Jaromir Radke o szansach Polski w zimowych igrzyskach Mediolan-Cortina 2026: łyżwiarze naszą nadzieją
SPORTY ZIMOWE. Od 6 do 22 lutego potrwają Zimowe Igrzyska Olimpijskie Mediolan-Cortina 2026. O szansach reprezentantów Polski rozmawiałem z Jaromirem Radke, przed laty czołowym panczenistą w naszym kraju, uczestnikiem igrzysk w Albertville 1992 i Lillehammer 1994. Czym dziś zajmuje się były łyżwiarz szybki?
Jaromir Radke, dawna sława polskiego łyżwiarstwa, ocena szanse Polaków na zimowych igrzyskach. Zdjęcia: Arena Lodowa Tomaszów Mazowiecki oraz archiwum prywatne.
Jaromir Radke był wielką nadzieją reprezentacji Polski przed zimowymi igrzyskami w norweskim Lillehammer w 1994 roku. Pochodzący z Tomaszowa Mazowieckiego panczenista tuż przed tym turniejem plasował się na czołowych miejscach w Pucharze Świata, czym rozbudził nadzieje wielu kibiców.
- W grudniu 1993 roku startowałem w Pucharze Świata, właśnie na słynnym torze w norweskim Hamar, gdzie dwa miesiące później odbyły się igrzyska. Już wtedy poprawiłem rekord Polski, choć czułem niedosyt. Na początku stycznia 1994 roku wystartowałem w wielobojowych Mistrzostwach Europy. Na poszczególnych dystansach były rozdawane tak zwane małe medale, ale dla mnie miały wielkie znaczenie. Na 5 km wywalczyłem srebrny, natomiast na 10 km brązowy. Te biegi na długich dystansach w tamtym czasie zdominowali Holendrzy i Norwegowie. To był dla mnie wielki sukces. Z powodzeniem rywalizowałem z wielkimi mistrzami - Johannem Olavem Kossem, Rintje Ritsmą, Falko Zandstrą. Miesiąc przed igrzyskami zrobił się wokół mnie wielki szum! Kiedy tylko byłem w Polsce, nie mogłem nawet spokojnie trenować. Odbierałem non stop telefony i wszyscy pytali mnie, czy zdobędę medal. To był czas jeszcze bez komórek oraz internetu, tymczasem już odczuwałem to szaleństwo (śmiech). Z dnia na dzień stałem się faworytem igrzysk - wspominał Jaromir Radke w wywiadzie, który ukazał się na moim blogu w 30. rocznicę igrzysk w Norwegii.
- Jeśli na olimpiadzie uzyskałbym te czasy, które miesiąc wcześniej miałem w Mistrzostwach Europy, to z igrzysk przywiózłbym srebrny i brązowy medal na 5 oraz 10 km. Tymczasem w Hamar, na tym pierwszym dystansie zająłem siódme, zaś na drugim piąte miejsce, Na dziesięć tysięcy metrów zabrakło 4-5 sekund do brązowego medalu. To i tak były najlepsze wyniki spośród wszystkich Polaków, startujących w tamtej olimpiadzie, nie tylko panczenistów. Kiedy po latach to analizuję, muszę przyznać, że moja szczytowa forma, niestety, przyszła o miesiąc za szybko - mówił Radke.
Cały wywiad znajdziecie tutaj:
Jak nasza była, olimpijska nadzieja, ocenia szanse obecnych reprezentantów na zimowej olimpiadzie, która odbędzie się 6-22 lutego we Włoszech, w Mediolanie-Cortinie? Wiele miejsca poświęciliśmy oczywiście panczenistom.
Piotr Stańczak: jaką funkcję pełni pan obecnie? Pozostał pan - mówiąc prosto - blisko lodu?
Jaromir Radke: - Mój zimowy czas jest wypełniona pracą od rana do wieczora, praktycznie każdego dnia, wliczając w to weekendy i święta. Obecnie sędziuję na zawodach łyżwiarskich oraz pracuję na ogólnodostępnej ślizgawce w Arenie Lodowej w Tomaszowie Mazowieckim. Z trenowania innych musiałem zrezygnować, ponieważ wymagało to zbyt wiele czasu, a muszę go więcej poświęcać na rodzinne sprawy, opiekę nad mamą.
Mimo pewnego rozgoryczenia, nadal można Pana spotkać na rowerze czy na samym torze?
- Tak, po Tomaszowie poruszam się często na rowerze, bo tak jest szybciej i nie muszę szukać miejsca parkingowego dla samochodu, co w takich warunkach jak obecnie bywa uciążliwe. Jeśli chodzi o łyżwy, to oczywiście cały czas jeżdżę. Na ślizgawkach korzystam z tak zwanych krótkich łyżew, ale zdarza mi się też założyć panczeny. Namawiano mnie do startów w grupach mastersów, ale po 23 latach trenowania wyczynowego sportu, gdzie całe moje życie było podporządkowane wynikom, teraz czerpię po prostu frajdę z bycia na lodzie. Powstanie Areny Lodowej w Tomaszowie sprawiło, że wstąpiło we mnie drugie życie sportowe.
Cieszę się, że mamy taki obiekt i że trenuje tu tyle młodzieży. Nadal śledzę, co dzieje się w naszym łyżwiarstwie, oceniam to wszystko jako były zawodnik.
Przejdźmy do nadchodzących igrzysk. Jak ocenia Pan szanse naszych reprezentantów? Czy mamy powody do optymizmu czy jednak bardziej poleca pan twarde stąpanie po ziemi a może bardziej dosłownie po śniegu i lodzie?
- To są igrzyska olimpijskie, a tam życie często weryfikuje faworytów. Niemniej jednak uważam, że łyżwiarstwo szybkie jest obecnie naszą dominującą dyscypliną zimową, w której mamy realne nadzieje na medale. Bardzo liczę na Damiana Żurka z Tomaszowa – on ma niesamowity, równy sezon, przypomina mi wielkich mistrzów z moich, zawodniczych lat, którzy niezależnie od warunków pogodowych nie schodzili z podium, a rywalizowali na odkrytych torach. Raz był mróz, innym razem silniejszy wiatr. Takie czasy... Kolejną naszą wielką nadzieją jest "polski Władek" (urodzony w Rosji Władimir Siemirunnij, który po wybuchu wojny na Ukrainie zdecydował się reprezentować nasz kraj - przyp. autora), który przez dwa lata trenował u nas w Arenie Lodowej, nie mogąc oficjalnie startować, a mimo to przygotował się tak świetnie, że zdobył srebrny i brązowy medal mistrzostw świata. Dziś to zawodnik światowej czołówki, według mnie szczególnie na dystansie 10 000 metrów ma spore szanse powalczyć o podium.
Jak ocenia pan szanse panczenistek?
- Wśród kobiet bardzo dobrze prezentuje się Kaja Ziomek-Nogal, wygrała ostatnie zawody Pucharu Świata na 5000 metrów. Jak już wspomniałem, trzeba jednak pamiętać, że igrzyska to zupełnie inna ranga niż Puchar Świata czy mistrzostwa Europy, które ostatnio odbyły się w Tomaszowie Mazowieckim. Bywają one jednak słabiej obsadzone, bo najlepsi zawodnicy, jak Holendrzy, Niemcy, Czesi czy Norwegowie, odpuszczają je, by szykować formę na najważniejszą imprezę czterolecia.
Być może z tego powodu międzynarodowe władze łyżwiarstwa szybkiego powinny zastanowić się, czy sensowne jest organizowanie mistrzostw Europy na dystansach w tym samym sezonie, kiedy odbywają się igrzyska.
Konkurencja będzie teraz ogromna – mamy niesamowitego Norwega Sandera Eitrema, który ostatnio pobił rekord świata na 5000 metrów, schodząc poniżej sześciu sekund. Są mocni Holendrzy, Włosi na czele z Davidem Ghiotto, rekordzistą świata na 10000 metrów czy wreszcie Amerykanie, wśród kobiet jedną z głównych faworytek jest Holenderka Femke Kok. Ona też odpuściła ostatnie zawody Pucharu Świata, aby jak najlepiej przygotować się do igrzysk. My mamy drugą taką sytuację w historii, po świetnych czasach Zbigniewa Bródki (złotego medalisty igrzysk w Soczi 2014 na 1500 metrów - przyp. autora), kiedy nasze nadzieje medalowe są naprawdę uzasadnione. Wszystko jednak zweryfikuje olimpiada.
Zapytam o inne dyscypliny, na przykład skoki narciarskie. Tam nastroje są nieco gorsze, wyniki słabsze niż jeszcze kilka lat temu.
- Widać, że w skokach dzieje się coś niedobrego. Przez lata, od czasów Adama Małysza, potem Kamila Stocha, wyniki były świetne i wydawało się, że to będzie trwać wiecznie, ale kryzysy zdarzają się każdemu, zarówno nam jak Niemcom, Finom. Martwi mnie najbardziej to, że nie widać następców. Obserwuję, że młodzież coraz mniej garnie się do sportu, widząc ile wysiłku i wyrzeczeń to kosztuje.
Dzisiejsze pokolenie ma inne perspektywy; komputery, telefony oraz internet skutecznie „zabijają” w młodych chęć do ciężkiego treningu i mierzenia się z własnymi słabościami.
Ja "od małego" kochałem zimę i gdy tylko spadł pierwszy śnieg, od razu wyciągałem łyżwy czy sanki, grałem z innymi w hokeja. Cóż, wtedy jednak mieliśmy tylko dwa programy w telewizji i żadnych innych rozrywek. To budowało charakter, którego dziś czasem brakuje. Nieprzypadkowo mocni w konkurencjach zimowych są Skandynawowie, od dziecka przyzwyczajeni do surowych warunków.
POLECAM:
Magazyn Na biało-czerwonym szlaku - wydanie 25 stycznia 2026.

Komentarze
Prześlij komentarz