Władysław Stachurski: selekcjoner tymczasowy. Kusto, Cyzio oraz Jóźwiak wspominają znanego trenera

PIŁKA NOŻNA. Doprowadził Legię Warszawa do historycznego sukcesu - półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów, ale gdy dostał szansę poprowadzenia reprezentacji Polski, jego kadencja trwała niespełna pół roku. Władysław Stachurski, mimo braku osiągnięć z kadrą, zapisał się w pamięci byłych podopiecznych. 
Władysław Stachurski był selekcjonerem reprezentacji na przełomie 1995 i 1996 roku. Foto Łączy nas Piłka. 

Władysław Stachurski urodził się w 1945 roku. Gdyby żył, miałby teraz niespełna 81 lat. Niestety, zmarł w 2013 roku, dostał ataku serca jadąc po odbiór biletu na mecz reprezentacji Polski z Ukrainą... 

W półfinale Pucharu Europy...

Pochodził z Piotrkowic koło Chmielnika na Kielecczyźnie, natomiast praktycznie całe życie związany był z Warszawą. Jak wspominał trzydzieści lat temu w wywiadzie dla tygodnika "Piłka Nożna", mama przywiozła go do stolicy wiosną 1945 roku, jako "paromiesięcznego" brzdąca. Także w Warszawie stawiał swoje pierwsze piłkarskie kroki, grał w Skrze, Sarmacie, wreszcie trafił do Legii, z którą świętował swoje największe sukcesy w karierze. 

To był typ defensora, który nie bał się ofensywnych wypadów – dynamiczny, z tak zwanym ciągiem na bramkę. Z Legią sięgał po najwyższe laury: dwa mistrzostwa Polski i Puchar Polski. W sezonie 1969-70 dotarł z warszawską drużyną do półfinału Pucharu Europy, a rok później do ćwierćfinału, gdzie trafiał do siatki takich gigantów jak Atletico Madryt czy IFK Goeteborg. W reprezentacji Polski rozegrał osiem spotkań, uwieńczonych jednym golem - w Dublinie przeciwko Irlandii. Jego karierę piłkarską przerwała kontuzja, ale jak się okazało, była wstępem do sukcesów trenerskich! 

... i Pucharu Zdobywców Pucharów

Jako trener Stachurski reprezentował, można powiedzieć - "powojenną szkołę" – twardą, opartą na dyscyplinie i wysiłku. Jacek Cyzio, który współpracował z nim w Legii a potem Okęciu Warszawa, wspomina, że był wymagający. 

- Miał jednak to "coś" - człowiek z charyzmą, autorytet podparty boiskowym doświadczeniem. Potrafił zdenerwować się i powiedzieć coś dosadnie, ale był przy tym sympatyczny i wesoły - wspomina dawny piłkarz, który w barwach Legii strzelił gola Manchesterowi United w pamiętnym, półfinałowym meczu w Pucharze Zdobywców Pucharów. 

To największy, trenerski sukces Stachurskiego. Wczesną wiosną 1991 roku, w ćwierćfinale tych rozgrywek Legia pod jego wodzą wyeliminowała najpierw słynną Sampdorię Genuę (1:0 w Warszawie, 2:2 na wyjeździe), by później ulec wspomnianemu Manchesterowi (1:3 w stolicy, 1:1 na Old Trafford). 

Odkrywca talentu "Kowala"

To właśnie Stachurski stał się odkrywcą talentu 19-letniego wówczas Wojciecha Kowalczyka. Napastnik ten w pierwszym pojedynku z Sampdorią w Warszawie zmienił kontuzjowanego Andrzeja Łatkę, zaś w rewanżu w Genui dwukrotnie zmusił do kapitulacji słynnego Gianlukę Pagliukę. "Kowal" trafił do siatki jeszcze w wyjazdowym meczu z Man.U.  

Skrót meczu Sampdoria Genua - Legia Warszawa (2:2) wiosną 1991 roku. 

Obrońca Marek Jóźwiak, który był podopiecznym Stachurskiego najpierw w Legii, a kilka lat później w reprezentacji Polski, podkreśla, że trener, mimo charakterystycznego dla siebie wojskowego drylu, wprowadzał nowatorskie podejście: zamiast karać, wolał tłumaczyć i rozmawiać. - To była taka dyscyplina poprzez zrozumienie, taką miał filozofię - wspomina popularny "Beret", dziś filar Reprezentacji Gwiazd Piłkarzy Polskich. 

Sukcesy w Zawiszy

Podobnie Stachurskiego z czasów Legii zapamiętał Jacek Cyzio. - Miał do dyspozycji w sumie wąską kadrę zawodników, każdego z innym, niekiedy niełatwym charakterem. Potrafił jednak stworzyć kolektyw, w czym dzielnie wspierał go asystent Ryszard Kosiński. Ten, kiedy sytuacja tego wymagała, potrafił rozładować atmosferę humorem i dowcipem. Cóż, w tamtym czasie znacznie lepiej niż w polskiej lidze, radziliśmy sobie w europejskich pucharach, to był taki ewenement. Nie byliśmy po prostu przygotowani na grę na dwóch frontach - opowiada były piłkarz m.in. Pogoni Szczecin czy tureckiego Trabzonsporu. Losy Cyzio i Stachurskiego skrzyżowały się jeszcze po latach, ale o tym przeczytacie w dalszej części tekstu. 

Warto jeszcze dodać, że zanim został trenerem Legii, wywalczył z Zawiszą Bydgoszcz najpierw awans do ówczesnej I ligi (odpowiednik dzisiejszej ekstraklasy) a potem czwarte miejsce w rozgrywkach. Na początku lat 90., po pucharowych sukcesach, Stachurskiemu nie było dane kontynuować trenerskiej pracy w Legii, w klubie doszło do różnych zawirowań organizacyjnych i kadrowych, szkoleniowiec najpierw trafił na ławkę w drużynie Nadi asz Szarika w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, zaś w 1993 roku, po powrocie do kraju, objął zespół Widzewa Łódź. Trzeba dodać, że w trudnych dla RTS-u czasach. 

Wybrali Stachurskiego

Z reprezentacją Polski żegnali się w tym czasie kolejno: Andrzej Strejlau i Henryk Apostel. Pierwszemu nie udało się awansować z kadrą do mundialu w USA, drugiemu do finałów Euro w Anglii. Atmosfera wokół kadry w połowie lat 90. robiła się coraz bardziej nieciekawa. Po tym, jak z reprezentacją pożegnał się Apostel ze swoim sztabem, ówczesne władze Polskiego Związku Piłki Nożnej zaczęły poszukiwać kolejnego selekcjonera. Na związkowo-medialnej giełdzie pojawiały się różne nazwiska, między innymi Pawła Janasa (w tamtym czasie awansował z Legią do ćwierćfinału Ligi Mistrzów), Janusza Wójcika (w 1992 roku wywalczył z reprezentacją olimpijską srebro igrzysk w Barcelonie) czy wreszcie Antoniego Piechniczka, z którym drużyna narodowa zdobyła trzecie miejsce w mundialu'82 w Hiszpanii. 

Jesienią działacze PZPN dali ostatecznie szansę Stachurskiemu, który właśnie rozstał się z Widzewem, próbując jeszcze szansy w egipskim Port Saidzie. - W kadrze mają grać najlepsi, niezależnie od miejsca, w którym występują. Na pewno są dobrzy gracze w kraju, w Legii, Widzewie - mówił tuż po nominacji, w wywiadzie dla "Piłki Nożnej", który ukazał się w listopadzie 1995 roku. Mówił, że liczy na wsparcie krajowych trenerów (m.in. Piechniczka), zaś ówczesny prezes PZPN, nieżyjący już Marian Dziurowicz, obiecał mu stworzenie zespołu marketingowo-sponsorskiego, który miał pomóc selekcjonerowi w obserwacji Polaków grających w ligach zagranicznych. 

Fragment wywiadu z Władysławem Stachurskim w "Piłce Nożnej" w listopadzie 1995 roku. Foto archiwum prywatne autora. 

Fatalny debiut, 0:5 z Japonią

Plan dla niespełna 51-letniego wówczas selekcjonera był ambitny, niestety, boiskowa rzeczywistość zaczęła brutalnie weryfikować te plany już na początku 1996 roku... W lutym reprezentacja Polski wzięła udział w towarzyskim turnieju w dalekiej Azji, w Hongkongu. Debiut Stachurskiego wypadł fatalnie - Biało-Czerwoni przegrali z Japonią 0:5 (0:3). W kadrze przeważali głównie zawodnicy polskiej ligi. Wśród nowych twarzy trzeba wymienić między innymi Marka Citko, Pawła Skrzypka, Zbigniewa Wyciszkiewicza, Mariusza Śrutwę czy Grzegorza Kaliciaka. Pojawili się też grający już u Apostela bramkarz Andrzej Woźniak, obrońcy Tomasz Łapiński oraz Waldemar Jaskulski, pomocnicy Ryszard Czerwiec i Sylwester Czereszewski. Niestety, zabrakło naszych najlepszych wówczas "armat" - Andrzeja Juskowiaka, Wojciecha Kowalczyka, zaś Roman Kosecki pożegnał się z kadrą w niesławie po meczu ze Słowacją (1:4), w którym dostał czerwoną kartkę. 

W kolejnym meczu turnieju Polska wygrała z reprezentacją Ligi Hongkongu 1:0 (1:0) po golu Śrutwy. Za udział w azjatyckich rozgrywkach - jak informowała "Piłka Nożna" - nasz związek zarobił 27,5 tysiąca dolarów. Pod względem sportowym było już gorzej, aczkolwiek trener Stachurski nie tracił wiary. 

Blisko remisu w Chorwacji

Kilkanaście dni po powrocie z Dalekiego Wschodu nasza kadra wybrała się do Chorwacji. Reprezentacja tego kraju debiutowała po wojnie w Jugosławii jako samodzielny zespół, choć w swoim składzie miała wielu doświadczonych piłkarzy, ogranych w mocnych ligach europejskich - Roberta Prosineckiego, Zvonimira Bobana, Roberta Jarniego i całą plejadę zdolnych zawodników. Wstydu tym razem - jak przeciwko Japonii - nie było. 

W 18 minucie meczu w Rijece objęliśmy nawet prowadzenie po celnym trafieniu nieżyjącego już dziś Henryka Bałuszyńskiego. Nie minęło pół godziny gry a Chorwacji wyrównali po bramce Elvisa Brajkovicia. Gospodarze mieli optyczną przewagę, ale nasz zespół bronił się skutecznie aż do 89 minuty, kiedy bramkę zaaplikował mu Igor Cvitanović. Przegraliśmy 1:2. Warto dodać, że ponad dwa lata później Chorwaci byli już rewelacją mundialu we Francji, w którym zajęli trzecie miejsce. 

Rosły notowania Piechniczka

Awans do Mistrzostw Świata'98 był też celem ekipy Stachurskiego, choć już wtedy - znając grupowych rywali w eliminacji - wiedzieliśmy, że o jego realizację będzie potwornie trudno. Mieliśmy walczyć z ówczesnymi wicemistrzami świat Włochami oraz silnymi Anglikami a także zespołami Mołdawii oraz Gruzji. 

Selekcjoner Władysław nie dotrwał jednak na stanowisku do inauguracji meczów o punkty. 27 marca 1996 roku, w dniu swych 51 urodzin zremisował ze Słowenią 0:0 na dobrze sobie znanym stadionie Widzewa Łódź. Atmosfera wokół kadry stawała się coraz bardziej napięta, kredyt zaufania, jaki otrzymał nowy selekcjoner, topniał coraz bardziej, równocześnie we władzach związku rosły notowania... Antoniego Piechniczka. 

Pożegnanie w Mielcu

1 maja w Mielcu Polacy tylko zremisowali z Białorusią 1:1. Zaczęło się optymistycznie, bo w 8 minucie pięknym uderzeniem głową popisał się dobrze znany Stachurskiego Wojciech Kowalczyk. W miarę upływu czasu było jednak gorzej, reprezentacja z kraju naszego wschodniego sąsiada wyrównała w 61 minucie. Ciekawostką jest, że w tym pojedynku w pierwszej reprezentacji zadebiutował 18-letni wówczas as ŁKS Łódź Marek Saganowski

Stachurski szukał nowych twarzy, stawiając jednocześnie na filary Legii czy Widzewa, ale wyników nie było. Kolejnej szansy już nie dostał. Po remisie w Mielcu działacze związku stracili cierpliwość. Miesiąc później, w meczu towarzyskim z Rosją w Moskwie na trenerskiej ławce zasiadł już Antoni Piechniczek. 

Poniżej skrót meczu Polska - Białoruś 1 marca 1996 roku w Mielcu. 

Ostatni przystanek w Nowym Dworze

Władysław Stachurski powrócił jeszcze na krótko (sezon 1996-97) do Legii, później, ze względów zdrowotnych, na kilka lat przerwał pracę trenerską. W latach 2002-04 był zatrudniony najpierw w III-ligowym Okęciu Warszawa, później w I-ligowym Świcie Nowy Dwór Mazowiecki. Właśnie w tym okresie ponownie spotkał się z Jackiem Cyzio, dawnym podopiecznym z Legii. 

- W Okęciu byłem asystentem trenera Stachurskiego, a później zostałem pierwszym szkoleniowcem tej drużyny, kiedy on przeniósł się do Nowego Dworu. Jako piłkarz "wychowałem się" na takich trenerach jak Stachurski. Podobne metody pracy mieli choćby Leszek Jezierski, Rudolf Kapera, Leszek Ćmikiewicz. To były mocne, zdecydowane charaktery - opowiada Cyzio. 

Bez kredytu zaufania?

- Stachurski miał sukcesy w Legii Warszawa, Zawiszy Bydgoszcz, nieprzypadkowo został trenerem reprezentacji. Trudno mi powiedzieć, dlaczego nie powiodło mu się w kadrze. To był dobry dobry trener, ale wydaje mi się, że nie dostał dużego kredytu zaufania od związku, nie miał szansy zbudowania tej reprezentacji "po swojemu", a być może na jego stanowisko czekał już ktoś następny. Nie chcę tego roztrząsać. Szkoda, ja mam z nim dobre wspomnienia, pracując wspólnie w Okęciu wiele się od niego nauczyłem, w pewnym momencie dał też mi szansę napisania programu przygotowawczego dla drużyny. Pozwolił mi się wykazać jako trenerowi, w pewnym momencie uznał, że już jestem w stanie został pierwszym szkoleniowcem Okęcia, a sam odszedł do Świtu - wspomina były podopieczny Stachurskiego. 
- Wiele wieczorów i nocy przegadaliśmy na temat piłki nożnej, wiele rzeczy mi podpowiedział i zostały mi do dziś - dodaje Jacek Cyzio. 

Jóźwiak: klub i kadra to co innego

Marek Jóźwiak również grał pod wodzą Stachurskiego w Legii w sezonie 1990-91. Ten po latach przywrócił "Bereta" do reprezentacji Polski, w czasie, gdy obrońca ten występował już we francuskim EA Guingamp. 

- Gra w klubach zachodnich otwierała drzwi do kadry. To był dobry człowiek, nie mnie oceniać po takim czasie, jakim był trenerem reprezentacji. Wyniki meczów towarzyskich mu nie pomogły, ale być może odczuł, że inna jest specyfika pracy z reprezentacją a inna w klubach. To dwa różne, trenerskie światy. W klubie możesz dłużej popracować z piłkarzami, w kadrze trzeba postawić na właściwych ludzi, ustalić taktykę, bo na więcej nie ma czasu. Jedni przyjeżdżają na zgrupowania kadry lepiej, inni gorzej przygotowani. Na pewno robił wszystko, żeby drużyna wygrywała. Bardzo dużo tłumaczył, próbował dotrzeć do piłkarzy, co rzadko w tamtych czasach zdarzało się wojskowym. To było takie nowatorskie podejście. O dyscyplinę też jednak potrafił zadbać. Wielu chciałoby być na jego miejscu i dostać szansę poprowadzenia reprezentacji - dodaje Marek Jóźwiak. 

Kusto: trafił na trudny czas

Na koniec oddaję głos Markowi Kusto, asystentowi Stachurskiego w reprezentacji Polski, jednej z legend Wisły Kraków, byłemu zawodnikowi naszej kadry narodowej.  

- Kiedy Władek został selekcjonerem reprezentacji i zaproponował mi funkcję asystenta, zgodziłem się bez wahania. Szkoda, że nasza współpraca była taka krótka, trwała niespełna pół roku. Zaczęło się nieszczęśliwie, od turnieju w Hongkongu. Pojechała tam kadra trochę z takiej łapanki, skończyło się tak nie inaczej. Już ten początek wskazywał, że będziemy mieli ciężką przeprawę. Nie można natomiast odmówić Stachurskiemu zaangażowania, który poważny trener nie chciałby pracować z reprezentacją? Trafił na trudny czas dla naszej kadry, która non stop była w przebudowie, poza tym w pewnym momencie stracił zaufanie ze strony władz PZPN, które szykowały kolejną zmianę selekcjonera - opowiada uczestnik mundiali w 1974, 1978 i 1982 roku. 

- Był bardzo dobrym piłkarzem, jako trener spokojny, wyważony, dowcipny, dobrze wspominam naszą współpracę - mówi Kusto, aktualnie już trenerski emeryt. Kiedy misja Stachurskiego dobiegła końca, były wiślak dostał propozycję pracy w nowym sztabie reprezentacji Polski, ale odmówił. 

Następca Stachurskiego, Antoni Piechniczek nie zdołał awansować z kadrą do mundialu we Francji. Pracował na stanowisku dokładnie rok, zrezygnował po porażce z Anglią 0:2 w Chorzowie, kiedy już straciliśmy szansę na wyjazd na mistrzostwa. Korzystał jednak z wyróżniających się zawodników, którzy debiutowali u jego poprzednika - między innymi Marka Citko czy Pawła Skrzypka. 

POLECAM: 

Magazyn Na biało-czerwonym szlaku - wydanie z 25 stycznia 2026 roku. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Włodzimierz Lubański o swej kontuzji i Royu McFarlandzie: nie zaatakował mnie złośliwie

Francja - Polska 1:1. W Parku Książąt prawie doszło do cudu. Byliśmy o krok od pokonania przyszłego mistrza świata!