jasno, gdzie jadą napotkani goście. Dwóch facetów i dziewczyna, wszyscy wymalowani na biało-czerwono. Ja w szaliku w naszych narodowych barwach. Pogadaliśmy chwilę o tym, co nas czeka. Do Chorzowa było blisko, choć im krótsza była droga do stadionu, tym większe już pojawiały się korki.

Przed meczem Polska - Portugalia na Stadionie Śląskim. Kibice podpisują petycję w sprawie przyznania naszemu krajowi prawa współgospodarzy Euro 2012. Foto Piotr Stańczak. 
 
Wysiadłem z ich auta, rozstaliśmy się, życząc powodzenia. Dziwnie się czułem, bo na ważny międzypaństwowy mecz, raz w życiu i właśnie wtedy, pojechałem całkowicie sam. Przed “kotłem czarownic” roiło się od stoisk z biało-czerwonymi gadżetami. Miałem swój szalik, ale na miejscu kupiłem jeszcze czerwony kapelusz z białym orzełkiem na przodzie. Do tego jeszcze małą koszulkę, dla chrześniaka. - Będzie miał chłopak pamiątkę po wizycie wujka na Śląskim - pomyślałem sobie, odchodząc od straganu w kierunku bramy wejściowej. 

„Siadej, siadej”!

Śpiewy, okrzyki, oklaski, trąbki, biel i czerwień dookoła, unoszący się dym z grillów, w dodatku rześka pogoda, jak na złotą polską jesień przystało. To wszystko sprawiało, że czułem się cholernie szczęśliwy, że tu jestem, mimo tego, że tym razem nie kierowałem się na trybunę prasową, lecz sektor znajdujący się w pobliżu słynnej wieży, czyli całkiem po przeciwnej stronie niż legendarny tunel wyjściowy na płytę boiska. Musiałem tylko pilnować małego, firmowego aparatu cyfrowego, bo jeden nieuważny ruch i pewnie zostałby podeptany przez tłum napierający na stadionową bramkę. 

Odetchnąłem, gdy już wszedłem na koronę obiektu a potem trafiłem na swój sektor. Nie miałem czasu upajać się tą atmosferą, bo za chwilę już piłkarze wychodzili na boisko. Gdy śpiewaliśmy hymn “Mazurka Dąbrowskiego”, świat aż drżał w posadach. Potem w górę wędrowały szaliki. Z tyłu co jakiś czas słychać było okrzyki, ktoś darł się po śląsku “Siadej, siadej!”, ale nikt ani myślał siadać. Więc wszyscy stali. Kątem oka patrzyłem na inne sektory - tam sytuacja była podobna. 
 
POLECAM: 

11 października 2006, kibice w chorzowskim "kotle czarownic" fetują pierwszego gola Euzebiusza Smolarka. Foto Piotr Stańczak. 
 
 Biało-czerwona fala unosiła się po całym obiekcie, jak woda na morzu - raz spokojna, nagle gwałtowna i nieprzewidywalna. Pstrykałem więc zdjęcia, czas uważając na małą cyfrówkę. Emocje sięgnęły zenitu w 9 minucie. Portugalski bramkarz Ricardo sparował wprawdzie mocne uderzenie Mariusza Lewandowskiego, ale był już bezradny wobec dobitki “Ebiego” Smolarka! 
Stadion eksplodował, nie słyszałem własnych myśli. I tylko co jakiś czas gość z tyłu krzyczał to swoje słynne “siadej, siadej”. 
Zacząłem tak bardziej wnikliwie obserwować to, co działo się na boisku i ze zdumienia przecierałem oczy. Graliśmy agresywnie, stosowaliśmy pressing, szybko doskakiwaliśmy do rywali, nie pozwalając im rozwinąć skrzydeł. Kurde! To nie była ta sama drużyna co miesiąc wcześniej, w meczu z Finami. Fakt, że teraz grała trochę w zmienionym składzie, ale jednak ciężko było uwierzyć w taką metamorfozę w ciągu raptem 40 dni. 
 
Polscy kibice, moi sąsiedzi z sektora, podczas meczu z Portugalią na Stadionie Śląskim w Chorzowie.

Koncert Ebiego Smolarka

Nasi piłkarze na szczęście nie rozmyślali, tylko robili swoje. W osiemnastej minucie Grzegorz Rasiak popisał się celnym podaniem do Smolarka, ten znalazł się w znakomitej sytuacji. Spojrzał jeszcze w prawo, w kierunku arbitra liniowego, czy ten nie sygnalizuje czasem spalonego. Nie sygnalizował. Ebi nie zastanawiając się długo, huknął pod poprzeczkę! Prowadziliśmy 2:0, w co aż trudno było uwierzyć! Ja i stojący obok szczęśliwy sąsiad popatrzyliśmy chwilę na siebie i rzuciliśmy się sobie w objęcia. Zabrzmiał głos spikera:
- 18 minuta, 2:0 dla Polski, bramkę zdobył Ebi…
- Smolareeek! - odpowiedzieliśmy.
- Ebi? - ponownie zapytał spiker.
- Smolareeeek! - krzyczeliśmy ile sił.
- 2:0 dla Polski - powtórzył spiker.
Czułem się jakbym znalazł się w innym świecie. To nie był jednak film fantastyczny. Rzecz działa się tu i teraz. Wygrywaliśmy, Cristiano Ronaldo, Deco, Nuno Gomes, Ricardo Carvalho, Simao Sabrosa i cała plejada innych gwiazd z Półwyspu Iberyjskiego odbijali się od polskiego muru. Nawet, jeśli któryś z naszych zawodników przegrał gdzieś pojedynek z rywalem, asekurował go drugi. To była drużyna, jeden za drugim wskakiwał w ogień. Świetnie spisywali się nasi boczni obrońcy - Paweł Golański i Grzegorz Bronowicki. Tego pierwszego wiele razy oglądałem wtedy w akcji w meczach jego zespołu w ekstraklasie, czyli Korony Kielce. Walczyli bez kompleksów. 

Beenhakker wbijał im do głów, że są silni i nie muszą obawiać się silniejszych i lepiej wyszkolonych technicznie przeciwników. Tak skutecznie to robił, że gdy wyszli na boisko, to uwierzyli, że tak jest. Na przerwę schodziliśmy prowadząc 2:0. Nie było czasu ochłonąć. 

POLECAM: 

Raduje się dusza, ciało drży 

Siedzę sobie na krzesełku, oddycham głęboko, a z głośników leci słynny utwór zespołu Queen “We will rock you”. Świetny kawałek, ale na Śląskim, wśród ponad 40 tysięcy kibiców na trybunach, brzmiał jeszcze bardziej kapitalnie. Nieco poniżej gość owinięty w wielką biało-czerwoną flagę tańczy i zagrzewa innych. Następni z nas podrywają się z miejsc. Raduje się moja dusza, ciało drży, ale w głowie, obok euforii, jakaś obawa, czy my tej zaliczki nie zmarnujemy. Nie takie cuda już wcześniej widziałem w wykonaniu polskich piłkarzy. 
 
Okazało się jednak, że po zmianie stron nadal graliśmy konsekwentnie. Kiedy szansę na 3:0 miał Żurawski, ale ostatecznie trafił tylko w słupek, rozległ się taki jęk zawodu, że pewnie słychać go było aż w rejonie stadionu GKS Katowice. Im bliżej było końcowego gwizdka, tym bardziej Portugalczycy nacierali, czując, że punkty wymykają im się z rąk. W 91 minucie Wojciecha Kowalewskiego pokonał Nuno Gomes. Ktoś obok ostrzegał: - Wszystko się może zdarzyć, pamiętasz mecz Bayernu z Manchesterem? - pytał kolegi. Nawiązywał do słynnego finału Ligi Mistrzów z 1999 roku. W 89 minucie United przegrywali 0:1, ale potem zdobyli dwa gole i sięgnęli po trofeum. Wspomnienie to zabrzmiało złowrogo, ale na szczęście nie sprawdziło się w naszym meczu. 
 
Nie ma co kryć, czas od strzelenia bramki przez Nuno do ostatniego gwizdka niemieckiego arbitra Volfganga Starka był jak wieczność. 
Nerwy, gwizdy, okrzyki. WRESZCIE GWIZDNĄŁ! WYGRALIŚMY 2:1! 
Nie pamiętam co się potem działo, bo fruwałem gdzieś w obłokach. Nie pamiętam, kiedy wylądowałem, ale stadion był jeszcze pełny, trybuny rozśpiewane. Sprawdziłem, czy z małym aparatem cyfrowym jest wszystko ok. Działał, więc zacząłem robić zdjęcia. Nie chciało mi się tego magicznego miejsca opuszczać. 
- Chwilo trwaj… - pomyślałem i uśmiechnąłem się widząc naszych piłkarzy na murawie, równie szczęśliwych i dziękujących nam za kapitalny doping. 
 
Superauto.pl Stadion Śląski w Chorzowie obecnie. Foto Piotr Stańczak. 

Panie kierowco, na Śląski proszę

Czasem śni się ten wieczór, budzę się rano i uświadamiam sobie, że to już prawie 20 lat a w ogóle Stadion Śląski jest obecny w moim życiu już ponad trzy dekady. 

Miesiąc po meczu z Portugalią, byłem w Katowicach z rodzinną wizytą. Impreza z piątku przedłużyła się do poniedziałku. W listopadową słotę, zanim jeszcze udałem się na dworzec kolejowym, zadzwoniłem po taksówkę. Zatrzymała się obok kina przy Gliwickiej. - Na Stadion Śląski proszę – oznajmiłem kierowcy. Podróż minęła szybko, stanąłem przy jednej z bram, na zewnątrz, popatrzyłem na chorzowskiego giganta, łezka w oku się zakręciła. - Ok, wracamy do Katowic, na dworzec – powiedziałem kierowcy. 

Powróciłem tu rok później, na mecz Polska – Belgia (2:0), aby świętować pierwszy w historii awans naszych piłkarzy do finałów Mistrzostw Europy. To już jednak inna historia.  
PIOTR STAŃCZAK  

0 komentarze:

Prześlij komentarz